moja jesień gra bossanovą...
RSS
środa, 29 listopada 2006
cos
Musieliśmy załatwić dziś z kolegą coś "zawodowego" co łączyło się z koniecznością wyrwania sie z pracy nieco wcześniej. Nie można było zostawić samochodu zbyt blisko szacownej instytucji (bo zakładaliśmy,ze wszystkie miejsca będą zajęte) więc przeszliśmy się niezły kawałek.Po załatwieniu sprawy...też-bo obydwoje mieliśmy trochę czasu przed druga pracą. A dzień był piekny,ciepły i słoneczny. Nadgadalismy sie ile wlezie- o trudnościach w naszej pracy, trochę o życiu...i jaśniej i ciemniej. Pożartowaliśmy.powspominaliśmy starych znajomych co to w świecie medycznym zrobili lub robia kariery. Poza tym -ów kolega traktuje kobiety z dużą ale nie wymuszoną atencją... i to też było odkrycie, podobało mi się :)
Było naprawdę miło...a ja już w pracy zastanowiłam się: kiedy ostatni raz byłam na spacerze, którego to spaceru celem była rozmowa??? To są chwile przyjemne i cenne. I właśnie dotarło do mnie, ba-dokonałam odkrycia-że takich spacerów z moimi znajomymi czy przyjaciółmi , z którymi moge rozmawiać "o wszystkim i o niczym" bardzo, bardzo mi w moim zabieganiu brak...

a mądrzy ludzie mawiają -"nie dajmy się zwariować"...


20:34, surfinia
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 27 listopada 2006
czasem a nawet czesto
  W szpitalu   sytuacje są różne- i ciekawe, i śmieszne, i straszne.  I irytujące i "po duszam"też... czasami mogłyby posłużyc za tworzywo na scenariusz  do popularnego serialu o lekarzach:)

No albo dziś. Wyszłam na 5 sekund z oddziału,patrzę-po korytarzu szpitalnym kula sie 4 mocno podpitych facetów-od okna do sciany
-Prz..przepra..szszam, jak tu sieeeee idziee do Izby Przyjęc...
-a nie do Izby Wytrzeźwień czasem?
-nieee...bbbbo widzipani kolllega strasznie jest chooory

"Kolllega" wyglądał na zdrowego, tylko zamiast pięści miał bochen.
Obejrzałam. "Bochen" wygladał typowo-jak po bójce z użyciem pięści,
prawdopdobnie miał złamanie"bokserskie" ;)

-Komu pan tak przywalił?
-jjjjjaaaaa???Annniele!!!! jajjjaa bym (hep) nawet much nietentego...
-niech pan nie buja
-no dobrze,tydzień temu..żeśmy ze szwagrem...
-aha.
Wysłałam na Izbę.
"Kolllega" był tak chory,ze musiało go przyprowadzic trzech innych...też cierpiących,ale chyba z pragnienia ;)
A poważniej- niestety jest tak,że bardzo duzy procent pacjentów Izby Przyjęc stanowią pijani ludzie ... bo Izba Wytrzeźwień nie przyjmie pacjenta w upojeniu alkoholowym bez konsultacji chirurga i zdjęcia czaszki,jeśli pijany delikwent - nie daj Boże- ma jakies zadrapanie czy siniaka na głowie...

19:09, surfinia
Link Komentarze (24) »
niedziela, 26 listopada 2006
ciekawostka
Podobno Japończycy w negocjacjach mają dwadzieścia sposobów na powiedzenie : "NIE".
Ot , ciekawostka. Dwadzieścia sposobów...to TYLKO czy AŻ?
Ciekawy to naród. Wszystko muszą mieć usystematyzowane, czasem aż strach sie bać;)

Zastanawiam się...w jaki sposób my,Polacy (tak zupełnie inni kulturowo) mówimy swoje "NIE" i czy pod tym kątem tez dałoby sie nas podsumować...

:)





12:28, surfinia
Link Komentarze (17) »
sobota, 25 listopada 2006
Nigel K.
Zaczęlam oglądać reportaż na TV4  o Nigelu Kennedy i aż przyklękłam.Teraz siedzę i słucham,ale piszę "na gorąco" bo odczuwam potrzebę.
Niezwykły to muzyk-o kontrowersyjnym wyglądzie (ten czub na głowie i wyciągniete podkoszulki ) i showman o  zachowaniu tak odległym od przeciętnych zachowań wielkich artystów grających muzyke poważną.
Moze dlatego tak odbiega,że u Kennedy'ego muzyka poważna splata się z innymi gatunkami -lżejszymi,co nie znaczy,że muzyke starych (i nieco mniej starych) Mistrzów Kennedy "trywializuje". Przyznaje tylko prawo wspólistnienia-nie ma muzyki lepszej czy gorszej-jest tylko dobra i zła,niezależnie od epoki, w której powstała i od długości utworu-bo przecież "nie można lekceważyć mniejszych form".
Sęk w tym,że z odległej przeszłości pozostały głównie wielkie dzieła, reszta-miernych zaginęla w mroku niepamięci.
"Hej ludzie, żyjecie?" woła uśmiechniety,"wyluzowany" Kennedy do oczekujących go muzyków.
Do małej dziewczynki (trzy-cztery lata?) wydobywając dźwięk z perkusyjnego instrumentu mówi: "to jest nutka,ona mówi do ciebie!"

A ta jego muzyka...ech,czasami wydaje się,że jego skrzypce spłoną mu w rękach, tak są przegrzane,wręcz widać jak się nad nimi unosi dym :)

Kiedy indziej...muzyka jest jak jedwab lub strumień najczystszej wody.
I albo ściska za serce, albo go dotyka najczulej głaskając ,albo porywa rozentuzjazmowany tłum jak najwspanialszy,najbardziej gorący koncert rockowy ;)


16:35, surfinia
Link Komentarze (9) »
zagadać kogoś II
Młody wpadł do domu i biegiem pognał do rodzicielkiej sypialni, po czym natychmiast (jedynie po zdjęciu butów) walnął się na rodzicielkie szerokie łóżko.
Ja natomiast walnęłam w niego poduszką,albowiem: właśnie przełozyłam posciel (dla ścisłości- z brudnej na czystą) i nie zdążyłam jeszcze jej schować, a on z kurzem autobusowo-ulicznym i w skarpetkach "całodziennych", w których kurcgalopkiem przebiegł przez korytarz-na to łóżko ŁUP!
-facet,natychmiast ZŁAŹ!!!!!!
- a to niby czemu? z rozkosznym uśmiechem( typu: "nie wiem o co chodzi")
zapytał potomek
-a temu,że właśnie skończyłam przebierać pościel,a ty brudny od razu mi ją zaświnisz
-spodnie mam czyste,rano sciągnąłem z wieszaka po praniu
-a sweter??????a te brudne skarpety????
-mamo...wynajdujesz niuanse...
I co ja miałam mu zrobić,jeśli wybuchnęłam niepedagogocznym śmiechem?
Na szczęście potomek zlazł z łóżka i skierował sie niechęstnie w stronę swojego pokoju, w którym oczywiście tapczan "występuje" jeno zagracony od rana tak,że zbyt dużo miejsca zajęłoby wyliczanie,co na nim zalega.
Dla przybliżenia-o wiele więcej niz w przeciętnej torebce prawdziwej kobiety...
:)

15:22, surfinia
Link Komentarze (6) »
zagadać kogoś
Znalazłam wczoraj w centrum całkiem mały sklepik z artykułami feng-shui oraz szwarcem,mydłem i powidłem :) Wlazłam i się rozglądam.Wreszcie wybór mój padł na małego czarnego bazaltowego (ponoć egipskiego) kota, na prezent dla "kociary" z rodziny. Jeszcze gdzieśtam się pogapiłam,poprzebierałam, przyglądał się temu rosły facet siedzący na krzesle z boku.
-czytała pani "Złotą Księgę" z afirmacjami?mamy ją tu w sklepie-mówi
-czytałam trochę aforyzmów i "afirmacji" w swoim życiu
-ale TO konkretne
-czy ja wyglądam na osobę , która w tej chwili właśnie TEGO potrzebuje?-zapytałam ( z uśmiechem, bo niezły jest piątek popołudniu i właśnie 15 min temu zaczął się mój czas weekendowy)
-każdy potrzebuje
-ja proszę pana..pracuję nad sobą sama
-no właśnie! a afirmacje w tym mogą pani pomóc! setki afirmacji w tej książce...można czytać,czytać...
-no właśnie: czytać i czytać, jak jest za dużo (nawet dobrego) to ja się gubię;)
-można coś wybrać
-przecież mówię,że się gubię, więc i z wybieraniem byłby problem jak mniemam. Ja sobie sama układam afirmacje. Nie sztuką jest przeczytać.
Sztuka jest do czegoś dojśc samemu i jeszcze w to uwierzyć.

Facet wlepił we mnie oczy, wyglądało na to,że nie miał już argumentów i powiedział tylko : - jasssssne *


*Czy może ktoś pamięta reklamę kawy Nescafe, w którym kobieta zapytana o to "jakiej kawy się napije" poetycznie określiła smak i aromat kawy,o którą prosiła? A facet,który nieopatrznie zadał to pytanie- zaskoczony wytrzeszczył oczy i był w stanie powiedzieć tylko "....jassne" ?
To właśnie TAK wyglądało :)


-
11:54, surfinia
Link Komentarze (5) »
piątek, 24 listopada 2006
bajka o zachodzie słońca
Niebo dzis było o zachodzie słońca takie ,jakby płynny miód rozlał się w chmurach,

Szłam pod tym niebem objuczona zakupami i wymyśliła mi się naiwna historyjka o aniele zwanym zupełnie nie-niebiańsko... Guciem. Bo ja lubię bajki. Te prawdziwe i te nieprawdziwe.

Gucio..nie wiedzieć dlaczego dostał sie do nieba, bo przecież był drobnym nałogowym złodziejaszkiem i "latawcem" oraz dowcipnisiem, taki typ Hermesa,co to nie z tej samej bajki;).Może dlatego,że serce miał złote i potrafił rozbawić Boga jak nikt. Długo bywał spokojny, tylko oczy mu "strzelały" na boki ciekawie,co by tu zbroić. Podszczypywał kupry aniołów zapamietujących się w nudnych, obowiązkowych pieniach anielskich, wyrywał im pióra ze skrzydeł a potem zrzucał je na ziemię i patrzył...jak lecą (sama znalazłam takie pióro na wakacjach,ale ktoś powiedział,ze to pióro łabędzie...i czar prysł:)
Po każdej niegroźniej psocie -wracał jak syn marnotrawny,korzył się i obiecywał poprawę, a to przecież podstawa...przy spowiedzi ;)
Gucio poza tym był łakomczucem jakich mało i w związku z tym do anielskich kształtów mu tez było daleko, ale biała anielska kiecka te niedoskonałości ciała przesłaniała. A to podpijał mnichom piwo(a potem chował się w jakimś zakamarku,zeby..odespać;) , a to pszczołom podbierał miód -szkodnik taki,ale jak trzeba było- to miesiącami stał przy wezgłowiu człowieka,jako Anioł Stróż włóczęgów i dzieci. Bo pilnowanie owych-zwłaszcza ciężko chorych dzieci-nie nużyło go nigdy,miał na to rózne specyficzne pomysły i dlatego Bóg traktował go jako "anioła do specjalnych poruczeń",był czymś w rodzaju anielskiego Jamesa Bonda ;)
Dziś jednak znów go wzięlo na psotę. Dostał się do składziku pszczelarza,który trzymał tam wiele naczyń z miodem lipowym na zimę, i najnormalniej w świecie zwędził jeden słoik. Potem uleciał do nieba,żeby zaszyć sie w kącie, palucha w miodzie moczyć i zlizywac z niego miód bez opamietania,ale że Ijak wspomniałam) był łakomczuchem-więc zanim się schował-postanowił spróbować;) bo miód mu pachniał pieknie... Wsadził więc paluch głęboko do słoja...zamieszał powoli,ze znawstwem rzeczy... i nagle za sobą usłyszał głos Pana :" a tuś mi bratku,znowu cos zwędziłeś????"
Zaskoczony na gorącym uczynku " lekko-upadły anioł " wypuścił słoik z rąk...

A płynny miód rozlał się po niebie, nasiąknęły nim chmury i miód z tych chmur kropelkami wpadł i mnie do oczu


18:57, surfinia
Link Komentarze (22) »
środa, 22 listopada 2006
bez tytułu
Starsza pani w archaicznym foliowym kapturku na głowie- przycupnęła "na chwilę" przy stoliczku w sklepie z pieczywem, do którego weszłam. Pretekstem było przeczekanie deszczu,ale padać właściwie przestało i ona doskonale to widziała, bo nieliczni już o tej porze spóźnieni klienci nie składali już mokrych parasolek w drzwiach. Kobieta siedziała i co chwila wypowiadała kilka zdań o sobie. Do sprzedającej zmęczonej dziewczyny za oszkloną ladą. Do jej małej siostry,która stała obok i czekała,kiedy ze starszą siostra pójdą wreszcie do domu. Do owych nielicznych klientów, w tym do mnie. Nie była to-sądząc po schludnym wyglądzie i składnie wypowiadanych zdaniach-osoba o..."zagubionej psychice". Chwile monologu najwyrażniej sprawiały jej przyjemność, napawała się nimi, ogrzewała w zmęczonych,lub obojetnych spojrzeniach,przeznaczonych jednak DLA NIEJ. Samotność biła z jej twarzy,oczu,słów.
Pewnie po chwili poszła do domu i cieszyła się kontaktem z ludźmi,monologiem-który w jej oczach był ożywioną rozmową.

Kilka dni temu widziałam starsza panią,która na przystanku zaczepiała delikatnie różnych ludzi, pytając a to o godzinę, a to -czy jutro będzie lepsza pogoda, lub...gdzie ktoś kupił takie ładne jałka. Wszystko po to chyba,by usłyszeć czyjś głos,zanim znów wróci się do pustych ścian,gdzie słyszy się tylko echo własnych kroków i westchnień...

Do pracy czasem przychodzi jedna z naszych emerytowanych pracownic.
Odchodziła na emeryturę już dawno,na początku mojej pracy zawodowej.
Wtedy inaczej się pracowało-też pilnie,ale duzo spokojniej,nie było tylu braków we wszystkim jak teraz.Nie było limitów, kontraktów,badań mozna było robic tyle ile trzeba, były leki. Mozna było przycupnąć w biegu i porozmawiać.
Teraz pani Teresa przychodzi i nie może się nadziwić,ze my ciągle w biegu, jedynie tylko uściskamy i "niestety musze już iść do pacjentów", telefony,urwanie głowy.
Pani Teresa ma o to do nas żal. " Nie chcecie ze mna porozmawiać! Nikt nie ma dla mnie czasu!" I przychodzi za kilka tygodni znów, mając nadzieję,że trafi na spokojniejszą chwilę, bo chce porozmawiać o tym,że jest samotna,że ją boli...i znów trafia na piekiełko...i znów całujemy ja w policzek, stawiamy przed nia kawę oraz zpewniamy,że za chwilę MOŻE się uda prozmawiac przez parę minut...

Staruszek leży w łóżku i nie ma siły.Nie wiem, jak trafił do szpitala.
-ma pan jakąs rodzinę?-pyta pielęgniarka
-mam...
-przychodza czasem? bo ja nie widziałam!
..a staruszek odrwaca głowę i tylko płacze.Nic nie mówi.

jaka przejmująca jest samotność wśród ludzi... taka samotność nie z własnego wyboru lecz z wyboru losu.

20:44, surfinia
Link Komentarze (40) »
wtorek, 21 listopada 2006
zaklinaczka
Jeśli gdzies na świecie jest susza to...może ktos potrzebuje tam "zaklinaczki deszczu"? Wywołuję bowiem deszcz bez większego wysiłku, żadnych guseł, tańców prawo-czy lewoskrętnych w pióropuszu na głowie, czy też znaczącego mruczenia w kierunku niebios.
Proszę bardzo. Oto przykład. Wychodząc popołudniu z pracy wyjrzałam przez okno-pogoda była ładna, żadnych większych chmur, zostawiłam zatem parasolkę w gabinecie, nie lubię nosić gadziny, przeszkadza mi i ciągle gubię.
Ile potrzebowałam,żeby dotrzeć do wyjścia? 2 minut? I wtedy okazało się,że przez ten krótki czas wezbrały chmury i juz po minucie od mojego wyjścia zaczął padać deszcz. Po 10 minutach byłam mokra jak mysz.
To jest reguła. Parasol bowiem noszę przy sobie często i prawie nigdy sie nie przydaje.Natomiast kiedy tylko go zapomnę, zostawie w pracy etc.-leje na bank.
Więc jeśli ktos potrzebuje zaklinaczki deszczu... przyjadę. A parasolkę oczywiscie zostawie w domu.Albo zgubię :) ciekawa jestem czy taką "przypadlość"należałoby ująć w CV ? ;)
...ale by było... ;)

..swoją drogą "w stanie zmoczonym" spotkałam kogoś "od spraw urzędowych", a ponieważ w stosunku do tego kogoś uczucia mam ..mocno mieszane - przydałoby się spojrzeć wyniośle,bo z góry to się nie uda (nie w tym wcieleniu, o nie ) ;) Wyniosłość-winna byc poparta przyzwoitym ubiorem i jaką taką fryzurą, a spojrzenie powinno "ociekać"godnością i pewnością siebie. Zamiast tego-ja zaprezentowałam obraz ociekającego deszczem kurdupla w dżinsach .

Więc jeśli ktoś potrzebuje zaklinaczki deszczu ... a to już było.
:D


18:46, surfinia
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 20 listopada 2006
dzień dobry dzionku...
I całe szczęście , że już niebawem: "dobranoc dzionku".
Rano kiedy sie obudziłam zastanawiałam się: "co mi przyniesie poniedziałek?"
i na wszelki wypadek...postanowiłam się nie uprzedzć i przyjąc postawe:"nic,ale to nic mnie nie zdenerwuje" oraz posłuchać, czy mruczy mi w środku jakąś melodię.Mruczało, czyli będzie jakoś.
To dobrze robi,takie założenie i posłuchanie swojego środka(nie mylić z ruchem robaczkowym jelit z jego konsekwencjami ;)
A jednak... kolejny poniedziałek wyglądał jak jazda na "diabelskim młynie", nie wygląda na to, żeby do końca roku było inaczej,ale niejako sama sobie jestem winna,chciałam  sobie pracę  rozkręcić to mam... to mam... Byle tylko przy okazji tego"rozkręcania"nie poodkręcaly mi się śrubki mocujące moje ciało i duszę w jakimś w miarę uporządkowanym układzie.
I... cały czas sie zastanawiam co z tego wyjdzie? JAK to zakwalifikować? jako..."kotlet" czy jako "perfumy" ? Nic mi nie pasuje. Muszę stworzyć jeszcze inną kategorię.

19:18, surfinia
Link Komentarze (17) »
niedziela, 19 listopada 2006
małe dzieci,duże dzieci :)
Zbliża sie Mikołaj...ponieważ nie lubię tłumów,więc teraz spokojnie,jakby mimochdem,ale CZUJNIE! rzucam okiem tu i tam, żeby sobie wyrobić pogląd co by tu mozna...i żeby przy okazji nie zbankrutować, bo osób do obdarowania mam sporo,taki jest obyczaj w mojej rodzinie ,ze w okolicy Mikołaja spotykamy się w większym gronie i udajemy,że właśnie przyszedł ten z workiem pełnym prezentów. Znaczy-co ja mówię: wcale nie udajemy, wszyscy wierzymy w św.Mikołaja,nawet jesłi przez cały rok NIE, to w okolicy jego wędrówek po świecie-jak najbardziej,bo zasada jest taka:nie wierzysz w św.Mikołaja-nie dostaniesz prezentu:) proste? proste-jak budowa cepa.
Ostatni mój zakup to dla najmłodszej dziewczynki w rodzinie (jst ona moją córka chrzestna przy okazji,więc muszę podejśc do spray poważnie;)) -pralka automatyczna -świeci,wiruje,"nabiera wodę"(na niby-woda jest w drzwiczkach,które sie otwierają szufladkę na proszek... :)
W zeszłym roku widziałam tę praleczkę-była dwa razy droższa, teraz-dlatego,że rozglądam się wcześniej-mam ją za pół ceny,która wcale nie jest kosmiczna.
W każdym razie śmiać mi sie chciało- w "Rossmanie" kolejka za mna sie ustawia , a mnie pani kasjerka z roziskrzonym wzrokiem pokazuje funkcje małej praleczki i mówi,"sama bym sie taka pobawiła"
:) I ja też,zresztą-praleczka póki co-stoi na wierzchu i ja ją sobie włączam , jest o niebo fajniejsza od tej,co w łazience stoi, ostatnio się jakby psuje i o zgrozo za chwilę trzeba będzie ja wymienić...tak czy siak,zauważyłam,ze dla dzieci często kupuje prezenty,jakie sama chciałabym dostac w dzieciństwie,chociaż wtedy o takich nawet się nie marzyło-nawet w "Pewexie"nie było chyba. Fakt,dostałam kiedys miniaturową pralkę "Franię" i ona naprawdę prała :) to znaczy mnie się tak pewnie wydawało, mam ją we wdzięcznej pamięci,jak też pierwszą bardzo kolorową książkę "Kopciuszek", którą to książkę dostałam jak tylko nauczyłam się porządnie czytac wraz z tekturowym rożkiem pełnym słodyczy(mama ten rożek sama malowała i ozdabiała gwiazdeczkami,bo takich fanaberii jak ładne opakowania na słodycze też nie było).
Pamiętam tyle...a ile nie pamietam...

Na duże "dzieci"nie mam pomysłów jeszcze. Chociaż doszłam do wniosku,że książki w tej rodzinie zawsze chętnie są widziane:)

14:26, surfinia
Link Komentarze (20) »
sobota, 18 listopada 2006
a dzis to...
Dziś z dopadu zaglądam na znajome blogi,bo sama mam niż intelektualny,i coś mnie łamie w kościach. Nic ciekawego się nie zdarzyło,w każdym razie nic wartego upamiętnienia,no bo co: mam pisać o tym, że
-w nocy śniły mi się malwy przy długim drewnianym płocie i jakiś uśmiechniety stary człowiek , którego nie znam...a te malwy...były tak wyraziste, kolorowe...




-rano sama siebie zmusiłam do tego,żeby nie było "biegiem i natychmiast" tylko sobotnio-powoli,co było wręcz konieczne bo czułam się ,jakby całą noc ktoś mnie okładał deską miejsce przy miejscu
-mam umyte okna ,poprane i zawieszone firanki a w domu niestety unosi się mix zapachowy- kapusty i wanilii (bo gołąbki i ciasto)
-że mieli przyjść goście,ale coś im wypadło
-że staram się nie myśleć o poniedziałku
-że zaczynam przemyśłiwać o prezentach mikołajowych
-że oblazłam dziś mieszkanie szukając jakiegoś sensownego miejsca na rowerek stacjonarny,bo chciałabym go kupić,ale jeszcze nawet nie zorientowałam się jaki to ma być(liczę na pomoc mozarta64 :)

-że...doszłam do wniosku,ze odrobinę muszę zmienić w moim zyciu,ale nie wiem jeszcze co, a moze wiem,tylko nie wiem...jak.

I tak dalej...wyłania się z tego makabrycznie nudna osoba, a nikt nie lubi,żeby go za takiego uważać,więc...już nic więcej nie napiszę :)

PS. ...a jednak napiszę coś : w piatek ma być koncert Leszka Możdżera &Co,
Postaram się pójść,bo mam na to wielka,przeogromną wręcz ochotę:)


20:08, surfinia
Link Komentarze (20) »
czwartek, 16 listopada 2006
jeśłi ktoś nie wie... ;)
Ktoś,kto nie pracował nigdy w szpitalu,który  akurat ma ostry dyżur...nie wie,jak to jest.
Owszem,są filmy o amerykańskich lekarzach,tak chętnie oglądane(też lubię;) W sumie... praca w polskim szpitalu na ostrym dyżurze wygląda podobnie,tylko lekarze nie mają tak wielu przyzwoitych narzędzi i metod diagnostycznych w zasięgu ręki. Mają za to swoje umiejętności-czasem to musi wystarczyć, chyba w tym  tkwi fenomen polskiego lekarza- jest w stanie poradzić sobie nawet na pustyni mając prawie puste ręce, podczas gdy w krajach, w których lekarze mają wszystko albo wystraczająco ...róznie to bywa-wiadomo:człowiek przyzwyczaja się do dobrego i nie zamierza (jakby co) na przykład...organoleptycznie badać moczu "na poziom cukru"  (" przykro mi, panski koń ma  cukrzycę! :D )
W czasie takiego dyżuru- cały szpital-albo jego część-staje " w gotowości"-ja też. Dziś pracowałam bez przerwy do późnego popołudnia, kiedy sobie przypomniałam,że nie zjadłam ani drugiego śiadania,ani obiadu...na obiad było za późno,stołówka już zamknięta.
Wyciągnęłam zatem...bułkę z kotletem i potruchtałam do mikrofalówki,żeby podgrzać i mieć choć namiastke obiadu.
Ktoś ,kto nie jadł nigdy dopiero o 17- pierwszego porządnego posiłku,nie wie,jak smakuje bułka na gorąco z kotletem, zapijana gorącą herbatą. Pycha. Nogi na biurku, przez otwarte okno widać lecące ptaki, a z radia  dobiega muzyka Santany. Pan Bóg drobiazgami się pewnie nie zajmuje...ale tym razem moje westchnienie:"niech przez 10 minut NIKT nie zadzwoni,nikt nie przyjdzie, żebym nie musiała tej bułki odkładać"-została wysłuchana :) Najwyższy miał niezły nastrój chyba:)
Te...10 minut wykorzystałam co do sekundy . Bo każdą wolną sekundą się cieszyłam. Odrobina luksusu-kropla perfum na szyję-dopełniła szczęścia.
Po 10 czy 15 minutach byłam gotowa do dalszej pracy :)
Ktoś mi dziś opowiedział dowcip-nie dowcip:
"idzie pesymista i optymista obok cmentarza i patrzą. Pesymista widzi same krzyże-a optymista-same plusy"
:)





23:16, surfinia
Link Komentarze (25) »
środa, 15 listopada 2006
strach ma wielkie oczy
Wieczór był,ciemno,wysiadłam z autobusu, za mną wysiadł jakis masywny mężczyna po 50-tce. Dwa razy większy ode mnie.
Nikogo więcej.Ludzie już w domach oglądaja tv. Żadnego samochodu na drodze obok...Coś mnie zaniepokoiło.Szedł ZBYT wolno. Postanowiłam instynktownie przeczekać, szłam za nim w bezpiecznej odległości patrząc,czy sie nie ogląda.
Do budynków było jeszcze kawałek. Nadal żywego ducha...W pewnym momencie facet zatrzymał się i odwrócił.
A ja...przeszłam koło niego BARDZO MOCNO stukając obcasami,jakbym chciała dac mu do zrozumienia:"mam obcasy-kopnę jakby co".
Błyskawicznie-jak komputer -przezanalizowałam swoje (pożal sie boże) atuty:
obcasem mozna przyłozyć, albo mocno nadepnąć na stopę (zaboli). Kolano...hm, energicznie podniesione służyć może jako broń rażenia wycelowana w strategiczne miejsce mężczyzny( podobno TAM boli jak diabli).
3 siatki,każdą z nich mozna trzasnąć. I jeszcze głos donośny -potrafię wrzasnąć w strachu bardzo porządnie, to na chwilę mogłoby unieruchomic sparaliżowanego przeciwnika.
Może miałam to napisane na czole? to wszystko co mi w głowie sie kotłowało?
Wyprzedziłam go i " w długą". Nie pobiegł za mną. Miał szczęście :)

-Su,ty wiesz,że małe kobiety są najsłodsze?
-yhy,no jasne że wiem... (jak wyżej :DDD





23:28, surfinia
Link Komentarze (10) »
za gardło ściska..nieco
Czasem ludzie wykazują ten rodzaj szczerości,że nie wiadomo,czy sie na wyznanie zasługuje, trudno też coś odpowiedzieć żeby nie zdawało się,iż się bagatelizuje...i nie wiadomo,czy w ogóle trzeba odpowiadać. Może chodzi o to,żeby po prostu wysłuchać.

Pani X. złamana cięzką choroba walczy,ale gaśnie, znów robimy jej badania,bo pogorszył sie jej stan.Przywieziona na wózku,bo już nie ma siły chodzić,taka przezroczysta,bladziutka,a jednak się uśmiecha-słabo,bo słabo,ale jednak.
-Chyba ze mną już bardzo źle... -mówi
-Dlaczego pani tak sądzi? -pytam
-bo...mąż powiedział wczoraj,ze mnie kocha...
-To cudownie!-reaguję z entuzjazmem,lecz z jej strony entuzjazm nie jest widoczny
-wie pani ...ja tyle czasu czekałam na to,żeby on mi to powiedział...dwadzieścia cztery lata jesteśmy ze sobą i poza narzeczeńskimi czasami...nigdy mi już tego nie powiedział...więc jak mówi TERAZ,to znaczy,że się szykuje do mojej śmierci...A ja mam do niego pretensję:dlaczego nie powiedział mi tego wtedy,kiedy potrafiłabym się z tego cieszyć?
...

I co powiedzieć wtedy? Co? że na słowa nigdy nie jest za późno?..przecież to nieprawda.
Nie wiedziałam co powiedzieć,doprawdy,ale wywlokłam z pamięci taki dowcip-nie dowcip, w którym góralka męczyła swego męża:
-Jędruś,no powiedz -kochasz ty mnie,czy nie?
A chłop je i siorbie
-Jedruś! No odpowiedzże -kochasz ty mnie czy nie?
Chłop zniecierpliwiony odkłada łyżkę i mówi: "Kobieto:dwadzieścia lat temu powiedziałem,że ci kocham, jak NIE odwołałem, to znaczy,że kocham"
Góralce pomogło i..pani X.też :)
Człowiek czasem tak bardzo chce uwierzyć, że wierzy w każdą bzdurę...






19:30, surfinia
Link Komentarze (14) »
wtorek, 14 listopada 2006
zamyślenie...z ciekawości.."przyrodniczej" ;)
A co myśleć o polityku,który po przegranej z kandydatem...Gamoni i Krasnali,mówi urażony-że jeśli w Warszawie jest tylu ....gamoni,którzy głosują na swego przedstawiciela...to w sposób określony świadczy o mieszkańcach tego miasta?
Czy ten polityk ABY mieszkańców miasta stołecznego Warszawy...nie obraził?

hm.

I czy ten krasnalek-lalka...nie wykonuje aby nogami i rękami  ewolucji zwanych...gestem Kozakiewicza? :)
                                                       
                               
                                                 
22:15, surfinia
Link Komentarze (14) »
nikt nie widział
W disneyowskich bajkach bywało tak,że na jakąś postać- zmarzniętego albo zgnębionego psa Pluto czy Myszkę Miki nagle w smutnej chwili z nieba spadała garść złocistych drobin. I wtedy nagle sytuacja się odmieniała. Zgnębiona czy zagubiona postać znajdowała drogę do domu, albo wyjście z sytuacji.

Nie jestem dzis smutna, sytuacje przygnębiające jak zwykle-jak to w szpitalu-są...trudno sie nie przejmować widokiem naprawdę chorych ludzi i w takich sytuacjach znów sobie powtarzam,jak niewiele znaczą moje problemy wieksze czy mniejsze, w porównaniu z brzemieniem choroby...
...
Nie jestem jednak dziś smutna,tylko dzień szaro-bury,ciemny, a jednak spadła i na mnie taka garstka świetlistych drobin...chyba wtedy,kiedy wracałam do domu? Moze..przez pomyłkę? Miała się dostac komu innemu, a trafiła na mnie?
Zsunęłam buty, rzuciłam siatki z zakupami i włączyłam ulubioną składankę smooth-jazzową, rozległy się latynoskie rytmy, a ja poczułam,że muszę zatańczyć. To było silniejsze ode mnie, jeansy na chwilę stały się falbianiastą ,kolorową spódnicą falująca w rytm muzyki, bose stopy przesuwały sie miękko i pieszczotliwie po dywanie , ręce uniesione ...Za oknem nawet gałęzie wierzby poruszały się w rytm  muzyki-razem ze mną :)
nie trwało to długo...ale chwila czarowna.
Dobrze,że nikt nie widział...(bo pewnie bliżej mi do Pyzy,tej co po polskich drózkach;) niż do tancerki latynoskiej:))))
A potem przesoliłam zupę :D

19:26, surfinia
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 13 listopada 2006
poniedziałek,poniedziałek,ponie...
Odwodnik pisała o swoich postanowieniach powyborczych bo jak madrze to ujęła: "naprawianie świata należy zacząć od siebie".
A ja sobie właśnie przypomniałam po lekturze jej bloga,że wczoraj wieczorem przed snem jak zwykle w niedzielną noc - ustalałam sobie postanowienia na przyszły tydzień,całkiem realne :
1.będę wstawać codziennie dziesięć minut wcześniej,żeby pogimnastykować kręgosłup
2. będę jeść porządne śniadanie
3. będę jeść mniej słodyczy
4. będę pić mleko
5. nie bedę się denerwować w pracy bo nie warto
6. przeczytam wreszcie te papierzyska ,co dostałam kilka dni temu,a co to je przekładam z kupki na kupkę, a z tej drugiej kupki na trzecią a potem do torebki

Zaspałam.Z gimnastyki nici-nie było czasu. Śniadania tez nie było tylko kawa.
W pracy zjadłam zamiast śniadania w locie 4 czekoladki.
Mleko...no przecież nie było ;)
Papierzyska nadal nie przeczytane.

Z 6 punktów na dzień dzisiejszy udało mi się nie zdenerwować w pracy.
Cala reszta-klapa.
Nie wiem,co mam o sobie myśleć... :DDDDD

Może w następna niedzielę jako punkt pierwszy i najważniejszy ustalę:
będę konsekwentna w postanowieniach dotyczących mojej osoby ;)
może wtedy się uda...
---------------------------------------------------------------------------------------

A w pracy mówiliśmy do siebie cytatami z nowego klasyka- "bo od tego oni są. Od tego są oni! od tego oni są ! :)

19:02, surfinia
Link Komentarze (18) »
niedziela, 12 listopada 2006
obiadek rodzinny
Był obiad rodzinny z okazji imienin mojego syna. Staram się takie okazje jak jego imieniny i urodziny zawsze jakoś uczcić, bo chcę,żeby wiedział jak jest WAŻNY , bo taka wiedza procentuje na przyszłość (chociaż on i tak to WIE).
Chcę też, żeby widział,że w róznych sytuacjach nie zgadzam się na "byle jak,byle szybko". Ma być na ile to możliwe- ciepło (nie w sensie temperatury ;) i elegancko,w pewien wyszukany sposób-ot,choćby w tym,że wczoraj znęcałam się nad pieczenią z polędwicy wołowej , bo to i przyprawy różnorakie i grzybki dodawane w trakcie, i wino do pieczenia w odpowiednim czasie. Cała ceremonia.Mieszkanie nazbyt zaromatyzowane ;). Ale co za smak...później:)
Bez względu na to,jak potoczą się losy mojej podrośnietej już latorośli-będzie pewnie miał w oczach i w sercu   sceny z domowych "okazji" i nie tylko.
Tak ja pewe rzeczy pamiętam-często na nich się uczyłam.

No to obiad.Przyszła także moja siostra i przyniosła starą filiżanke,która zostawiłam w miejscu,gdzie mieszkałyśmy razem dawno temu, teraz ją znalazła. Ciągle cos znajduje,jakby miała strych pełen kufrów...a nie ma :)
I przyniosła jeszcze jedną sytuację z dzieciństwa mojego syna:

Ciocia (moja siostra) usiłuje wybadać kilkuletniego wówczas Dryblasa "na okoliczność" jedzenia, to znaczy jak sobie radzi i ewentualnie podsunąć "co należy" albowiem moje słowa juz wtedy czasem puszczał "mimo uszu" a jej czasem udawało się mu coś do głowy wtłoczyć;)

- powiedz mi...co należy zrobić ,jak się jest głodnym? -zapytała,licząc w swej naiwności,że dziecko po prostu weźmie sobie samo

-trzeba zawołać mamę... -powiedziało moje dziecko z refleksem. Zawsze umiał sobie radzić w tym względzie :))






19:11, surfinia
Link Komentarze (15) »
sobota, 11 listopada 2006
i cóż po duszy słowiańskiej... ;)
Podobno Mel Gibson będzie grał rolę Jana Sobieskiego w filmie "Victoria" (wiadomo-chodzi o zwycięstwo pod Wiedniem :) i być może jeszcze wyreżyseruje...Jeśli tak się stanie...spodziewam się wielkiego widowiska.
A sceny batalistyczne ponoć mają być kręcone w Górach Sowich, bo ponoć ukształtowanie pasuje do wizji.
A tu raptem słyszę: "No jak to? ON? Australijczyk? będzie reżyserował film o NASZEJ historii? a co on o tym wie? Reżyserować i grac Sobieskiego musi ktoś ze słowiańską duszą!!!"
..A kto to powiedział? Czy Gibson (poza tym,że jest wierzący) tak dużo wiedział o czasach i ludziach z przeszłości, kiedy kręcił "Pasję"? Co wiedział o Williamie Wallace , wcielając się w jego postać w filmie "Braveheart". Dobrze,niech będzie...hollywodzka produkcja, ale z jakim rozmachem i JAK sie to ogląda. Chyba o to chodzi,żeby chwytało za serce i żeby chciało sie jeszcze raz obejrzeć. Ewentualnie...Jeszcze raz:)

Mieliśmy i mamy w Polsce wielu wielkich i dobrych reżyserów.
Ale posiadanie "słowiańskiej duszy" niekoniecznie musi być wymagane w realizacji tematów,które dotyczą owszem-naszej polskiej historii,ale też faktów, bez których historia Europy mogłaby sie ułożyć zgoła inaczej.
Na film ten realizowany przez polskiego rezysera na pewno poszliby Polacy w kraju i za granicą, wszystko też zależałoby od ilości pieniędzy na promocje,wszak mnóstwo naprawdę wspaniałych filmów przemknęło niemal niezauważonych. Na film z Gibsonem w roli głownej i przez niego reżyserowanym pójda tłumy. I nawet jeśli będzie to nieco bardziej hoolywoodzka realizacja,niż my jesteśmy przyzwyczajeni w podejściu do naszych historycznych "świętości"-to w tym wypadku chyba nie będzie żle.
Ci , co nigdy o tym fakcie historycznym nie słyszeli- usłyszą, docenia jego znaczenie i obejrza wielkie (zapewne ) widowisko.
A co do dusz słowiańskich...ech ,to nasze poczucie wyjatkowości... ;) w sumie nie jest to złe,mamy jakąś tożamość, ale nie ma co  robic grochu z kapustą, choc to smaczna potrawa;)

Ja tam się cieszę. Swoją słowiańską duszą i trzymam kciuki,żeby jednak Gibson zgodził się na przedstawione warunki .
I ciekawa jestem, kto zagra Marysieńke Sobieską :))))



14:22, surfinia
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes