moja jesień gra bossanovą...
RSS
środa, 28 lutego 2007
dieta-spokojnie,nie moja:)
Dziś wracając z pracy szłam w okolicy akademików i widziałam kilku studentów(jak mniemam) z zakupami,ale tymi jedynymi zakupami były puszki z piwem ;) czyli -piwo jako niezbędny składnik diety studenckiej :)
Jak to się mawia w luźnych rozmowach(Profesorze Miodek, niech mi Pan wybaczy!)
: "dla mnie rybka" co sobie studenci kupują.
Za to przypomniały mi sie obrazki z mojego życia studenckiego,o na przykład ten, jak miałyśmy z koleżanką współmieszkającą - na spółkę dwa złote i dylemat-
co zrobic z taką kasą? kupic sobie bilet na tramwaj do domu? czy pół chleba?
I mając ten dylemat szłyśmy po Placu Grunwaldzkim pekając ze śmiechu,troche ludzie patrzyli na nas jak nienormalne, ale ja ten atak śmiechu co nas prawie rzucał "po murach" pamiętam do dziś. Na czym stanęło? Na chlebie. Chyba:)
bo do domu poszłyśmy piechotą,a dzien był piekny :)
Nie przypominam sobie specjalnie co ja tam jadałam na poczatku studiów, bo nieco poźniej to już było nas dwoje, a jeszcze ciut później ...troje;) więc musiałam rada-nierada cośtam pichcić, a nie było to łatwe zważywszy na braki w sklepach.
No oczywiśie,że woziło się słoiki oraz różne półprodukty z domu rodzinnego-ale zwykle było tak,że jak ktoś wracał z domu z wałówką to miał wielu znajomych,któryz raptem potrzebowali kontaktu:) Tak więc wałówka"wychodziła" szybciej niz mozna sie było spodziewać:)

...a sięgając jeszcze dalej...do czasów szkolnych-pamiętam,że moja mama zwykła przysyłać mi na obozy harcerskie paczkę z ciastem-które było kolosalne.
Jakoś zawsze szły wici po obozowisku,że paczka JEST i zawartość rozchodziła się w błyskawicznym tempie- wystarczyło kilka minut.

Z kolei wracając do czasów studenckich-teraz się zastanawiam jak to możłiwe,że jadło się czasem takie świństwa:)) ale...jak się miało 20 lat,to naprawde nie to było ważne:)


20:28, surfinia
Link Komentarze (26) »
wtorek, 27 lutego 2007
z kronikarskiego obowiązku
Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że wtorek (tak,tak ,ten który się kończy za jakieś dwie godziny ) był wyjątkowo dobry, choć pracowity sensownie ,tak pracowity, że zapomniał-był iż posiadam jeszcze coś takiego jak dom, ale na szczęście dziecko mi nie płacze w domu owym,bo wyjechało na narty.
Nie szkodzi,ze mnie boli głowa, bo powoli boleć przestaje.
Za to włączył mi się chichracz, a nic tego nie zapowiadało, więc tu i ówdzie znajdzie się zapewne efekt owego chichractwa, i oby tak trwało amen.
A tak w ogóle to rano dostałam dobrą wiadomość,że nie będę musiała przez najbliższe 2 miesiące kończyć pracy o północy, bo będę miała pomoc. Mała rzecz,a cieszy. Potem się okazało,że uporałam się nadzwyczaj sprawnie z napisaniem dwóch pism urzędowych, a wiadomo,że pisma urzędowe to coś,czego pisać nie lubie.Trzecie leży w torbie,ale mnie głowa boli ;) nie mam nastroju ;)

Padał deszcz,a potem grad i to porządnie,ale zdążyłam dojśc do domu "pomiędzy".


I zabawnie-bo pewien typ kórego nie trawię poszukiwał mnie przez telefon "głosem erotycznym" diabli wiedza po co ,nie ja telefon odbierałam na szczęście, więc poszła plotka że za bardzo mnie coś polubił,a ja wiem,że sprawa ma drugie dno, i lepiej,żeby mnie nie lubił ów typ, na psa urok,bo ja to go na pewno nie polubię. Nie psa,tylko typa.

Na obiad ( a właściwie kolację) zrobiłam sobie makaron "kokardki" z sosem pesto...i do tego kieliszek czerwonego wina...trochę tylko popsuł mi nastrój fakt,że o ile palacz po jedzeniu zwykle musi zapalić "na deser" -to ja celem uwieńczenia muszę deser zjeść. W postaci "krówek" sztuk 3 i "Michałków" sztuk 2. I całe moje wysiłki z ostatnich dni,by nie tykać słodyczy bo wiosna idzie...znów spełzły na niczym...jak codziennie :)

I to by było na tyle :)


P.S. Konkluzja na dzień dzisiejszy mało oryginalna,ale w sumie zawsze dobra jak... (tu niech sobie wdzięczny czytelnik reszte sam dośpiewa,bo każdemu według potrzeb;) SZKLANKA JEST Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ W POŁOWIE PEŁNA.
"Wężykiem,wężykiem"I niech tak zostanie. "Czy konie mnie słyszą?" ;)


22:04, surfinia
Link Komentarze (23) »
niedziela, 25 lutego 2007
coś poważnego
Po wygłupach poniżej - czas na powagę.

Właśnie usłyszałam-co dziesiąty mieszkaniec Polski cierpi na depresję.
Ponoć na przykład  dopadła ona prawie połowe licealistów.
Jak to mozliwe??? Ta statystyka przeraża. Ludzie gubia się coraz bardziej...
                      

(Zdjęcie pobrałam ze strony, na której znajduje się wywiad z Bagińskim).

15:32, surfinia
Link Komentarze (27) »
ofiara Jesiennego... ;)
Ano wrobił mnie Jesienny ,albo inaczej-wytypował do zabawy,która "po nitce" przyszła od czarownicyzlej do niego, a z kolei do czarownicy przyszła ona skądinąd ;)
Pięć mało znanych faktów z życia Surfinii -w sumie chyba trudno wybrać...
No to moze to, że :

1. Są dwie Su działające równolegle - podczas gdy jedna jest spokojna,wyważona,uśmiechnięta, albo dla odmiany "typ-twardziel" broniący swoich racji do utraty tchu- druga w tym samym czasie potrafi w środku wyć do księżyca lub wykazywać instynkty "mordercze" -taki fenomen Dr Jekyll i Mr Hyde;)
Nie ma to nic wspólnego z fałszem- zwykle powód jest -bezradność, przemęczenie, bunt, ale lepiej dla Surfinii spokojnej- nie uzewnętrzniać tego...więc tego nie czyni.
PS. dopisane: Surfinia nr2 jest ...malarzem impresjonistą, albo mistrzem flamandzkim
oraz tancerką latynoamerykańską.
Surfinia nr1 nie umie malować a taniec traktuje dowolnie;)


2. Noszę w sobie od wielu lat wspomnienie słow jednej z moich koleżanek, która po wielu latach znajomości -pod koniec liceum powiedziała mi: "właściwie nigdy cię nie lubiłam.Bo ty jesteś taka maszynka do rozdawania uśmiechów". Były jeszcze jakieś słowa po tym-chyba,że jednak mimo takiego mechanicznego"rozdawnictwa" uśmiechów jestem całkiem w porządku(to tak na osłodę;) ale tego już nie pamietam.
A jednak niewiele mi to w życiu zmieniło: susze zęby przy każdej nadarzającej sie okazji. I bez okazji też:) A więc - uśmiech Proszę Państwa :D
Co by nie gadać- z uśmiechem o wiele więcej w życiu udało mi się "załatwić" ;)
Wyrachowanie? nie.Przyzwyczajenie;)


3. a już z innej beczki-pamietam, że na początku mojej pracy lekarskiej
wielkim przezyciem były dla mnie cotygodniowe tradycyjne obchody oddziału z ordynatorem. Bo tak normalnie jak wiadomo-co dnia pacjentów doglądali asystenci,a ordynator codziennie oglądał kilku pacjentów, natomiast raz w tygodniu- z wielką pompą i paradą nastepowało "przejście", które było stressem dla każdego młodego stażysty:)
I pewnego dnia padło na mnie- ordynator zahaczył mnie o pacjentów na sali, która się współ-opiekowałam. Pomyliły mi sie pacjentki, i kiedy się zorientowałam- poczułam nagłą pustkę w głowie,zaniemówiłam . Ktoś mi tam pomógł sie "odetkać" a ja marzyłam tylko o tym,zeby stamtąd natychmiast wyjść ;) Potem uciekłam do ubikacji i się popłakałam ("Lwie,dobrze ryknąłeś") przygnieciona cięzarem kompromitacji;) Teraz,po latach śmieję się z tego, bo przecież nikt nie wymagał cudów od stażystki, która dopiero co zaczęla pracę...:)

4. jestem łatwowierna do bólu. Można mi wcisnąć każdy kit :) ludzie o tym wiedzą(niestety,czy ja mam to w oczach???) i czasem z tego korzystają. Bo przecież "nie ma ludzi złych tylko okoliczności są jakie są".
Kilka moich mało budujących (nie powiem:przykrych)"przypadków" w kontaktach międzyludzkich niewiele mnie nauczyło- bo nie można wykluczyć, że do tych mało chwalebnych sytuacji ja też dołożyłam swoje"trzy grosze"-nieostrożnością na przykład, lub zbytnia naiwnością. Chociaz z drugiej strony -kto jest szczęśliwszy: człowiek zbytnio ufający czy ten,który wszędzie wietrzy podstęp, hołdując teorii spiskowej?

5. Biorę ze sobą czasem czekolade do łóżka:) Dzis też znalazłam ślady "po wczorajszym" ;)
Trzy razy w życiu obudziłam sie również siedząc na stołku w kuchni , kiedy wcinałam czekoladę lub wyjadałam dziecku kakao :) To jest STRASZNA tajemnica;)
Oczywiście skutkuje to natychmiastową zmiana poscieli,zeby ktoś nie myślał.że sypiam...w czekoladzie ...świadomie ;)


Wystarczy? Musi. To były piersze rzeczy , które mi sie nasunęły
I ....też zaraz kogos wytypuję, ale musze sprawdzić -czy tego ktos inny przede mna nie zrobił... ;)

o..na przykład...nasza dr_ewa
http://drewa999.blox.pl
i... mozart
http://mozarcik.blox.pl
i... oczywiście... raritan
http://kronikaprywatna.blox.pl
i... odwodnik
http://notatkinamarginesie.blox.pl
i ... galapagos
http://wrednygalapagos.blox.pl

...wolno tylko 5 kandydatur? szkoda... ;)



12:11, surfinia
Link Komentarze (30) »
piątek, 23 lutego 2007
przychodzi lekarz do lekarza
Mam pewną słabość do filmów o medykach, ostatnio bardzo lubię "Chirurgów" czyli "Grey's Anatomy", no lubie i już, oczywiście prowokuje to komentarze w stylu: "nie masz jeszcze dość tego w pracy?".
Ale w pracy to inaczej, w filmie MNIE tam nie ma, patrzę na to co robią inni, czasem komentuję,że coż nie tak (jasne, bo pozjadałam w swej dziedzinie rozumy wszelkie,co oczywiście jest złudzeniem,ale bywa,że się zagalopuję;), a częściej po prostu daję się wciągnąć w akcję, która potwierdza ,że lekarz/pielęgniarka to też człowiek, tez ma prawo byc zmęczony, zjeśc śniadanie czy zrobić siusiu. I pomyśleć o niebieskich migdałach.
Lekarza oczywiście obowiązuje tajemnica lekarska w odniesieniu do pacjenta, ale jeśli zachorzeje ktoś z lekarzy w szpitalu,to zwykle bywa to sytuacja ogólnie komentowana.
Ostatnio rozmawiałam z moim kolega chirurgiem:
-Su, tak mnie to wszystko wkurza, że chyba miałem ciśnienie skurczowe ze 300!
-a mnie się obostrzyła choroba wrzodowa!
- a robisz czarne kupki?
-nie :) ...no wiesz co???tak przy ludziach????
-to całe szczęscie,że nie!co byśmy bez ciebie zrobili? ;)
...i żeby było smieszniej, w dyżurce przy tej rozmowie - chirurgów było z pięciu...

Kiedyś robiono mi USG i bez "krępacji" przylazło na ten fakt 2 kolegów(bo przecież znamy się jak łyse konie,to znaczy jeden z nich nawet był łysym,niekoniecznie koniem,ale reszta z nas to jednak nie) których chciałam wyrzucić na zbity pysk, ale leżałam, więc trudno było.
-w ciąży jesteś?
-NIE! (grr)
-eee, pewnie jesteś, ściemniasz ;)
-czy mnie nie wolno zachorować, żeby nie słyszeć waszych komentarzy???

Oczywiście znów miałam napisać o czymś innym, ale nie wyszło. Jakoś tak... samo sie plecie.
Właśnie -dobre słowo: PLECIE
"Pleć Pleciugo byle długo" ?

22:51, surfinia
Link Komentarze (13) »
miało byc co innego
Blox chodzi mi dziś wolno jak zepsuty traktor (albo "prawie dobry"-bo ma "aż "trzy koła, a tylko jednego brak" ) ,pchany tylko siłą woli traktorzysty i modlitwą owego, aby przejechać jeszcze kilka metrów;)  A czasu mam  mało , więc jak tu przelać myśl ulotną, kiedy i tak utknie za wirtualną  barierą niemożności?
...Nie mówiąc o  dostaniu się na któryś z zaprzyjaźnionych blogów-bo to w moim wydaniu dziś wydaje sie być zadaniem niewykonalnym ( o ironio).
W koniecznym mi (do załatwienia kilku spraw prywatnych) wolnym dniu większość spraw namacalnych (głownie w kuchni i w łazience;) "przecieka mi" przysłowiowo przez palce.  Przyzwyczajona do szybkiego tempa i konieczności podejmowania szybkich decyzji- w wolnym dniu powszednim nie umiem się "znaleźć" -ale mnie to nie martwi szczególnie,pewnie się rozkręcę z biegiem dnia, o ile  nie zasnę ;)
I takie bzdury właśnie piszę, a miało być zupełnie o czymś innym , z tematyki
"przychodzi baba do lekarza" tyle,ze nie o babę chodzi a o chłopa,czyli elegancko-mężczyznę:)
Ale o tym wtedy, jak mój komputer czy też blox? zacznie chodzić szybciutko.
I oczywiście wtedy,kiedy będę jak to mawiano dawniej pieknie " do domu powrócona"  ;)



12:24, surfinia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 20 lutego 2007
analogie
Często w książkach obrazowo opisuje się proces zdrowienia człowieka, który ucieka śmierci uleczony z ran czy ciężkiej choroby zakaźnej. Jeszcze słaby, a już się uśmiecha, jego twarz traci niepokojącą ostrość rysów. Powoli,bardzo powoli nabiera sił by podnieść rękę czy zawołać,że jest głodny-wraca mu apetyt! Na to tylko czeka bliska osoba, najczęściej kobieta,która chorego dogląda. Łapie kurę i gotuje pożywny rosół (bez piór oczywiście ;), który podaje choremu, on zjada kilka łyżek, uśmiecha się z wdzięcznością a na jego twarzy wykwita delikatny rumieniec :) A potem to już..."z górki" :)

Skojarzyło mi się to z tym,co poczułam dziś. Właściwie kilka dni temu,kiedy spojrzałam w niebo i zauważyłam, że (o dziwo!) są na nim gwiazdy! Może wtedy był pierwszy etap "przebudzenia" czy też...czegoś w rodzaju "ozdrowienia"(no jak analogia to analogia!)-zaczęłam ruszać głową :D czyli przestałam patrzeć TYLKO pod nogi i w przód,a zaczęłam też patrzeć do góry .
Dobry znak:)
Idzie to powoli i etapami. Dzis już spojrzałam w górę dwa razy.
A niebo przygotowało mi obrazki szczególne- w nagrodę?;)
I otóż późnym popołudniem - słońce przeżyło kryzys tożsamości- wyobraziło sobie ,że jest JAJKIEM i rozbiło się jak jajko upuszczone przez nieuważną gospodynię na ziemię. Potem sie rozmazało. Albo zostało rozmazane palcami kilkulatka uczepionego do wykrochmalonego,białego fartucha matki.
A potem takie rozmazane-ze wstydem schowało sie za chmurę, która je"wytarła" :)

Wieczorem zobaczyłam,że księżyc ciut-po nowiu-obija się,leń patentowany.
Połozył się na swej wypukłości jak na plecach. Złota księzycowa kołyska. Jeszcze mi brakowało,zeby załozył nogę na nogę ;)

Postaram się nie gubić więcej nieba sprzed oczu...póki oczu wystarczy.

19:39, surfinia
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 19 lutego 2007
czułki opadają...

Źródło : interia.pl

Fiskus grabi równo SMS-y

Wszyscy byliśmy wstrząśnięci dramatem chorych dzieci z Akademickiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu - pisze "Trybuna". Pomagaliśmy finansowo, np. wysyłając SMS-y. A właśnie tu zaczaiła się pani Gilowska, zabierając daninę od każdego wysłanego przez nas SMS-a.

Fiskus, zamiast natychmiast ogłosić, że ten rodzaj wsparcia będzie zwolniony z podatku, grabił równo, bezlitośnie i bez wstydu. Chodzi o całkiem spore pieniądze, ponieważ od każdej wiadomości tekstowej nadanej z komórki państwo zabiera 22 proc. Im więcej SMS-ują obywatele, poruszeni losem dzieci chorych na raka, tym więcej państwo na tym zarabia.

-------------------------
dla mnie to skandal!

19:49, surfinia
Link Komentarze (16) »
czysta żywa ...prawda
Tak naprawdę to...rzeczywiście przez kilka dni ( i to bez kokieterii) uważałam,że nie mam nic do napisania (tak było) - więc nie pisałam :) nadal zresztą uważam, że pustka w mojej głowie nie upoważnia mnie do zaśmiecania bloxa. Przeczekam ;)
Nie włączałam przez jakiś czas komputera, by nie wykonać kliknięcia na hasło"skasuj bloga". Bo w środku coś mi mówiło: "będziesz żalować". I..pewnie bym żalowała.
Skupiłam się na bardzo ważnych dla mnie zawodowo ( i nie tylko) sprawach i połknęło mnie życie, nie do końca tak, jakbym chciała...ale ja uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny, zatem trzeba z filozoficznym spokojem dać się ponieść wiatrowi i starać się myśleć pozytywnie oraz...nie zamykać oczu! :)
Dopiero zaczynam "odżywać" i lekko wyhamowałam, ale nie mam złudzeń,że niebawem znów mnie coś połknie. Jak Jonasza. Byle mnie nie przeżuło, to wylezę jakoś , otrzepię się i dalej będę patrzeć w rozgwieżdżone niebo :)



Tytuł tego zdjęcia znalezionego w sieci: "Wieloryb połknął mgłę"
:)

Swoją droga aczkolwiek skojarzenie z wielorybem jest kapitalne, to ja na tym zdjęciu widzę dwie ręce starające się mgłę objąć, niemożliwe? a mnie sie wydaje, że mgła  nieśmiało obejmować się pozwala...


18:53, surfinia
Link Komentarze (16) »
środa, 14 lutego 2007
Nie wiedziałam... ;)
                   

Nie wiedziałam,że jestem taka piękna! Ale dzieci..dzieci widza więcej
:)
obrazek autorstwa mojej chrzestnej córki lat 6 :)
                       
22:00, surfinia
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 12 lutego 2007
suplement humorystyczno-horrorystyczny;)
Suplement konieczny
ALBOWIEM był dalszy ciąg "szewskiego poniedziałku".
Przypadki z ostatniej godziny mianowicie:
-syn sie na mnie obraził,bo nie byłam szczęśliwa, że nie zaliczył tego co zaliczyć powinien

-na ulubioną bluzeczkę(domową,ale miłą) wywaliłam dżem jagodowy ( z "Łowicza" bardzo dobry,ale kiepsko się spiera...;)

-ekspresik do kawy zaczął dziwnie syczeć,kiedyś już coś takiego widziałam u koleżanki, potem nastąpiła eksplozja...ekspresika ;) Szybko zatem wyłączyłam toto.

-"coś" wytrąciło mi filiżankę z kawą z rąk- dobrze,że to nie była moja ulubiona filiżanka,ale kawa miała mi poprawić nastrój i ciśnienie,a tu się okazało,iż trzeba paść na kolana i zbierać oraz wycierać ;)

-właczyłam komputer a on mi napisał po angielsku, że ma  mnie w nosie i odmawia współpracy.
Wyłączyłam gadzinę i włączyłam ponownie, cedząc brzydkie słowa pod jego adresem i mrucząc"co mu zrobię" jak się nie włączy jak trzeba. Jakiś masochista może by się i ucieszył ale komputer to...niekoniecznie, a jednak moje słowa z podpisem "Życzliwa" wystosowane do komputera odniosły skutek:D   ot,siła przekonywania... ;)

Troszkę za dużo małych przypadków na wieczór, zatem idę odprawić jakieś czary-mary,egzorcyzmy,albo coś. Najlepiej...coś ;)

20:06, surfinia
Link Komentarze (16) »
koszmar poniedziałku
I gdzież... łagodność dnia wczorajszego? Właściwie znikła juz o północy, a jej zniknięcie-jakże dotkliwie dało się odczuć z dźwiękiem budzika...Budzik obudził mnie po raz drugi, bo po raz pierwszy przebudzenie miało miejsce o 5.15 - nieokreślona obawa,że nie zdążę ;) Nie lubię kiedy mnie moja własna głowa budzi zbyt wcześnie w przystępie jakiegoś źle pojetego poczucia obowiązku.

Poniedziałek w szpitalu przypomina trochę nastepstwa jakiegoś kataklizmu.
To się zwykle normalizuje we wtorek,by przybrać na sile(jak fala) we środe i później-po raz koleny w piątek. O dyżurach nie wspomnę ,bo te rządzą sie innymi prawami.

Tak więc kataklizm na dzień dzisiejszy przeżyłam,ale oczywiście nie odbyło się bez:
-wymiany zdań z pacjentem,który miał za złe i oświadczył to innym zebranym pacjentom w poradni na korytarzu, a w gabinecie mnie za to wylewnie przepraszał,zaraz po wejściu (typowe...)

-nieprzewidzialnych i nieoczekiwanych zwrotów akcji dotyczących spraw medycznych i mało medycznych,ale jak najbardziej z moja pracą związanych

-podwójnej dawki tabletek od bólu głowy, bo w trakcie nieprzewidzianego spotkania ze zwierzchnictwem(które to zwierzchnictwo postanowiło mi dowalić jeszcze trochę obowiązków) głowa zaczęła mi pękać (kolega stwierdził rozkosznie:"na pewno masz tetniaka" hehe :/

Od godziny 13 do 16 byłam na etapie zwalniania się z pracy,miałam ochotę rzucić to wszystko i iść w siną dal! Bo gdzieś musi być granica! Potem pomyślałam:"tyle włożyłaś w to wysiłuku, emocji-nie szkoda ci"?
Zatem skupiłam się na tym,by sie nie rozpłakać ze zmęczenia i chwilami-poczucia bezsilności.
Powoli wracając do domu wypuściłam powietrze. Czułam tylko zmęczenie.
W lustro wole teraz nie patrzeć...

Swoją drogą zastanawiam się od dłuższej chwili po co ja to napisałam.
Ale przecież od tego mam bloga :)






18:09, surfinia
Link Komentarze (10) »
niedziela, 11 lutego 2007
Na całej połaci...

Poranne odsłonięcie okien i niespodzianka. Śnieg...biały i czysty,nieskażony.
I nadal pada. Pięknie i miękko, tylko trochę "razi" średnio obudzone oczy, bo człowiek-wiadomo-niedzielnie rozlazły.
Wreszcie jest okazja, żeby sobie zanucić -jaka to piękna piosenka, zresztą powala mnie od zawsze, a Anna Maria Jopek + Jeremi Przybora ( a właściwie jego głos dobiegający z chmurki) to już mistrzostwo świata...

Na całej połaci - śnieg
W przeróżnej postaci - śnieg
Na siostry i braci
Zimowy plakacik - śnieg... śnieg.

Na naszą równinę - śnieg.
Na każdą mieścinę - śnie
Na tłoczek przed kinem
Na ładną dziewczynę - śnieg... śnieg.

Na pociąg do Jasła
Na wzmiankę, że zgasła
Na napis: brak masła,
Na starte dwa hasła,
Na flaszki od wódki
Na tego te skutki...
Na puste ogródki
Na dzionek za krótki...
Na w sinej mgle dale - śnieg.
kocham cię stale! - śnieg.

Na żale,że wcale i na - tak dalej - tak dalej

Tak dalej - tak dalej

Tak dalej - tak dalej - śnieg

śnieg

śnieg

śnieg

Narazie śniegowa kołderka przykrywa i ..usypia świadomość,że jutro poniedziałek ;) "I tak dalej" ... narazie o tym "sza".
11:31, surfinia
Link Komentarze (20) »
sobota, 10 lutego 2007
sobotnio-kulinarnie
Lubię zupy. Jesienią lub w zimie zupa u mnie w domu musi być codziennie.
Rozgrzewa ciało i ducha :)
Kiedy Dryblas był mały,nie można było w niego wepchnąć ani łyżki jarzyn, ale "kropla drązy skałę" -minęły lata i Młody z biegiem czasu coraz chętniej zupy zajadał ,a teraz nie wyobraża sobie bez niej obiadu.
Jasne,że latem je się inne zupy, a w zimie bardziej "zawiesiste"-nie szkodzi,że kaloryczne, mimo mych pewnych niewielkich"nadmiarów"- nie widzę powodu aby w tej kwestii dać się wkręcić w jakiś reżim.
Lubie oglądać i czytać ksiązki kucharskie , ale częściej szukam tego i owego w internecie, koniec końców jednak robię tak jak mi podniebienie,nos i wyczucie dyktują. Częściej "na oko" ,więc na pytanie jak coś robię- musze się długo zastanawiać z kolei... "jak to sformułować" ;)
Bo w kulinarnych czynnościach,jeśli cos ma byc dobre lub BARDZO dobre-prócz ogólnej sprawności i przepisu musi byc jeszcze to "coś"nienazwane ...bo jesli tego brak, potrawa jest tylko... prawidłowo przygotowaną potrawą. Brak w niej "ducha" czy magii -jak zwał,tak zwał;)
"magiczna kartoflanka"? a dlaczego ...nie? :D
Najchętniej w zimie gotuję: rosół, zupe pomidorową (ulubione zupy pociechy;) krupnik,zalewajkę(tak,taką o jakiej opowiadał Franek Dolas w "Jak rozpętałem II wojnę światową), barszcz biały na boczku lub białej kiełbasie, kapuśniak,
zupę fasolową i ostatnio uwielbianą -zupę rybną.
Przyznaję,że w tygodniu czasem sięgam po zupy mrożone-są coraz lepsze, zwłaszcza grzybowa z Hortexu jest świetna,wymaga tylko dodania śmietany z odrobiną mąki i dużej ilości zielonej pietruszki:). Lubię też kalafiorową z koperkiem (też z "Hortexu")
Ale w dni wolne (wtedy kiedy mi się chce i zmysły mam wyostrzone a nie stłumione zmęczeniem) lubię "pobawić się" w kuchni .
Wczoraj np. kupiłam fasolę "jaś" i będzie zupa fasolowa. Z majerankiem i szczyptą kminku koniecznie...

                                      

a może jakieś koncepcje zupne tu przeczytam? coś co "pieści zmysły" albo inaczej- choćby tylko poniebienie...Podzielcie się:)
13:15, surfinia
Link Komentarze (32) »
piątek, 09 lutego 2007
wyłgałam się
Wyłgałam się. Od kilku dni telefony:"jedziesz?". Nie. "Jedziesz"??? Nie!!!
i dziś o 18 znów:"Jedziesz???" NIE. "No i będziesz w domu siedzieć?"
Sęk w tym,że ja w domu ostatnio siedzę mało, ciągle gdzieś biegnę,docieram w domowe pielesze wieczorem "na ostatnich nogach" i nie mam czasu na ....spokój.
Zatem właśnie...wyłgałam się od zajęć towarzyskich, bo potrzebuję ciszy,nie zgiełku, samotności-nie ludzi, kawy ze szczypta cynamonu-nie alkoholu.
Ciemności w domu i światła lampy w ulubionym kącie. Dobrej książki i ulubionych gazet nieprzeczytanych od tygodnia. Smooth-jazzu. Świadomości,że moge położyć sie kiedy chcę i jak chcę. Myśli lekko samolubnych;) tylko o moich planach i pragnieniach. Ciepła, miękkości i otulenia...
Ten tydzień obfitował w nieoczekiwane kryzysowe sytuacje, smutne wieści z różnych stron i wiele napięć. Dobrze,że ma sie ku końcowi choć...to może nienormalne,że nawołuje się dni do tego,by minęły?

22:06, surfinia
Link Komentarze (15) »
czwartek, 08 lutego 2007
w krzywym lustrze
To nie był pierwszy raz. To sie zdarza na tyle często,że trzeba sie nad tym zatanowić...
Badałam dziś staruszkę nowo przyjętą do szpitala, koło niej dwie troskliwe córki-również niemłode, pochylające się nad nią z miłością ciągle przy jej łóżku.
Co było takiego w starszej pani , że postanowiłam o niej napisać?
Nie było z nia żadnego kontaktu w trakcie badania ,za to z jej ust płynął potok przekleństw, wyzwisk i złorzeczeń, nie było żadnych innych słów. Córki zwracały się do niej "słonko", "mamuniu","kochanie" ale staruszka tego nie słyszała. Żyła w swoim mrocznym świecie, a każde dotknięcie,nawet pogłaskanie po głowie- kwitowała krzykiem i przekleństwem. Córki patrzyły na mnie z obawą-co powiem... Uspokoiłam je,że znam takie przypadki i naprawdę tych słow nie biorę do siebie. Dwie niemłode panie w przystępie szczerości-wyznały mi,że strasznie im wstyd...że im przykro,ale co mogą zrobić ? no nic, przecież wiem,jak to jest.
Pamiętam pacjenta, przy którym całymi dniami i nocami trzymał straż syn, musiał bardzo kochać swojego jakże zmienionego ojca...a tenże ojciec z głębi swej nieświadomości wymyśłał mu od ostatnich,najgorszymi słowami jakie słyszałam w życiu i życzył mu śmierci w strasznych męczarniach. Widziałam tylko zrozpaczone oczy syna, może nie z tego powodu,że ojciec go lżył, ale dlatego,że inni ludzie to słyszeli.

Wiele razy zetknęłam się z takimi przypadkami i za każdym razem zastanawiam się jak to jest..czy tacy ludzie,którzy w chorobie całkowicie tracą kontakt z rzeczywistością i potrafią wykrzykiwać tylko przekleństwa- w swoim całym życiu byli ludźmi niepogodzonymi ze światem? pełnymi pretensji? I te pretensje skrywane i tłumione- w smutnej,chorej starości znajdują swoje ujście właśnie wtedy,kiedy świadomość zawodzi?

Więc może-pomimo trudności- warto hodować w sobie dobre emocje? Starać się przebaczać i nie żywić uraz? Celebrować radości i szczęścia-choćby te małe? Może TO będzie w starości procentować i nawet w ćwierci świadomi-będziemy jak pomarszczone jabłuszka z dobrym słowem na ustach, nawet gdy przyjdzie zgasnąć cichutko? Może...?Bo przecież byli już tacy ludzie.


Ja "na okoliczność" owych obaw-"co będzie jak nie będę świadoma" boję się nawet dać uśpić. Chociaż...raz się dałam na  troszkę,na niewielki zabieg.
Wiem,że coś w owym śnie, który snem nie był- śmiałam się i coś opowiadałam,ale co-tego mi koleżanki nie powiedziały:) natomiast śmiały się z tego przez trzy dni. Mam nadzieję,że opowiadałam może jakiś dowcip...i nie spaliłam, jak to mi się zwykle zdarza...


22:24, surfinia
Link Komentarze (16) »
środa, 07 lutego 2007
ogryzek środowy
Wczoraj wypróbowałam nową możliwość "wstępu i rozwinięcia" w układzie wpisu i nie jestem zachwycona. Miałam kilka poprawek do tekstu i te poprawki wskakiwały z bardzo,bardzo dużym opóźnieniem,po kilku próbach. Zatem postanę przy poprzednim sposobie prowadzenia bloxowych notatek, ale za to nie mogę powiedzieć, że nie próbowałam;)

A dziś wyszło słońce, kiedy późnym popołudniem wracałam z pracy do domu jeszcze nie było ciemno! I to mnie nastroiło nieco lepiej do świata.
Co nie znaczy,że nie zarabiam na zawał. Nadal. Trzeba się więc zdystansować.
Co będzie to będzie. Co da moje popłakiwanie (to przenośnia) po kątach i cierpienie "za miliony"-przecież moje imię nie brzmi "Czterdzieści i cztery" ;)



19:50, surfinia
Link Komentarze (16) »
wtorek, 06 lutego 2007
dzień z życia pewnej lekarki
Zastanawiałam się...pisać dzis czy nie? Ale napiszę. Przeciez życie Surfinii nie jest tylko pasmem chwil szczęśliwych i uśmiechów
poniedziałek, 05 lutego 2007
mała rzecz ,a bez niej kłopot
Dziś rano włączyłam telefon komórkowy i okazało się,że ..straciłam wszystkie kontakty!!! Pamięć była PUSTA!
Pierwszy raz coś takiego mi sie przytrafiło..wirus? mam być szczera? oblał mnie zimny pot z przerażenia. Bo w pamięci telefonu miałam zapisane numery i inne dane, których odnalezienie w róznych zakamarkach zajęłoby mi dużo czasu, niektórych zapewne bym nie odnalazła. Wyłączyłam telefon i włączyłam jeszcze raz.To samo! Nie wierzyłam.Wczoraj wszystko było jak trzeba...więc co się mogło stać? "Nie teraz błagam" - w dniu dzisiejszym musiałam załatwic wiele spraw,jakoś je wszystkie ze sobą zlepić, poukładać w sensowną całość, bo te cholerne terminy... telefon Z NUMERAMI był mi niezbędny...
Nerwowo usiłowałam sobie przypomnieć najważniejsze,najczęściej używane numery...na nic,pamietałam tylko swój... :/
Za trzecim wyłączeniem/włączeniem zdarzył się cud :) ZASKOCZYŁ-numery wróciły jakby nigdy nic na swoje miejsce.
Całe szczęście.
Ale refleksja -człowiek tak sie szybko przyzwyczaja do ułatwień,że się w pewien sposób uwstecznia. W pewien sposób? zbyt łagodne potraktowanie tego zjawiska.

18:51, surfinia
Link Komentarze (28) »
niedziela, 04 lutego 2007
babskie oglądanie w towarzystwie męskim;)
Tak się złożyło, że "mix" Małyszowo-piłkarski oglądalismy w nieco większym gronie i niestety jedni chcieli ogladać na TYM SAMYM telewizorze mecz piłki ręcznej o złoto, a inni chcieli oglądać skoki. W efekcie pilot był przedmiotem pożądania, w pewnym momencie powiedziałam,że ide oglądac piłkę ręczną do drugiego pokoju, ale nie wypadało,zatem szantaż podziałał.
Mimo wszsytko więcej emocji dziesiejszego popołudnia wykrzesali z nas piłkarze ręczni. Kobitki -po babsku-popiskiwały, pojękiwały, wymachiwały rękami. Zaciskały kciuki ,w duchu klapały zdrowaśki i mówiły "nic sie nie stało,przecież mamy srebro".
A faceci-jak to faceci- sceptyczni, niezadowoleni, "no niech wreszcie coś pokażą". Wrr.Najłatwiej siedzieć w fotelu,popijać piwko i krytykować.
W takich sytacjach wiadomo-jak przy starciu gorących i zimnych mas powietrza-musi rypnąć i w pewnym momencie było nawet dośc ostro, aż mój syn -jak sie okazało-najbardziej wyważony -stęknął: "no ludzie uspokójcie się";)
Swoją drogą ja mam pewną koncepcję,dlaczego nasi przegrali z Niemcami-po jakiego grzyba pofatygowała sie tam głowa naszego państwa??? ;)

A z drugiej strony-po zakończonym meczu-nasi piłkarze ujęli mnie tym,iż nie wyszukiwali przyczyn przegranej nigdzie indziej, poza sobą.
Przyznali,że zagrali nienajlepszy mecz.  Potrafili wypunktować  swoje słabe momenty,
a już kompletnie rozłożyło mnie kilkakrotnie powtórzone słowo:"Przepraszam"
wypowiedziane przez Jurasika.
Jakże różni sie to od podejścia naszych piłkarzy nożnych,którzy najczęściej przyczyn porażek szukają wszędzie, a nie w swojej słabej grze - a to warunki nie takie jak trzeba, a to  kibice nie tak się zachowywali, a  to prasa  uraziła...
Piłkarze ręczni dostarczyli nam wzruszenia i zachowali pokorę.
To mi się bardzo podoba.

 




19:41, surfinia
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes