|
moja jesień gra bossanovą...
niedziela, 15 listopada 2009
Mariolka budzi się jesienią,a "zwierzęta" walczą o przetrwanie ;)
Mężczyzna namiętnie ogląda "Szkołę przetrwania" na Discovery Chanel -o ile oczywiście nie zaśnie w trakcie, jak Bear Grylls w najbardziej nieprzychylnych miejscach na ziemi usiłuje przeżyć ( i najczęściej- przeżuć jakiegoś robala na żywo,albo prawie) z niezłym skutkiem;). Zatem Mężczyzna wie doskonale jak to jest, kiedy trzeba poszukać CZEGOŚ co pozwala przetrwać. -Mamy coś słodkiego, dobrego z czekoladą?- zadał zatem pytanie najbardziej zorientowanej w tym względzie osobie,czyli Mariolce. -masz cośtam schowanego-na przykład za talerzami?-drążył temat. "Za talerzami" wymaga wyjaśnienia. Mariolka znajc apetyty na slodycze mężczyzn w domu, znajduje różne sprytne miejsca na schowanie łakoci, żeby je dozować , ale te miejsca są w jakiś nieslychany sposób rozszyfrowywane przez Obu. Miejsce "za talerzami" ( w szafce w kuchni) jest jak widać znów "spalone". Konspiracja wymaga znalezienia drugiego równie dobrego miejsca... -Owszem coś się znajdzie-powiedziała Mariolka i siegnęła za owe wspomniane talerze. Raptem rozległ się niemal świst. Mężyczyzna,który trwał do tej pory w leniwym uśpieniu szukając dogodnego miejsca do ułożenia sie na kanapie w trakcie,gdy Bear Grylls walczył o przetrwanie- w niespodziewanie szybki sposób znalazł się przy niej już ...z miseczką na czekoladowe ciasteczka (na wagę), do której sprawnie i bardzo szybko je przesypał. Zauważył równiez,że w drugiej ręce Mariolka trzyma woreczek z jego ulubionymi cukierkami czekoladowymi w ilości 30 dekagramów. Nie porwał ich o nie, natomiast w równie błyskawiczny sposób pojawił się znów, dzierżąc w dłoniach wiklinową baryłeczkę, w której zawsze cukierki mieszkają. Równie błyskawicznie przesypał do niej czekoladki, swą szybkością wprawiając Mariolkę w stupor. -Coś ty ...taki szybki?-zapytała nadal osłupiała -No. Niech już one(cukierki) będa wreszcie na swoim miejscu! -wysapał zadowolony,po czym oddalił się z miną rozanielonego Kubusia Puchatka, żeby połączyć się z bohaterem "Szkoły Przetrwania) w trudzie przeżycia w drapieżnym świecie ... A poza tym: cóż , idzie zima, trzeba gromadzić zapasy. Każde mądre zwierzę to wie i nie trzeba mu nawet instrukcji !
wtorek, 03 listopada 2009
śmiech -najlepsza profilaktyka świńskiej grypy ;)
Dawno temu...w Stumilowym Lesie... ... ![]() ( obrazek pochodzi ze strony wykop.pl)
poniedziałek, 02 listopada 2009
czas
Mała i krucha,jak tylko może być staruszka, na łóżku,które zdawało się być dla niej dużo za duże. -Ja nie chcę tak żyć. Nie zgadzam się na starość. Ja chcę mieć dwadzieścia lat i tańczyć... Patrząc na nią -widziałam swoją Mamę, która zgasła 6 lat temu i choć nie była staruszką jak ta-to jedna rzecz je łączyła, ta rzecz,która niezmiennie napawa mnie smutkiem - niepogodzenie z czasem... Chciałam jej nawet powiedzieć,że czas biegnie tak samo dla wszystkich,ale w konfrontacji starszej pani ze mną-dużo jednak młodszą, choć już nie młodą-brzmiałoby to nieprzekonywująco- o ile nie okrutnie. Kiedyś póbowałam- w podobnej sytuacji-ale usłyszałam tylko ciche: "Córciu...co ty możesz wiedzieć o starości..." Zatem już nie probuję. Może kiedyś znajdę złoty środek i na to. Pomoże innym i pewnie ...w przyszłości mnie. Ciągle jestem w biegu. Kilka dni temu- na dyżurze popatrzyłam przez okno, na "dyżurną" jarzębinę, na której zawsze fiksuję wzrok -bo jakoś tak...stoi na drodze moich myśli. I wtedy zobaczyłam,że jarzębina płonie. Rudością liści i obfitością czerwonych owoców. Zdałam sobie sprawę,że nawet w zeszłym roku-rozkoszowałam się każdym przejawem jesieni, bogactwem kolorów i form. Nuciłam bossa-novę. Malowałam swoje i cudze myśli - o jak TU W tym roku wszystko przechodzi"mimo" i ...i ja się na to zgadzam??? Jak to możliwe,nie wiem... Najpiękniejszym darem od Losu jest umiejętnośc pogodzenia się z przemijaniem, to wcale nie jest tak bardzo trudne, choć wymaga pracy nad sobą. Ale ...ciężkim grzechem ;) jest pozwolenie na to, by stępiły się zmysły, poddanie się rytmowi zbyt szybkiego życia, zaniechanie obserwacji świata naokoło, który taki piękny jest... mimo bólu, gorszych dni i zdarzeń, na które niestety wpływu mieć nie możemy...
środa, 08 lipca 2009
śmiesznie
Właśnie wzięłam się za badanie starszego pana, który z powodu silnego osłabienia chorobą leżał na łóżku, a tu mężczyzna do mnie w te słowa: -tak patrzę sobie na różnych lekarzy i widzę,że oni tacy inni jacyś. W tych białych ubrankach jacyś tacy... ładni. ... I...przemądrzali. -zaraz: ja przecież jeszcze NIC do pana właściwie nie powiedziałam- odparowałam z uśmiechem. -a po co? przecież widać. -na czole mam napisane? -trochę. jakby tak.
niedziela, 05 lipca 2009
zgadywanka
Kiedy TO zobaczyłam, wpadłam w "dziki zachwyt" albowiem przypomniały mi się słynne "dreblinki do snopowiązałek" z filmu "nie lubię poniedziałku". A ponieważ jutro poniedziałek...to jest jak znalazł, tylko konia z rzędem temu, kto mi powie, co Autor dzieła miał na myśli? ![]() Rozejrzałam się w pomieszczeniu,szukałam w okolicy faceta w beretce z antenką, czy narzędzi hydraulicznych,ale nie, okazało się, że nie zepsuł się w tym miejscu nikomu kran ani prysznic, zresztą to nie łazienka, tylko pomieszczenie Muzeum Rzeźby w drezdeńskim Zwingerze, a to cudo-umiejscowione jest całkiem niedaleko rzeźb Rodina :)
poniedziałek, 29 czerwca 2009
I duszno i pada ,i duszno i pada...
Straszliwie parno cały dzień. Ludzie albo zmęczeni,albo zniecierpliwieni, pacjenci- zwłaszcza ci ambulatoryjni- pobudzeni, oj dostało się dziś personelowi białemu z mej komórki organizacyjnej nie raz nie dwa...Trudno w taki dzień nosić uśmiech na twarzy, w pewnej chwili i ja się wściekłam, kiedy pacjentka w dobrym stanie zaczęła krzyczeć, że to skandal,iż przed nią przyjęłam inną osobę, taką młodą ,co może poczekać. Tylko,że ta "młoda co może poczekać" to akurat na wózku była i ledwo żyła. No nic, ale jestem już w domu, jutro,pojutrze i po-pojutrze to juz tak fajnie nie będzie, praca od rana do wieczora. Znów grzmi i pada dość mocno (dawno nie padało...;) Widziałam dziś kolumnę samochodów strażackich, tak z 10 ich było, jeden za drugim...na sygnale...pewnie jechały do Kłodzka, czy tam gdzie trzeba było takich sił. Przypomniał mi się 1997 rok. Do tej pory skóra mi cierpnie. Może czas zacząć budować arkę? ;)
sobota, 27 czerwca 2009
Ona i ja
Moja siostra. Którą kocham oczywiscie niezmiernie,ale się z nią często "rozmijam"-bo ona inna i ja inna- począwszy od koloru włosów na zainteresowaniach i urządzeniu swojego małego świata skończywszy. Ona blond, ja przeciwnie. Ona z lekka latawiec, bo aktualnie niezamężna i nie-dzieciata. Ja przeciwnie.Ona "despotka z lekka" , ja -skłonna do kompromisów, choć nie zawsze łagodna, o nie. Dlatego czasem między nami iskrzy. Ona-manelara, uwielbia"przydasie" i rzeczy z rodzaju"nie wiadomo po co to jest", ja raczej uważam,że do równowagi potrzebne mi jest nieco wolnej i uporządkowanej przestrzeni, a nie nadmiar bibelotów. Ona - uprawia tak zwany wolny zawód, ja przeciwnie. Ona nie ominie żadnego wydarzenia kulturalnego w mieście i okolicy, ja...hm, jak by to powiedzieć : no kiepsko z tym. Bo...ona odreagowuje swoją wolność zawodową w tychże imprezach, a moja zawodowa "niby-niewola" sprawia,że kiedy wieczorem wracam do domu -marzę o ciszy całkowitej lub przełamanej dobrą muzyką,o braku większej ilości ludzi naokoło,o wannie z ciepłą wodą, o dobrej książce,o przemysleniach uspokajających w zieleni i kolorach kwiatków z najbliższego otoczenia. Co nie oznacza braku fantazji lecz po prostu jest wyrazem braku czasu na relaks, a jak wiadomo-jeśli czasu na coś jest mało to trzeba go wykorzystać do ostatniej sekundy tak, jak akurat się potrzebuje. Nic na siłę. Moja siostra dzwoni dziś :- "Wysłałam ci link dotyczący koncertu jutro, idziesz" -"Jutro to nie jestem zainteresowaba" -"bo?" -"bo mam inne plany" ...bo mam! I proszę ja kogo, moja Siostra NIE zozumiała. Ona da się oskubać za koncert, nieważne kto gra, byle dobrze. Ja oskubać sie nie dam. Muzykę lubię, kocham nawet, ale nie każdą, wybredna jestem. Ale są jeszcze różne ważne sprawy,które wynikają z bycia żoną i matką, do tego pracującą (czasem ponad siły) na kilku etatach, w tym domowymm równie absorbującym , co każda pani domu potwierdzi. I w przeciwieństwie do niej - rozumiem to, że ona ma swój świat, swoje zainteresowania,że nie cierpi na przykład sprzątać czy gotować. Ona zaś...chyba jednak ma mnie za istotę nieco niższych lotów :) I probuje to zmienić na obraz i podobieństwo swoje ,zapewne z miłości:)
środa, 24 czerwca 2009
w przychodni
Siedząc w gabiniecie przychodnianym zostałam zelektryzowana jakąś pyskówką na korytarzu. Wyszłam więc na ów korytarz, niby Hermes z kaduceuszem :) Opadli mnie pacjenci (dziś jakiś zły dzień był...wszyscy nerwowi jak nie wiem :( Jeden przez drugiego usiłowali mnie przekonać,że mimo ustalonej kolejności przyjęć usankcjonowanej nawet formą pisemną(listą z oznaczeniem kto i na którą godzinę zapisany) to ONI musza wejść w pierwszej kolejności bo...cośtam o znów cośtam. Nie ugięlam się i z pomocą pań rejestratorek-jakoś udało się opanować żywioł... Po kilku przyjętych osobach nadszedł czas na starszego znerwicowanego pana, który jak się okazało nie był zapisany na dziś,a sam twierdził,że był. Przyjęłam go oczywiście, bo na korytarzu nagle poczuł się źle. Uświadomiłam mu życzliwie, że on SAM się nakręca, a we mnie nie ma wroga :) I o dziwo- zrozumiał, choć jeszcze chwilę ponarzekał na cały świat. -Ciiiiichutko, no niech pan się już nie denerwuje, prosze spóbować się odpręzyć i powiedzieć mi o swojej chorobie, no już spokojnie, przeciez jest pan w środku, a ja już jestem do pana dyspozycji. Odprężył się, opowiedział o chorobie, ciśnienie mu spadło, został zbadany...wychodząc z poddenerwowanego staruszka stał się starszym w miarę spokojnym panem , który wysapał pod adresem tych,z którymi wlaczył na korytarzu: "bo wie pani,ci ludzie to tak się kłócą!" :) Któryś z kolei był żażywny pan po 60-tce, który patrzył na mnie nieco nieufnie, a potem powiedział ze zdziwieniem :" A z pania to można porozmawiać!" :) Kolejna pani weszła do gabinetu i jako rzeczniczka reszty powiedziała,że na korytarzu jest jeszcze kilka osób i że wszyscy są zmęczeni. Była to moja 10 godzina pracy na pełnych obrotach. -a jak pani myśli, czy ja też nie jestem czasem zmęczona? I tak dośzlyśmy do wniosku obie, że trzeba zająć się badaniem a nie -uczciwszy uszy- "pierdołami". Prawie trzydziestu pacjentów przyjetych w przychodni przez 5 godzin.Każdy pacjent inny. Z każdym trzeba umieć porozmawiać. Na szczęście przez lata pracy wyćwiczyłam się w tym względzie. No i Anioł Stróż-ten strażnik mojej cierpliwości-najwyraźniej dziś stał blisko...bardzo blisko mnie :)
wtorek, 23 czerwca 2009
Czas na głupoty poprzedzone poważniejszym rozważaniem na szczęście krótkim;)
Noszę w głowie jakąś głupotę, aż mnie korci, żeby o tym napisać...ale naokoło ludzie mają tyle problemów, ja też, więc czy to..."wypada pisac o niczym" w tonie wesołkowatym i beztroskim? Podczas gdy innym ludziom świat się wali na głowę? a z drugiej strony: co komu z tego przyjdzie, jeśli się owiniemy w worek pokutny, pomalujemy twarze na czarno o łeb posypiemy popiołem? ano...nic nie przyjdzie z tego nikomu. jeszcze gorzej może być na duszy. Więc jeśli piszę o głupotach czasem (albo częściej niż "czasem") to nie znaczy, że tylko to mam w głowie. Ale raczej, że stawiam odpór problemom i póki co-po części dzięki takim"głupotom" udaje mi się wygrywać. Albo jak napisałam do koleżanki omm...wydaje mi się,że wygrywam i to czasem zupełnie, zupełnie wystarczy... Zatem na "głupoty" czas. Straszliwie zmokłam dziś. Musiałam wyjśc z pracy w porze największego deszczu. W przeciągu kilku minut zostałam przemoczona do ostatniej nitki, nie pomógł parasol. Ja, zmokła kura szłam zatem rozmyślając, jak tu być elegancką w takiej sytuacji. Głowa w górę i pierś do przodu oraz spręzysty krok niekoniecznie pomagają ;) Ale skądinąd gdyby siegnąć do ckliwych filmów co to"on i ona" na deszczu, to "oni" wyglądają zwykle całkiem fajnie. Tyle,że mogą się tym swoim zadeszczeniem cieszyć we dwoje, a nie muszą iść prezentować swego rozmoknięcia pacjentom w przychodni...No i drobna różnica wieku: zwykle "ona" z duetu deszczowego ma tak gdzieś o połowę lat mniej niz ja, no czasem jak reżyser jest nieco bardziej "litościwy"-to nieco mniej niż połowę:) Na to tez jednakowoż jest jakaś rada, bo można z łatwością podzielić swój wiek na dwa :) i po kłopocie. Moje buty z całkiem niezłej firmy Bata , które nosiły mnie wygodnie...niestety nie przetrwały tej dziejszej próby wody... Niezbyt często bowiem wlewa się do nich zawartość kilku wiader z każdej strony,niezależnie od umocowanej w nich stopy. Widok moich stóp, na które nieopatrznie zwróciłam uwage już w przychodni- wprawił mnie w osłupienie. Pięty miałam bowiem brązowe i palce również... Niezłe buty,które niejeden deszcz przetrwały bez szwanku-zapłakały brązowymi łzami i wytarły te łzy... w moje pięty:)| Na szczęście " w pogotowiu" były wyżej wspomniane bzdury. Kontemplując widok "mazów" na moich piętach o nowym kolorze :) - przypomniałam sobie duży biały, lekko krzywy napis, który widziałam na malarskiej, czarnej, wielkiej teczce uwieszonej w deszczu na ramieniu chudego młodziana w sandałach na bosych stopach (niewątpliwie był to student ASP, przecież takiego credo nie pisze sie ot,tak...). A napis ów brzmiał: " Gdy życie nic nie warte-Evviva l'Arte! " Parafraza tetmajerowskiego "Choc życie nasze splunięcia niewarte-Evviva l'arte!" ... bardziej niż dekadencki oryginał - przekonuje mnie jednak ta dowolna wersja na teczce studenta Sztuk, bo tylko zaznacza, że życie czasem ciężkie jest, nawet jeśli to "czasem" jest dość często... ale daje nadzieję. Mnie za to malarskie "dzieła" deszczu na stopach i ogólne przemoczeniie-wybiły z głowy zaplanowaną wizytę w Muzeum Narodowym , gdzie chciałam sie udać dziś od razu po pracy, bo jest wspaniała wystawa W sumie oglądanie dzieł sztuki to jakieś mini-święto. Nie można iść z wodą wylewającą się z butów...choć jakby pomyśleć- to jest w sumie lepsze niż na przykład słoma, którą często gęsto rozsiewa ten i ów,nie zdając sobie z tego sprawy ;)
sobota, 06 czerwca 2009
- Bywasz czasami niemożliwie wzniosła-powiedziała Nieznajoma i wstała od stolika, zostawiając na wpół opróżnioną filiżankę z kawą oraz mnie-zdziwioną, bo przeciez nie powiedziałam do niej ani słowa. Wyszłam po chwili z kawiarni i rozpostarłam ramiona do lotu, bo okazało się,że ktoś właśnie przeniósł Ocean w bezpośrednie sąsiedztwo. -Przecież boisz się latać! - powiedział Mężczyzna. -Trudno, raz kozie śmierć- i wziosłam się z łatwością w górę. Lecąc bardzo wysoko-tak wysoko,że widziałam łukowaty horyzont -pomyślałam trzeźwo,że gdybym spadła z takiej wysokości- to nie byłoby dla mnie żadnych szans. Ale nie spadałam. Właśnie wykonałam efektowną woltę w powietrzu i postanowiłam wracać, kiedy usłyszałam: -i cóżeś ty uczyniła kobieto? - głos Mężczyzny zatrzymał mnie w locie. Otworzyłam oczy. To,co zobaczyłam, przyprawiło mnie o zdziwienie,pomieszane z niezrozumieniem. Cała pościel umazana była czekoladą. A na szafce obok łóżka leżały 3 sreberka po ulubionych czekoladkach. Problem w tym,że nie pamiętam,kiedy w ncy zaopatrzyłam się w czekoladki i nie pamiętam też momentu ich spożycia:))) Wiem za to jedno i to jest dość odkrywcze:) a mianowicie-jednych uskrzydlaja różne zakazane używki, innych miłość, jeszcze innych Red-Bull, a moim osobistym paliwem bywa czekolada... :D I co by nie mówić- jak widać po takim paliwie nawet wysokie loty nad Oceanem nie są mi straszne... :)
piątek, 05 czerwca 2009
Dość krótko, przekornie dziś a nie wczoraj
...Im więcej jest "Ojców Wolności", im więcej jest"gadających głów", im częściej mieli się słowo "wolność" w różnych konfiguracjach (często groteskowych), im bardziej politycy kłócą się o to, czyje obchody powinny być tymi ważniejszymi i obowiązującymi oficjalnie, a coraz bardziej widać,że nawet z tak wzniosłej okazji -najważniejsze osoby w państwie nie chcą i nie potrafią się porozumieć i każdy ciągnie kawałek biało-czerwonej flagi w swoją stronę...tym bardziej czuję,że ta prawdziwa Wolność jest po prostu w nas... Bez frazesów, które często są tylko przedwyborczą farbą. Cieszę się,że żyję w tych czasach. Bo poprzedni ustrój oczywiscie pamiętam i to w miarę dobrze, choć skończył się kiedy byłam bardzo młodą osobą, ale już o ukształtowanych poglądach, które niewiele zmieniły się do dziś. Szanuję ludzi, którzy są autorami przemian. Nie szanuję ludzi,którzy na rocznicy usiłują upiec własną pieczeń podpinając się pod działalność innych. 06.06.09 Czy pójde na wybory? Dziś jest sobota, a ja do tej pory NIE WIEM.Biję się z myślami. Ja po prostu...nie mam na kogo głosować. Patrzę na spoty wyborcze i jakoś zaden mnie nie przekonuje.
sobota, 23 maja 2009
jeden (mały)niebieski migdał...
Miły pan w wieku ponadśrednim byl chyba ostatnim moim pacjentem w poradni w środę. -Co Panu dolega? zapytałam-jak zwykle w ramach koniecznego wywiadu lekarskiego . Popatrzył na mnie całkiem poważnie i powiedział: -no chyba dolega mi głownie straszne lenistwo... pani doktor-ja już taki leniwy się urodziłem i jakoś to się wlecze za mną i wlecze... :) ...gdybym miała lekarstwo na lenistwo...po jego opatentowaniu moglabym... LENIĆ się w pięknych miejscach przez całe dalsze życie... jak np oni :)
piątek, 15 maja 2009
Lemoniada...
Rano uszykowałam tylko śniadania moim dwóm mężczyznom (bo pewnie wyszliby z domu na czczo;) i położyłam się spać... nawet nie wiem,kiedy zrobiła się 11 przed południem... Pogryzając późne śniadanie i parząc kawę włączyłam na chwilę telewizor. Akurat na HBO emitowano film, do którego- z niewiadomych przyczyn mam słabość : "Odette Toulemonde" -film lekki, o banalnej fabule, ale po prostu ciepły i miły dla oka. Od kilku lat staram się nie oglądać horrorów, krwawych filmów akcji czy coraz bardziej drastycznych filmów katastroficznych. Podobnie -jak nie czytam w nadmiarze (bo nie powiem, że się to nie zdarza) krwawych opowieści. Moja koleżanka-uwięziona na kilka tygodni w łóżku po wypadku-czytała namiętnie powieści, w których (jak sama mówiła) jeśli nie pojawiło sie kilka trupów-to było niezwykłe;) Twierdziła,że takie powieści zalecali jej przyjaciele-bo to ponoć dobrze ją miało odstressować-więc się dostosowała do zaleceń:) Chyba jednak codzienny stress - dla mnie jest zupełnie wystarczający, nie szukam dodatkowych źródeł adrenaliny , gdyż mam jej nadmiar żyjąc w ciągłym biegu i napięciu, szukam zatem raczej równowagi, ukojenia, spokoju i uśmiechu-słuchając dobrej muzyki , oglądając dobre filmy obyczajowe albo - nawet i lekkie -jak ten film o miłej kobietce w średnim wieku:). Coraz częściej zwracam się też do eleganckiej klasyki literackiej, nie zawsze bowiem toleruję nowe modne powieści, niestety obejmuje to też powieści z gatunku "fantasy"-biję się w piersi, przyznaję,że podczytywałam, teraz jestem tym po prostu z lekka zmęczona. Wiem, że mnóstwo ludzi w wieku średnim czuje jak ja. Czy dobrze jest być przedstawicielem tak szerokiej rzeszy? TAK. Sad.a.5 podzieliła się ze mną "Lemoniadową Nagrodą", którą opisała tak: " chwile wytchnienia ze szklanka lemoniady" dziękuję za to:) i z duma "przylepiam" sobie tę broszkę. Bo dobrze jest wiedzieć, że tych kilka słów, które czasem piszę wiedziona zwykłym impulsem (kompletnie bez "poczucia misji"ale z potrzeby serca) co kilka kilkanaście dni - ktoś przeczyta i się najnormalniej w świecie- uśmiechnie , tak jakby zjadł czekoladkę lub wypił szklankę zimnej lemoniady w gorący dzień. To jest dla mnie wyjątkowe wyróżnienie... Agnieszko-dziękuję:) ![]()
niedziela, 10 maja 2009
drobiazg niedzielny
Kiedy usłyszałam dobiegający od drzwi sygnał karetki pogotowia wydawany przez mojego męża-przypomniałam sobie od razu pewnego policjanta z "Akademii Policyjnej"-który to policjant potrafił genialnie imitować niemal każdy dźwięk. Mój mąż jednak tego zwykle nie robi...więc pomyślałam,że okazja po temu musi być istotna. Wyjrzałam więc z kuchni i zobaczyłam Nieboskie Stworzenie! To był mój ślubny, który wyszedł do piwnicy 5 minut temu w stanie całkiem przyzwoitym, natomiast wrócił cały w kurzu i pajęczynach. Jak z " Balu Wampirów" Polańskiego. Zaznaczam,że w piwnicy mamy porządek, a poza tym nikt z własnej woli raczej w pajęczynach się nie tarza. Poza zakurzonym odzieniem i pajęczynami we włosach-mąż przyniósł coś malutkiego w ściereczce -i to właśnie tego CZEGOŚ a nie jego, Mężczyzny wyglądu dotyczył "sygnał karetki pogotowia", który był wyartykułowany po to,żeby mnie z kuchni wyciągnąć:) Bo jako lekarz miałam niby pomóc... jak Doktor Doolittle ?;) TO małe COŚ okazało się być malutkim ptaszęciem, tak małym, że w ciemnawym korytarzu trudno było go zobaczyć w ściereczce podetkanej mi pod nos...Ptasie maleństwo wypadło chyba z gniazda i wpadło dziwnym trafem przez kratki do naszej piwnicy w jakiś najbardziej ukryty kąt, na szczęście akurat mąż tam wlazł, bo inaczej ptasi rejawach,które maleństwo podniosło-nic by nie dał...Po krótkeij walce malenstwo dało się złapać w serwetkę. Obejrzany niefachowo zdaje się nie mieć żadnych obrażeń, jedyny problem to ten,że ta ptaszynka latać nie potrafi-za małe toto... Mąz już dwa razy wsadzał go w gęste krzaki,żeby się żaden kot okoliczny nim nie zainteresował...ale raz już ptaszek zwiał, żwawo posuwał po trawniku, a nad nim całe mnóstwo ćwierkającyh wróbli, pewnie chcą pomóc a nie mogą... Ponieważ nie ma żadnych obrażeń-trudno go trzymać w domu. Z dzieciństwa skądinąd pamiętam, że wszelkie próby "domowego"ratowania ptaków, co wypadły z gniazd -kończyły się zwykle źle. Bo i ptak umierał i ja ryczałam jak wół przez trzy dni, co na pewno było trudne do zniesienia dla domowników;) Mam nadzieję, że ten mały wróbel " z dziś" jakoś sobie da radę... To jest taki drobiazg niedzielny.
sobota, 02 maja 2009
w drodze
Było tak. Wczoraj postanowiliśmy się wybrać na Wystawę Kwiatów do Książa. Więc w drogę! ...w drodze okazało sie jednak, że korki na drogach wyjazdowych z miasta w stronę gór są niewyobrażalne... i nie pomogły żadne kombinacje, żeby je ominąć...Zatem po godzinie stania w korkach -zawróciliśmy do domu. Jedyne zdjęcie jakie udało mi się tego dnia zrobić z udziałem roślin -to było właśnie to -przez okno samochodu - i nie szkodzi,że jest to widok dośc banalny, powszechny wiosenną porą- mnie tam zawsze zachwycają-koloryt , kontrast z niebem i miodowy zapach :) ![]() "a wszystko przepasane jakby wstęgą , miedzą..."
środa, 29 kwietnia 2009
a czasem...
Człowiek to jest jednak ciekawa istota. Ciekawa przez swą budowę, myśli, nieprzewidywalność, ale też przez umiejętności - w tym skłonności do wrzucania się w dołek emocjonalny,albo przeciwnie. Niektórzy umieją się z takiego dołka całkiem udatnie wydostać, jakby skrzydła mieli, albo raki-takie jak alpiniści, co to im mało które oblodzone zbocze straszne :) Nie żebym dołek miała, ale raczej:przewagę myśli ciemniejszych niż zwykle i to wcale nie bez powodu. Ale jednocześnie instynkt samozachowawczy każe mi szukać odskoczni-jeśli nie ma jakiegoś porządnego punktu uchwytu, to niech będzie mniej stabilny. I wcale nie trzymam sie kurczowo tego szukania . Oczy, myśli, dusza-same znajdują...prawie jak w piosence :"szukam, szukania mi trzeba". Przedwczoraj oczy zarejestrowały rogalik na niebie, a myśli instynktownie sformułowały opis. Dziś wracając do domu -spojrzałam przez okno samochodu dosłownie na sekundę i to już wystarczyło,żeby zobaczyć młodego człowieka, który nieśpiesznie wędrował po zarośniętych zielenią torach kolejowych mało używanej linii. Szedł z fantazją, pełen dobrej energii, czuło się- że nie trzeba mu było w tej chwili nic więcej-to się po prostu widzi po sposobie stawiania kroków, wymachu rąk, ustawieniu głowy, taki zachwyt chwilą - jest zauważalny nawet jeśli obserwuje się go z dość dużej odległości. I ja coś na kształt wewnętrznej radości poczułam-że znów mam powód do myślenia choć przez chwilę o czymś innym niż to, co zaprząta moje myśli ostatnio... Zatem było tak: on szedł po zielonych torach "ku słońcu" i nie wiedział, że ta pozornie zwykła sytuacja - na chwilę pomalowała mi myśli w kolorze wiosennego uśmiechu. :)
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
zamiast zdjęcia -
"Moje" ciemne niebo o 21.00 okazało się być na dużym obszarze przecięte skośnymi wspomnieniami po samolotach: jaśniejszymi liniami prostymi, które łączyły się ze sobą niemal pod kątem 90 stopni. Na jednej z tych linii usadowił się rożek księżyca- wklęsłym brzuchem do góry. Być może spoczął w swojej codobowej drodze przez niebo. Być może-przypomniał sobie, że kiedy był Młodym Księżycem-w czasach zamierzchłych-zdarzało się, iż zsuwał się po różnych pochyłościach, jak dzieci zjeżdżające po poręczy na łeb na szyję. A może potraktował jasną linie jak trampolinę, z której wypukłość miała mu się pozwolić odbić do góry. Co zresztą się stało, bo w momencie, kiedy wchodziłam do mojej klatki schodowej-księżyc znajdował się juz ponad korytarzem w chmurach, jak gdyby nigdy nic, pozorując "godne" zachowanie. Pewnie myślał,że nikt go nie widzi, bo ludzie po męczącym dniu -wolą spoglądać pod stopy. Być może tak myślał,ale się pomylił. Bo ja go widziałam. Przez moment bowiem śledząc lecący samolot-napotkałam na niebie również znajomy kształt leniuchującego rogalika...
sobota, 25 kwietnia 2009
gorzkowiosennie
Przedwczoraj jadąc rano do pracy w bardzo chłodny poranek-zdziwiłam się widząc w ręku młodego człowieka idącego po chodniku obok -duży pęk dorodnych filoetowych bzów. Jak to- JUŻ? Czy to baśń o dwunastu miesiącach, w której w późną jesienią Lipiec musiał wyczarować poziomki dla biednej dziewczyny, by ta mogła zanieść je swojej przyrodniej, kapryśnej siostrze? Po chwili jednak otrząsnęłam się i stwierdziłam,że juz jest pora na bzy. Na kwitnienie kasztanów-przecież niebawem matury. I na wiele innych pięknych przyrodniczych zjawisk, w które każda wiosna obfituje. I na baby w kucki na chodniku,które to baby sprzedają często najpiękniejsze kwiaty ogródkowe. ... Tylko ja jestem gapa i w tym roku przebiegam obok wszystkiego tego, jakbym miała klapki na oczach:/ Jaka szkoda. Praca zajęła mi znaczną część życia, dostarcza mi dzień po dniu moc mieszanych emocji. Zwłaszcza ostatnio, kiedy ruszylo coś, co pod szumną nazwą "restrukturyzacja" kryje głównie wielki chaos , niezbyt często rządząc się zwykłą logiką...dużo by opowiadać:/ Czasem gorzko myślę sobie-jak na przykład po ważnym,ale mało pozytywnym dniu wczorajszym : I po co mi to wszystko, przecież dużą część tego robię nie dla pieniędzy(bo i kto by a to płacił...), ale często po to,by sobie NICZEGO nie mieć do zarzucenia, bo nie tylko za siebie odpowiadam. Kilka dni temu rozmawiałam z pewnym starszym panem-lekarzem już od dawna na emeryturze ( z czego bardzo się cieszył...). Opowiadałam mu o różnych trudnych sprawach zawodowych, o sytuacjach "bez wyjścia", z którymi mam do czynienia dzień po dniu, z wybitnym nasileniem w dniach ostatnich... W pewnym momencie pan doktor zapytał mnie poruszony: "po co pani tu jeszcze siedzi? Ja na pani miejscu dawno wyjechałbym z Polski, po co się tak szarpać?" Jasne. Ale nie proste. Bo (niestety -albo "stety") ja chcę być tu. Tylko czasem chciałabym wyjechać gdzieś "na zadupie" (nie ujmując niczego uroczym zadupiom...;), bo tam czas płynie wolniej, a człowiek ma oczy szeroko otwarte. I nie przeoczy żadnego wschodu czy zachodu słońca, robaczka czy kiełującej rośliny... Tylko...czy to jest wyjście z sytuacji dla osoby idiotycznie obdarzonej przez naturę (jakby dla mało wyszukanego żartu) czymś w rodzaju "poczucia misji"?;) To nawet brzmi głupio. Tylko że to wcale ale to wcale nie jest śmieszne...
środa, 15 kwietnia 2009
poświąteczne hm... ;)
W ambulatorium od razu po świętach -przewaga pacjentów z podrażnionymi pęcherzykami żólciowymi i trzustkami. Wydaje mi się,że chyba dużo więcej takich pacjentów zgłosiło się teraz, niż w zeszłym roku o tej porze... - czy może popełniła pani jakis błąd dietetyczny?-pytam pacjentkę ze stwiedzoną kilka lat temu kamicą pęcherzyka żółciowego, która to pani nagle w Poniedziałek Wielkanocny zacżęła cierpieć, a przestała to znosić we wtorek , więc w związku z tym zgłosiła się do lekarza. -zjadłam w Niedzielę Wielkanocną sześć jajek ( w majonezie) naraz...nie mogłam sie oprzeć... We wtorek co najmniej kilka rozmów było w podobnym tonie. Od większości cierpiących z powodu chorej trzustki panów jednak "zeznanie" na temat płynno-procentowego umilacza Świąt- trzeba było niemal wyciągac siłą :) Już Sokrates na pytanie:" co jest największą cnotą u człowieka młodego", odpowiedział: 'UMIAR" Nie wiem,dlaczego akurat dotyczyć to miało TYLKO człowieka młodego... ja tam powtarzam to na przykład również mojemu kotu, kiedy prawie pęka, a jeszcze by jadł (głownie oczami:).
wtorek, 14 kwietnia 2009
i po
Minęły dni odświętności. Pora na codzienność, na normalne i chwilami ponadnormalne problemy ... Trochę "strach się bać". Ale narazie tylko trochę, bo jeszcze na szczęście kilka godzin snu. Jutro pewnie będzie jeszcze "jakoś" bo wszsytko sie musi rozkręcić ,ale pojutrze na pewno już będzie "ostrzej". ...Wszystkim łagodnego po-świątecznego przebudzenia życzę i miękkich lądowań... |
Archiwum
Zakładki:
|