moja jesień gra bossanovą...
RSS
środa, 30 listopada 2005
baju baju
W książkach Kornela Makuszyńskiego dla młodzieży pojawiali się weseli lekarze,którzy leczyli niekonwencjonalnie: nie wypisywali osłabionemu biedakowi leku aptecznego-bo wiadomo było,że ów leku nie zażyje.Po pierwsze dlatego,że nie wykupi bo nie ma za co, a po drugie dlatego,że w skuteczność konwencjonalnego leku nie wierzy. Co innego leczenie rosołem;) które np.uprawiali owi dobroduszni lekarze Makuszyńskiego. Ale nie był to zwykły rosół, o nie, bo by nie zadziałał. To musiał być rosół szczególny, ugotowany na czarnym kogucie,ktorego przed zarżnięciem trzeba było zanieść o 12 w nocy na cmentarz i obrócić się ( z tym kogutem na ramieniu chyba;) siedem razy w lewo,siedem razy w prawo i wypluć przez lewe ramię razy trzy:) czy jakoś tak.
Ludziska mają swoje przekonania i wierzą czasem w zabobony, które pewnie nie działają "same w sobie" ale tym,że ktośtam wierzy, że dany zabobon zadziała:)
Swego czasu wymyśliłam sobie( a może czytałam gdzieś?) że aby był dostatek w domu to trzeba w okolicach Bożego Narodzenia nabyc od baby wiązkę jemioły i gdzies powiesić ,najlepiej u sufitu na CAŁY rok. Wymienia się bukiet jemiołowy co roku. Przestrzegam tego RESTRYKCYJNIE! i polecam:)
zaszkodzić nie zaszkodzi a pomóc przez "pozytywne myślenie"może ;)
Trzy lata temu poleciłam jemiołę mojej koleżance, która miała bardzo ciężką sytuacje finansową,mąz nie miał pracy ona zarabiała marnie. Wysłuchiwałam jej problemów nie raz,ze zrozumieniem,ale pomóc w tej materii..jak???
No to w ramach żartu mówię jej: "B. ty kupuj jemiołę ,nie ma rady"
Zbiegiem okolicznosci 3 miesiące póżniej mąż B. dostał pracę i teraz sobie żyją spokojnie . Nie pomogła przecież jemioła sama,ale wiara w to,że pomoże:)
Dziś właśnie przypomniałam sobie,że zaczyna się okres przedświąteczny i że trzeba od "baby w kucki " gdzieś na rogu kupic nowy,jemiołowy bukiet,
tak na wszelki wypadek... zaszkodzić- nie zaszkodzi;)

23:27, surfinia
Link Komentarze (12) »
bezandrzejkowo o dziwo
Jakoś tak ok.19 wracając do domu z pracy zorientowałam się,że dziś Andrzejki i trochę dziwnie mi sie zrobiło,że zapomniałam. Po pierwsze jest ktoś komu trzeba było złożyć życzenia imieninowe (najczęsciej pamiętam...) a po drugie zwykle w Andrzejki albo " w okolicach" gdzieś się lazło lub jechało. Taki andrzejkowy wyjazd w góry- śnieżny, połączony z obowiązkowym laniem wosku. I oczywiście ze spożyciem "elementu baśniowego" w płynie ( jak mawiał Himilsbach..a może Maklakiewicz?) w niezłym towarzystwie. A tu nic.
"Ludzkość" pracuje albo udaje,że pracuje.Albo leży z pilotem od telewizora brzuchem do góry.
A w nawiązaniu do "elementu baśniowego"
Chyba z 10 lat temu (moze 8?) w jakiejś górskiej wsi gdzie psy szczekają ogonami...zahaczyliśmy o sklep GS. Od drzwi rzucił mi sie w oczy "zestaw bankietowy" który stał na najbardziej wyeksponowanej półce na wprost wejścia.
W skład zestawu wchodziły następujące trzy składniki stojące obok siebie:
-mielonka w puszce
-ogórki konserwowe w słoiku
-denaturat.
No i dostałam ataku śmiechu oczywiście.

22:43, surfinia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 29 listopada 2005
przypadki "kontrolowane"
Nie wierzę w przypadki.
Chodząc mocno po ziemi - pozwalam sobie jednak na taki "luksus" i już! (po babsku;)
Wierzę natomiast w sterowanie "odgórne" cokolwiek by to miało znaczyć dla kogokolwiek.
Dlatego wszystko co mi się przydarza: dobre i złe - MUSI mieć swój sens . Spotkania z ludźmi . Zdarzenia. Znaki ( bo wierzę w "znaki" jak przysłowiowa "ciemna" baba z Zamojszczyzny) . No i miewam przeczucia. Okazuje się, że rzadko mnie mylą... I tu nie ma nic ze "wzniosłości".
Po prostu tak jest...i kropka.
A pewnie,że to banał;) ale nikomu krzywdy nie czyni:)





00:04, surfinia
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 28 listopada 2005
tego mu nigdy nie zapomne... ;)
"Przystanek Alaska" to jeden z moich ulubionych seriali (nie jestem w tym oryginalna,ale nie o to chodzi:)
A ulubionym odcinkiem był ten, w którym w narzeczonego Maggie wbił się satelita albo jego kawałek. No po prostu spadał, a narzeczony Maggie był na trasie.Normalka.Stworzyli "jedność" i ta..."jedność" niekoniecznie chciała sie zmieścić w trumnie.
Na nieszczęście dla mnie- ten odcinek emitowano jakoś na krótko przed tym,jak naprawdę gdzieśtam w kosmosie coś sie pokitwasiło i oderwał się kawałek satelity, a może to cały satelita zmienił swój tor i miał zamiar spaść na ziemie w sposób niekontrolowany albo  słabo kontrolowany .
Wiadomo było tylko KIEDY spadnie,ale za cholerę nie wiadomo było GDZIE, czy zrobi komus krzywdę i jaką.
Mieszkałam wtedy w bardzo wysokim bloku na wielki osiedlu i oczywiście ubrdałam sobie,że satelita pewnie spadnie na mój blok albo gdzieś niedaleko.
I spać tej przełomowej nocy nie mogłam, wiec tarmoszę Pana i Władcę:
-a co będzie...jeśli na nas ten satelita spadnie??? chyba się boje...

Ale ponieważ to ja wykorzystałam cały zapas strachu przeznaczony dla bliższej i dalszej rodziny (czyli dla Krewnych i Znajomych Królika) więc Pan i Władca spał snem niezmąconym. Tak mi się przynajmniej..wydawało, bo odzewu nie było.

Następnego dnia dzwoni do mnie szef Pana i Władcy,a jednocześnie nasz wspólny kolega i jakoś...dziwnie charcze w słuchawkę:

-yyyyyyyhyhyhyyhyy...Su, dobrze się czujesz? jak tam hyhyhyhyy satelita?

Zbiło mię z nóg po raz pierwszy. Bo było i drugie "zbicie z nóg" za przyczyną następnego telefonu gdzies pół godziny później, od innego wspólnego kolegi

-cześć Su! fajnie,ze na ciebie satelita jednak nie spadł... eheheheheh

No fajnie,ale w tej chwili to bym może dużo dała za to, żeby satelita spadł albo na mnie albo może "słuszniej"na tego co niby spał a teraz zdradził tajemnice alkowy!
Więc od lat mu to wypominam, jak sobie przypomnę.
Właśnie dziś znów sobie przypomniałam,wiec pora...odświeżyc temat :D

Zwłaszcza,że ziemi ciągle grożą jakieś spadające asteroidy czy satelity ;)
Trzeba sie przygotowac na przyczynę i skutki:)



19:21, surfinia
Link Komentarze (5) »
niedziela, 27 listopada 2005
kropla...kropla...
"Kropla drąży skałę nie siłą , lecz ciągłym kapaniem"

Czasem mi sie wydaje,że wbrew temu co się wie i widzi- to nie do końca się sprawdza. Nie dziś akurat (skojarzenie bowiem nasunęło mi sie na widok kapiących z dachu kropli) ale wtedy, kiedy brak mi cierpliwości aby na przykład powtarzać coś "na nowo,na nowo i wciąż od nowa" lub walczyć z jakimś wiatrakiem w postaci ludzkiej.
W dużych , piekielnie lub niebiańsko ważnych;) sprawach i tych całkiem malutkich, z których pozornie nie ma powodu robić problemu.

Ale natura mądrzejsza jest, więc wygodniej jest chyba myśleć, że ta nieskuteczność przysłowiowej "kropli względem skały" w relacjach międzyludzkich może być jedynie wyjątkiem potwierdzającym regułę.

..."a użycie ściera pierścień" ...

nie mówiąc o świstaku,co zawija w te sreberka ;)

14:22, surfinia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 listopada 2005
róże bez groszków


Późnolistopadowe róże zawitały z ogródka razem z ręką.
-Szkoda,zeby sie zmarnowały do końca... (znaczy:róże -nie ręka,bo tej nic nie będzie).
Spojrzałam na sfatygowane przez mróz żółte kwiaty,co jeszcze kilkanaście dni temu na przekór chłodom otworzyły się ku słońcu. Teraz zimne,wilgotne, jakby drżące... widać,że przemarznięte, lekko podwiędnięte,ale jeszcze w nich trochę nadziei na życie (mimo,że to kwiaty a kwiaty podobno...nie czują,choć niektórzy ludzie twierdzą,że to nieprawda).
Pozwolę im więc godnie  umrzeć w cieple. Jeszcze tylko oczy nacieszę wspomnieniem ciepłej złotej jesieni.

Jakoś mi sie skojarzyło .... "Groszki i róże" tak pięknie przez Ewę Demarczyk głosem malowane


11:29, surfinia
Link Komentarze (12) »
piątek, 25 listopada 2005
ogieniek
Dziś- z powodu stanu ducha, który ani dobry ani zły tylko raczej rozlazły
(ale żeby było "elegancko"-nazwijmy go "refleksyjnym") - przed oczami mam kominek.
Ogień i drwa. Nie mam kominka, ale cośtam w głowie mi się kotłuje i dobrze;)
Niekoniecznie mądrze. Ale nikt nie powiedział, że wszyscy mają byc tak samo mądrzy, że wszystkim musi być to dane. Zgadzam sie z tym i jakoś udaje mi sie z tym żyć ;) -jak na prostaczka bożego przystało -całkiem nienajgorzej;)
Więc narazie grzeję się ogniem wewnętrznym, wymyślonym i oswojonym - co niechybnie świadczy o tym że zima.
I jeszcze sobie obejrzałam dobry film ("Sztorm") z przecudnym żaglowcem ("Albatros") w roli głównej,bo cała(
wzruszająca czasem aż zanadto) fabuła i ludzie w tym filmie wystepujący to według mnie dodatek i do żaglowca i do morza.
Zeglarz ze mnie marny...ale klimaty czuję. Wtedy na chwile trzeba wyłączyc kominek lub zamknąć drzwi.
I nabrac powietrza w płuca . Czasem nawet zaśpiewać , ale nie dzis o nie, bowiem czujny Sąsiad CZUWA z uchem przy ścianie .
:)

23:12, surfinia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 listopada 2005
toto ;)
Ilekroć pojawia się w TV pan Rembiszewski lub jego żeński lub męski "klon" ogłaszając ,że własnie ma nastąpić wielka (lub większa) kumulacja w totka
to sobie przypominam,ze trzeba może zagrać...? Na przypomnieniu się kończy.
A potem zapominam znów- no chyba że wdepnę w psią lub kurzą(uśmiech do odwodnika;) kupę,co niechybnie kojarzy się z Wielką Wygraną która w związku z tym powinna nastąpić. Ale nie następuje,ponieważ po raz kolejny zapominam,że aby wygrać(ewentualnie) trzeba PRZYNAJMNIEJ kupić los.
Ostatnio właśnie siedząc wygodnie na sofie westchnęlam sobie:"a gdyby tak wygrać milion..." na co X. rzeczowo zapytał : "a co bys ty zrobiła z taką masą pieniędzy? wiesz jaki to kłopot?"
No fakt. Mieć za mało-źle. Ale mieć "za dużo" to już zupełny kanał ;)
Podobno pieniądze szczęscia nie daja.Zgadzam się w całej rozciągłości z jedną jednakowoż uwagą: szczęscia nie dają , ale zdecydowanie pomagają żyć. I nie ma się co krygować. I udawać, że jest inaczej. Tylko pustelnik lubi korzonki
i zgrzebny wór.


22:54, surfinia
Link Komentarze (4) »
o makaronowym śnie i w nawiązaniu
Jakby ktoś wiedział co oznacza sen, w którym suchy makaron miesza się w garnku z ugotowanym i jeszcze do tego z gara wygotowała się woda,to niech mi zinterpretuje,bo nie sądzę,żeby jakieś sensowne tłumaczenie było w sennikach:)
Kiedy usiłowałam ograniczyć słodycze to mi się sniła czekolada, nawet zdarzyło mi się dwa razy wstać w nocy i we śnie zjeśc czekoladę albo wyjeść kakao rozpuszczalne dziecku, a potem sie budziłam zdziwiona. Ale to tylko dwa razy,
teraz zaś niczego nie ograniczam bo
1.nie chce mi się
2.nie muszę

Ale makaron???

Wczoraj miałam spotkanie z dziewczyną chorą na anoreksję i przyznaję,że takie sytuacje nadal robią na mnie wrażenie i czuję sie przy nich bezradna.
To(jak wiadomo)nie tylko znane wszystkim i widoczne (choc nie zawsze) klopoty z niejedzeniem,chudnięciem,wyniszczeniem organizmu. To cała gama zmian psychicznych. Dotrzeć do takiej osoby jest niezmiernie trudno. Syzyfowa praca. JEDEN znany mi przypadek zakończył się sukcesem-wiele osób na to pracowało:
piekna dziewczyna , modelka -doprowadziła się do takiego stanu,że musiała wejść dwa razy,żeby ją można było zobaczyć. Strasznie biedna -wyniszczona fizycznie, z psychiką w totalnym proszku. Miłość rodziny i ZROZUMIENIE nie pomagały. Porzuciła chłopaka,bo on twerdził,że nie lubi jej jak jest taka chuda,zresztą widział co sie z nią dzieje.

Potężna praca psychologów,ileśtam pobytów w szpitalu, na terapiach- to dawało to poprawę na chwilę.
ALE nagle się zakochała NAPRAWDĘ i...nie wiem ,co sie stało! Raptem zaczęla jeśc.Byc może dlatego,że stwierdzili wspólnie,że chcą mieć dziecko i ta potrzeba w dziewczynie zabiła lub stłumiła skutecznie tę chorobę.
Teraz mieszka zagranicą z mężem i starają się o dzidziusia. O anoreksji już nie pamieta...Fajnie.
Szkoda,że nie zawsze tak to sie kończy.



10:39, surfinia
Link Komentarze (6) »
środa, 23 listopada 2005
o tym i owym.Same bzdury
Kiedy słysze przez radio,że "dziś warunki biometeorologiczne złe,możemy odczuwać zmęczenie,rozdrażnienie i zaostrzenie dolegliwości" to od razu sie tak czuję:) więc profilaktycznie nie słucham, albo "wypieram"
No dzis na przykład. Niby niskie ciśnienie miało być, a ja całkiem nieźle.
12 godzin poza domem,z czego lwia część to praca,potem cos mi wpadło do głowy,zeby zacząć robić zakupy mikołajowe, bo to już za chwilę a ja nienawidzę tłumów tuż przed Mikołajem, bo nie mogę znaleźć tego,co chcę. Dziś mile zdumiona ,bo w Galerii ludzi mniej niż się spodziewałam :) Trochę świętami pachnie, ale niezbyt nachalnie i dlatego nie wzięłam natychmiast nóg za pas, tylko spokojnie grzebałam w książkach, szkłach, ozdóbkach, pachnących świecach. Za dużo nie kupiłam ale nie dlatego,że nie było, owszem BYŁO i to dużo ,ale lubię się zastanowić i "przetrawić", bo w innym wypadku kupuję troche lub dużo rzeczy przypadkowych,które w danej chwili mi sie podobały, a w domu okazywały się byc GNIOTEM.
A w ogóle to jadąc do Galerii zdumiałam się niepomiernie,bo patrząc tak często w stronę pieknie owietlonej Katedry NIE WIDZIALAM do tej pory KOMINA w sąsiedztwie (tzn.nie w sąsiedztwie tak naprawdę,ale "rzutował sie " on an tę okolicę i PRZESZKADZA!!!). NO proszę: tak wiele lat tu mieszkam ,podobno jestem spostrzegawcza i CO? glupiego komina nie zauważyc! ...chyba,że wyrósł w przeciągu trzech nocy? ;)

Kto powiedział,że dorosły nie musi pisać listu do św.Mikołaja?
Niech piszą.Ja też napiszę, jak nie zapomnę ale przede wszystkim jak sobie przypomnę co to ja właściwie chciałabym dostać...?

Nieprawda,ze nie pamietam. Tylko są takie rzeczy, których pod poduszką czy w skarpecie sie nie dostanie.



23:35, surfinia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 listopada 2005
w filiżance ;)
W pięknej filiżance jestem w stanie wypić każde świństwo.
Jak już muszę pić coś - co sie parzy jak herbatę a co jest dalekie od tego co lubię - używam chińskich filiżanek.
Czyli typowe "małe oszustwo" z którego zdaję sobie sprawę ale gładko połykam:)

W ładniejszej,milszej formie można przemycić KAŻDĄ treść.
No ..poza pewnymi wyjatkami o których nie wypada wspominać;)

Filiżanka chińska służy mi do "zadań specjalnych"
1.kiedy mam ochotę na dużą MOC
2.kiedy sygnalizuję otoczeniu:"teraz jest mój czas na odpoczynek-zaparzyłam herbatę, NIE PRZESZKADZAĆ bo ewentualnie mogę być niemiła ;)
3.kiedy muszę lub wydaje mi się,że powinnam wypić -jakieś świńskie ziółko
-to niechże chociaż "oprawa" niemiłego przedsięwzięcia będzie miła


Ok.Maciejka
oto ulubiona "chińszczyzna" troche nieostra z powodu światła
Teraz dawaj te truciznę:)



22:27, surfinia
Link Komentarze (6) »
Tacy jak Władeczek
Ostatnio spotkałam się ze swoim Nauczycielem. Celowo piszę z dużej litery,bo temu człowiekowi sie to po prostu należy. Szczęsciarzem jest ten,którego uczą tacy ludzie jak nasz"Władeczek" (bo tak go w tajemnicy przed nim oczywiście;) nazywaliśmy i nazywamy nadal:).
Fachowiec dużej klasy, człowiek ogromnej wiedzy i doskonały praktyk.
Mrówczo pracowity.
A jednocześnie niezwykle skromny,spokojny i życzliwy ludziom. Przez 10 lat moich z nim kontaktów zdenerwowanego- tak naprawdę widziałam go może 3 razy? Wszyscy chcieliśmy mu dorównać,choć doskonale wiedzieliśmy,że to prawie niemożliwe. Nigdy nikogo z nas nie "zmieszał z błotem" a jednak baliśmy się. Tyle- że NIE JEGO  a  raczej tego, by go  nie zawieść.
Za każdym razem,kiedy Władeczek podejrzewał,że ktoś z nas "niekoniecznie" jest dobrze zorientowany w jakimś temacie, robił po swojemu krótki mini-wykład,który wyglądał jak dyskusja,choć mówił tylko on:) a na zakończenie zadawał tradycyjne pytanie:" Czy Pan Kolega(lub Pani) zgadza się ze mną?" :)) a my  ochoczo zgadzaliśmy sie, a potem natychmiast uzupełnialiśmy "braki" starając się,aby takich sytuacji było jak najmniej.
Nigdy nikomu nie odmawiał swej pomocy i robił to w sposób ujmujący-za to ludzie odwdzięczali mu się wielkim szacunkiem. Był niemal wyrocznia i często jego nawet bardzo śmiałe koncepcje potwierdzały się. Za to go podziwiano.
Nauczył nas patrzenia i słuchania. Do tej pory-mimo,ze nie ma go z nami juz od kilku lat zastanawiamy sie w kontrowersyjnych przypadkach: "CO by na to powiedział Władeczek"? Albo :"Pamiętacie, że Władeczek na to kładł nacisk"?
O,jeszcze jedno: Władeczek szanował ludzi i starszych-równych sobie i tych młodych,całkiem "nieopierzonych" , wyznawał zasadę,że ktos MOŻE czegoś nie wiedzieć,ale jeśli ma odrobinę rozumu to i tak sie douczy. I to sie sprawdzało zawsze:)
Oczywiście w zespole,który stworzył, bo na tym mu zależalo.
Uczył nas, że w naszym zawodzie trzeba grac do jednej bramki zespołowo i dla dobra wszystkich-żadne pokątne "gierki"nie powinny mieć miejsca.
I z tego jesteśmy dumni, nie raz  w rozmowach naszych  padają takie zdania:"gdzie indziej -patrzcie jaka jest fatalna  atmosfera, a u nas..." Bo  dobra atmosfera to bardzo dużo. I w obecnym czasie,kiedy tu i tam -wyścig szczurów -my sie czujemy jak na Wyspie. Choc problemów jest tak dużo,że czasem wydaje się, że nijak nie udźwigniemy.
 Władeczek roztoczył nad nami skrzydła, które czujemy do dziś...śledzi losy swoich uczniów i asystentów,cieszy sie naszymi sukcesami,martwi porażkami.
Tacy jak Władeczek,to gatunek na wymarciu.
Dobrze było go znów spotkać i okazać mu,że nadal go pamietamy ,szanujemy i jesteśmy wdzięczni za to,co dla nas zrobił i jak nas ukształtował.

dlaczego to tu napisałam...czy ja wiem. Gdzieś chciałam:)

21:09, surfinia
Link Komentarze (5) »
:>
Z dziennika TVP dowiedziałam się dziś,iż "byli posłowie-po swej skończonej kadencji nie mogą się odnaleźć życiu" ...biedacy:>
maja koszmary senne etc.
Tylko przepraszam: CO TO OBCHODZI SPOŁECZEŃSTWO?
Czy któregoś z panów posłów,którzy teraz narzekają na swój poposelski los
interesuje lub interesowało dlaczego ma koszmary bezrobotny Iksiński z Koziej Wólki mający 5 dzieci?
O tym się w Dzienniku nie mówi.
No ewentualnie gdy ktoś nie mogąc znieśc biedy powiesi sie albo wytruje całą swoja rodzinę a na końcu sam połknie jakieś świństwo, albo wsadzi głowę do piecyka gazowego -to  będzie miał swoje "pięć minut".
20:42, surfinia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 listopada 2005
z dziś
Czasem trzeba kogoś(dosłownie lub w przenośni) wziąć za rękę i spróbować przejść kilka kroków jego rytmem. Albo spróbować poprowadzić go swoim.
I jedno i drugie bardzo trudne.
Matkom małych dzieci wychodzi to całkiem naturalnie. Innym już nie,inni muszą się tego nauczyć-a nie zawsze chcą.
O.
-z a ł a t w i s z sobie to, zrobisz tamto i jeszcze coś(tu lista tego wszystkiego co powinnam zrobić ale tak "na gębę"   i niby mam to zapamietać, nie?;)
Ja:
-nie traktuj mnie w tej akurat sprawie jak swoją koleżankę po fachu.
Po prostu ustal mi harmonogram tak, jak ustalasz to każdej innej osobie,nie koledze. Spisz mi to wszystko i daj odpowiednie świstki. Bo sie pogubię.
Poprowadź mnie za rękę.

Zdziwienie. "przecież ty to wszystko wiesz".Owszem, może i wiem ale jeśli tyczy kogo innego. A jeśli dotyczy mnie to się trochę gubię ( dziecko we mgle) - naturalna reakcja.


Czasami trzeba komuś pokazać coś co mógł widzieć już nawet wielokrotnie ale tego nie zauważył - bo nie zwrócił uwagi lub nie chciał. Albo zapomniał.
Albo nie pamięta nazwy ,a jeśli pamięta to nie zawsze umie ją wyartykułować.

-hej, nie ma powodu do obaw. Wszystko będzie dobrze.
Niby wyświechtane słowa...ale święcie wierzę,iż te słowa usłyszane przeze mnie w waznych momentach takich czy innych - pomogły.
Jak jest z innymi to nie wiem,moge sie domyślac najwyżej. Albo życzyć żeby tak było jak u mnie .
Bo to dobra interpretacja.

Czasem trzeba coś nazwać pełnym głosem, żeby to "coś" przestalo straszyć.
Właśnie to dziś zrobiłam. Nie po raz pierwszy. Działa.



19:10, surfinia
Link Komentarze (4) »
niedziela, 20 listopada 2005
zaczęło się
Zaczęlo sie właściwie już kilka dni temu,ale mi sie nie chciało pisac o tym,bo to tyle tego było co kot napłakał. Leciało z nieba "cóś jak łupież"- bez sensu i składu a potem się wstydliwie stopiło.Potem też cośtam,ale zapomniałam;)
No i dziś śnieg pada jak należy,biało sie zrobiło i pięknie,odkręciło się zatem kaloryfery, a moim głównym problemem na najbliższą godzine jest to,aby nie zapomnieć,że w piekarniku jest szarlotka ,która MA szansę byc smaczna o ile przez przypadek myśląc o tym i owym-nie wsypałam 1/2 szklanki soli zamiast cukru do kruchego ciasta,ale chyba nie...tzn. SIĘ okaże za niebawem.
I tu właśnie uczyniłam coś niewybaczalnego,a więc napisałam "coś o niczym" ;)
więc się streszczam i w "tym temacie" jak to pięknie mawia ten i ów-więcej nie napiszę;)
-
a tak w ogóle to bleblaniem o tym,że jedynym moim problemem w danej godzinie jest ciasto -starałam się jednak ukryć przed samą sobą pewną obawę o której tu nie napiszę ,
ponieważ założyłam sobie, ze na tym etapie nie będę TU pisać nic  negatywnego.
O ile sie uda oczywiście... ;)

19:20, surfinia
Link Komentarze (2) »
sobota, 19 listopada 2005
niespodziewajki czyli babski wątek
Niespodziewajka. Moje określenie dla niekoniecznie pożądanych niespodziewanych sytuacji. To tak gwoli wyjaśnienia tytułu,gdyby ktoś miał kłopot ze zrozumieniem, w co wątpie;)

Poszło sie w jedno miejsce i trza było reprezentować. Udało sie dotrzec w owo miejsce bez wiekszego uszczerbku na wyglądzie czyli: nikt mnie nie ochlapał od stóp do głów przejeżdżając "mimo" samochodem, nie złamałam obcasa, nie wywaliłam się i co za tym idzie-nie rozwaliłam sobie nic, wiatr mi przygotowanej fryzury nie wywiał ani deszcz nie zmoczył. Buzi, rączka,usmiechy,ple,ple etc.
Dzwoni mi komórka w torebce więc wsadząm łapę do torebki owej,coby telefon umiejscowić w niej,co czasem nie bywa łatwe. Tym razem też nie było albowiem wsadziwszy rekę poczułam COŚ MOKREGO, a właściwie mokro-mazistego.
Ani wyciągnąć ręki ani nic, bo eleganccy ludzie naokoło a ja z reką w torebce i główkuje oraz sie uśmiecham do okolicznych gorączkowo planując ucieczkę w
odosobnione miejsce,żeby sprawdzic do cholery w co rekę wsadziłam.
Na szczęscie niedaleko WC. W toalecie kobity poprawiają ust korale, dobra, zamykam sie w kabinie i penetruje torbę...odkręcił sie napyszczny fluid(po raz pierwszy w zyciu cos takiego i dlaczego akurat dziś??? i wymaźgał większośc tego co w torebce miałam oraz moja rekę do wysokości nadgarstka.jakos wyczyściłam rękę i telefon oraz dokumenty:) i dalej poszłam sie uśmiechać.
"Przyjemna" niespodziewajka;)

Koleżanka chwile później miała przejśc przez salę pełną ludzi i byc przez chwilę osrodkiem zainteresowania.Jako pedantka przygotowna była świetnie, kiecka,fryzura,pazurki,makijaż,obcasiki.Ekstra. Wstaje, żeby iśc i...
OCZKO W RAJSTOPACH szeokości 1 cm w widocznym miejscu, to co,że miała drugie rajstopy w torbie,kiedy akurat uz nie było jak ich zmienić..przeszła więc dumnie wyprostowana przez sale z tym oczkiem,którego pewnie nikt nie zauważył,ale jej to zjadło troche dobrego samopoczucia,bo to oczko w jej wyobraźni urosło do rozmiarów ponadnormalnych.

Tak to jakos bywa,ze jak człowiek na cos czeka-jakieś ważne spotkanie czy ważną osobę i jest na to przygotowany"wizualnie" czyli:"pod bronią" ;) to często akurat z jakichś przyczyn do spotkania nie dochodzi.
Ja miałam za to kilka przykładów,że w jakimś zwariowanym momencie,kiedy wszystko waliło sie na łeb,ja po nieprzespanej nocy , z cieniami pod oczami,umalowana aby-aby(czyli:aby nie straszyć ludzkości) , z fryzura jakby pieron w mietłę strzelił* (bo czasami włosy ze zgrozy staja dęba i na to rady nie ma;)) -nagle otwierały sie drzwi i pojawiała sie osoba Bardzo Ważna, której obecnośc w INNYM momencie byłaby radosna lub pożądana ze wszechmiar,a w tym momencie to był koszmar. Z powodów -jak wyżej...
Wtedy jedyna rada w biurku,a właściwie- w pustej przestrzeni pod biurkiem owym-ponieważ akurat pod ziemię zapaść sie nie można,to przynajmniej można ratowac się ucieczką ...pod biurko...

*Maciejko,nie bierz absolutnie do siebie tej mietły w którą ten pieron strzelił i tegotam... :)


dawac tu(!!!) prosze inne przyklady,zebym sie nie czula wyobcowana w swoich przezyciach babskich;))
19:34, surfinia
Link Komentarze (13) »
piątek, 18 listopada 2005
Magnes. Magnez. Wątek bez sponsora niestety;)
Magnes. Wspomnienie doświadczeń na lekcjach fizyki. Przyjemne skojarzenie- z przyciąganiem-metali (szlachetnych?;) i ludzi do siebie. Z dwoma biegunami magnetycznymi. Z ruchem ziemi i ze zjawiskami takimi jak grawitacja czy choćby zorza polarna:przedmiot mojej wieloletniej fascynacji i marzenie..zeby kiedys TO zobaczyć nie tylko na zdjęciach:)
Z przedziwnymi zjawiskami, które są fachowo tłumaczone ale licho wie,czy za jakiś czas to tłumaczenie nie okaże się błędne lub niepełne.

Dziś przeczytałam gdzieś w necie, że ktoś zapytał fachowca(lekarza jak sądzę) co ma zrobić kiedy ma "niski magnes" we krwi :) Czyli niski poziom magnezu.
Jedna zmieniona literka ;),a ja już oczami wyobraźni widziałam, jak ten ktoś połyka magnes a nie tabletkę preparatu magnezowego:) To silniejsze ode mnie:)
Może datego, że pracuję i oczami i wyobraźnią, którą codziennie ćwiczę,aby nie popaśc w niebezpieczną rutynę.

Coś w tym jest niestety,że coraz więcej ludzi -pozornie zdrowych,aktywnych, młodych lub względnie młodych - raptem zaczyna tracić magnez-a z nim: siły, dobre samopoczucie fizyczne,pogode ducha, zdrowy sen,porządek w głowie
( w myślach, emocjach). Tez to przerabiam raz na jakiś czas,więc wiem.
Coś w tym jest i wydaje mi sie ,że z roku na rok to się nasila wśród ludzi. Nie wiem,czy to winne stressy dnia codziennego,czy to,że ludzie są na nie bardzo nieodporni...
Czy to,ze ludzie chorują i nie mogą wyleżeć swojego jak Pan Bóg przykazał,tylko z gorączką gonią do pracy,potem powikłania,antybiotyki i w związku z tym -osłabienie,zaburzenia flory bakteryjnej-->kiepskie wchlanianie mikroelementów...Winię też za to wysoko przetworzoną żywność, w której na pozór-wszystko co potrzebne MAMY, a tak naprawdę to nam się wydaje.Bo wiele z tego co tam naturalnie powinno byc zostało zniszczone przez chemię, modyfikacje,naświetlania. A to co,zostało-to dużo za mało. Dotyczy to nie tylko magnezu oczywiście.
Od pewnego czasu staram się słuchać swojego organizmu,ale nie zawsze się udaje owe "prośby kulinarne" organizmu spełniac jak trzeba;)a to z powodu dziwnych godzin pracy a to po części z lenistwa niestety.
I to "słuchanie" oraz "odpowiedź" też nie wystarcza często...
Ideałem byłoby,gdybyśmy mogli w pożywieniu mieć to,czego nam trzeba,bez konieczności suplementacji-nasi dziadkowie żywili sie zupełnie inaczej! Bez tabletek wzmacniających dożywali lub dożywają sędziwego wieku w dobrej formie!
Ostatnio czytałam w National Geographic (w listopadowym numerze) artykuł o mieszkańcach prowincji Okinawa w Japonii,gdzie mieć 90 czy 100 lat to żaden cymes!
Ci ludzie są pełni życia-przez odpowiednią dietę, duża ilość snu i codzienne kontakty z przyjaciółmi i rodziną. Jedna z kobiet-sędziwa pani mająca 103 lata podjęła pracę zawodową 5 lat temu:)
Pozazdrościć:)



19:32, surfinia
Link Komentarze (10) »
wątek sponsorowany;)
Wątek krótszy i lżejszy -dla przeciwwagi dla dramatycznego wątku poniżej
i ku pamięci :jak komuś się wydaje,że czegos nie da rady pchnąć "do przodu"
niech sobie nalepi gdzieś , albo w głowie zapisze, albo na makatce wyszyje;)
zdanie takie,czyli odwieczne motto surfinii

" wy może wiecie,że miotła nie potrafi latać,ale miotła tego nie wie"(Pippi Langstrumpf)

Stwierdziłam,że takie fajne motto nie może marnować;) się tylko "dla mnie" i dlatego tu je wsadziłam...może komuś sie przyda jak mnie sie przydaje, bo kiedy opada mnie zwątpienie-to sobie na nie patrzę w jednym takim miejscu i się prostuję ;)
Nie żeby udowadniac wszem i wobec,że mi się wszystko udaje,bo to bzdura.
I nie zamierzam nikomu wciskać kitu,bo i po co?:)
Ale trzeba w to wierzyć jakośtam (silniej,słabiej- w zależności od dnia ,pogody etc)że wiele rzeczy udać się może i że wiele od nas zależy. A niechby to była nawet bzdura...to co? W ile  bzdur się wierzy, ile własnych wyobrażeń uważa się za niepodważalną prawdę?
Lepiej w to wierzyc niż nie. I już. Dla mnie proste.
00:42, surfinia
Link Komentarze (6) »
czwartek, 17 listopada 2005
ciemny temat
Nie boję się ciemnych zakamarków tylko dlatego, że są ciemne. Nie boję się też łazic nocą po cmentarzu tylko dlatego,że jakiś zmarły mógłby mi zrobić krzywdę(co nie znaczy,że lubię chodzić w nocy po cmentarzach- o nie,co to to nie;)
Nie boję się wracać późnym wieczorem do domu pustą ulicą tylko dlatego,że jest pusta.
Boję się natomiast tych miejsc ze względu na ludzi. Na takich ludzi,którzy w ciemnym zakamarku wyrwą torebkę albo dla żartu poturbują. Tych, którzy na cmentarz w nocy nie idą żeby się modlić,czy porządkować groby ale aby zrobić coś zlego(zbezcześcić czyjś grób..ukraść kwiaty... zabić lub pobić marudera-staruszka i obrabować. Boję się tych,którzy po ciemku potrafią czyhać na samotną kobietę na ulicy.
I boje sie też tego,że nawet gdyby ktoś był świadkiem jakiegoś z tych wspomnianych wyżej zdarzeń...to nie zareaguje.
Kilka lat temu ja by lam ofiarą. W biały dzień,kiedy wracałam do domu z pracy dwoch kilkunastolatków pozbawiło mnie najpierw władzy w ręce(poprzez bardzo silne uderzenie) a następnie pozbawiło mnie torebki.
Naokoło było trochę ludzi,ale NIKT(oczywiście jak to było do przewidzenia) NICZEGO NIE WIDZIAŁ,nikt też nie kwapił się,żeby ze mną za nimi pobiec...

Jest takie jedno miejsce dośc przycienione -na mojej trasie powrotnej do domu.To miejsce omijam szeokim łukiem.Tam się zbierają młodzieńcy bez twarzy-bo w głęboko nasuniętych na nie kapturach. Porykują,piją,ćpają i patrzą dzikim wzrokiem.Ja wiem,że nie wygląd świadczy o człowieku,ale w tym akurat konkretnym przypadku tak,świadczy. Boję się ich.
Kiedyś przyczepił się do mnie ich duży pies,bo miałam wędlinę w siatce. Poprosiłam grzecznie,żeby psa uwiązali. To w odpowiedzi mnie tym psem.. chcieli poszczuć. Ale pies na szczęscie był mądrzejszy niż oni.Poudawał "dla porządku" a potem się odczepił. Ale przeżyłam chwile grozy.
Dopiero w domu doszłam do wniosku,że powinnam była natychmiast zawiadomić policję. No ale jakoś wtedy nie przyszło mi to do głowy,bo byłam dośc wystraszona.
Boję się za każdym razem,kiedy wiem, że moj syn tamtędy idzie na przystanek tramwajowy czy autobusowy.Już kiedyś dwóch osiłków pijanych się do niego przyczepiło i chcieli bić. Syn znajomych w tramwaju pełnym ludzi oberwał w twarz podkutym butem az stracił przytomnośc. Jedyną jego "winą" było to,że siedział i czytał książkę.
I tak dalej. Ponure obrazy.

a gwoli "ciekawostki" : moja koleżanka,osoba ciekawa świata, ktora z niejednego pieca chleb jadła, przy jakiejś okazji (interwencja?) miała stycznośc z młodocianą męską prostytutką, któremu to młodzieńcowi tłukła morały do głowy(zapewne bez efektu...)
No i młodzian opowiadał jej o swoich przeżyciach"zawodowych" między innymi o tym,że jakiś czas temu "wyrwał go" z miejsca gdzie zawsze stał -starszy facet w bardzo dobrym samochodzie. I zawiózł go w wiadomym celu gdzie? na cmentarz właśnie...dobrze,że chłopak wrócił z tej"wycieczki"...

19:26, surfinia
Link Komentarze (8) »
środa, 16 listopada 2005
deszcz
Deszcz, na który nie narzekam, bo to już by była gruba przesada;)
Natura łaknie .Ludzie mokrzy,ale ani złego słowa na krople z nieba.

Kałuże nie przeszkadzają...bo ich nie ma:) wszystko wsiąka w spragnioną ziemie,wydaje się, że nawet w asfalt! ;))
Dwa miasta: jedno znajome, naziemne, realne ;) drugie-odbite światłami w asfalcie, INNE.

Środa jak zwykle - bardzo pracowita ( pożytecznie...chyba?) od rana do wczesnego wieczora.
Żadnych większych fajerwerków ( no ale przecież według tłumaczenia snu o księzycach -mam czekać na coś,co mnie uraduje;)) może raczej poczucie dobrze spełnionego obowiązku. I pamięć o kilku uśmiechniętych twarzach z dzisiejszego popołudnia.
Wywołanie kilku tych uśmiechów "mimo wszystko" to BYŁO jakieś wyzwanie.

A teraz narazie nic,zbawienna cisza.

teraz czas,żeby choć przez parę chwil być wreszcie dla siebie...dobrą.
"BĄDŹ dobrym dla siebie" - naprawdę...to powinno się to powtarzac jak mantrę aż wejdzie w obyczaj...jak mycie zębów.
I nauczyć się tej dobroci "dla siebie samego".   A  to o wcale nie jest takie proste...
:)

20:13, surfinia
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes