moja jesień gra bossanovą...
RSS
wtorek, 30 stycznia 2007
puk,puk (to w czoło) ;)
Co ja będę pisać...że mi ręce dziś opadły kilka razy w związku z różnorakimi okolicznościami. Te same ręce wciąż , bo nie posiadam ich więcej-jak nie przymierzając-wieloręka bogini hinduska (Kali chyba),której jednak nie zazdroszczę,bo nie jest sztuką załatwić manualnie kilka spraw naraz miając kilka chwytnych kończyn,a za to -jak sie ma tylko dwie ręce to...czasem cud.
Zatem opadając i wznosząc się jak feniks z popiołów-moje ręce miały dużo emocjonalnie nakręcanej roboty.
Ale co tam.
Nie będę o tym pisać. O życiu społeczno-politycznym też nie, bo noc , nie ma co straszyć ludzkości a i sobie humoru psuć.
Wczoraj przed wieczorem wracając do domu, gapiłam się w księżyc, chyba dziwnie to wyglądało, babsko z wzrokiem utkwionym w księżycu owym przez długą chwilę bez ruchu,bez mrugnięcia ;)
 Ma w sobie ten placek na niebie coś takiego,że go lubię .
A dziś zapaliłam w ciszy świecę i też w jej płomień sie zapatrzyłam, ile czasu to trwało...być może dłużej niż trzeba...a potem śledziłam cienie na ścianie.
Dobrze mieć oczy. Chyba trzeba załatwić sobie mocniejsze okulary niestety...



23:36, surfinia
Link Komentarze (28) »
niedziela, 28 stycznia 2007
nie mam..mam... ;)
...O wiele bardziej wolałabym powiedzieć:"mam pudełko "Ptasiego Mleczka" i nie zawaham się go użyć!".
No ale czekoladki owe "wyszły" wczoraj , bo młodzieniec w domu uczy sie intensywnie, a ja się nie uczę ale stressy zawodowe mam, więc nawet nie moge powiedzieć :"ach,jak to sie mogło stać,że nie ma?" ;)

Za to mam kosz z klapą z łazienki,co to do niego odkładam od jakiegoś czasu jakieś rzeczy do zacerowania, reklamówki kosmetyków, i rzadziej stosowane kosmetyki,takie jak na przykład te do depilacji etc.
Nie jest to mały koszyczek i od dłuższego czasu obiecuję sobie zrobić w nim porządek. Może sie uda. Podobnie jak w 3 szafkach, w których należałoby zmienić "logistykę",żeby jeszcze coś sie zmieściło , a przede wszystkim -żeby rzeczy mało używane(albo wcale) nie zagracały miejsca tym,co są użwyane na codzień i powinny byc pod ręką.
Co z obowiązku kronikarskiego odnotowuję, a teraz idę wsadzać głowę do koszyka owego, bo klapę juz udało mi sie otworzyć i STRASZY!
:)




12:25, surfinia
Link Komentarze (18) »
sobota, 27 stycznia 2007
pochwała prostoty
Ktoś mi kiedyś powiedział: "wiodę proste życie,nie ma o czym opowiadać"
I mam wrażenie,że to nie była kokieteria lecz prawdziwe przekonanie tej osoby,która z tego co wiem-posiada rozległe zainteresowania i wiedzę , ale jest bardzo skromna.
A ja się zastanowiłam nad prostotą. Prostota nie musi oznaczać przaśności;)
Jest dla mnie niemal synonimem szlachetności formy i treści.
Wszystko co bardziej skomplikowane wzięło swo początek w rzeczach najprostszych.
Proste rzeczy są piekne i dobre.
Ja lubię prostotę-życia,formy, myśli i odczuć -bo to dla mnie wiąże się z jasnością,czymś szczerym i trwałym.
Na przykład-sprzęty w domu mam niewymyśłne,lecz wygodne, ciepłe, dużo jasnego drewna o niewymyśłnych kształtach, dają mi dobrą energię.Nie są prymitywne-są proste.
Komu innemu mogłoby się to nie podobać, ale cóż-ja tak lubię.
Nie przepadam za nadmiarem ozdób na sobie, bo się czuję "przebrana". Lubię miękkość, otulenie.
Dawniej zastanawiałam się jak to jest, że ludzie aktywni,robiący karierę, żyjący szybko i twórczo w mieście- czasem raptem rzucają wszystko i osiedlają się gdzieś, na zabitej deskami wsi, gdzie diabeł mówi dobranoc.I tam zaczynają wszystko od nowa-w niezwykłej prostocie, odnajdują w sobie nowe pasje ... słuchają siebie. Uczą się oddychać pełną piersią.
Bo w "poprzednim życiu" cos im się jakby wymykało...i tam, gdzie osiedlili się na nowo- odkryli sens, który gdzieś w biegu zatracili.
Niedawno w górach będąc oglądałam sobie małe  i większe domki, tym wymyślnym nie poświęcałam uwagi, najbardziej podobał mi się zwykły drewniany- z czerwonym dachem (bo czerwone dachy mają coś bardzo pozytywnego w sobie:) -jedyną "ekstrawagancją" były piękne okucia prostych drewnianych okiennic.
Ten domek był czyjś. Może kiedyś...kiedy będę na emeryturze i będzie mnie stać - taki mały domek "bliżej natury" będę mieć?




21:00, surfinia
Link Komentarze (21) »
Fragmenty
O utrudnieniach na drogach z powodu zimy
Słuchacz w trakcie audycji radiowej mówi,że "drogowcy powinni zapobiegać nadmiernemu zaśnieżeniu ulic zanim zima nadejdzie!".
Zabrzmiało to zabawnie,tak jakby drogowcy mieli odśnieżać ulice zanim spadnie śnieg...



A wcale nie zabawne,ale nieco mnie poruszyło
Po sprawie z komornikami o której pisałam chyba dwa wpisy " w dół" i po dramatycznych apelach Pani Prof. Chybickiej z Kliniki Onkologii Dziecięcej-zadzwoniła do radia pewna pani. I powiedziała,że jej zdaniem to jest coś "nie tak"bo przecież na Klinikę ciągle ktoś daje pieniądze, a to wspomagana jest fundacja na rzecz dzieci tam leczonych przez różne instytucje,a to tylu ludzi oddaje swój 1 procent podatku na Klinikę,a to- że są organizowane akcje, z których dochód idzie też na Klinikę...że w sumie dochód Klinika ma tak duży, więc skąd te braki?Że to pewnie niegospodarność i w ogóle przesada.
:/
Nie wzięła ta pani chyba tylko pod uwagę,że leczenie dzieci z nowotworami jest koszmarnie drogie, że leki onkologiczne i inne (wspomagające) osiągają ceny dramatycznie wysokie,że czasem leki trzeba sprowadzać z zagranicy, że takie dzieci muszą mieć stworzone szczególne warunki leczenia, że badań onkologicznych nikt też nie zrobi za darmo,że wchodzą w grę różne zabiegi oraz czasem przeszczep szpiku...
I jest jeszcze wiele "że..." a każde kosztuje wymiernie...


18:34, surfinia
Link Komentarze (14) »
piątek, 26 stycznia 2007
postanowiłam sobie zrobić piatek
Postanowiłam sobie zrobić piatek. Nie jest to żaden kalendarzowy cud,albowiem piatek zrobił się sam dokładnie o 12 w nocy;) Ale ponieważ piatek wieczór jest moim ulubionym czasem,więc postanowiłam go sobie nie zepsuć,cały dzień miałam i tak może nie zepsuty,ale zbyt szybki(jak pisałam ostatnio-nie udało mi się jeszcze wydostać spod ciężaru obowiązków,które na mnie spadły a terminy gonią),ale żeby nie zwariować - a napiszę sobie cosik,a co ;)

Ostatnio ze dwa razy oglądałam kabaret(nazwy nie pomnę) który prezentował skecz o blondynce. Wychodziło bowiem takie niebożątko z jasnym,nieskalanym myślą spojrzeniem na scenę i czarowało- ilością skojarzeń kompletnie nie pasujących do tematu.Albo inaczej-pasujących "na wspak"/
i jak to w przypadku skeczu oczywiscie -salwy śmiechu.
Był też fragment o tym,jak owa blondynka usiłowała się dodzwonic gdzieś za pomocą pilota od telewizora. Niby takie wielkie halo ;)
A moja szwagierka, kobitka mądra i nie posiadająca ani jednego włosa blond, wyjechała kiedyś na kilka dni do stolicy, zabierając przez pomyłke właśnie...pilota od telewizora w charakterze telefonu komórkowego, czym pozbawiła siebie możliwości płynnego kontaktu z rodziną,ale nade wszsytko pozbawiła swego męża jednego z atrybutów władzy i jednego z narzędzi radości wieczornej. Niestety musiał zasypiać przez kilka dni przed telewizorem...o zgrozo!!! : BEZ pilota:)

A ja sie też zachowałam jak blondynka. Fachowiec do mnie przychodzi z dwoma innymi i mówi do mnie : "szefowo, szefowa da dwie pary rekawiczek jednorazowych?" a co mam nie dać. Dałam i spuściłam oczy w papierzyska.
Wtedy usłyszałam, jak Pan Majster powiedział do tych dwóch pzoostałych:
"TYLKO MI NIE POBRUDZIĆ!"
Wtedy ja z perlistym śmiechem powiedziałam:
"ale nie szkodzi, panowie, możecie brudzic te rekawiczki ,przecież to jednorazowe, jakby co-dam jeszcze kilka"
Iiiiiiiiiiiiii...konsternacja:DDD Popatrzyli na mnie tak jak na to zasługiwałam czyli ze zdziwieniem niepomiernym (nie powiem,ze jak na idiotkę...bo...nie powiem;). Gdyby nie to,że im nie wypadało,to chyba ryknęliby śmiechem,albo postukali sie palcem w głowę.
Bo te rękawiczi to im były potrzebne po to,zeby nie pobrudzić świeżo malownej ściany przy montowaniu umywalki...tylko ja tego nie słyszałam:)

Swoją drogą określenie"szefowo" stosowane często-gęsto przez fachowców to mnie zawsze "rozwala" ;)
Swego czasu zresztą,kiedy jeszcze byłam całkiem świeżą lekarką i dyżurowałam "na ostro" -czyli : "będąc  młodą lekarką wszedł raz do mojej przychodni pacjent o wyglądzie naruszonym".
OK, nie do przychodni, a przywiozło go pogotowie.Naruszony był, a jakże- bo spadł w stanie wskazującym na spożycie ze schodów domu uciech cielesnych;)
Pomyliły mu się chyba poza tym placówki,bo podszczypywał w pośladki pielęgniarki pytając:"kto tu podaje???" a do mnie mówił per "szefowo" , więc nie wiem czy uważał mnie za burdel -mamę? no nie wiem...bo postury byłam raczej marnej, a i wiekowo na kategorie burdel-mamy nie łapałam się...wtedy, bo teraz od biedy chyba tak :)

No nic-tyle "opowieści dziwnej treści"- koniec przerwy :)


21:15, surfinia
Link Komentarze (23) »
środa, 24 stycznia 2007
bo tak bywa
W większości blogów, na które zaglądam jest tak,że nawet o zwykłych codziennych rzeczach pisze się tam zajmująco. A czasami (ba,często!) nawet wydobywa sie niezwykłość tych powszednich chwil, doznań- dzięki temu ci,co czytają przypominają sobie,że życie nasze codzienne jest właśnie niezwykłe i nie trzeba wejść na Mount Everest czy zdobyć biegun, by życie móc smakować.
Ja nie zawsze tak potrafię pisać ...czasem ze mnie emocje aż kipią a czasem nie potrafię sklecić paru słów, a to zwykle wówczas, kiedy mnie życie pacyfikuje tak czy inaczej;)
I tak na przykład zawsze mi się wydawało,że szybko żyję - ale nie w sensie przyjętych i lansowanych wzorców litetracko - filmowych- gdzie bohaterowie przemieszczają się po świecie każdego dnia,nocy nie przesypiają,bo im szkoda każdej chwili i mają siłę, żeby mimo zmęczenia pracować wydajnie i twórczo.

To moje szybkie życie toczy się z wymyślonym notesem w głowie, zaopatrzonym w stoper-żeby w każdej minucie zmieścić jak najwięcej.Żeby wszystko grało jak trzeba. Żeby się wywiązać z prawdziwych lub wyimaginowanych wyzwań-względem innych a najczęściej względem siebie samej. Bo coraz więcej ich,a ja ciągle usiłuję udowodnić,że dam radę.
Zwykle jakoś daję..
No chyba,że życie mnie"dogoni" w moim biegu i na przykład pacnie we mnie śnieżką ;)
Wtedy się zatrzymuję na chwilę.
Jeśli jest to śnieżka,wtedy sie otrzepię i uśmiechnę. Odrzucę jak sie da;)
Jeśli spadnie na mnie"czapa" śniegowa -to jakoś wylezę i też się otrzepię, sprawdzając gdzie jeszcze mi sie nasypało.
Gorzej,jeśli akurat przelatywałby nade mną kondor.Albo latająca krowa i pozbyłaby się "placka" typowej wielkości, który to aromatyczny placek spadłby na mnie przechodzącą "mimo". Wtedy sytuacja byłaby nieco trudniejsza,bo trzeba sie nie tylko wygrzebać, ale i dokładnie wymyć.
Teraz właśnie życie mnie dogoniło i zwaliło się na mnie tyle,że nie wiem jak to nazwać ;) Do połowy przyszłego tygodnia,albo i do jego końca nie będę chyba miała siły i czasu,żeby tu bywać. Nie mówiąc o wenie, bo ona w takich wypadkach chowa się w najciemniejszym kącie i czeka,kiedy pozwolę jej wyjść ;)



19:34, surfinia
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 22 stycznia 2007
ano strach się bać
Wcale mi nie do śmiechu...Wam tez nie powinno...
Wszyscy chyba o tym wiedzą, ale przypomnę...

Ostatni wyrok Trybunału Konstytucyjnego zagraża bezpieczenstwu chorych.
Komornicy mogą zając teraz wszystkie pieniądze na funkcjonowanie szpitali. Mogą zabrać aparaturę medyczną. Pieniądze za wykonane przez szpitale procedury , które powinny być przeznaczone na zakup leków i utrzymanie szpitali (nasze pensje w tym to naprawdę niewielki ułamek jakby sie kto pytał...) mogą być w całości przeznaczone na spłate długów placówek medycznych...

Słyszałam panią rzecznik Dolnośląskiego NFZ -że za kilka dni pieniądze,które mieli wpłacać na konta szpitali będą przekazywane (w myśl nowych ustaleń Trybunału) komornikom.

Długi trzeba płacić, to oczywiste. Ale-bez owego orzeczenia Trybunału-była jeszcze jakaś szansa na "ułożenie sie" z niektórymi wierzycielami...
Z pustego jak wiadomo i Salomon nie naleje...
Członkowie Trybunału nie pomyśleli o chorych ludziach, często BARDZO ciężko chorych...dla których szpital to jedyna szansa, żeby żyć. Co będzie, jesli szpitale tzreba będzie zamknąć?
...Na Dolnym Śląsku wartość długu szpitali wynosi ok.460 mln :(

Mam wrażenie że tym panom"na górze" wydaje sie,ze są ze stali...a może maja to gdzieś, bo przecież "ONI" maja kliniki rządowe...które długów nie mają:(



19:41, surfinia
Link Komentarze (20) »
niedziela, 21 stycznia 2007
skrót i bałagan
1.W kościele jeszcze śpiewa się kolędy, a tu wiosna-słońce, ciepło i w ogródku wylazły krokusiki.
I ponoć przyleciały do Polski jakieś zdezorientowane bociany,niebożątka...zamarzną jak przyjdzie mróz.Bo przeciez przyjdzie...

2. znalazłam w dzisiaj poszukiwanych frazach u mnie na blogu taką mianowicie:
"zdjęcia zabitych ludzi w wypadkach samochodowych".
bardzo ciekawe po co to komu ? No i u mnie na pewno ich nie znajdzie.

3. śniło mi się dziś, że : kupiłam psa -labradora niedoczekanie!!!), pomalowałam na żółto całe mieszkanie (?), mialam utarczkę słowną z jakąś kobietą na ulicy, a w trakcie tejże utarczki pies narozrabiał w samochodzie i wysypał doń 5 kg ziemniaków ,bo rozgryzł siatkę.
Kładę ów bałagan senny na karb punktu 4

4. ...w którym to punkcie napomknę, iż wczoraj byłam na ślubie kolegi, który wydawał sie być ostatnią ostoją starokawalerstwa w moim towarzystwie, a jednak nie, jednak ożenił się(po raz pierwszy! w wieku czterdziestukilku lat) z miłości(TAK!) z równolatką (TAK!!!) i trzeba mu było w owym ożenku...pomóc  mentalnie,oczywiście ;)  w USC i później, bo przecież tak na sucho...ożenić sie nie da. Nijak. A ja tak lubie jak ludzie się kochają:D
Zatem lekki ciężar w skroniach czuję i wszelkie idiotyczne (mniej lub bardziej) sny usprawiedliwiam.






14:22, surfinia
Link Komentarze (26) »
piątek, 19 stycznia 2007
co można
Co można zrobić wtedy,kiedy wraca się do domu po ciemku,wiedząc,że trudny wieczór będzie- bo huraganowy wiatr się wzmaga wciskając się przez każdą szparkę, jest ciemno bo chmury ,a na dodatek gaśnie światło naokoło i nie ma go przez kilka godzin?A potem (jak już czarno -że oko wykol)zaczyna się burza?
Można...usiąść i z nabożeństwem wpatrywać się w przygięte niemal do ziemi drzewa, liczyć czas od błysku do grzmotu. Można się bać. Można zapalić lampę turystyczną na stole i rozmawiać, ale jak się rozmowa nie klei ,bo ciągle ktoś biega do okna krzycząć:"ale się błyska!"-wziąć ksiązkę i usiłować cos przeczytać.
Można się cieszyć, że w tym czasie nie jest się na drodze, gdzieś w samochodzie który wiatr popycha. Albo w okolicy dźwigu..albo,że dach domu w którym mieszkam przetrwał już niejedno.
Można też zapuścić szczelnie żaluzje, wskoczyć do łóżka, nakryć głowę kołdrą i zasnąć.Co uczyniłam, wypróbowawszy poprzednio wymienione warianty;)

15:59, surfinia
Link Komentarze (20) »
środa, 17 stycznia 2007
miałam..
Miałam napisać TO wcześniej. No ale zajęłam się "obuchem" co mnie palnął ( w przenośni).
A teraz coś o życzliwości międzyludzkiej.
Przyszła pielęgniarka z oblężonej Izby Przyjęć. Musiała interweniować bo...
jedna całkiem rześka pani,która jak się potem okazała cierpiała na bóle brzucha, bo sie najdała kapusty - pchała sie na siłę przed ciężko chorymi przywiezionymi przez pogotowie na noszach czy wózkach z tekstem :" TYM (czyli pacjentom na noszach i wózkach) i tak juz nic nie pomoże.Mogą poczekać".
Codziennie są takie sytuacje. Kiedyś w kolejce przed badaniami jedna pacjentka tak palnęła drugą pacjentkę (na wózku)że tamta prawie z wózka spadła...
Takie sytuacje sa na porządku dziennym. Nie żartuję.

21:11, surfinia
Link Komentarze (14) »
obuchem
Wróciłam do domu i pierwsze co usłyszałam (bo akurat było włączone radio) to "news" o Bogusławie Wołoszańskim, że współpracował z wywiadem PRL.
Dziwnie mi się wydaje, że może mieć to związek z przebytą nieciekawą sytuacją z Arcybiskupem Wielgusem.To tak,jakby szybciutko i specjalnie wyszukano kogoś lubianego i cenionego " z przeszłością", by zatrzeć tamten niesmak i przenieść zainteresowanie i sensację na inną osobę , niż Wielgus.
Ale może to tylko takie moje wrażenie.


Śledziłam potem wypowiedzi radiosłuchaczy,którzy mówili,że prawdziwi SB-cy , ci którzy naprawdę krzywdzili-chodzą sobie po ulicach i śmieją się swoim ofiarom w twarz, biora porządne emeryrury i sa nie do ugryzienia.
I przede wszystkim takich trzeba rozliczać.

Usłyszałam też,że niebawem pojawi sie na ekranach serial realizowany przez Bogusława Wołoszańskiego ( a kręcony na Dolnym Śląsku),ale potem telewizja rozwiązuje umowę z Wołoszańskim,nie są też planowane powtórki jego programów.

Nie powiem,że skończyła się jakaś epoka, bo brzmiałoby to zbyt górnolotnie.
Ale skończył się jakiś etap. I świadomośc tego nie jest mi szczególnie miła.



18:51, surfinia
Link Komentarze (14) »
wtorek, 16 stycznia 2007
na dwa
Pierwsza myśl, która zakwitła mi w głowie kiedy czyściłam blat kuchenny:
"to w sumie dobrze,że uniesienia w naszym życiu powszednim nie zdarzają się codziennie .Jest za czym tęsknić, nie spowszednieją..."

A druga myśl zgoła inna i kompletnie (pozornie) nie związana z pierwszą:
" plusem jesieni,która mamy tej zimy jest na przykład to, że kiedy jest za gorąco-można sobie otworzyć okno i nie wpadną przez nie żarłoczne komary,żeby wyssać z ciebie krew do ostatniej kropli. Ani inne muchy,żeby brzęczeć i łazić gdzie ich nie zapraszano "

Wyszły mi dwie myśli "na plus".
I tym optymistycznym akcentem... ;)

23:40, surfinia
Link Komentarze (11) »
niedziela, 14 stycznia 2007
powiem krótko
Powiem krótko i węzłowato (aczkolwiek nie wiem,czy z sensem):
Poniedziałek źle mi robi na wnętrze.  A to juz za pół godziny. Olaboga i wciórności
:)

23:33, surfinia
Link Komentarze (39) »
sobota, 13 stycznia 2007
"bo nie wiedzą co mówią"
W cudzysłowiu,ale to moja myśl, która mi się nasunęła dziś,kiedy usłyszałam w Dzienniku, że "lekarze to w ogóle nie wiedzą, czy dana choroba jest spowodowana bakterią czy wirusem i dają te antybiotyki choć nimi szkodzą".
Szalone uproszczenie...
Nie wiedzą ci,co opowiadaja takie bzdety, bo owszem, pewne schorzenia mają obraz niejednoznaczny, bywa z nimi problem, ale generalnie naprawdę nie jest dużą sztuką rozróżnić,czy coś jest infekcją wirusową czy bakteryjną,przy czym wiadomo(ale nie tym co opowiadają bzdety) że bardzo łatwo "nadkazić" infekcję wirusową bakteriami.
Zwłaszcza,że co człowiek- to różne wspóistniejące schorzenia, inny rodzaj odporności etc.
To wszytko trzeba brać pod uwagę  mimo obowiązujących tzw.algorytmów leczenia..
Opowiadała mi koleżanka pediatryczka, że czasem rzeczywiscie daje nieco na wyrost antybiotyk dziecku,bo na przykład wie,że w tych warunkach (cięzkich), w których żyje dana rodzina-i tak do nadkażenia dojdzie. Albo- dlatego,że mama tego dziecka nie przyjdzie już ponownie,nawet gdyby dziecku sie pogorszyło.Bo są (nie ma co ukrywać) takie sytuacje i to często.
Ja nie jestem wielbicielką antybiotyków, staram się ich unikać jak mogę ale
mam ten komfort,że siebie czy rodzinę potrafię poobserwować. I wiem,że jeśli
po okresie poprawy -po kilku dniach od wystapienia objawów np.wirusowej infekcji układu oddechowego- znów pacjent zagorączkuje , podaje osłabienie, jest blady i nie ma apetytu oraz podaje różne nowe dolegliwości-trzeba podać antybiotyk.
W przypadku antybiotyków też należy zachować złoty środek, jak w ogóle we wszystkim, a zwłaszcza w  gadaniu, w którym ktos nadmiernie sili sie na dziennikarstwo interwencyjne, a wychodzi  gniot.


22:53, surfinia
Link Komentarze (29) »
ona JEST kobietą... ;)
Dokonałam odkrycia wczoraj. Nobla za to nie dostanę oczywiście;)
Migrena jest kobietą. Nie tylko z racji uwarunkowań językowych, bo przecież to słowo jest w rodzaju żeńskim.
Migrena jest w stanie przycichnąć ( no dać się farmakologicznie spacyfikować oczywiście) na dźwięk słów: "babskie zakupy" :D

Wczoraj po tygodniu, który był bardzo ciężki i pełen napięć , a może i też częściowo za przyczyną wiatrów (tych co wieją a nie tych,co psują atmosferę , dr_ewo999;) dopadła mnie. Dopada rzadko, ale jak już- to powala.
Typowe błyski i kolorowe wężyki w oczach "przed" a potem...potem to każdy kto na to cierpi to dokładnie-czytaj:dotkliwie- wie. Padłam. Podwójna dawka silnego leku. Po jakichś dwóch godzinach poczułam ,że lekko zaczęło odpuszczać,oczywiście do stanu używalności było mi daleko. Hasło :" jadę tam i tam, a ty chciałaś sobie coś kupić,moge podwieźć,bo przecież sama nie pojedziesz" uznałam za niestosowne w tej chwili. Ale...ona,migrena? Ona zaczęla odpuszczać w tempie błyskawicznym, pewnie na hasło "zakupy" , które szybciej zrozumiała niż osoba nękana. Po 30 minutach byłam w stanie sie umalować i ubrać. I jechać.
Głowa bolała mnie nadal,ale byłam już w stanie myśleć i patrzeć.
A tam gdzie pojechaliśmy, a ja zostałam (na szczęście) "porzucona" wśród wieszaków ;) jak sie okazało-  obniżki. I nawet pewne rzeczy godne uwagi.
Ja tam wprawdzie nie lubię nurkować zbyt długo,bo mnie to męczy,ale lubię rzucić okiem i wiedzieć,że to czy to przymierzę , może kupię. Cośtam się udało, choć nie to co trzeba-zamiast koniecznego mi aktualnie( do celów reprezentacyjnych) nowego kostiumu czy klasycznej białej bluzki -dwie bluzeczki ale za to miłe w dotyku(bawełna) i po ciekawych -miłych dla oka;) cenach.

A już zupełnie na marginesie-poczyniłam pewne ciekawe obserwacje:)
No bo jak wspomniałam ja na babskie zakupy najbardziej lubię chodzić sama.
Ale niektóre panie idą ze swoimi mężczyznami.
Tam gdzie są kanapy w sklepie-wszsytkie są przez owych znękanych panów oblegane. Panowe wzrokiem zrezygnowanym, a niektórzy spanikowanym,jeszcze inni cierpiętniczym-patrzą na swe kobiety miotające się wśród wieszaków.
Ale wczoraj widziałam jak aż trzech panów towarzyszyło wśród owych wieszaków paniom. Jeden to nawet wskazywał swojej: "weźmiesz to,to i to, o popatrz-ta sukienka ma takie wycięcie jak by ci pasowało". A jego patrnerka(w zakupach lub życiowa) brała z wieszaków grzecznie wszystko co jej wskazano.
I chyba dobrze wskazywano,bo większośc z tego potem kupiła. Ten facet miał oko, mówię wam. A jest mężczyzną... :)


11:39, surfinia
Link Komentarze (22) »
czwartek, 11 stycznia 2007
kropla,kropla...
Marzę sobie czasem,żeby sie obudzić i przeżyć dzien bez tłoczących się zewsząd głupot ,wieści hiobowych, sieczki, tragedii, katastrof, skandali, wypowiedzi nawiedzonych polityków a nade wszystko - chamstwa.
Wiem, "takie rzeczy to tylko w Erze" albo w pustelni z dala od cywilizacji;)
Nie piszę tego,bo trzeba cos napisać. Nic nie trzeba.Piszę mianowicie dlatego,że dziś sie przelała czara goryczy, no wściekłam się dziś na ewidentne chamstwo pacjenta niestety i mu to powiedziałam,oględnie a dosadnie. Facet niestary,bardzo pewny siebie, jedynie na badaniu kontrolnym- zatem nie można było jego zachowania kłaść na karb choroby (co by ewentualnie mogło byc wytłumaczeniem). Ponadto-co zaznaczam z naciskiem-nie miał podstaw by sie tak niegrzecznie zachować, co zresztą po rozmowie ze mną przyznał.
Żołądek mnie bolał jeszcze długo po tym. Nie wiem skąd w ludziach przekonanie,że lekarzem można sobie pozamiatać podłogę i jeszcze wytrzeć wszystkie kąty w toalecie.
Koleżanka z innego oddziału (sama łagodnośc i takt) dziś brała srodki na uspokojenie z tego samego powodu co i ja powinnam. Ja nie,bo...nie miałam pod reką.
Jeśli ja muszę ( i chcę) okazywać szacunek ludziom, z którymi sie spotykam w mojej pracy, to chciałabym aby i w stosunku do mnie zachowywano się odpowiednio i z kulturą.
Poza tym jestem kobietą.
A przedwczoraj facet kompletnie mi nieznany zaczepia mnie na schodach tekstem:

"hej dziewczyno, a gdzie tu robią a ekg"
Ciekawa jestem,czy gdybym odpowiedziała mu:"hej ,chłopaku-ekg robią w pokoju nr2" to by sie za tego"chłopaka"nie obraził pan w sile wieku...
Ja tez nie dziewczyna.
Choć pieniacz co mnie dziś "dobił" po wszystkim był uprzejmy powiedzieć,że nie wyglądam na kilkanaście lat pracy i jeszcze mi życzył miłego dnia, na co ja mu odpowiedziałam spokojnie,że dziś juz miły ten dzień na pewno nie będzie.  Takiej mieszanki: najpierw awantura potem "wazelina" nie trawię.

Dziecko(moje własne) mi mówi :"mama zdystansuj się"
Chciałabym. Bardzo bym chciała. Ale nie zawsze się da.


23:54, surfinia
Link Komentarze (21) »
środa, 10 stycznia 2007
kot czyli samochód
Po skończonej pracy W. wsadził nos w gazetę i a za chwilę usłyszałam spoza płachty głębokie westchnienia .
-Czego?-grzecznie pytam? (zapytałam jak widać nad wyraz grzecznie)
-sssssssssssssssssszzzzzzzzzzz cholera. Aaaale fajny ten jaguar
- w sensie: kot czy w sensie: bryka?
- w sensie kot...tfu babo przebrzydła -bryka oczywiście...no popatrz sama...taką się przejechać....
- i wszystkie kobiety na mieście twoje... hehehhe ;)
-no wiesz co!
-no wiem :)
A ten dalej wzdycha. No nie do mnie przecież ;)
-takim sie przejechać...
-już raczyłeś o tym wspomnieć
-chciałem ci utrwalić
-a mnie po co? Mnie posiadanie jaguara nie grozi. Tobie chybe też nie na lekarskiej szpitalnej pensji:)
-ale pomarzyc mozna...
-tak jest -marzenia nadają życiu sens,nie? ;)
Słuchaj, z tego co wiem, to takie jaguary posiadają obrzydliwie bogaci ludzie,tak? I po co ci tyle forsy? poczytaj sobie trochę plotek ze sfer mocno majętnych i zobaczysz-oni sie z tych pieniędzy cieszyc NIE UMIEJĄ. Potrafia puścić wielka fortune w krótkim czasie a potem zęby w scianę. Tylko,że my zaciskać pasa umiemy , a oni nie. I stąd frustracje,samobójstwa i głupoty.
-ja bym sie umiał cieszyć!
-pod warunkiem, że by ci nie odbiło. Wiesz...woda sodowa i te rzeczy
-ale chciałbym sprawdzic,czy by mi nie odbiło z bogactwa ,no wiesz-takie doświadczenie
-nic z tego-ci którym odbija nie zdają sobie z tego sprawy, a uwagi otocznenia przyjmują jako zazdrość nieudaczników.
-wszystko psujesz! ;)
-wręcz przeciwnie.Chcę ci udowodnić, że bez Jaguara jesteś szczęśliwszy :D

I tak sobie gadaliśmy... :)




23:10, surfinia
Link Komentarze (22) »
niedziela, 07 stycznia 2007
lżejszy kaliber czyli kotlet z dżdżownic
Ponieważ w tygodniu każdy je ugotowany przez mnie obiad o innych porach,bo każdy wraca  do domu w godzinach mniej lub bardziej kosmicznych-więc przynajmniej w weekend a zwłaszcza w niedzielę staram się,żeby było ekstra.To znaczy lepszy "niedzielny" obiadek, ładnie podany etc. razem jemy, porozmawiajmy przy okazji albo przynajmniej..niech usłyszę pochwałę;)
Dziś -zupa z  fasoli jaś  i   bitki z polędwicy wołowej z grzybami i  z winem.
Dla mnie bomba, ja generalnie lubię jeść co ugotuję;) czyli gotuję co lubię:D
Niestety.
Tuż przed obiadem włączono telewizor...okazało się,że był mecz koszykówki
Dwóch domowych mężczyzn podzieliło się: jeden był kibicem lokalnej drużyny,drugi-przeciwnika ( z przekory,nie z przekonania).Kłócili sie przy tym jak straganiary. Już wiedziałam,że obiad  w porze emitowania meczu  to błąd;)
Żaden sie nie skupił na wysublimowanym smaku wołowiny,tylko siedzieli z wykrzywionymi głowami,co chwila  wykrzykując coś "w temacie" przerżnietego lub wygranego seta, dobrego lub złego podania etc.
Swoją drogą pomyślałam,że kiedys przy takiej okazji powinnam podac cos kompletnie niezjadliwego - na przykład kotlet z dżdżownic. Pewnie i tak nie poznają ;)

A co do dżdżownic:
-jaka żona jest najlepsza dla wędkarza?
-taka,która ma robaki...


18:15, surfinia
Link Komentarze (34) »
nie jest mi obojetne,bo nie
Rano-jak w każdy niedzielny ranek-niespieszne śniadanie i słuchanie audycji Moniki Olejnik,która zaprasza do siebie gości. Jedym z tematów była wałkowana ostatnio sprawa Arcybiskupa Wielgusa. Bronili go postkomuniści i gość z Samoobrony,reszta nie aprobowała aczkolwiek poseł Cymański nawoływał do przebaczenia.
Kiedy kroiłam pomidory na desce -usłyszałam ,że Arcybiskup zrezygnował.
Nie wiem,czy z wrażenia czy z gapiostwa przecięłam sobie paznokiec ostrym nożem.
Jestem wierząca. Ciagle ostatnio słyszę ,ze trwa "nagonka na Arcybiskupa, a trzeba przebaczać, "bo kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem".
Że ocenia się go na podstawie li tylko tzw.swistków trzykrotnie odbijanych" jak to okreśłił Prymas.
Według mnie należy rozgraniczyć dwie sprawy: co innego przebaczenie społeczne, co innego ZGODA na objęcie stanowiska, które powinno być podparte wielkim autorytetem. Bo ktoś na stanowisku Metropolity ma nauczać
i być wzorem dla wielu. Żeby to co się głosi nie było fałszem. Oraz by cień przeszłości nie przeszkadzał.
Tak więc - dla mnie nie ma kwestii przebaczania-ja tam przebaczam, to jest tylko czlowiek- pod pewnymi względami ułomny- jak każdy. Jednak po wyznaniu błędu(tylko dlaczego tak późno i ...pod naciskiem?) nie trzeba pchać się na najwyższe stanowiska kościelne.
Zrezygnował i dobrze.Ocalił część honoru . To i tak za daleko zaszło.
Pozwolił, by dla jego własnych ambicji w ciągu krótkiego czasu dokonał się kryzys w Kościele w Polsce.
Jeszcze jdna kwestia,która mnie zastanawia...Kilku czy nawet kilkunastu bardzo znanym osobom udowodniono w ostatnich czasach współpracę - i ich zniszczono. Nie słyszałam wtedy o konieczności przebaczania...Odeszzli w niesławie w cień.
Dlaczego w innych kategoriach ma się rozpatrywać wieloletnią działalnośc dostojników kościelnych? To znaczy-jak wspomniałam-wybaczyc można, ale nie nagradzać.Bo  przecież zgoda na objęcie tak ważnego stanowiska kościelnego byłaby czymś w rodzaju nagrody...




14:49, surfinia
Link Komentarze (14) »
sobota, 06 stycznia 2007
ż życia wzięte;)
Biorę z życia i czasem piszę o tym.
W pracy-jak to w pracy: diagnozuje się i leczy, czasem porażka, a często sukces i ten sukces -czasem AŻ nieprawdopodobny- cieszy, uskrzydla -o nie,nie pozostaje w nas bez echa jak "bułka z masłem" , choć nie napiszą o tym żadne media, bo tam bardziej chwytliwe jest że lekarz się upił. Najważniejsze,że wiedzą o tym ci,co na ten sukces zapracowali-lekarze, pielęgniarki i...pacjent.

Oglądam sobie czasem seriale zycia lekarzy i tak sobie myślę,że może pracuję w nietypowym miejscu, bo na filmach prawie zawsze wytwarzają się tak zwane "relacje międzyludzkie" między personelem. A u nas to tylko jakoś... sporadycznie. Nie ma czasu, a może ja o czymś nie wiem-fakt -na ploty nie chodzę i plot nie słucham.
Czasem jak wpadną w ucho -to oczywiście przyjmuję so wiadomości,czasem się zdziwię. Nie moje klocki.

No ale czasem (bardzo rzadko jak wspomniałam) coś się dzieje pod bokiem.
Trudno nie zauważyć;) I tak -pan Kazio,nasz konserwator pała wielkim,nieodwzajemnionym, platonicznym uczuciem do naszej koleżanki-
"pani Barbary"-jak Kazio z atencją się do niej zwraca.
Sytacja o tyle dość nietypowa,że pani Barbara jest od pana Kazia o 14 lat starsza, róznica wieku nie jest wprawdzie nadmiernie widoczna-bo Basia  jest drobną , energiczną , zadbaną kobietką o dobrych genach:)
Pani Barbara fuka na Pana Kazia, bo jest szczęśliwą mężatką, a jego awanse krępują ją. Niemniej jednak -choć zawsze starannie uczesana i elegancko ubrana- ostatnio jest jakby...jeszcze bardziej staranna. A może tylko mnie sie wydaje. I dobrze. Pan Kazio ma dobry dzień jak widzi pania Barbarę i krzyczy o tym całemu światu oraz o tym,że "za panią Barbarę" to on by pół życia oodał.
I że róznica wieku mu nie przeszkadza, bo ona ma w sobie "to coś" :)
A ona-jak głaz. Jeszcze do tego głaz na piedestale wybudowanym przez pana Kazia :)
Nikt sie nie śmieje, nie komentuje. Serce nie sługa. Nie cierpi przez to bowiem w żaden sposób praca pana Kazia (który jest sumienny ) ani pani Barbary.
A marzenia każdy moze mieć.
I to love-story (bez szans spełnienia) - póki co jest jednym z nielicznych w mojej kilkunastoletniej pracy w szpitalu. Tak więc odbiorców filmów o lekarzach pragnę uprzedzić, że to wszystko co sie pokazuje o miłosci,która zakwita na salach operacyjnych nad głowami operowanych pacjentów czy też w gabinetach lekarskich, dyzurkach pielęgniarskich lub zacienionych pomieszczeniach rentgenowskich -należy podzielić conajmniej przez 1000 :)



13:43, surfinia
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes