|
moja jesień gra bossanovą...
sobota, 24 grudnia 2011
Wigilia, czas zajrzeć w stare kąty...
-Chodź,czekamy tylko na ciebie -Oddziałowa ponaglała mnie po cichu, miałam jeszcze pacjenta, a "załoga" jakimś cudem (mimo ciągłego biegu z językiem na brodzie) niemal w całości zebrała sie na kilka minut w dyżurce, przy bardzo skromnej, symbolicznej wigiliniej wieczerzy, i rzeczywiście tylko mnie tam nie było. Po kilku minutach udało sie dotrzeć tam i mnie. Chodzi o to,żeby zwolnić na chwilę, popatrzeć na siebie z sympatią i złożyć krótkie ale szczere życzenia - cięzko pracujący ludzie nie potrzebują Bóg wie jakiej gimnastyki językowej- życzymy sobie więc zdowia dla nas i Bliskich,bo reszta jakoś się ułoży. I jeszcze,żebyśmy mogli spokojnie pracować we wszechorganiającym kryzysie...nie tylko w sferze materialnej ale też moralnej. Nie wysiedziałam 5 minut, zaraz kolejny pacjent potrzebował uwagi,wiec tylko łyk czerwonego barszczu z kubka i jedno gorące uszko połknięte "na szybko" (reszta może potem) , usta wytarte grzbietem ręki(potem okazało się,że nosiłam ślad barszczu na policzku. Kocham swoją pracę, choć czasem jest tak ciężko...Klnę jak szewc,kiedy papierologia jest ważniejsza od pacjenta, bo kradnie mi czas przeznaczony na niego. Straszę, że odejdę bo nie wytrzymuje napięcia nerwowego. Staram się pokonywać słabości, takich chwil kryzysu mam dużo.Czasem czuję się w swej pracy strasznie samotna. Typowa samotność długodystansowca. Ale otrząsam piórka i idę do przodu. I kiedy tuz przed Świętami przychodzą ludzie i mówią wiele dobrych rzeczy, to wiem,że ta cała nerwówka, ta mozolna walka, codzienny pozornie nieefektowny kierat - ma sens. I co tam reszta świata, cel osiągnięty. Po śmierci Havla wyemitowano w TV jeden z wywiadów,który z nim został przeprowadzony jakiś czas temu. Zapytano go o to jaki ma swój sposób na zło tego świata. Odpowiedział,że ma swój własny świat odgrdzony murem od świata zewnętrznego i to pozwala mu często przetrwać. I że oczywiście świat zewnętrzny przypomina o sobie ciągle,ale ten co ma własny świat-ma gdzie uciec. Te słowa trafiły akurat na mój zły dzień, moment bezradności. I wchłonęłam je jak gąbka :) Bo przecież ja o tym wiem,ale może nie sformułowałąm tego tak trafnie. Dlatego w Wigilię-tym co tu jeszcze zaglądają ( a wiem,że tak) życzę pieknego własnego świata, w którym szczelnie można się ukryć kiedy życie dokopie lub zechce dokopać. Nie żeby uciec całkiem,bo to niezdrowe:) ale żeby mieć miejsce,gdzie wszystko jest przyjazne, otulające i gdzie można wszystko spokojnie sobie poukładać. Żeby się nie dać bombardującym nas ze wszystkich stron katastroficznym wizjom, brutalności , nieuczciwości, nieżyczliwości, niepowodzeniom -temu wszystkiemu,co zaburza naszą wewnętrzną harmonię :) I zdrowia życzę , i pomyślności w każdym aspekcie naszego życia Wesołych Świąt!
sobota, 29 stycznia 2011
czasem się zapędzam i...
Czasem się zapędzam i mam ochotę coś napisać-już,natychmiast,bo myśl zakiełkuje radośnie w głowie i wymaga żeby sie nią zająć stosownie do sytuacji, ale na przykład jestem w pracy albo gdzie indziej bez możliwości skorzystania z sieci (co sobie chwalę poniekąd). Zatem zapisuję sobie ową myśl pamięci na później. Jak przychodzi co do czego,czyli następuje owo"później"-to myśl owszem, daje się odgrzebać w zasobach mózgu,ale już wcale nie jest taka fajna ,czy choćby warta uwagi. Albo gorzej-jest niestosowna, bo naokoło dzieje się dużo złego, a to ktoś z bliskich mi ludzi jest chory , albo coś gdzieś się rozbije i wielu ucierpl, albo gdzieś wybucha jakiś konflikt i nie na miejscu byłoby ten niedoskonały świat chwalić...A ja jestem niepoprawną idealistką naiwną,że aż strach, zatem doskonale wiedząc,że świat nie jest gorszy niż było to od wieków,że ja tego świata nie zmienię..trzymam się jakoś głupiego mniemania,że nie zawsze i nie wszystko jest stosowne. I pewnie nic tego nie zmieni, choć czasem stukam się w głowę z politowaniem. A przecież jest na to wszystko sposób i ja go znam: w świecie jak wyżej-niedoskonałym,pełnym zła, konfliktów, przemocy,wyścigów szczurów, wszędobylskich mediów i...polityków -wystarczy mieć własny świat, najlepsze miejsce dla pacyfistki. Ten, za którego kształt odpowiadam głównie ja i do którego wiodą drzwi,które na szczęście mogę otworzyć też tylko ja, a żaden -nawet najsprawniejszy włamywacz nie dobierze wytrycha. Jest tym świecie pięknie,delikatnie i pachnie olejkiem różanym, wszystko jest przyjazne, znane. Czas biegnie biegnie nieśpiesznie, sny mieszają się z jawą. Kolory są jasne,pastelowe. Jest zbawienna , przyjazna cisza,lub słyszy się najdoskonalszą muzykę . Cieszę sie każdą chwilą,nie patrzę na to co będzie za tydzień czy miesiąc. --- Po takim wyznaniu ktoś stąpający po ziemi w 100% i bez przerwy mógłby powiedzieć, że to infantylne lub zadać pytanie z większa lub mniejszą dozą sarkazmu : "Co bierzesz? i czy możesz trochę TEGO dać?" ;) A ja tylko staram się nie zwariować...czego Innym też życzę... :) ...szkoda tylko,że na przebywanie w moim czarodziejskim świecie mam czasu coraz mniej... teraz sobie pomyślałam,że Ona tez tak ma :)
czwartek, 23 grudnia 2010
przedwigilijne gadanie
Jeśli się ma ochotę na odrobinę szaleństwa w przygotowaniach świątecznych-żeby choć przez chwilę było inaczej-mam i ja sposób...nie jest zachwycający wprawdzie,ale skutecznie"leczy" z rutyny :) Przygotowując krem do tortu za pomocą miksera z mieszadełkami-należy oczywiście postępować z kremem według przepisu(nieważne,jaki to krem, ja akurat miałam "na tapecie" krem grysikowy do miodownika). Kiedy krem będzie gotowy albo prawie gotowy-należy przesunąć mikser jak najbliżej świeżo umytego okna, świeżo umytych szafek kuchennych i w ogóle-blisko jak największej ilości gadżetów. Natępnie trzeba tak odchylic ramię miksera, by mieszadełka(koniecznie z kremem!) zawisły w powietrzu. I zaraz trzeba włączyć mikser, bez ociągania-rzekłabym-instynktownie niemal, żeby czasem nie przyszło nam do głowy,że robimy coś głupiego! Wystarczy kilka sekund zaledwie, a juz możemy podziwiać wspaniałe efekty,ponieważ mieszadełka nadzwyczaj sprawnie rozpylają nawet mierną ilość kremu tak,że jest on wszędzie: na głowie Kucharki lub Kucharza, na odzieniu tegoż, na świeżo umytym oknie kuchennym, na podłodze, szafkach, butelce wina, co akurat stoi nieopodal, na ekspresie do kawy... I wtedy clou programu, albowiem: przerywamy zaplanowane zadania przedświąteczne , a następnie z okrzykiem...nie powiem jakim dokładnie,powiedzmy,że brzmiał on "hurrraaaa" (tylko trzeba dodać i wymienić parę liter... ;)) zabieramy się do sprzątania. Robimy to z pasją i szybkością ponadźwiękową niemal, aż nasz syn leżący na sofie mówi:"Mamo, jak patrzę na ciebie to już czuję się zmęczony" po czym osuwa sie na poduszki "jak podcięty kwiat pietruszki" i zasypia. Wtedy pojawia się kot i wymiotuje na wycieraczkę oraz obok. Mężyczyna ucieka z pokoju,ponieważ kocich rzygowin ścierać nie chce. Dziecko śpi. Ja cała w kremie z okrzykiem przodowników pracy na uwięzi- to znaczy w ściśniętej krtani idę po ścierkę i wycieram to, na co czworonóg patrzy z fałszywym zdziwieniem zatytułowanym:" skąd TO mogło sie wziąć? To nie moje,zabieraj to natychmiast"! Uroczy przedwigilijny wieczór, przez moje ulubione radio sączą się kolędy i inne,jakże kojące utwory. Za 45 minut Wigilia. Wesołych Świąt:) wszystkim nam!
poniedziałek, 29 listopada 2010
zima przez uszkodzony pryzmat
W nocy obudziłam się dwa razy i biegłam do okna,żeby sprawdzić,czy świat jeszcze istnieje, czy już całkowicie zaginął przysypany "okrutnym" śniegiem... i chociaż sama siebie pukałam litościwie w czoło, że oglądając TV- tak łatwo dałam sobie zrobić wodę z mózgu-to jednak niepokój pozostał. A dawniej-zawsze biała zima cieszyła mnie swoją urodą, nieskazitelnością i swoistym klimatem oczekiwania. Prowokowała wspomnienia z dzieciństwa-o sankach, szalonych zabawach w śnieżki, tarzaniu się w śniegu-często do całkowitego przemoczenia ubrania i zmrożenia palców u rąk i nóg oraz nosa i policzków. Przyjemnie było wyglądać przez okno, przyglądać się światu, trochę wesołemu,trochę smutnemu i tajemniczemu. Aż tu nagle wczoraj dowiedziałam się z mediów,że śnieg w zimie to jakaś nieprawidłowość i niemal początek końca naszego świata. Nawet dziś rano używano słowa "Armageddon",podczas gdy śnieg padał sobie dość spokojnie. I dlatego dziś rano biel za oknem wcale mnie nie ucieszyła tylko uruchomiła czarnowidztwo: -że mnie i domownikom nie uda się dojechać do pracy a potem- wrócić do domu bez stłuczki -że będą nieludzkie korki na drogach -że dużo ludzi połamie sobie kończyny i licho wie co -że znów ileśtam tysięcy ludzi będzie bez prądu, bo duży opad śniegu pozrywa trakcje -że śnieg swoim cięzarem zerwie jakieś dachy -ze gdzieś karetka nie dojedzie na czas... I TAK DALEJ w związku z tym zwracam się z prośbą (licho wie do kogo?) żeby mi oddano mój normalny sposób patrzenia na zimę. Bo czuje jakby mnie z czegoś odarto :)
niedziela, 07 listopada 2010
jesień
Szłyśmy przez brzozowy zagajnik na średniej wielkości wzniesieniu patrząc- a to w pogodne niebo- bo piękne, a to pod nogi-bo dywan z liści aż porażał intensywnością i doskonałością jesiennych kolorów. Cicho było i pięknie-czyli dokładnie tak, jak było nam trzeba, słyszałyśmy tylko szuranie naszych stóp w suchych liściach. - A wiesz,że podobno jest"szkoła" czy też jedna z metod leczenia zaburzeń nastroju przez takie właśnie szuranie w liściach jak my to robimy?:) -zapytała I. -No może dlatego instynktownie na zasadzie profilaktyki tak dobie brodzimy -żeby zaburzeń nastroju uniknąć?-zapytałam z uśmiechem i rzuciłam w I. garścią drobnych liści, które w niskim jesiennym słońcu opadły wirując na ziemię jak drogocenne płatki złota. Tak czy siak, naukowo czy nie- brodzenie w liściach dobrze nam obu zrobiło. Słuchałyśmy szelestu i trzasków dobiegających spod naszych stóp, domyślając się,co mogą oznaczać, co zapowiadać-na pewno nie schyłek, a (jakiś) początek. Schodząc z pagórka nuciłam sobie :"mam ręce w kieszeniach,a kieszenie jak ocean" i w tym momencie coś chłodnego wśliznęło mi się do kieszeni. Podłużny- żółto-zielony liść, znalazł jakoś drogę do dna kieszeni pomiędzy dłonia a materiałem kurtki,może żeby się ogrzać na koniec swej egzystencji. A może był to...list(ek) powitalny od jesieni. Z pozdrowieniami...
poniedziałek, 18 października 2010
Jedno zdanie pseudofilozoficzne i dalszy ciąg normalny:)
Czasem trzeba daleko odejść by wrócić. Tak czy inaczej. Na dłużej czy na krócej. I tyle,bo po co więcej. -------------------------------------------------------------------------------- A dziś. Dłuższą chwilę w ciszy oglądamy transmisję z Konkursu Chopinowskiego, gra akurat fantastyczny Bułgar, co jest w tej muzyce,że grana perfekcyjnie -jest jak łyk źródlanej wody...jak ciepły wiatr, na który wystawia się twarz,żeby jeszcze przez chwilę czuć się wolnym i swobodnym...jak śpiew ptaków o świcie, czy jak zapamiętany z dzieciństwa jedyny w swoim rodzaju smak. Ale każda, nawet najlepiej przemilczana cisza musi mieć swój koniec bardziej lub mniej wzniosły,hm... do Chopina pasuje raczej wzniosły,ale cóż: życie to życie i trudno. Idę więc do kuchni zrobić sałatkę pomidorową Dziecięciu, co zdrożone zaraz wróci z meczu. - taaaak (słyszę z pokoju) siekanie cebuli ciach-ciach-ciach w rytm Koncertu e-moll to je ono. - no cóż: różne rodzaje sztuki w życiu się mieszają i nie ma dysonansów.Ostatecznie w kuchni też można uprawiać sztukę(kulinarną),a dobra muzyka pomaga tworzyć i jeść. Zresztą muzyka poważna pomaga też krowom -więcej mleka dają.Czy jakoś tak;) -mówię nie przerywając siekania. Sięgam po młynek do pieprzu i porząsam nim sprawdzając zawartość - aaa, teraz mamy w kuchni instrument perkusyjny. Ostatecznie koncert jest z orkiestrą... I znów cisza, bo już nic nie siekam,ani nie potrząsam niczym, a ten Bułgar nadal gra wspaniale. Może wygra Konkurs? Kto wie. -ale popatrz na niego -mówi Mężczyzna komentując wyrazistą mimikę Artysty - jest w nim element szaleństwa,nie? -no chyba, przecież wielki artysta ma prawo być z lekka szalony,czy on pierwszy?On tego nie kontroluje, bo cały jest muzyką. A nam łatwo gadać;) - ty też takie miny robisz jak przyszywasz guziki-dodaje Mężczyzna śmiejąc się w kułak. -tylko, że uczciwie mówiąc...w moim krawiectwie "pożal się Boże" to nic genialnego nie ma, raczej niewdzięczne wyrobnictwo bez polotu z wywalonym na brodę z wysiłku językiem, więc zamilcz o tym; ty profanie w obliczu Sztuki:) I tak rozmawialiśmy sobie. Bo muzyka sama w sobie jest cudem, natomiast my śmiertelnicy czasem nie potrafimy powstrzymać się od wtrącania uwag ni z gruszki ni z pietruszki. Mimo zachwytu i szacunku dla Dzieła. i Interpretatora.
czwartek, 24 grudnia 2009
Już Wigilia...
Grypa czy coś grypopodobnego w okresie tuż przed Świętami to jedna z najbardziej kłpotliwych "niespodzianek", zwłaszcza jeśli ci, z którymi się Święta spędza- bardzo liczą na smakołyki"jak zwykle" a nie mają zielonego pojęcia o kuchni... Właśnie mnie taka niespodzianka spotkała, na szczęscie duch jeszcze jakby mocniejszy od ciała nakazał mu (nieco biblijnie;) - "wstań i idź" (do kuchni!), więc ciało nieco sfatygowane i blade oraz zasmarkane - a jakże-wstało i poszło. Wprawdzie wędrówki po domu odczuwam prawie jak wyprawę na Everest, ale jakoś się pozbierałam,dzięki czemu moja rodzinka nie będzie musiała jeść pierogów kupionych w sklepie zapijając barszczem z torebki... Ok, nie o żarcie chodzi, ale o tradycję. Ale jak zobaczyłam te żałosne spojrzenia , to mi się facetów żal zrobiło. Nie tak miało być...ale chooby kładą zawsze nawet najmisterniejsze plany. To jest coś,na co zwykle nie mamy większego wpływu. Zatem Wszystkim moim Znajomym i Nieznajomym,którzy tu zaglądają-życzę przede wszystkim ZDROWIA zarówno w Święta jak i w następnym Roku. Bo wtedy reszta się zawsze jakoś ułoży! ![]()
wtorek, 08 grudnia 2009
dwóch takich
Podobno kobiety idąc po ulicy-niezależnie od tempa - najchętniej patrzą w okna wystawowe głownie po to , żeby ocenić mniej lub bardziej krytycznie (lub bezkrytycznie ) swój wygląd, a nie by śledzić asortyment wystawiony na pokuszenie. Czasem mi się to zdarza. Odruchowo. W końcu jestem kobietą. Ale wolę patrzeć naokoło. Pod warunkiem,że akurat nie jestem zdołowana czy bardzo zmęczona, co siłą rzeczy ciągnie moje oczy w dół. Jeśli długo nic nie zauważam, a raczej: jeśli przez dośc długi czas nic nie przykuwa mojej uwagi- to zaczynam się martwić. Bo to może oznaczać, że zmysł obserwacji mi się stępił, a w jego zastępstwie nie mam nic wystarczająco satysfakcjonującego. Ale to mija. Życie pcha mi się bowiem samo przed oczy i czasem dziękuję za jego nachalność . A czasem zupełnie nie. Dwie przykładowe migawki. Pierwsza miała miejsce tuż przed Mikołajem. Na przystanku tramwajowym umiejscowionym w bardzo ruchliwym punkcie miasta, tam gdzie na zielonym świetle samochody jadą szybko i tłumnie - młody mężczyzna ( a właściwie z mego punktu widzenia-chłopak) poczekał aż sznur samochodów obok zagęści się odpowiednio i wskoczył na barierkę szerokości ok.3-4 cm , która oddzielała przystanek od zatłoczonej jezdni. Zaczął po tej barierce spacerować -przyznaję,że dość sprawnie,ale jednak nie zawsze balansował pewnie. Popisywał się przed kolegą. Gdyby postawił jeden fałszywy krok-spadłby na jezdnię pełną rozpędzonych samochodów i ...zapewne mało byłoby do zbierania. Nie mówiąc o tym,że ktoś rozpaczliwie usiłując zahamować -najprawdopodobniej sprowokowałby karambol. Kompletny brak wyobraźni, fanfaronada. Byłam bardzo zmęczona po dwóch pracach, ale skrzywienie zawodowe kazało mi śledzić każdy krok chopaka, bo jakby spadł...musiałabym go ratować:/ nie było innej opcji. I tylko w penym momencie pomyślałam: przeciez w torebce nie mam nawet jednorazowych rękawiczek, bo w sumie nie jest to artykuł ,który zwykle kobieta nosi... I byłam na siebie zła. Tak ,jakbym w przewidywaniu idiotycznych popisów - miała psi obowiązek targać ze sobą pół apteczki i może jeszcze aparat ambu??? Druga migawka z dnia dzisiejszego. Stałam na światłach i patrzyłam z nudów w okno. Mój wzrok zatrzymał się na sylwetce lekko zgarbionego mężczyzny, który wyraźnie chciał sie upodobnić do wizerunku Chrystusa (taka była moja pierwsza myśl na widok jego fryzury) i ...skojarzenie okazało się być całkiem sensowne. Mężczyzna podszedł do kolektury "Lotto" stanął bardzo blisko jej okienka. po czym szczególnym ruchem podniósł obie ręce ku górze-tak jak robią to księża w kościele , a następnie złożył obie dłonie jak do modlitwy i nie spuszczając wzroku z mało atrakcyjnego budyneczku kolektury "Lotto" pochylił głowę i złożył pełen szacunku ukłon:) Sytuacja powtorzyła się dwukrotnie w krótkim czasie,zatem można przypuszczać,że tenże mężczyzna czcił tak "Lotto" już jakiś czas...Może...po latach udało mu się coś wygrać? ;) Właściwie to było tak niedorzeczne, że zastanawiałam się,czy facet ma coś z głową,czy po prostu robi to dla zgrywy. Niezależnie jednak od tego było to zabawne i nikomu krzywdy nie miało szansy zrobić. Dwie migawki. Na kanwie każdej można ułożyć krótką lub rozwlekłą opowieść. Zdecydowanie jednak wolę oglądać wariatów kłaniających się kolekturze, niż chłopaków, którzy narażają swoje i cudze zycie...
sobota, 05 grudnia 2009
w każdym z nas jest coś z dziecka
Jak to osoba dobrze po 40-stce- wracam czasem do przeszłości-dużo częsciej niż przed 10 czy 20 laty:) -taka jest kolej życia i nic tego nie zmieni... Pamietam średnio-zasobny dom rodzinny, gdzie prezenty mikołajowe były skromne,ale zawsze,zawsze cieszyły. Radości tej towarzyszłyły dziecięce emocje: bo paczki pojawiały się w nocy jakoś dziwnym trafem,kiedy znużone czekaniem powieki same się zamknęły, choćby na małą chwilę. Potem zastanawiałam się czasem, czy Mama nie spała w nocy i czekała, aż my zaśniemy? Później już w czasach studenckich,kiedy nie zawsze wracało sie do domu na Mikołajki...bywało smutno, bida była z nędzą, a w studenckiej kieszeni było zbyt dużo wolnego miejsca...Ale większośc z nas tak miała. Wtedy też patrzyło się z sentymentem, jak po ulicach przemykali nie-święci Mikołaje, w róznym stanie trzeźwości. Nikt jednak nigdy nie słyszał o tym,że Mikołaja ktoś napadł,ograbił czy uszkodził. Taki biegający po ulicy Św.Mikołaj miał status szczególny,wydaje się,że był wręcz...nietykalny. Kiedy mój syn będąc małym dzieckiem uzyskał pewną świadomość szczególnych wydarzeń mikołajkowych-często gęsto musiałam wynajdować jakieś satysfakcjonujące go wyjaśnienia,dlaczego : "Jeśli jest JEDEN Św.Mikołaj, to po ulicy biega ich wielu?"? Im starszy był mój syn, tym było trudniej tłumaczyć :) Zaś moja córeczka chrzestna, była"szybsza"bo kiedyś w Mikołaju,który przyniósł prezenty rozpoznała własnego ojca:) ale PO BUTACH!!!! I zaraz maluch dwuletni - wykrzyknąwszy "TATA!" wisiał na Mikołaju ciagnąc go za brodę. Jednak w mojej rodzinie nadal pokutuje zasada: "Jeśli nie wierzysz w Świetego Mikołaja-prezentu nie dostaniesz". Więc wszyscy na wszelki wypadek wierzą w brodatego dostawcę radości. I nieważne,czy jest to duży prezent, czy -częściej- bardzo drobny, bo co roku spotykamu się całą rodziną (kilkanaście osób)w tym dniu, więc trudno byłoby każdego obdarowywać czymś wiekszym...darowujemy sobie więc drobiazgi,ale pomysłowe, najczęciej ładnie zapakowane. Przecież nie o cenę prezentu tu chodzi, ważny jest fakt, a zwłaszcza szczególna, miła tradycja, która niezbędna jest dzieciom , a w dorosłych budzi dziecko uśpione. I niech tak zostanie.
niedziela, 22 listopada 2009
wpis bardzo zwyczajny o sprawach zwyczajnych
Jako istota przekorna -za nic mam sobie mody i trendy, albo no..prawie za nic, bo jednak tak całkiem bez mody żyć się nie da...ale przekorność owa dotyczy książek. Bo chyba wybredna jestem (ale też nie... nie zawsze). Od pewnego czasu, kiedy mi się w głowie z lekka "poprzestawiało";) raczej dążę do tego,by ta "rozrywkowa"lektura (bo od fachowej nic więcej poza merytoryczną wartością raczej wymagać nie można) była przyjemna dla ducha i...oka... Tak,dla oka. Bo ważne jest to, jakie obrazy można przywołać sobie przed oczy,kiedy się książkę czyta.Natomiast kompletnie nieważne jest to,co kto sobie pomyśli - że ckliwe, że banalne,że za kolorowe i "zbyt ładne", że niemal "jeleń na rykowisku";) -bo nie ma spisków,wielkiej polityki, pościgów i wielkich wybuchów oraz biuściastych piekności,które potrafią wszystko-od opanowania sieci komputerowej przez unieszkodliwienie bomby podłożonej przez terrorystów aż do uratowania całej ludzkości:) Istotne jest dla mnie też , czy postaci z czytanej książki pozwolą na to,by się z nimi zaprzyjaźnić. Swego czasu wręcz alergicznie reagowałam na cykl"Nad Rozlewiskiem"- wchodziło się do księgarni,a tu półki zastawione w większości egzemplarzami ksiązek z tego cyklu. Totalna dominacja. Ta alergia-nie umotywowana niczym sensownym-trwała kilka miesięcy i pewnie z przekory wspomnianej-nie przeczytałabym. Ale koleżanka przed wakacjami podrzuciła mi jedną z tych książek - "Powroty nad rozlewiskiem" , więc jak ksiązka już była to... trzeba ja przeczytać. I "połknęłam" ją w 1,5 dnia leżąc nad Jeziorem Magicznym w hamaku -za nic mając sobie osy i komary:) Polubiłam bohaterki. Stwierdziłam też ,że ekranizacja będzie porażką. Pierwszy odcinek serialu mi sie nie podobał. Drugi i trzeci-obejrzałam na zasadzie :"może się rozkręci". Następne... z ochotą. I nie tylko dlatego,że jestem sentymentalna. Nie dlatego,że na niedzielny wieczór-poprzedzający wstrząs związany z poniedziałkiem ;) film powinien być łagodny. Ale też dlatego,że te obrazki są miłe oku, a postaci-ciepłe i ludzkie. Najbardziej podoba mi się Małgorzata Braunek. Nic w niej nie ma z pretensjonalnej Izabeli z "Lalki" -jest taka...normalna i zdecydowanie jest kobietą z klasą :) Chciałabym kiedyś taką być :) I jeszcze dlatego...a może PRZEDE WSZYSTKIM, że czasem mam ochote rzucić duże miasto , gdzie wiecej biegu, pośpiechu i stressu niż czegokolowiek innego, gdzie często trzeba pazurami walczyć o przetrwanie-jak w dżungli i... zaszyć się. Choćby nad takim...rozlewiskiem...albo w przybliżeniu. :)
niedziela, 15 listopada 2009
Mariolka budzi się jesienią,a "zwierzęta" walczą o przetrwanie ;)
Mężczyzna namiętnie ogląda "Szkołę przetrwania" na Discovery Chanel -o ile oczywiście nie zaśnie w trakcie, jak Bear Grylls w najbardziej nieprzychylnych miejscach na ziemi usiłuje przeżyć ( i najczęściej- przeżuć jakiegoś robala na żywo,albo prawie) z niezłym skutkiem;). Zatem Mężczyzna wie doskonale jak to jest, kiedy trzeba poszukać CZEGOŚ co pozwala przetrwać. -Mamy coś słodkiego, dobrego z czekoladą?- zadał zatem pytanie najbardziej zorientowanej w tym względzie osobie,czyli Mariolce. -masz cośtam schowanego-na przykład za talerzami?-drążył temat. "Za talerzami" wymaga wyjaśnienia. Mariolka znajc apetyty na slodycze mężczyzn w domu, znajduje różne sprytne miejsca na schowanie łakoci, żeby je dozować , ale te miejsca są w jakiś nieslychany sposób rozszyfrowywane przez Obu. Miejsce "za talerzami" ( w szafce w kuchni) jest jak widać znów "spalone". Konspiracja wymaga znalezienia drugiego równie dobrego miejsca... -Owszem coś się znajdzie-powiedziała Mariolka i siegnęła za owe wspomniane talerze. Raptem rozległ się niemal świst. Mężyczyzna,który trwał do tej pory w leniwym uśpieniu szukając dogodnego miejsca do ułożenia sie na kanapie w trakcie,gdy Bear Grylls walczył o przetrwanie- w niespodziewanie szybki sposób znalazł się przy niej już ...z miseczką na czekoladowe ciasteczka (na wagę), do której sprawnie i bardzo szybko je przesypał. Zauważył równiez,że w drugiej ręce Mariolka trzyma woreczek z jego ulubionymi cukierkami czekoladowymi w ilości 30 dekagramów. Nie porwał ich o nie, natomiast w równie błyskawiczny sposób pojawił się znów, dzierżąc w dłoniach wiklinową baryłeczkę, w której zawsze cukierki mieszkają. Równie błyskawicznie przesypał do niej czekoladki, swą szybkością wprawiając Mariolkę w stupor. -Coś ty ...taki szybki?-zapytała nadal osłupiała -No. Niech już one(cukierki) będa wreszcie na swoim miejscu! -wysapał zadowolony,po czym oddalił się z miną rozanielonego Kubusia Puchatka, żeby połączyć się z bohaterem "Szkoły Przetrwania) w trudzie przeżycia w drapieżnym świecie ... A poza tym: cóż , idzie zima, trzeba gromadzić zapasy. Każde mądre zwierzę to wie i nie trzeba mu nawet instrukcji !
wtorek, 03 listopada 2009
śmiech -najlepsza profilaktyka świńskiej grypy ;)
Dawno temu...w Stumilowym Lesie... ... ![]() ( obrazek pochodzi ze strony wykop.pl)
poniedziałek, 02 listopada 2009
czas
Mała i krucha,jak tylko może być staruszka, na łóżku,które zdawało się być dla niej dużo za duże. -Ja nie chcę tak żyć. Nie zgadzam się na starość. Ja chcę mieć dwadzieścia lat i tańczyć... Patrząc na nią -widziałam swoją Mamę, która zgasła 6 lat temu i choć nie była staruszką jak ta-to jedna rzecz je łączyła, ta rzecz,która niezmiennie napawa mnie smutkiem - niepogodzenie z czasem... Chciałam jej nawet powiedzieć,że czas biegnie tak samo dla wszystkich,ale w konfrontacji starszej pani ze mną-dużo jednak młodszą, choć już nie młodą-brzmiałoby to nieprzekonywująco- o ile nie okrutnie. Kiedyś póbowałam- w podobnej sytuacji-ale usłyszałam tylko ciche: "Córciu...co ty możesz wiedzieć o starości..." Zatem już nie probuję. Może kiedyś znajdę złoty środek i na to. Pomoże innym i pewnie ...w przyszłości mnie. Ciągle jestem w biegu. Kilka dni temu- na dyżurze popatrzyłam przez okno, na "dyżurną" jarzębinę, na której zawsze fiksuję wzrok -bo jakoś tak...stoi na drodze moich myśli. I wtedy zobaczyłam,że jarzębina płonie. Rudością liści i obfitością czerwonych owoców. Zdałam sobie sprawę,że nawet w zeszłym roku-rozkoszowałam się każdym przejawem jesieni, bogactwem kolorów i form. Nuciłam bossa-novę. Malowałam swoje i cudze myśli - o jak TU W tym roku wszystko przechodzi"mimo" i ...i ja się na to zgadzam??? Jak to możliwe,nie wiem... Najpiękniejszym darem od Losu jest umiejętnośc pogodzenia się z przemijaniem, to wcale nie jest tak bardzo trudne, choć wymaga pracy nad sobą. Ale ...ciężkim grzechem ;) jest pozwolenie na to, by stępiły się zmysły, poddanie się rytmowi zbyt szybkiego życia, zaniechanie obserwacji świata naokoło, który taki piękny jest... mimo bólu, gorszych dni i zdarzeń, na które niestety wpływu mieć nie możemy...
środa, 08 lipca 2009
śmiesznie
Właśnie wzięłam się za badanie starszego pana, który z powodu silnego osłabienia chorobą leżał na łóżku, a tu mężczyzna do mnie w te słowa: -tak patrzę sobie na różnych lekarzy i widzę,że oni tacy inni jacyś. W tych białych ubrankach jacyś tacy... ładni. ... I...przemądrzali. -zaraz: ja przecież jeszcze NIC do pana właściwie nie powiedziałam- odparowałam z uśmiechem. -a po co? przecież widać. -na czole mam napisane? -trochę. jakby tak.
niedziela, 05 lipca 2009
zgadywanka
Kiedy TO zobaczyłam, wpadłam w "dziki zachwyt" albowiem przypomniały mi się słynne "dreblinki do snopowiązałek" z filmu "nie lubię poniedziałku". A ponieważ jutro poniedziałek...to jest jak znalazł, tylko konia z rzędem temu, kto mi powie, co Autor dzieła miał na myśli? ![]() Rozejrzałam się w pomieszczeniu,szukałam w okolicy faceta w beretce z antenką, czy narzędzi hydraulicznych,ale nie, okazało się, że nie zepsuł się w tym miejscu nikomu kran ani prysznic, zresztą to nie łazienka, tylko pomieszczenie Muzeum Rzeźby w drezdeńskim Zwingerze, a to cudo-umiejscowione jest całkiem niedaleko rzeźb Rodina :)
poniedziałek, 29 czerwca 2009
I duszno i pada ,i duszno i pada...
Straszliwie parno cały dzień. Ludzie albo zmęczeni,albo zniecierpliwieni, pacjenci- zwłaszcza ci ambulatoryjni- pobudzeni, oj dostało się dziś personelowi białemu z mej komórki organizacyjnej nie raz nie dwa...Trudno w taki dzień nosić uśmiech na twarzy, w pewnej chwili i ja się wściekłam, kiedy pacjentka w dobrym stanie zaczęła krzyczeć, że to skandal,iż przed nią przyjęłam inną osobę, taką młodą ,co może poczekać. Tylko,że ta "młoda co może poczekać" to akurat na wózku była i ledwo żyła. No nic, ale jestem już w domu, jutro,pojutrze i po-pojutrze to juz tak fajnie nie będzie, praca od rana do wieczora. Znów grzmi i pada dość mocno (dawno nie padało...;) Widziałam dziś kolumnę samochodów strażackich, tak z 10 ich było, jeden za drugim...na sygnale...pewnie jechały do Kłodzka, czy tam gdzie trzeba było takich sił. Przypomniał mi się 1997 rok. Do tej pory skóra mi cierpnie. Może czas zacząć budować arkę? ;)
sobota, 27 czerwca 2009
Ona i ja
Moja siostra. Którą kocham oczywiscie niezmiernie,ale się z nią często "rozmijam"-bo ona inna i ja inna- począwszy od koloru włosów na zainteresowaniach i urządzeniu swojego małego świata skończywszy. Ona blond, ja przeciwnie. Ona z lekka latawiec, bo aktualnie niezamężna i nie-dzieciata. Ja przeciwnie.Ona "despotka z lekka" , ja -skłonna do kompromisów, choć nie zawsze łagodna, o nie. Dlatego czasem między nami iskrzy. Ona-manelara, uwielbia"przydasie" i rzeczy z rodzaju"nie wiadomo po co to jest", ja raczej uważam,że do równowagi potrzebne mi jest nieco wolnej i uporządkowanej przestrzeni, a nie nadmiar bibelotów. Ona - uprawia tak zwany wolny zawód, ja przeciwnie. Ona nie ominie żadnego wydarzenia kulturalnego w mieście i okolicy, ja...hm, jak by to powiedzieć : no kiepsko z tym. Bo...ona odreagowuje swoją wolność zawodową w tychże imprezach, a moja zawodowa "niby-niewola" sprawia,że kiedy wieczorem wracam do domu -marzę o ciszy całkowitej lub przełamanej dobrą muzyką,o braku większej ilości ludzi naokoło,o wannie z ciepłą wodą, o dobrej książce,o przemysleniach uspokajających w zieleni i kolorach kwiatków z najbliższego otoczenia. Co nie oznacza braku fantazji lecz po prostu jest wyrazem braku czasu na relaks, a jak wiadomo-jeśli czasu na coś jest mało to trzeba go wykorzystać do ostatniej sekundy tak, jak akurat się potrzebuje. Nic na siłę. Moja siostra dzwoni dziś :- "Wysłałam ci link dotyczący koncertu jutro, idziesz" -"Jutro to nie jestem zainteresowaba" -"bo?" -"bo mam inne plany" ...bo mam! I proszę ja kogo, moja Siostra NIE zozumiała. Ona da się oskubać za koncert, nieważne kto gra, byle dobrze. Ja oskubać sie nie dam. Muzykę lubię, kocham nawet, ale nie każdą, wybredna jestem. Ale są jeszcze różne ważne sprawy,które wynikają z bycia żoną i matką, do tego pracującą (czasem ponad siły) na kilku etatach, w tym domowymm równie absorbującym , co każda pani domu potwierdzi. I w przeciwieństwie do niej - rozumiem to, że ona ma swój świat, swoje zainteresowania,że nie cierpi na przykład sprzątać czy gotować. Ona zaś...chyba jednak ma mnie za istotę nieco niższych lotów :) I probuje to zmienić na obraz i podobieństwo swoje ,zapewne z miłości:)
środa, 24 czerwca 2009
w przychodni
Siedząc w gabiniecie przychodnianym zostałam zelektryzowana jakąś pyskówką na korytarzu. Wyszłam więc na ów korytarz, niby Hermes z kaduceuszem :) Opadli mnie pacjenci (dziś jakiś zły dzień był...wszyscy nerwowi jak nie wiem :( Jeden przez drugiego usiłowali mnie przekonać,że mimo ustalonej kolejności przyjęć usankcjonowanej nawet formą pisemną(listą z oznaczeniem kto i na którą godzinę zapisany) to ONI musza wejść w pierwszej kolejności bo...cośtam o znów cośtam. Nie ugięlam się i z pomocą pań rejestratorek-jakoś udało się opanować żywioł... Po kilku przyjętych osobach nadszedł czas na starszego znerwicowanego pana, który jak się okazało nie był zapisany na dziś,a sam twierdził,że był. Przyjęłam go oczywiście, bo na korytarzu nagle poczuł się źle. Uświadomiłam mu życzliwie, że on SAM się nakręca, a we mnie nie ma wroga :) I o dziwo- zrozumiał, choć jeszcze chwilę ponarzekał na cały świat. -Ciiiiichutko, no niech pan się już nie denerwuje, prosze spóbować się odpręzyć i powiedzieć mi o swojej chorobie, no już spokojnie, przeciez jest pan w środku, a ja już jestem do pana dyspozycji. Odprężył się, opowiedział o chorobie, ciśnienie mu spadło, został zbadany...wychodząc z poddenerwowanego staruszka stał się starszym w miarę spokojnym panem , który wysapał pod adresem tych,z którymi wlaczył na korytarzu: "bo wie pani,ci ludzie to tak się kłócą!" :) Któryś z kolei był żażywny pan po 60-tce, który patrzył na mnie nieco nieufnie, a potem powiedział ze zdziwieniem :" A z pania to można porozmawiać!" :) Kolejna pani weszła do gabinetu i jako rzeczniczka reszty powiedziała,że na korytarzu jest jeszcze kilka osób i że wszyscy są zmęczeni. Była to moja 10 godzina pracy na pełnych obrotach. -a jak pani myśli, czy ja też nie jestem czasem zmęczona? I tak dośzlyśmy do wniosku obie, że trzeba zająć się badaniem a nie -uczciwszy uszy- "pierdołami". Prawie trzydziestu pacjentów przyjetych w przychodni przez 5 godzin.Każdy pacjent inny. Z każdym trzeba umieć porozmawiać. Na szczęście przez lata pracy wyćwiczyłam się w tym względzie. No i Anioł Stróż-ten strażnik mojej cierpliwości-najwyraźniej dziś stał blisko...bardzo blisko mnie :)
wtorek, 23 czerwca 2009
Czas na głupoty poprzedzone poważniejszym rozważaniem na szczęście krótkim;)
Noszę w głowie jakąś głupotę, aż mnie korci, żeby o tym napisać...ale naokoło ludzie mają tyle problemów, ja też, więc czy to..."wypada pisac o niczym" w tonie wesołkowatym i beztroskim? Podczas gdy innym ludziom świat się wali na głowę? a z drugiej strony: co komu z tego przyjdzie, jeśli się owiniemy w worek pokutny, pomalujemy twarze na czarno o łeb posypiemy popiołem? ano...nic nie przyjdzie z tego nikomu. jeszcze gorzej może być na duszy. Więc jeśli piszę o głupotach czasem (albo częściej niż "czasem") to nie znaczy, że tylko to mam w głowie. Ale raczej, że stawiam odpór problemom i póki co-po części dzięki takim"głupotom" udaje mi się wygrywać. Albo jak napisałam do koleżanki omm...wydaje mi się,że wygrywam i to czasem zupełnie, zupełnie wystarczy... Zatem na "głupoty" czas. Straszliwie zmokłam dziś. Musiałam wyjśc z pracy w porze największego deszczu. W przeciągu kilku minut zostałam przemoczona do ostatniej nitki, nie pomógł parasol. Ja, zmokła kura szłam zatem rozmyślając, jak tu być elegancką w takiej sytuacji. Głowa w górę i pierś do przodu oraz spręzysty krok niekoniecznie pomagają ;) Ale skądinąd gdyby siegnąć do ckliwych filmów co to"on i ona" na deszczu, to "oni" wyglądają zwykle całkiem fajnie. Tyle,że mogą się tym swoim zadeszczeniem cieszyć we dwoje, a nie muszą iść prezentować swego rozmoknięcia pacjentom w przychodni...No i drobna różnica wieku: zwykle "ona" z duetu deszczowego ma tak gdzieś o połowę lat mniej niz ja, no czasem jak reżyser jest nieco bardziej "litościwy"-to nieco mniej niż połowę:) Na to tez jednakowoż jest jakaś rada, bo można z łatwością podzielić swój wiek na dwa :) i po kłopocie. Moje buty z całkiem niezłej firmy Bata , które nosiły mnie wygodnie...niestety nie przetrwały tej dziejszej próby wody... Niezbyt często bowiem wlewa się do nich zawartość kilku wiader z każdej strony,niezależnie od umocowanej w nich stopy. Widok moich stóp, na które nieopatrznie zwróciłam uwage już w przychodni- wprawił mnie w osłupienie. Pięty miałam bowiem brązowe i palce również... Niezłe buty,które niejeden deszcz przetrwały bez szwanku-zapłakały brązowymi łzami i wytarły te łzy... w moje pięty:)| Na szczęście " w pogotowiu" były wyżej wspomniane bzdury. Kontemplując widok "mazów" na moich piętach o nowym kolorze :) - przypomniałam sobie duży biały, lekko krzywy napis, który widziałam na malarskiej, czarnej, wielkiej teczce uwieszonej w deszczu na ramieniu chudego młodziana w sandałach na bosych stopach (niewątpliwie był to student ASP, przecież takiego credo nie pisze sie ot,tak...). A napis ów brzmiał: " Gdy życie nic nie warte-Evviva l'Arte! " Parafraza tetmajerowskiego "Choc życie nasze splunięcia niewarte-Evviva l'arte!" ... bardziej niż dekadencki oryginał - przekonuje mnie jednak ta dowolna wersja na teczce studenta Sztuk, bo tylko zaznacza, że życie czasem ciężkie jest, nawet jeśli to "czasem" jest dość często... ale daje nadzieję. Mnie za to malarskie "dzieła" deszczu na stopach i ogólne przemoczeniie-wybiły z głowy zaplanowaną wizytę w Muzeum Narodowym , gdzie chciałam sie udać dziś od razu po pracy, bo jest wspaniała wystawa W sumie oglądanie dzieł sztuki to jakieś mini-święto. Nie można iść z wodą wylewającą się z butów...choć jakby pomyśleć- to jest w sumie lepsze niż na przykład słoma, którą często gęsto rozsiewa ten i ów,nie zdając sobie z tego sprawy ;)
sobota, 06 czerwca 2009
- Bywasz czasami niemożliwie wzniosła-powiedziała Nieznajoma i wstała od stolika, zostawiając na wpół opróżnioną filiżankę z kawą oraz mnie-zdziwioną, bo przeciez nie powiedziałam do niej ani słowa. Wyszłam po chwili z kawiarni i rozpostarłam ramiona do lotu, bo okazało się,że ktoś właśnie przeniósł Ocean w bezpośrednie sąsiedztwo. -Przecież boisz się latać! - powiedział Mężczyzna. -Trudno, raz kozie śmierć- i wziosłam się z łatwością w górę. Lecąc bardzo wysoko-tak wysoko,że widziałam łukowaty horyzont -pomyślałam trzeźwo,że gdybym spadła z takiej wysokości- to nie byłoby dla mnie żadnych szans. Ale nie spadałam. Właśnie wykonałam efektowną woltę w powietrzu i postanowiłam wracać, kiedy usłyszałam: -i cóżeś ty uczyniła kobieto? - głos Mężczyzny zatrzymał mnie w locie. Otworzyłam oczy. To,co zobaczyłam, przyprawiło mnie o zdziwienie,pomieszane z niezrozumieniem. Cała pościel umazana była czekoladą. A na szafce obok łóżka leżały 3 sreberka po ulubionych czekoladkach. Problem w tym,że nie pamiętam,kiedy w ncy zaopatrzyłam się w czekoladki i nie pamiętam też momentu ich spożycia:))) Wiem za to jedno i to jest dość odkrywcze:) a mianowicie-jednych uskrzydlaja różne zakazane używki, innych miłość, jeszcze innych Red-Bull, a moim osobistym paliwem bywa czekolada... :D I co by nie mówić- jak widać po takim paliwie nawet wysokie loty nad Oceanem nie są mi straszne... :) |
Archiwum
Zakładki:
|