moja jesień gra bossanovą...
RSS
piątek, 08 czerwca 2012
MY

Jako kobieta mam do piłki nożnej stosunek średnio gorący- co nie znaczy : obojętny.

...Bo czasem trudno mi zrozumieć ,że pół Polski entuzjazmuje się meczem z góry przegranym przez naszych , irytują mnie w takich sytuacjach ogromne nakłady finansowe na piłkę nożną, podczas gdy utytułowani sportowcy  uprawiający inne dziedziny sportu, nie mogą marzyc nawet o ułamku takich pieniędzy na swój rozwój .

Ale to dotyczy tak zwanego dnia powszedniego, wydarzeń piłkarskich znacznie niższej rangi.

W dniach takich jak dziś - zwłaszcza,że mieszkam w jednym z miast. w których odbywać sie będą mecze Mistrzostw-  chowam te swoje uwagi do kieszeni.  Mieszkając  i pracując we Wrocławiu - czując   namacalnie napięcie związane z Mistrzostwami, mając świadomość tego,że nie wszystko zostało zrobione tak jak trzeba, a kulisy organizacji nie zawsze są nieskazitelne- -wiem, że teraz najważniejsze jest to, by Mistrzostwa były wspaniałym widowiskiem na najwyższym poziomie. Bo przyjedzie wielu ludzi licząc na wspaniałe wrażenia i bez względu na to, co sobie myślimy o tym czy owym- musimy sprawić, by nasze Mistrzostwa były czymś szczególnym,żeby było radośnie i bez ekscesów.

I  patrząc na to co się dzieje w moim  mieście, oglądając też początkowe relacje z Warszawy i Wrocławia-  mam wrażenie, że  wyznając zasadę "postaw sie i zastaw się"-mimo utrudnień- damy radę.

Oczywiście i moje patriotyczne serce   bije dziś żywiej, też czekam na  ceremonię otwarcia Mistrzostw  z naszym hymnem.  Widzę, co dzieje się na wrocławskich ulicach, oglądam też biało-czerwone morze w TV, chwilami wzruszenie ściska mi gardło, zwłaszcza kiedy Nasi skupieni i wzruszeni wyszli  przed chwilą na murawę  Stadionu Narodowego.

Bez względu na wszystko - w takich chwilach pięknie jest. I my jesteśmy piękni :) Bo jak rzadko -zjednoczeni i radośni w tak ogromnym tłumie...zanim wszystko wróci do tak zwanej normy...będzie czas na trochę wzruszeń.



16:52, surfinia
Link Komentarze (13) »
środa, 04 kwietnia 2012
przesilenie i tak dalej

Powinno się do góry skakać bo wiosna, nowe życie , krew powinna szybciej krążyć bo w roślinach soki już dawno ruszyły,więc się dzięki temu stroją w kwiaty i świeżą nieskazitelną zieleń.

A przyroda ożywiona? Może i coś tam ją rusza,bo koty okoliczne chude i z wzrokiem błędnym.

Od czasu do czasu młodsza ludzkość -jak to wiosną- całusami i przytuleniami daję znać, że pora na miłość nadeszła.

Ale w większości ludzkość blada, zmęczona, senna-niezależnie od wieku i płci, o np. dziś słyszałam wynurzenia młdzieńca jednego,że taki zmęczony,iż ledwo chodzi.

Nie ukrywam,że i mnie  oraz moje otoczenie-jakieś dziwne zmęczenie opadło, senność dziwna i brak umysłowej ruchliwości- czyli głowa pracuje "aby-aby" ale jak nie musi,to mózg  układa się wygodnie znów do snu;) wykorzystując niemal każdą  wolną chwilę.

I tak sobie wegetujemy.

Dziś prosiłam znajomego doktora,żeby w pewnej sprawie"zwrotnie" zadzwonił do mnie, a on zadzwonił..ale do siebie i dziwił się,iż nie odbieram:)

A wczoraj  za to szukając znaczków w szufladzie-znalazłam kawałek wiersza i oto nasunęły mi  się dwa pytania na ową okoliczność

1.gdzie jest wiersza dalsza część

i

2. czy to wiersz mój.  Sądząc po ilości skresleń pewnie tak, ale gdyby nie,to jakże przynawać się do czegoś czego nie popełniłam? ;)  Skleroza czy wiosenne osłabienie ;)

Pozostawmy to bez odpowiedzi, mając nadzieję, że wygra wariant bardziej optymistyczny:)





16:04, surfinia
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 19 marca 2012
"ale są jeszcze sprawy drobne, loty ptasie..."

Świat wariuje , pędzi i zmienia się niekoniecznie na korzyść...
I trudno obok tego przejść obojętnie, a chwilami tak wszystko przytłacza-tyle zła  ludziom się dzieje ... , tyle fałszu, brutalności
 i obietnic bez pokrycia więc...ja jako "zakamuflowana hipiska i pacyfistka" chętnie bym ten świat po swojemu naprawiła,ale tyle razy dostałam za to po łapkach,że chyba lepiej się wycofać z tej doprawdy dziecinnej  chęci naprawiania wszystkiego. Przynajmniej narazie. Przynajmniej...do regeneracji sił :)

...Do regeneracji sił, nastroju i zapału.  A temu wiosna sprzyja jak nic ,więc na pohybel smutkom i problemom typowym dla  "wieku odpowiedzialności"  trzeba  myślom pozwolić popłynąc w miejsca przez kilka miesięcy niedostępne- do gniazd ptasich,  w kierunku delkatnych pączków na krzakach i drzewach, do  ździebeł nieśmiało wychodzących z ziemi.

Kiedy  na osiedlu wykarczowano część krzaków i drzew,bo cośtam, bałam się,że ptaki nie będą mialy gdzie śpiewac. Że sobie odfruną w bardziej sprzyjające miejsca i ...czego będę słuchac o poranku w niedzielę ,kiedy wszyscy śpią, a ja mam czas na  zbawienne uporządkowanie myśli?
Okazało się jednak,że ptaki nie tak łatwo się  poddają, więc na okoliczność ostatnich niezwykle pięknych,ciepłych dni- nasi "bracia mniejsi" raczą nas koncertami i rejwachem nie mniejszym niż poprzednio. Co mnie cieszy niepomiernie, napełniając spragnione tych dźwięków serce prawdziwym miodem.
Ileż zapału w tych pieśniach i  przekomarzankach...Ptaszętom nie przeszkadzają ludzie, ba,zdaje się,że kompletnie na nas nie zwracają uwagi:) I dobrze.

A dziś. Postanowiłam podjechać dwa przystanki autobusem w pewne miejsce. Wsiadłam i najpierw zobaczyłam ludzkie rozbawione twarze, a potem usłyszałam  śpiew.
Starszy pan śpiewał piosenki Bułata Okudżawy. "Dopóki nam ziemia kręci się ..." i "Balonik " i jeszcze inne...a potem "Będziesz moją panią" Grechuty:) A głos miał dobry, naprawdę dobry!
Śpiewal nie dla zarobku, nie dla poklasku, śpiewał dla siebie:) donośnie jak te"moje" ptaki. I jak  ptakom-kompletnie nie przeszkadzali mu inni ludzie, którzy patrzyli na siebie kpiąco lub porozumiewawczo z wyrazem twarzy pod tytułem: "No dziwak jakiś, nienormalny czy co? MY NORMALNI a on?".
Połowa z nich to na pewno sobie myślała,że starszy pan śpiewa jakąś pieśń kościelną. gdy zabrzmiało:
                 "Panie ofiaruj każdemu z nas,
                  czego mu w życiu brak -
                  mędrcowi darować głowę racz,
                  tchórzowi dać konia chciej,
                  sypnij grosz szczęściarzom...
                  I mnie w opiece swej miej"

A mnie jakoś ciepło się na sercu zrobiło, ani mi w głowie było kpiąco się uśmiechać...
 Bo przecież "dopóki nam ziemia kręci się" i komuś  lub czemuś chce się śpiewem witać wiosnę...to jeszcze nie pora na koniec tego świata.
Witaj wiosno.

15:36, surfinia
Link Komentarze (11) »
sobota, 24 grudnia 2011
Wigilia, czas zajrzeć w stare kąty...
-Chodź,czekamy tylko na ciebie -Oddziałowa ponaglała mnie po cichu, miałam jeszcze pacjenta, a "załoga" jakimś cudem (mimo ciągłego biegu z językiem na brodzie) niemal w całości zebrała sie na kilka minut w dyżurce, przy bardzo skromnej, symbolicznej wigiliniej wieczerzy, i rzeczywiście tylko mnie tam nie było.
Po kilku minutach udało sie dotrzeć tam i mnie.

Chodzi o to,żeby zwolnić na chwilę, popatrzeć na siebie z sympatią i złożyć krótkie ale  szczere życzenia - cięzko pracujący ludzie nie potrzebują Bóg wie jakiej gimnastyki językowej- życzymy sobie więc zdowia dla nas i Bliskich,bo reszta jakoś się ułoży. I jeszcze,żebyśmy mogli spokojnie pracować we wszechorganiającym kryzysie...nie tylko w sferze materialnej ale też moralnej.

Nie wysiedziałam 5 minut, zaraz kolejny pacjent potrzebował uwagi,wiec tylko łyk czerwonego barszczu z kubka i jedno gorące uszko połknięte "na szybko"  (reszta może potem) ,  usta wytarte grzbietem ręki(potem okazało się,że nosiłam ślad barszczu na policzku.

Kocham swoją pracę, choć czasem jest tak ciężko...Klnę jak szewc,kiedy papierologia jest ważniejsza od pacjenta, bo kradnie mi czas przeznaczony na niego. Straszę, że odejdę bo nie wytrzymuje napięcia nerwowego. Staram się pokonywać słabości, takich chwil kryzysu mam dużo.Czasem czuję się w swej pracy strasznie samotna. Typowa samotność długodystansowca.
Ale otrząsam piórka i  idę do przodu.

I kiedy tuz przed Świętami przychodzą ludzie i mówią wiele dobrych rzeczy, to wiem,że ta cała nerwówka, ta  mozolna walka, codzienny pozornie nieefektowny kierat - ma sens. I co tam reszta świata, cel osiągnięty.

Po śmierci Havla wyemitowano w TV jeden z wywiadów,który z nim został przeprowadzony jakiś czas temu.
Zapytano go o to jaki ma swój  sposób na zło tego świata.
Odpowiedział,że ma swój własny świat odgrdzony  murem od świata zewnętrznego i to pozwala mu często przetrwać. I że oczywiście świat zewnętrzny przypomina o sobie ciągle,ale ten co ma własny świat-ma gdzie uciec.
Te słowa trafiły akurat na mój zły dzień, moment bezradności.
I wchłonęłam je jak gąbka :) Bo przecież ja o tym wiem,ale może nie sformułowałąm tego tak trafnie.

Dlatego w Wigilię-tym co tu jeszcze zaglądają ( a wiem,że tak)
życzę pieknego własnego świata, w którym szczelnie można się ukryć kiedy życie dokopie lub zechce dokopać. Nie żeby uciec całkiem,bo to niezdrowe:) ale żeby mieć miejsce,gdzie wszystko jest przyjazne, otulające i gdzie można wszystko spokojnie sobie poukładać. Żeby się nie dać bombardującym nas ze wszystkich stron katastroficznym wizjom, brutalności , nieuczciwości, nieżyczliwości,  niepowodzeniom -temu wszystkiemu,co zaburza naszą wewnętrzną harmonię :)
I zdrowia życzę , i pomyślności w każdym aspekcie naszego życia
                          Wesołych Świąt!



11:38, surfinia
Link Komentarze (18) »
sobota, 29 stycznia 2011
czasem się zapędzam i...
Czasem się zapędzam i mam ochotę coś napisać-już,natychmiast,bo myśl zakiełkuje radośnie w głowie i wymaga żeby sie nią zająć stosownie do sytuacji, ale na przykład jestem w pracy  albo gdzie indziej bez  możliwości skorzystania z sieci (co sobie chwalę poniekąd).
Zatem zapisuję sobie ową myśl pamięci na później.
Jak przychodzi co do czego,czyli następuje owo"później"-to myśl owszem, daje się odgrzebać w zasobach mózgu,ale już wcale nie jest taka fajna ,czy choćby warta uwagi. Albo gorzej-jest niestosowna, bo naokoło dzieje się dużo złego, a to ktoś z bliskich mi ludzi jest chory  , albo coś gdzieś się rozbije i wielu ucierpl, albo gdzieś wybucha jakiś konflikt i nie na miejscu byłoby ten niedoskonały  świat chwalić...A ja  jestem niepoprawną idealistką naiwną,że aż strach, zatem doskonale wiedząc,że świat nie jest gorszy niż było  to  od  wieków,że ja tego świata nie zmienię..trzymam się jakoś głupiego mniemania,że nie zawsze i nie wszystko jest stosowne. I pewnie nic tego nie zmieni, choć czasem stukam się w głowę z politowaniem.

A przecież jest na to wszystko sposób i ja go znam:
w świecie jak wyżej-niedoskonałym,pełnym zła, konfliktów, przemocy,wyścigów szczurów, wszędobylskich mediów  i...polityków -wystarczy mieć własny świat, najlepsze miejsce dla pacyfistki.
Ten, za którego kształt odpowiadam głównie ja i do którego wiodą drzwi,które  na szczęście mogę otworzyć też tylko ja, a żaden -nawet najsprawniejszy włamywacz nie dobierze wytrycha.

Jest tym świecie  pięknie,delikatnie i pachnie olejkiem różanym, wszystko jest przyjazne, znane. Czas biegnie  biegnie nieśpiesznie, sny mieszają się z jawą.
Kolory są jasne,pastelowe.
Jest zbawienna , przyjazna  cisza,lub słyszy się najdoskonalszą muzykę . Cieszę sie każdą chwilą,nie patrzę na to co będzie za tydzień czy miesiąc.
---
Po takim wyznaniu ktoś stąpający po ziemi w 100% i bez przerwy mógłby powiedzieć, że to infantylne lub zadać pytanie z większa lub mniejszą dozą sarkazmu :
"Co bierzesz? i czy możesz trochę TEGO dać?" ;)

A ja tylko staram się  nie zwariować...czego Innym też życzę... :)


...szkoda tylko,że na przebywanie w moim czarodziejskim świecie
mam czasu coraz mniej...

teraz sobie pomyślałam,że Ona tez tak ma :)

14:47, surfinia
Link Komentarze (23) »
czwartek, 23 grudnia 2010
przedwigilijne gadanie
Jeśli się ma  ochotę na odrobinę szaleństwa w przygotowaniach świątecznych-żeby choć przez chwilę było inaczej-mam i ja sposób...nie jest zachwycający wprawdzie,ale skutecznie"leczy" z rutyny :)

Przygotowując krem do tortu za pomocą miksera z mieszadełkami-należy oczywiście postępować z kremem według przepisu(nieważne,jaki to krem, ja akurat miałam "na tapecie" krem grysikowy do miodownika). Kiedy krem będzie gotowy albo prawie gotowy-należy przesunąć mikser jak najbliżej świeżo umytego okna, świeżo umytych  szafek kuchennych i w ogóle-blisko jak największej ilości gadżetów. Natępnie trzeba tak odchylic ramię miksera, by mieszadełka(koniecznie z kremem!) zawisły w powietrzu. I zaraz trzeba włączyć mikser, bez ociągania-rzekłabym-instynktownie niemal, żeby czasem nie przyszło nam do głowy,że robimy coś głupiego! Wystarczy kilka sekund zaledwie, a juz możemy podziwiać wspaniałe  efekty,ponieważ mieszadełka nadzwyczaj sprawnie rozpylają nawet mierną ilość kremu tak,że jest on wszędzie: na głowie Kucharki lub Kucharza, na odzieniu tegoż, na świeżo umytym oknie kuchennym, na podłodze, szafkach, butelce wina, co akurat stoi nieopodal, na ekspresie do kawy...
I wtedy clou programu, albowiem: przerywamy zaplanowane zadania przedświąteczne , a następnie z okrzykiem...nie powiem jakim dokładnie,powiedzmy,że brzmiał on "hurrraaaa" (tylko trzeba  dodać i wymienić parę liter...  ;)) zabieramy się do sprzątania.
Robimy to z pasją i szybkością ponadźwiękową niemal, aż  nasz syn leżący na sofie mówi:"Mamo, jak patrzę na ciebie to już czuję się zmęczony" po czym osuwa sie na poduszki "jak podcięty kwiat pietruszki" i zasypia.
Wtedy pojawia się kot i wymiotuje na wycieraczkę oraz obok.
Mężyczyna ucieka z pokoju,ponieważ kocich rzygowin ścierać nie chce. Dziecko śpi. Ja cała w kremie  z okrzykiem  przodowników pracy na uwięzi- to znaczy w ściśniętej krtani idę po ścierkę i wycieram to, na co czworonóg patrzy z fałszywym zdziwieniem zatytułowanym:" skąd TO mogło sie wziąć? To nie moje,zabieraj to natychmiast"!

Uroczy przedwigilijny wieczór,  przez moje ulubione radio sączą się kolędy i inne,jakże kojące utwory.

                               Za 45 minut Wigilia.
                Wesołych Świąt:)
wszystkim nam!

23:10, surfinia
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 29 listopada 2010
zima przez uszkodzony pryzmat
W nocy obudziłam się dwa razy i  biegłam do okna,żeby sprawdzić,czy świat jeszcze istnieje, czy już całkowicie zaginął przysypany "okrutnym"  śniegiem... i chociaż sama siebie pukałam litościwie w czoło, że oglądając TV- tak łatwo dałam sobie zrobić wodę z mózgu-to jednak niepokój pozostał.
A dawniej-zawsze  biała zima cieszyła mnie swoją urodą, nieskazitelnością i swoistym klimatem oczekiwania. Prowokowała wspomnienia z dzieciństwa-o sankach, szalonych zabawach w śnieżki, tarzaniu się w śniegu-często do całkowitego przemoczenia ubrania i zmrożenia palców u rąk i nóg oraz nosa i policzków. Przyjemnie było wygląda
ć przez okno, przyglądać się  światu, trochę wesołemu,trochę smutnemu i tajemniczemu.

Aż tu nagle wczoraj dowiedziałam się z mediów,że śnieg w zimie to jakaś nieprawidłowość i niemal początek końca naszego świata. Nawet dziś rano używano słowa "Armageddon",podczas gdy śnieg padał sobie doś
ć spokojnie.
I dlatego dziś rano biel za oknem wcale mnie nie ucieszyła tylko
uruchomiła czarnowidztwo:
-że 
mnie i domownikom nie uda się dojechać do pracy a potem-  wrócić do domu  bez stłuczki
e będą nieludzkie korki na drogach
-że dużo ludzi połamie sobie kończyny i licho wie co
-że znów ileśtam tysięcy ludzi będzie bez prądu, bo duży opad śniegu  pozrywa trakcje
-że śnieg swoim cięzarem  zerwie jakieś dachy
-ze gdzieś karetka nie dojedzie na czas...

                                       I TAK DALEJ

w związku z tym zwracam się z prośbą (licho wie do kogo?) żeby mi oddano mój  normalny sposób patrzenia na zimę. Bo czuje jakby mnie z czegoś odarto :)



23:09, surfinia
Link Komentarze (13) »
niedziela, 07 listopada 2010
jesień
Szłyśmy przez brzozowy zagajnik na średniej wielkości wzniesieniu patrząc- a to w pogodne  niebo- bo piękne, a to pod nogi-bo dywan z liści aż porażał intensywnością i doskonałością jesiennych kolorów.
Cicho było i pięknie-czyli dokładnie tak, jak było nam trzeba, słyszałyśmy tylko szuranie naszych stóp w suchych liściach.

- A wiesz,że podobno jest"szkoła" czy też jedna z metod leczenia zaburzeń nastroju przez takie właśnie szuranie w liściach jak my to robimy?:)  -zapytała I.

-No może dlatego instynktownie na zasadzie profilaktyki tak dobie brodzimy -żeby zaburzeń nastroju uniknąć?-zapytałam z uśmiechem i rzuciłam w I. garścią drobnych  liści, które w niskim jesiennym słońcu opadły wirując  na ziemię jak drogocenne płatki złota.


Tak czy siak, naukowo czy nie- brodzenie w liściach dobrze nam obu zrobiło.
Słuchałyśmy szelestu i trzasków dobiegających spod naszych stóp, domyślając się,co mogą oznacza
ć, co zapowiadać-na pewno nie schyłek, a (jakiś) początek.

Schodząc z pagórka nuciłam sobie :"mam ręce w kieszeniach,a kieszenie jak ocean" i w tym momencie coś chłodnego wśliznęło mi się do kieszeni. Podłużny- żółto-zielony liś
ć, znalazł jakoś drogę do dna  kieszeni pomiędzy dłonia  a materiałem kurtki,może żeby się ogrzać na koniec swej egzystencji.
A może był to...
list(ek) powitalny od jesieni. Z pozdrowieniami...





15:02, surfinia
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 18 października 2010
Jedno zdanie pseudofilozoficzne i dalszy ciąg normalny:)


Czasem trzeba daleko odejść by wrócić. Tak czy inaczej. Na dłużej czy na krócej.  I tyle,bo po co więcej.
--------------------------------------------------------------------------------
A dziś.
Dłuższą chwilę w ciszy  oglądamy transmisję z Konkursu Chopinowskiego, gra akurat fantastyczny Bułgar, co jest w tej muzyce,że grana perfekcyjnie -jest jak łyk źródlanej wody...jak ciepły wiatr, na który wystawia się  twarz,żeby jeszcze  przez chwilę czuć się wolnym i swobodnym...jak śpiew ptaków o świcie, czy jak zapamiętany z dzieciństwa jedyny w swoim rodzaju smak.

Ale każda, nawet najlepiej przemilczana cisza musi mieć swój koniec bardziej lub mniej wzniosły,hm... do Chopina pasuje raczej wzniosły,ale cóż: życie to życie i trudno.
Idę więc do kuchni  zrobić sałatkę pomidorową Dziecięciu, co zdrożone zaraz wróci z meczu.
- taaaak (słyszę z pokoju) siekanie cebuli ciach-ciach-ciach w rytm Koncertu e-moll to je ono.
- no cóż: różne rodzaje sztuki w życiu się mieszają i nie ma dysonansów.Ostatecznie w kuchni też można uprawiać sztukę(kulinarną),a dobra muzyka pomaga tworzyć i jeść. Zresztą muzyka poważna pomaga też krowom -więcej mleka dają.Czy jakoś tak;)  -mówię nie przerywając siekania. Sięgam po młynek do pieprzu i porząsam nim sprawdzając zawartość
- aaa, teraz mamy w kuchni instrument perkusyjny. Ostatecznie koncert jest z orkiestrą...

I znów cisza, bo już nic nie siekam,ani nie potrząsam niczym, a ten Bułgar nadal gra wspaniale. Może wygra Konkurs? Kto wie.

-ale popatrz na niego -mówi Mężczyzna komentując wyrazistą mimikę Artysty - jest w nim element szaleństwa,nie?
-no chyba, przecież wielki artysta ma prawo być z lekka szalony,czy on pierwszy?On t
ego nie kontroluje, bo cały jest muzyką. A nam łatwo gadać;)
- ty też takie miny robisz jak przyszywasz guziki-dodaje Mężczyzna śmiejąc się w kułak.
-tylko, że uczciwie mówiąc...w moim  krawiectwie "pożal się Boże" to nic genialnego nie ma, raczej niewdzięczne wyrobnictwo bez polotu  z wywalonym na brodę z wysiłku językiem, więc zamilcz o tym; ty profanie w obliczu Sztuki:)

I tak rozmawialiśmy sobie.
Bo muzyka sama w sobie jest  cudem, natomiast my śmiertelnicy
czasem nie potrafimy powstrzymać się od wtrącania uwag ni z gruszki ni z pietruszki.
Mimo zachwytu i szacunku dla Dzieła. i Interpretatora.






22:18, surfinia
Link Komentarze (27) »
czwartek, 24 grudnia 2009
Już Wigilia...
Grypa czy coś grypopodobnego w okresie tuż przed Świętami to jedna z najbardziej kłpotliwych "niespodzianek", zwłaszcza jeśli ci, z którymi się Święta spędza- bardzo liczą na smakołyki"jak zwykle" a nie mają zielonego pojęcia o kuchni...
Właśnie mnie taka niespodzianka spotkała, na szczęscie duch jeszcze jakby mocniejszy od ciała nakazał mu (nieco biblijnie;) -
"wstań i idź" (do kuchni!), więc ciało nieco sfatygowane i blade oraz zasmarkane - a jakże-wstało i poszło. Wprawdzie wędrówki po domu odczuwam prawie jak wyprawę na Everest, ale jakoś się pozbierałam,dzięki czemu moja rodzinka nie będzie musiała jeść pierogów kupionych w sklepie zapijając barszczem z torebki...
Ok, nie o żarcie chodzi, ale o tradycję. Ale jak zobaczyłam te żałosne spojrzenia , to mi się facetów żal zrobiło.
Nie tak miało być...ale chooby kładą zawsze nawet najmisterniejsze plany. To jest coś,na co zwykle nie mamy większego wpływu.

Zatem Wszystkim moim Znajomym i Nieznajomym,którzy tu zaglądają-życzę przede wszystkim ZDROWIA zarówno w Święta jak i w następnym Roku.
Bo wtedy reszta się zawsze jakoś ułoży!

                      




00:58, surfinia
Link Komentarze (44) »
wtorek, 08 grudnia 2009
dwóch takich
Podobno kobiety idąc po ulicy-niezależnie od tempa - najchętniej patrzą w okna wystawowe głownie po to , żeby ocenić mniej lub bardziej krytycznie (lub bezkrytycznie ) swój wygląd, a nie by śledzić asortyment wystawiony na pokuszenie.

Czasem mi się to zdarza. Odruchowo. W końcu jestem kobietą.
Ale wolę patrzeć naokoło. Pod warunkiem,że akurat nie jestem zdołowana czy bardzo zmęczona, co siłą rzeczy ciągnie moje oczy w dół.
Jeśli długo nic nie zauważam, a raczej: jeśli przez dośc długi czas nic nie przykuwa mojej uwagi- to zaczynam się martwić. Bo to może oznaczać, że zmysł obserwacji mi się stępił, a w jego zastępstwie nie mam nic wystarczająco satysfakcjonującego.
Ale to mija.
Życie pcha mi się bowiem samo przed oczy i czasem dziękuję za jego nachalność . A czasem zupełnie nie.

Dwie przykładowe migawki.
Pierwsza miała miejsce tuż przed Mikołajem.

Na przystanku tramwajowym umiejscowionym w bardzo ruchliwym punkcie miasta, tam gdzie na zielonym świetle samochody jadą szybko i tłumnie - młody mężczyzna ( a właściwie z mego punktu widzenia-chłopak) poczekał aż sznur samochodów obok zagęści się odpowiednio i wskoczył na barierkę szerokości ok.3-4 cm , która oddzielała przystanek od zatłoczonej jezdni. Zaczął po tej barierce spacerować -przyznaję,że dość sprawnie,ale jednak nie zawsze balansował pewnie. Popisywał się przed kolegą. Gdyby postawił jeden fałszywy krok-spadłby na jezdnię pełną rozpędzonych samochodów i ...zapewne mało byłoby do zbierania.
Nie mówiąc o tym,że ktoś rozpaczliwie usiłując zahamować -najprawdopodobniej sprowokowałby karambol.
Kompletny brak wyobraźni, fanfaronada. Byłam bardzo zmęczona po dwóch pracach, ale skrzywienie zawodowe kazało mi śledzić każdy krok chopaka, bo jakby spadł...musiałabym go ratować:/ nie było innej opcji.
I tylko w penym momencie pomyślałam: przeciez w torebce nie mam nawet jednorazowych rękawiczek, bo w sumie nie jest to
artykuł ,który zwykle kobieta nosi... I byłam na siebie zła. Tak ,jakbym w przewidywaniu idiotycznych popisów - miała psi obowiązek targać ze sobą pół apteczki i może jeszcze aparat ambu???


Druga migawka z dnia dzisiejszego. Stałam na światłach i patrzyłam z nudów w okno. Mój wzrok zatrzymał się na sylwetce lekko zgarbionego mężczyzny, który wyraźnie chciał sie upodobnić do wizerunku Chrystusa (taka była moja pierwsza myśl na widok jego fryzury) i ...skojarzenie okazało się być całkiem sensowne.
Mężczyzna podszedł do kolektury "Lotto" stanął bardzo blisko jej okienka. po czym szczególnym ruchem podniósł obie ręce ku górze-tak jak robią to księża w kościele , a następnie złożył
obie dłonie jak do modlitwy i nie spuszczając wzroku z mało atrakcyjnego budyneczku kolektury "Lotto" pochylił głowę i złożył pełen szacunku ukłon:) Sytuacja powtorzyła się dwukrotnie w krótkim czasie,zatem można przypuszczać,że tenże mężczyzna czcił tak "Lotto" już jakiś czas...Może...po latach udało mu się coś wygrać? ;)
Właściwie to było tak niedorzeczne, że zastanawiałam się,czy facet ma coś z głową,czy po prostu robi to dla zgrywy.
Niezależnie jednak od tego było to zabawne i nikomu krzywdy nie miało szansy zrobić.

Dwie migawki. Na kanwie każdej można ułożyć krótką lub rozwlekłą opowieść. Zdecydowanie jednak wolę oglądać wariatów kłaniających się kolekturze, niż chłopaków, którzy narażają swoje i cudze zycie...




22:12, surfinia
Link Komentarze (11) »
sobota, 05 grudnia 2009
w każdym z nas jest coś z dziecka
Jak to osoba dobrze po 40-stce- wracam czasem do przeszłości-dużo częsciej niż przed 10 czy 20 laty:) -taka jest kolej życia i nic tego nie zmieni...
Pamietam średnio-zasobny dom rodzinny, gdzie prezenty mikołajowe były skromne,ale zawsze,zawsze cieszyły. Radości tej towarzyszłyły dziecięce emocje: bo paczki pojawiały się w nocy jakoś dziwnym trafem,kiedy znużone czekaniem powieki same się zamknęły, choćby na małą chwilę. Potem zastanawiałam się czasem, czy Mama nie spała w nocy i czekała, aż my zaśniemy?
Później już w czasach studenckich,kiedy nie zawsze wracało sie do domu na Mikołajki...bywało smutno, bida była z nędzą, a w studenckiej kieszeni było zbyt dużo wolnego miejsca...Ale większośc z nas tak miała. Wtedy też patrzyło się z sentymentem, jak po ulicach przemykali nie-święci Mikołaje, w róznym stanie trzeźwości. Nikt jednak nigdy nie słyszał o tym,że Mikołaja ktoś napadł,ograbił czy uszkodził. Taki biegający po ulicy Św.Mikołaj miał status szczególny,wydaje się,że był wręcz...nietykalny.
Kiedy mój syn będąc małym dzieckiem uzyskał pewną świadomość szczególnych wydarzeń mikołajkowych-często gęsto musiałam wynajdować jakieś satysfakcjonujące go wyjaśnienia,dlaczego : "Jeśli jest JEDEN Św.Mikołaj, to po ulicy biega ich wielu?"? Im starszy był mój syn, tym było trudniej tłumaczyć :)
Zaś moja córeczka chrzestna, była"szybsza"bo kiedyś w Mikołaju,który przyniósł prezenty rozpoznała własnego ojca:) ale PO BUTACH!!!! I zaraz maluch dwuletni - wykrzyknąwszy "TATA!" wisiał na Mikołaju ciagnąc go za brodę.
Jednak w mojej rodzinie nadal pokutuje zasada: "Jeśli nie wierzysz w Świetego Mikołaja-prezentu nie dostaniesz".
Więc wszyscy na wszelki wypadek wierzą w brodatego dostawcę radości. I nieważne,czy jest to duży prezent, czy -częściej- bardzo drobny, bo co roku spotykamu się całą rodziną (kilkanaście osób)w tym dniu, więc trudno byłoby każdego obdarowywać czymś wiekszym...darowujemy sobie więc drobiazgi,ale pomysłowe, najczęciej ładnie zapakowane. Przecież nie o cenę prezentu tu chodzi, ważny jest fakt, a zwłaszcza szczególna, miła tradycja, która niezbędna jest dzieciom , a w dorosłych budzi  dziecko uśpione.
I niech tak zostanie.

14:36, surfinia
Link Komentarze (9) »
niedziela, 22 listopada 2009
wpis bardzo zwyczajny o sprawach zwyczajnych
Jako istota przekorna -za nic mam sobie mody i trendy, albo no..prawie za nic, bo jednak tak całkiem bez mody żyć się nie da...ale przekorność owa dotyczy książek. Bo chyba wybredna jestem (ale też nie... nie zawsze).
Od pewnego czasu, kiedy mi się w głowie z lekka "poprzestawiało";) raczej dążę do tego,by ta "rozrywkowa"lektura (bo od fachowej nic więcej poza merytoryczną wartością raczej wymagać nie można) była przyjemna dla ducha i...oka...
Tak,dla oka. Bo ważne jest to, jakie obrazy można przywołać sobie przed oczy,kiedy się książkę czyta.Natomiast kompletnie nieważne jest to,co kto sobie pomyśli - że ckliwe, że banalne,że za kolorowe i "zbyt ładne", że niemal "jeleń na rykowisku";) -bo nie ma spisków,wielkiej polityki, pościgów i wielkich wybuchów oraz biuściastych piekności,które potrafią wszystko-od opanowania sieci komputerowej przez unieszkodliwienie bomby podłożonej przez terrorystów aż do uratowania całej ludzkości:)
Istotne jest dla mnie też , czy postaci z czytanej książki pozwolą na to,by się z nimi zaprzyjaźnić.
Swego czasu wręcz alergicznie reagowałam na cykl"Nad Rozlewiskiem"- wchodziło się do księgarni,a tu półki zastawione w większości egzemplarzami ksiązek z tego cyklu. Totalna dominacja.
Ta alergia-nie umotywowana niczym sensownym-trwała kilka miesięcy i pewnie z przekory wspomnianej-nie przeczytałabym. Ale koleżanka przed wakacjami podrzuciła mi jedną z tych książek - "Powroty nad rozlewiskiem" , więc jak ksiązka już była to... trzeba ja przeczytać. I "połknęłam" ją w 1,5 dnia leżąc nad Jeziorem Magicznym w hamaku -za nic mając sobie osy i komary:)
Polubiłam bohaterki. Stwierdziłam też ,że ekranizacja będzie porażką.
Pierwszy odcinek serialu mi sie nie podobał. Drugi i trzeci-obejrzałam na zasadzie :"może się rozkręci". Następne... z ochotą.

I nie tylko dlatego,że jestem sentymentalna. Nie dlatego,że na niedzielny wieczór-poprzedzający wstrząs związany z poniedziałkiem ;) film powinien być łagodny.
Ale też dlatego,że te obrazki są miłe oku, a postaci-ciepłe i ludzkie. Najbardziej podoba mi się Małgorzata Braunek. Nic w niej nie ma z pretensjonalnej Izabeli z "Lalki" -jest taka...normalna i zdecydowanie jest kobietą z klasą :)
Chciałabym kiedyś taką być :)

I jeszcze dlatego...a może PRZEDE WSZYSTKIM, że czasem mam ochote rzucić duże miasto , gdzie wiecej biegu, pośpiechu i stressu niż czegokolowiek innego, gdzie często trzeba pazurami walczyć o przetrwanie-jak w dżungli  i... zaszyć się. Choćby nad takim...rozlewiskiem...albo w przybliżeniu.
:)



21:51, surfinia
Link Komentarze (15) »
niedziela, 15 listopada 2009
Mariolka budzi się jesienią,a "zwierzęta" walczą o przetrwanie ;)
Mężczyzna namiętnie ogląda "Szkołę przetrwania" na Discovery Chanel -o ile oczywiście nie zaśnie w trakcie, jak Bear Grylls w najbardziej nieprzychylnych miejscach na ziemi usiłuje przeżyć ( i najczęściej- przeżuć jakiegoś robala na żywo,albo prawie) z niezłym skutkiem;).
Zatem Mężczyzna wie doskonale jak to jest, kiedy trzeba poszukać CZEGOŚ co pozwala przetrwać.

-Mamy coś słodkiego, dobrego z czekoladą?- zadał zatem pytanie najbardziej zorientowanej w tym względzie osobie,czyli Mariolce.

-masz cośtam schowanego-na przykład za talerzami?-drążył temat.

"Za talerzami" wymaga wyjaśnienia. Mariolka znajc apetyty na slodycze mężczyzn w domu, znajduje różne sprytne miejsca na schowanie łakoci, żeby je dozować , ale te miejsca są w jakiś nieslychany sposób rozszyfrowywane przez Obu. Miejsce "za talerzami" ( w szafce w kuchni) jest jak widać znów "spalone".
Konspiracja wymaga znalezienia drugiego równie dobrego miejsca...
-Owszem coś się znajdzie-powiedziała Mariolka i siegnęła za owe wspomniane talerze.
Raptem rozległ się niemal świst. Mężyczyzna,który trwał do tej pory w leniwym uśpieniu szukając dogodnego miejsca do ułożenia sie na kanapie w trakcie,gdy Bear Grylls walczył o przetrwanie-
w niespodziewanie szybki sposób znalazł się przy niej już ...z miseczką na czekoladowe ciasteczka (na wagę), do której sprawnie i bardzo szybko je przesypał.
Zauważył równiez,że w drugiej ręce Mariolka trzyma woreczek z jego ulubionymi cukierkami czekoladowymi w ilości 30 dekagramów.
Nie porwał ich o nie, natomiast w równie błyskawiczny sposób pojawił się znów, dzierżąc w dłoniach wiklinową baryłeczkę, w której zawsze cukierki mieszkają. Równie błyskawicznie przesypał do niej czekoladki, swą szybkością wprawiając Mariolkę w stupor.
-Coś ty ...taki szybki?-zapytała nadal osłupiała

-No. Niech już one(cukierki) będa wreszcie na swoim miejscu!

-wysapał zadowolony,po czym oddalił się z miną rozanielonego Kubusia Puchatka, żeby połączyć się z bohaterem "Szkoły Przetrwania) w trudzie przeżycia w drapieżnym świecie ...

A poza tym: cóż , idzie zima, trzeba gromadzić zapasy. Każde mądre zwierzę to wie i nie trzeba mu nawet instrukcji !



12:00, surfinia
Link Komentarze (12) »
wtorek, 03 listopada 2009
śmiech -najlepsza profilaktyka świńskiej grypy ;)

Dawno temu...w Stumilowym Lesie...
...



( obrazek pochodzi ze strony wykop.pl)

20:37, surfinia
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 02 listopada 2009
czas
Mała i krucha,jak tylko może być staruszka, na łóżku,które zdawało się być dla niej dużo za duże.

-Ja nie chcę tak żyć. Nie zgadzam się na starość. Ja chcę mieć dwadzieścia lat i tańczyć...

Patrząc na nią -widziałam swoją Mamę, która zgasła 6 lat temu i choć nie była staruszką jak ta-to jedna rzecz je łączyła, ta rzecz,która niezmiennie napawa mnie smutkiem - niepogodzenie z czasem...

Chciałam jej nawet powiedzieć,że czas biegnie tak samo dla wszystkich,ale w konfrontacji starszej pani ze mną-dużo jednak młodszą, choć już nie młodą-brzmiałoby to nieprzekonywująco- o ile nie okrutnie.
Kiedyś póbowałam- w podobnej sytuacji-ale usłyszałam tylko ciche:
"Córciu...co ty możesz wiedzieć o starości..."
Zatem już nie probuję. Może kiedyś znajdę złoty środek i na to.
Pomoże innym i pewnie ...w przyszłości mnie.

Ciągle jestem w biegu.
Kilka dni temu- na dyżurze popatrzyłam przez okno, na "dyżurną" jarzębinę, na której zawsze fiksuję wzrok -bo jakoś tak...stoi na drodze moich myśli.
I wtedy zobaczyłam,że jarzębina płonie. Rudością liści i obfitością czerwonych owoców.
Zdałam sobie sprawę,że nawet w zeszłym roku-rozkoszowałam się każdym przejawem jesieni, bogactwem kolorów i form. Nuciłam bossa-novę.
Malowałam swoje i  cudze myśli - o jak TU
W tym roku wszystko przechodzi"mimo" i ...i ja się na to zgadzam??? Jak to możliwe,nie wiem...

Najpiękniejszym darem od Losu jest umiejętnośc pogodzenia się z przemijaniem, to wcale nie jest tak bardzo trudne, choć wymaga pracy nad sobą.

Ale ...ciężkim grzechem ;) jest pozwolenie na to, by stępiły się zmysły,
poddanie się rytmowi zbyt szybkiego życia, zaniechanie obserwacji świata naokoło, który taki piękny jest... mimo bólu, gorszych dni i zdarzeń, na które niestety wpływu mieć nie możemy...



20:18, surfinia
Link Komentarze (13) »
środa, 08 lipca 2009
śmiesznie
Właśnie wzięłam się za badanie starszego pana, który z powodu silnego osłabienia chorobą leżał na łóżku, a tu mężczyzna do mnie w te słowa:

-tak patrzę sobie na różnych lekarzy i  widzę,że oni tacy inni jacyś.
W tych białych ubrankach jacyś tacy... ładni.
... I...przemądrzali.

-zaraz: ja przecież jeszcze NIC do pana właściwie nie powiedziałam- odparowałam z uśmiechem.

-a po co? przecież widać.

-na czole mam napisane?

-trochę. jakby tak.


20:55, surfinia
Link Komentarze (31) »
niedziela, 05 lipca 2009
zgadywanka
Kiedy TO zobaczyłam, wpadłam w "dziki zachwyt" albowiem przypomniały mi się słynne "dreblinki do snopowiązałek" z filmu "nie lubię poniedziałku".
A ponieważ jutro poniedziałek...to jest jak znalazł, tylko konia z rzędem temu, kto mi powie, co Autor dzieła miał na myśli?

                                                 

 
Rozejrzałam się w pomieszczeniu,szukałam w okolicy faceta w beretce z antenką, czy narzędzi hydraulicznych,ale nie, okazało się, że nie zepsuł się w tym miejscu nikomu kran ani prysznic, zresztą to nie łazienka, tylko pomieszczenie Muzeum Rzeźby w drezdeńskim  Zwingerze, a to cudo-umiejscowione jest całkiem niedaleko rzeźb Rodina :)
21:24, surfinia
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 29 czerwca 2009
I duszno i pada ,i duszno i pada...
Straszliwie parno cały dzień. Ludzie albo zmęczeni,albo zniecierpliwieni, pacjenci- zwłaszcza ci ambulatoryjni- pobudzeni, oj dostało się dziś personelowi białemu z mej komórki organizacyjnej nie raz nie dwa...Trudno w taki dzień nosić uśmiech na twarzy, w pewnej chwili i ja  się wściekłam, kiedy pacjentka  w dobrym stanie zaczęła krzyczeć, że to skandal,iż przed nią przyjęłam inną osobę, taką młodą ,co może poczekać.  Tylko,że ta "młoda co może poczekać" to akurat na wózku była i ledwo żyła.
No nic, ale jestem już w domu, jutro,pojutrze i po-pojutrze to juz tak fajnie nie będzie, praca  od rana do wieczora.
Znów grzmi i pada dość mocno  (dawno nie padało...;)
Widziałam dziś kolumnę  samochodów strażackich, tak z 10 ich było, jeden za drugim...na sygnale...pewnie jechały do  Kłodzka, czy tam gdzie trzeba było takich sił. Przypomniał mi się 1997 rok. Do tej pory skóra mi cierpnie.
Może  czas  zacząć budować arkę? ;)


18:20, surfinia
Link Komentarze (15) »
sobota, 27 czerwca 2009
Ona i ja
Moja siostra. Którą kocham oczywiscie niezmiernie,ale się z nią często "rozmijam"-bo ona inna i ja inna- począwszy od koloru włosów na zainteresowaniach i urządzeniu swojego małego świata skończywszy.
Ona blond, ja przeciwnie. Ona z lekka latawiec, bo aktualnie niezamężna i nie-dzieciata. Ja przeciwnie.Ona "despotka z lekka" , ja -skłonna do kompromisów, choć nie zawsze łagodna, o nie. Dlatego czasem między nami iskrzy. Ona-manelara, uwielbia"przydasie" i rzeczy z rodzaju"nie wiadomo po co to jest", ja raczej uważam,że do równowagi potrzebne mi jest nieco wolnej i uporządkowanej przestrzeni, a nie nadmiar bibelotów. Ona - uprawia tak zwany wolny zawód, ja przeciwnie. Ona nie ominie żadnego wydarzenia kulturalnego w mieście i okolicy, ja...hm, jak by to powiedzieć : no kiepsko z tym.
Bo...ona odreagowuje swoją wolność zawodową w tychże imprezach, a moja zawodowa "niby-niewola" sprawia,że kiedy wieczorem wracam do domu -marzę o ciszy całkowitej lub przełamanej dobrą muzyką,o braku większej ilości ludzi naokoło,o wannie z ciepłą wodą, o dobrej książce,o przemysleniach uspokajających w zieleni i kolorach kwiatków z najbliższego otoczenia. Co nie oznacza braku fantazji lecz po prostu jest wyrazem braku czasu na relaks, a jak wiadomo-jeśli czasu na coś jest mało to trzeba go wykorzystać do ostatniej sekundy tak, jak akurat się potrzebuje. Nic na siłę.
Moja siostra dzwoni dziś :- "Wysłałam ci link dotyczący koncertu jutro, idziesz"
-"Jutro to nie jestem zainteresowaba"
-"bo?"
-"bo mam inne plany"
...bo mam!
I proszę ja kogo, moja Siostra NIE zozumiała. Ona da się oskubać za koncert, nieważne kto gra, byle dobrze. Ja oskubać sie nie dam. Muzykę lubię, kocham nawet, ale nie każdą, wybredna jestem. Ale są jeszcze różne ważne sprawy,które wynikają z bycia żoną  i matką, do tego pracującą (czasem ponad siły) na kilku etatach, w tym domowymm równie absorbującym , co każda pani domu potwierdzi.
I w przeciwieństwie do niej - rozumiem to, że ona ma swój świat, swoje zainteresowania,że nie cierpi na przykład sprzątać czy gotować. Ona zaś...chyba jednak ma mnie za istotę nieco niższych lotów :)
I probuje to zmienić na obraz i podobieństwo swoje ,zapewne z miłości:)


00:03, surfinia
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes