moja jesień gra bossanovą...
RSS
środa, 27 grudnia 2006
Bardzo piękny tekst, zaiste

Znalazłam piękny tekst i postanowiłam wkleić go TU ,ku pamięci, bo może ktoś nań nie trafił...a warto.To było tak, że najpierw gdzieś  napotkałam  fragment tegoż, zaciekawił mnie i poszukałam w internecie. Okazało się,ze to na co trafiłam uprzednio-było jedynie skrótem, a może inną wersja tłumaczenia.
Nie każdy się modli, a czasem nie wie,że się modli więc...to co tu umieszczę powinno być chyba traktowane jako po prostu-mądry, piekny tekst "dla każdego" , a nie jako modlitwa, choć tytuł brzmi "Modlitwa Komadora" -tekst nieznanego autorstwa, znaleziony w kabinie za mostkiem, na spalonym transatlantyku "Queen Elizabeth" (swoją drogą: statek się spalił...a tekst pozostał...)

Panie Ty wiesz lepiej, aniżeli ja sam, że starzeję się i pewnego dnia będę stary. Zachowaj mnie od zgubnego nałogu myślenia, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek. Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym, uczynnym, lecz nie narzucającym się. Szkoda mi nie spożytkować do końca wielkich zasobów mądrości, jakie posiadłem, ale Ty wiesz Panie, że chciałbym zachować na koniec paru przyjaciół.
Wyzwól mój umysł od niekończącego się brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydła, abym w lot przechodził do rzeczy. Zamknij mi usta w przedmiocie mych cierpień i niedomagań; w miarę jak ich przybywa, rozkosz wyliczania ich staje się z upływem lat coraz słodsza. Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość znoszenia ich.
Nie śmiem Ciebie prosić o lepszą pamięć, ale proszę o większą pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy wspomnienia moje wydadzą mi się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnej nauki, że czasem mogę się mylić.
Zachowaj mnie w miarę miłym dla ludzi; nie chcę być świętym - z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać - ale zgryźliwi starcy to jedno ze szczytowych osiągnięć szatana. Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i zalet w niespodziewanych ludziach. I daj mi, Panie, łaskę mówienia im o tym."

Wzięłam co-nieco z tego dla siebie :) Ale ponieważ nie jestem samolubna, a tekst jest mądry i ciepły-więc...umieszczam go zamiast typowych życzeń na Nowy Rok 2007 , może ktoś weźmie coś też dla siebie?

Do "napisania" w Nowym Roku :)

22:50, surfinia
Link Komentarze (30) »
Przed Nowym Rokiem

Przed Nowym Rokiem tyle się o nim gada. Ja poniżej- w wątu "poświątecznym" napisałam co o tym sądzę,że emocji wielkich z tego tytułu nie odczuwam, może źle,może głupio,może coś tracę w związku z tym,ale nie sądzę ;) taki sobie model myślenia ukształtowałam, może mi się zmieni...kiedyś.


Veanka napisała poniżej : " Teraz Sylwester i Nowy Rok[...] A później to juz będę wyglądać wiosny i Wielkanocy.
No i powiedz, czy człowiek sam nie 'popędza' czasu swymi durnymi wyczekiwaniami ;)))) "


no właśnie-sami się napędzamy...czas przyspieszamy
I to chyba trochę przeszkadza cieszyć się chwilą,czy też ją jakoś przeżywać głębiej - bo cały czas patrzymy " w przód"
A gdzie złoty środek? Ani nadmiernie w tył, ani w przód...jesteśmy tu i teraz i tyle się dzieje :)
Ja zawsze prostestuję,kiedy ktos za bardzo wybiega w przyszłośc,bo to tak...jakby ta chwila w której jesteśmy teraz -była mało ważna...

W piosence :"ważne są tylko te dni,te na które czekamy" ładnie to brzmi,piosenka kultowa i chwytająca za serce,ba pomóc może w ciemnej chwili, bo wtedy człowiek się chwyta każdej pozytywnej myśli,żeby sie z dołka wygrzebać. Ale nie jest  całkiem tak,jak śpiewał Grechuta...

16:43, surfinia
Link Komentarze (11) »
wtorek, 26 grudnia 2006
poświątecznie
Nasza tradycja świateczna jest zaiste piękna. I powalająca swą obfitością ;)
Jeszcze kilka takich dni,a większość z nas prawdopodobnie zapadłaby na ciężki rozstrój żołądków i jelit ;)
Z doświadczenia wiem,że  w drugi dzień  Świąt Bożego Narodzenia i zaraz po- jest najwięcej "ostrych" przypadków związanych z nadużywaniem jadła i napitku.
I wcale się nie dziwię, bo ja nie nadużywam a i tak się czuję ciężka jak walec drogowy. Natomiast wiem, jak to bywa w innych domach i wiem również,że tego mogłabym nie przeżyć ;)

Teraz trzeba się "dokulać" do Sylwestra, co mnie nie zachwyca. Nie wpadam w depresję bo zmienia się cyferka w kalendarzu, ale nie widzę  też powodu  żeby wpadać w euforię. Nie mam 18 lat...czas biegnie mi jakby inaczej, może tylko jestem bardziej świadoma?
Zabawa Sylwestrowa ...będzie, jak zwykle. Przy czym przymus szampańskiej zabawy akurat TEGO dnia również budzi coś w rodzaju sprzeciwu wewnętrznego- jako żem jednostka przekorna ;) lepiej bawię się zawsze przed lub tuż po Sylwestrze. Tak mam od lat.
Żadnych postanowień noworocznych nie uczynię, mam to w nosie. Zastanawiać się nadmiernie "jaki będzie ten nowy rok" tez nie będę. Na przekór-bo zawsze się zastanawiałam i wzdychałam:"oby był lepszy" kiedy nie był dobry lub..."oby nie był gorszy" kiedy  poprzedni był całkiem,całkiem.
W naturze powinna być równowaga, a często jest tak,że więcej jest tych lat gorszych niż  dobrych. Mnie tak średnio przypada jeden rok dobry na 4 gorsze.
2006  rok mógłby być lepszy, ale zgrzeszyłabym mówiąc,że był zły. Więc mogłabym miec pewne obawy co do tego co przyjdzie.Więc nie będę o tym myśleć. Niczego nie będę uogólniać.  W tym jest metoda.

"Ile trwa minuta? ...zależy po której stronie drzwi od toalety się przebywa..."
(usłyszane)




22:44, surfinia
Link Komentarze (26) »
sobota, 23 grudnia 2006
swiateczny element
Świąteczny element...musi być.  O,choćby ta "wrocławska" bombka:)

Życzę wszystkim Miłym gościom zaglądającym do tego wirtualnego kącika
zdrowych, szczęśliwych, kojących i wartych pamięci Świąt przeżytych  w zgodzie ze światem i sobą samym..pełnych życia i miłości.

Bo przed Nowym Rokiem pewnie sie tu pojawię:)


12:57, surfinia
Link Komentarze (24) »
Głęboki wdech..wydech...;)
Głęboki wdech i wydech, a najlepiej kilka.
Czas mi się sfilcował, bo praca "na koniec" przywaliła mnie swoim ogromem, finalizuje mi się też zawodowo coś,na co czekałam 3 lata i nie wiem, czy jeszcze potrafię sie z teo cieszyć,ale narazie ciii,bo jeszcze do konca trochę czasu i działań. Wdech...wydech...
Wczoraj wpadłam do sklepów,żeby zakupić te ostatnie brakujące ingrediencje, ale ilość ludzi biegających w amoku zmęczyła mnie samym swym widokiem, przez chwilę też się włączyłam w tłum, by po godzinie sie z niego "wyalienować" i nie dać się zadeptać, przejechać wózkiem, uniknęłam też kilku poważnych kolizji z ludźmi niosącymi całe tony towarów.
Wdech...wydech...wdech...wydech...
Z karpiem jakby gorzej,to znaczy mniej go, bo sie podobno jakaś zaraza na nie rzuciła onegdaj i część przeniosła się do rybiegi raju,unikając pożarcia.
Wieczorem na 15 minut poszłam do przyjaciółki, bo chora,poratować , leki zanieśc,a z 15 min zrobiły sie dwie godziny , bo...wino piło się za dobrze.
Z lekkością wróciłam do domu i zastałam tam...gości, którzy przyszli złożyć życzenia i ....dobrze im się piło wino, więc razem tak ...pokolędowaliśmy.
Potem to już tylko zrobiłam porządki w kuchni,żeby nie obudzić się w samym srodku rozgardiaszu, choć niech się komuś nie wydaje,że sypiam w kuchni;)
Wdech...wydech...
A dziś od rana rozglądam się i nie wiem w co najpierw ręce włożyć, więc zajrzałam do swoich skrzynek...tyle pieknych życzeń, dziękuję, wiem,że się niestety rzadko tu pokazuję,powysyłam Wam uściski moje jak tylko troche przewalę tego wszystkiego co mnie czeka, a co kompletnie mnie dziś "rozwala" zwłąszcza,że merlin.pl zrobił mnie na szaro i nie dostarczył przezentów zamówionych w zeszłym tygodniu ( a miały być przesłane w ciągu 24-48 godzin), minął tydzien i NIC, a ja jestem wściekła.
Po co się reklamować ,jeśli wiarygodność jest co najmniej wątpliwa?
---------------------------------------------------------------------
Po kilku godzinach okazało się, że przesyłka juz od piatku rano tkwi we Wrocławiu,tylko Pan Kurier z UPS nie raczył się pofatygować. I juz sie nie pofatyguje, bez skruchy facet pod telefonem( ktory caly czas był wyłączony i cudem jakimś został włączony po 16)-poinformował mnie,że prezenty świateczne otrzymam (może) po świętach.. Tylko wtedy to mi one jakby średnio potrzebne... I jeszcze doiwedziałam się,ze oczywiście mog soie złożyc zażalenie,reklamację...ale wypowiedziane to było lekko i beztrosko,zatem mniemam iz ewentualna moja skarga nie odniesie skutku.

Z drugiej zaś strony...ludziom w Swięta świat się zawala, zostają na bruku bo pali im się dom,
ktoś umiera i pozostawia rodzinę z tą sprawą w czas,kiedy powinno sie radować...ktoś przy choince zostaje całkiem sam...ktoś znów utkwił na lotnisku (np. w Londynie) i nie może się dostać do Polski, do rodziny...
A ja się martwię,że prezenty nie doszły? Już się nie martwię. Przecież nie to jest najważniejsze.

Jeszcze tu zajrzę i poskładam życzenia,uściskam...
A narazie do roboty, wdech...wydech...uciekam.



12:02, surfinia
Link Komentarze (3) »
środa, 20 grudnia 2006
zanim zwierz ludzkim głosem w Wigilię...
...Więc zanim on-zwierz taki czy inny "da głos" po ludzku w noc Wigilijną,to ja też ludzkim głosem coś powiem,choc to trudne, bo mózg mi sie najwyraźniej przez ostatnie kilka dni przestawił na kulinaria i przedświateczną logistykę -sfery ducha spychając w jakieś zapomniane katy;)
Ale duch jak to duch -czasem wylezie mimo całego zamieszania (jak na przykład przed chwilą,kiedy mieliłam pieczone mięsiwa na pasztet) i zaczyna swoje sztuczki wymagając natychmiastowego zapisania ... choćby tego,ze gotowanie "na okoliczność" -to nie jest zbiór czynności mechanicznych jedynie,powtarzalnych i nudnych.
Bo gotowanie nie bez kozery nazwano juz dawno "sztuką kulinarną" ,przy czym nie mam na myśli paskudnych zapiekanek czy gulaszu z kota serwowanego w budkach przybyszy z Dalekiego Wschodu. Kiedy byłam podrośnietym dzieckiem lubiącym czytac - POCHŁONĘŁAM książkę "Fizjologia smaku" Brillant-Savarina, nie ustając w zdziwieniu, że o kuchni...o smakach...można pisać z taką pasją :) To zdziwienie odczuwam do tej pory:)
Duże wrażenie zrobiła na mnie książka "Uczta Babette" Karen Blixen(potem obejrzałam film) -dlaczego? bo prezentacja smakowitości przygotowanych rękami tajemniczej kucharki-był podtekst...który nie bił w oczy jak na łopatologocznych produkcjach amerykańskich, a był bardzo znaczący.
Bardziej "komercyjnie" co nie znaczy, że gorzej ujmuje temat film "Mystic Pizza" gdzie właścicielka pizzerii w małym miasteczku - tworzy(bo tak należy to chyba nazwać) pizzę o niepowtarzalnej recepturze, której tajemnicę skrywa skrzętnie, a na samym końcu filmu-daruje ją w prezencie ślubnym jednej z pracujących u niej dziewcząt.
I na końcu...Penelope Cruz , która tak pięknie gotowała w filmie ,którego tytułu nie pamietam, no... nie mozna było oderwać oczu. Chociaż podejrzewam,że od niej, w tej całej aurze niewykłości-to każdy mężczyzna zjadłby nawet pieczoną dżdżownicę :)
Te tytuły przytaczam na poparcie tego, do czego sama juz doszłam onegdaj-a mianowicie,że prawdziwe gotowanie to kwestia serca i uczuć.
Można ugotować posiłek w biegu, na siłę, żeby był - i wtedy będzie posiłkiem jedynie, takim jak zwykle.
Ale jeśli włoży się w przygotowanie potrawy dużo serca , uczuć, jakąś melodię co po głowie się pęta...a dołoży szczyptę magii,która w każdej prawdziwej kobiecie tkwi...to wyjdzie dzieło lub arcydzieło. Nawet jeśli proporcje nie są dokładnie takie , jak w Kuchni Polskiej, a podejście do tematu- bardziej żywiołowe niż by była w stanie znieść Jejmość Ćwierciakiewiczowa :)

Żeby jednak przygotować dzieło kulinarne ,wyzwalając w sobie mniej lub bardziej tajemne moce ;) trzeba umysł mieć jasny, a serce nie moze byc skurczone.
A mnie się właśnie tak wczoraj skurczyło. Bo młody sobie"nagrabił". Dużo by mówić. Zaczęłam się zastanawiać -jaki ma sens cała moja krzątanina, starania-by tradycji stało się zadość. Bo jeśli to ma mieć znaczenie tylko dla mnie...to...czy warto? Bo co wyniesie z tego mój syn,który wprawdzie dziecięciem będąc cieszył się choinką i przygotowaniami świątecznymi, wychowywany przeze mnie w szacunku dla pewnych tradycyji- ale teraz jakby żyje sobie "obok" jakby nie zwracając uwagi na to, żę w domu wrą przedświąteczne przygotowania... I zdaje się ważyć sobie lekce wszystko,co sie doń mówi.
Zatem dziś użyłam ducha inaczej: wypowiedziałam DWA znaczące zdania, po którym Pan Domu zamilkł ,bo zabrakło mu argumentów, a Młody wyszedł i wrócił , przeprosił z pieknym kwiatem w dłoniach. To skrzydłokwiat chyba, ale jaki śmieszny- w szklanej doniczce, w której prócz wody pływaja jakieś pomarańczowe i żółte kawałki "jakbygalaretki" ,nie wiem co z tym zrobic..przesadzić? hodować w galaretce morelowej?;)

Tak czy siak...duch spokojniejszy zabrał sie do dzieła.
Pasztet wspaniale pachnie ... to jasne: przecież jego przygotowanie to kwestia serca i uczuć :)


22:56, surfinia
Link Komentarze (18) »
niedziela, 17 grudnia 2006
galimatias
Chciałam umieścić na blogu jakiś akcent świąteczno-zimowy, ale najbardziej wpasował sie bałwanek, zamknięty w ciasnej kuli , wokół którego niby-pada śnieg. To mniej więcej tak jak z mną;) ubrana ciepło (bo przecież ta grypa cholerna) , z nosem nie jak marchewka, a jak burak (nie obrażając buraków;),
zamknięta jeszcze póki co w domu, patrzę na światła miasta w oddali i myślę,że święta idą, a ja narazie nic. No bo moje plany -tak dokładnie poukładane-runęły jak domek z kart. I muszę się zadowolić rozwiązaniami alternatywnymi,co nie znaczy "gorszymi" ale jednak trzeba się do nich jakoś przekonać :/
Do tej pory na przykład w sklepach internetowych zamawiałam pojedyncze książki i to w zasadzie wszystko...a wczoraj siedząc w łóżku z laptopem na kolanach -zamówiłam prezenty gwiazdkowe dla rodziny oraz "krewnych i znajomych Królika" (czyli nieco dalszej rodziny " w kontakcie" ) . Wcale nie gorsze, bo w większości - były to juz przezenty wymyślone uprzednio,czekające na własnoręczną i własnonożną ( w sensie chodzenia po sklepach) realizację.
No ale nie chciała góra do Mahometa, to przyjdzie (może) Mahomet do góry, o ile patrząc załzawionymi oczami i wstukując jedną ręką( bo w drugiej trzymałam chustke do nosa...)
nie pochrzaniłam czegoś w formularzu zamówienia. Bo cos mi sie wydaje,że ..tak i boję się sprawdzić;)

Polukrowałam dziś pierniczki własnoręcznie wykonane 2 tygodnie temu, ślicznie wyglądają, ale twarde jak wszyscy diabli(może trochę mniej niz dwa tygodnie temu,ale jakoś do rozpływania się w ustach jest im daleko;)
Zatem mam już pudło pierniczków na których może goście nie połamią sobie zębów i uszka z grzybami,które zrobiłam w ostatnim dniu przed chorobą i zamroziłam w zamrażarce. Owszem,zgadzam się -jest to w pewnym sensie coś na kształt profanacji ;) byc może takie rzeczy należy robic tuż przed Wigilią,ale należy mieć na względzie to,że od dobrych kilku lat Wigilię przygotowuję dla kilku osób TYLKO ja i muszę jakoś rozplanować prace,żeby nie zostawić sobie wszystkiego na ostatnią chwilę ,przecież pracuje zawodowo też...a doba ma 24 godziny.
Bo miewam przed Swiętami Bożego Narodzenia taki sen-ciagle taki sam...że jest Wigilia, ja biegnę spóźniona z pracy, nic w domu nie jest zrobione, a goście zaraz przyjdą, raptem przypominam sobie,że nie mam zrobionych podstawowych zakupów do przygotowania wieczerzy, a tu sklepy pozamykane... jeden tylko otwarty- a w nim niewiele,właściwie nic, ludzie już siadają do stołów,a ja się włóczę po szarym mieście...

I dlatego pomna na ten sen- chcę się przebudzić i wiedzieć, że wszystko jest jak trzeba,że z przygotowaniami  zdążę...bo jesli w Wigilię wszystko będzie "tak jak trzeba" to cały przyszły rok będzie dobry (lub w miarę dobry) i oby tak było, nie mam pojęcia skąd mi sie to przekonanie wzięło,ale nie jest ono takie całkiem złe :)


18:59, surfinia
Link Komentarze (34) »
piątek, 15 grudnia 2006
nudny wpis wiosenno-przed-bożenarodzeniowy;)
Nie żartuję,nic a nic. Nudno i grypowo (lub paragrypowo,wiem,czepiam się;)
Dopiero dziś byłam w stanie świadomie spojrzeć przez okno za dnia,bo mi "zlewny"katar nie przysłania całego świata az tak, choć nie ułatwia życia nadal ;)
I szeroko otwieram "kaprawe" oczy:
-za oknem słońce, wiciokrzew wypuścił kwiaty, takoż klematis pojedynczy fioletowy kwiatek "na czujki" wysłał, pelargonie na balkonie kwitną jak głupie,
a ponoć i nasza różyczka postanowiła powitać Boże Narodzneie kwiatami-ale tego już nie sprawdzę,bo nie mogę wychodzić z domu...muszę wierzyć na słowo.
Oj,przyrodo,przyrodo...tak sobie westchnęłam, nie licząc na to,że cokolwiek to zmieni, a o kwiatkach napisałam z kronikarskiego obowiązku-licząc na to,że ktoś dopisze,co u niego kwitnie:) Nie tylko w ogródku czy na balkonie,może być- w głowie, w sercu...wiem,wiem, nie czas na serc kwitnienia-teraz ludzie myślą w popłochu co jeszcze trzeba jeszcze przed świętami załatwić...

12:45, surfinia
Link Komentarze (21) »
czwartek, 14 grudnia 2006
znów polecę...;)
Polecę,ale nie na skrzydłach, tylko polece godną uwagi płytę:)
No bo tak -dlaczego tylko MNIE ma coś cieszyć,jak może jeszcze kilka innych osób,które może o TYM nie wiedzą?Albo mają problem z prezentem dla bliskiej osoby?
Jest takie radio (RAM) w moim mieście i jego tylko słucham, bo grają...inaczej,to jest muzyka przy której sie dobrze odpoczywa, dobrze(pozytywnie) myśli i grzeje duszę(jeśli jest jej chłodno ) oraz ciało -jeśli przy okazji-pod ręką- jest odrobina  wina czerwonego lub  choćby gorąca herbata lub kawa.
I to radio wydało składankę najczęściej i najchętniej słuchanych na antenie utworów. Poprosiłam św.Mikołaja i...przyniósł mi:)




A ja naprawdę,bez żadnych innych intencji -mogę ja polecić, zresztą wiele osób sie na niej poznało i ponoć (zaznaczam:PONOĆ) jest najlepiej sprzedającą się przed Świętami płytą w tym rodzaju.
Zajrzałam na merlin.pl -bo tez chcę komuś sprezentować na Gwiazdkę, a z powodu choroby nie moge się włóczyć po mieście. Jest, tylko że przed świętami może byc problem z dostarczeniem... i to trzeba miec na względzie. Ja tam sobie znajde i tak,bo kiedys wstane z łoża boleści;)
Muzyka jest taka jak okładka -ciepła, otulająca...



20:22, surfinia
Link Komentarze (18) »
są takie chwile ;)
Są takie chwile w zyciu kobiety...że nie może zrobić zakupów, albowiem uwięziona jest w wieży (czytaj: "w pracy", ale "w wieży" pzynajmniej bajkowo brzmi;) albo złożona jest chorobą,co mnie się zdarzyło aktualnie.
Do sklepu nie pójdę bo:
a/nie mam siły
b/nie będę się doziębiać
c/wyglądam w tym wszystkim jak zombie
d/niech raz zakupy zrobi kto inny ;)
Już wczoraj syn zaglądał ze smutkiem do prawie pustej lodówki,zatem dziś wykonałam telefon informujący o konieczności wykonania zakupów.Wyliczam, a tu po drugiej słuchawki westchnienie:
-kobieto,nie tak szybko.Czy mogłabys mi to wszystko napisać w sms-ie?
albo nie:napisz mi maila, ja sobie wydrukuję i pójde z tym do sklepu...
:)
Wszystko mi jedno,byle (w tym wypadku) doprowadziło do celu :)
Swoją drogą ciekawa jestem,jakie miny będą miały panie w sklepie,kiedy pojawi sie tam facet z płachtą papieru, na której będzie miał "elegancko" wydrukowaną listę zakupów :)

11:14, surfinia
Link Komentarze (15) »
i po
Przeczekałam ją. Rocznicę wiadomą. Pamietam ten czas-nie byłam już dzieckiem, w moim domu zawsze były nastroje antykomunistyczne, a pewne prawdy wpajano nam od wczesnego dzieciństwa. Mam wspomnienia i na swój użytek własne oceny. Zdaję sobie sprawę,że wiele z wydarzeń zatarł czas, a pozostały w myślach czy pamięci tylko te najbardziej spektakularne.
Pamiętam,że było ciężko, bywało strasznie, że z powodu różnych przekonań politycznych- poróżniło się wielu ludzi,którzy potrafili poprzednio nawet przez kilkadziesiąt lat zgodnie mieszkać w jednym budynku...Bywało różnie,nawet czasem ...zabawnie,bo przecież trzeba się było jakoś "ratować" .
Nie cierpię bufonad, a takie właśnie w moim odczuciu rozgrywały się 12 grudnia br. we Wrocławiu. Nie mówię o przygotowanym na ten cel przedstawieniu,bo to na pewno było doskonałe, nie oglądałam,ale nazwiska twórców raczej to gwarantują. Chodzi mi raczej o całą pozostałą otoczkę związaną z obecnościa najwyższych władz...pewnie jestem nieobiektywna , bo nie przepadam za tymi , co aktualnie "u steru" więc o nieobiektywność łatwo ;) Na pewno dla tych, których odznaczono i doceniono-były to niezwykłe  chwile, co innego w przypadku tych, o których zapomniano lub..."zapomniano".
I więcej juz pisać na ten temat nie będę, z szacunku choćby dla HISTORII.

08:40, surfinia
Link Komentarze (7) »
niedziela, 10 grudnia 2006
nie mogę...
...no nie mogę oprzeć sie pewnemu wrażeniu...
W sklepach coraz świąteczniej, akcesoria świateczne -takie piękne...z każdym rokiem coraz piękniejsze- wszystkiego tam w bród, kolejki tłumy już sie zaczęły, klienci kupują astronomiczne ilości wszystkiego, reklamy coraz bardziej natarczywe, bijące po oczach...
...a ludzie jakby smutniejsi. Zagubieni, zabiegani, jakby...zatracili SENS .
Nierzadko to jest tak: byle szybciej, byle więcej, byle odfajkować...przyjemności z tego często brak...sama obserwuję u siebie, że czasem dam się wkręcic w jakąś szaloną karuzelę
(podczas gdy ja lubię celebrować.!).
Nie. Tak nie będzie. Nie podoba mi się.
Nie chodzi o ilość, ale o jakość. Nie tylko prezentów. Nie tylko ozdób.
O treść nie tylko o formę(bo forma jest ważna,co będę udawać, ale nie najważniejsza).


"Kiedy chcesz zbudować statek, nie zwołuj ludzi po to, by przynieśli drewno, przygotowali narzędzia, by móc przydzielic im pracę i zadania; obudź w nich tęsknotę szerokiego, nieskończonego morza.Antoine de Saint-Exupéry



11:44, surfinia
Link Komentarze (26) »
sobota, 09 grudnia 2006
krótko ,zbyt krótko( a może wcale nie;)

Zajęć dziś miałam sporo - między innymi spotkanie naukowe dotyczace spraw zawodowych,ciekawe,cieszę się,ze poszłam. Potem za to postanowiłam urwać się na krótkie babskie zakupy, pomknęłam do Galerii Dominikańskiej i tak szybko jak weszłam..tak wyszłam. Zaczął się amok przedświątecznych zakupów,a to niestety działa na mnie tak,że natychmiat daję "całą wstecz". Od samego patrzenia jestem zmęczona :)
Przypomniałam sobie,że komus z rodziny podarowałam "Trzynastą Opowieść" Diane Setterfield.To było tak,że weszłam do Księgarni Ossolineum...przejrzałam kilka książek i nagle na półce zobaczyłam TĘ książkę. Nie znałam jej, ale...było w niej coś,co spowodowało że musiałam wziąć ją w ręce.

                                                   
Może wygląd twardej okładki...z grzbietami tomów jakby oświetlonych blaskiem ognia z kominka?;)
Czasem jest tak, jak z nowopoznanym człowiekiem, na którego spojrzysz i wiesz...że nie nie przejdziesz koło niego obojetnie i że w jakiś sposób jego życie splecie się z twoim...i ta samo z ważną książką: bierze się ją w ręce, a ona w tych rekach jakby"chciała" zostać.
Podeszłam z ksiązką do kasy. Sympatyczna pani przy kasie z zachwytem powiedziała coś,co bardzo mi utkwiło w myslach, bo to najlepsza reklama książki, jaka może być:
-Jak ja pani zazdroszczę,że pani tej książki jeszcze nie czytała!!! Jest wspaniała. Czytała pani "Cien wiatru"? Klasa tej książki-porównywalna!

A ja niestety ...musiałam te książke podarować...to był w księgarni tylko jeden jedyny egzemplarz. Bo po takiej zachęcie natychmiast kupiłabym i dla siebie:)
Nawet jesłi nie znajde "na mieście" -zamówię przez internet. Zwłaszcza,że recenzje- z których fragment poniżej- wiele mówiące...

„Trzynasta opowieść" jest głębokim ukłonem w stronę literatury klasycznej, tradycyjnej powieści XIX-wiecznej z jej obroną trwałych wartości, z lekka staroświeckim humanitaryzmem, a przede wszystkim - z cudowną narracją: tyleż pasjonującą, ile piękną. Dawni autorzy świadomi byli bowiem tego, że kluczem do powieściopisarskiego powodzenia jest umiejętność snucia opowieści. "Jest coś takiego w słowach - powiada narratorka »Trzynastej opowieści«. - We wprawnych rękach, zręcznie pokierowane, biorą cię w niewolę. Owijają się jak pajęczyna wokół członków, a kiedy już cię tak spętają, że nie możesz się ruszyć, przebiją ci skórę, wnikają w krew, paraliżują myśli. W tobie odprawiają swoje czary".



22:49, surfinia
Link Komentarze (22) »
piątek, 08 grudnia 2006
spotkanie
Przyszła dziś do mnie do pracy-po niewielką (doprawdy) pomoc-jak zwykle elegancka , pachnąca, ze "zrobionymi "włosami" i masą do opowiedzenia,co czyniła bardzo szybko-jak karabin maszynowy:) Stasia :)
Stasia jest od dobrych 10 lat na emeryturze, może dłużej? Kiedy kilkanaście lat temu zaczynałam pracę w przychodni na peryferiach ;) była moim dobrym duchem i opiekunką. Jako doświadczona pielęgniarka i bardzo życzliwy człowiek, który przeszedł w życiu wiele - pomagała mi w nauce stawiania pierwszych kroków "na niwie" zawodowej. Uczyła mnie robić zastrzyki dożylne i domięsniowe...opowiadała o pacjentach,czym bardzo pomagała mi w nawiązaniu z nimi kontaktu emocjonalnego. Uczulała mnie na ważne sprawy,któremu młodemu lekarzowi tuz po studiach nie były znane albo miały prawo "umknąć", ot na przykład- że pewnych leków nigdy w życiu nie wolno mieszać w strzykawce :)
Całe te swoje nauki Stasieńka czyniła ciepło,z wielkim taktem i NIGDY nie usłyszałam od niej czegoś w stylu:"przecież pani kończyła medycynę i powinna pani to wiedzieć" -lub "przyszła smarkula (ew."młoda dupa") i się mądrzy".
Ewentualne potknięcia potrafiła cieplutko skometować tak,że nie czułam się przybita, a za swoje lekko oberwałam:)
Tacy ludzie na początku pracy zawodowej to skarb...i zawsze o tym pamietam, ba ile razy się da-tyle razy Stasieńce powtarzam,że miedzy innymi dużo jej zawdzięczam-przede wszystkim cos w rodzaju pewności, że powinnam dać sobie radę. Inaczej chyba umierałabym ze strachu chodząc na wizyty domowe,które wymagały ode mnie działań absolutnie samodzielnych i na ile się da-słusznych:)
Dzieli nas duza róznica wieku- a jednak jesteśmy na "ty", ona wie,że zawsze,ZAWSZE może do mnie przyjśc z każdym problemem, oczywiście jeśli tylko będę w stanie jakoś pomóc...Onieśmiela mnie tylko nieco fakt,ze Stasieńka...wygląda czasem na onieśmieloną, a przeciez nie ma ku temu żadnych podstaw! Kiedy na nia patrzę-na jej zadbaną kruchą sylwetkę i wesołą twarz-to jakby czas się cofnął ...o kilkanaście lat.
Chyba mam szczęscie. W moim życiu zawodowym  -prawie wszyscy ludzie, którzy  mieli na moja pracę i "karierę" wpływ-byli niezmiernie życzliwi i pomocni oraz taktowni.
Czy ja o tym czasem kiedys nie pisałam????hm. A choćby nawet...to czasem przychodzi mi to do głowy i "utrwalam". Oraz jak dziś-przelewam na wirtualny papier.
Ja wiem,że to może wyglądać na przesłodzone. I tego się trochę boję...ale co ja poradzę na to, że właśnie TAK było i...jest? :)

20:38, surfinia
Link Komentarze (20) »
czwartek, 07 grudnia 2006
myśl lekarsko-kobieca ;)
Oduczyłam sie narzekać,że coś boli. Bo i tak ...nikt tak naprawdę mnie nie posłucha;)
Bowiem od słuchania to jestem ja.
...Bo innych pewnie boli bardziej, a to co boli mnie- da sie przeżyć. Kiedy złamałam kręgosłup - długo nie dopuszczałam tego do świadomości,bo przecież powinno "boleć bardziej" -choć... i tak bolało jak diabli. Kiedy złamałam nogę -szorowałam podłogę w kuchni u mamy, z gipsem na nodze. Kiedy złamałam sobie palec u nogi-nawet nie poszłam zrobic zdjęcia-przecież rozpoznałam złamanie, a palca i tak w gips nikt nie wsadzi...etc.
Najważniejsze -to umieć siebie słuchać i umiec sobie tłumaczyć, bo to daje pewne poczucie komfortu w rodzaju :"znam swoje dolegliwości -na pewno sie nie dam,bo mnie nie zaskoczą"
Boli głowa czy żołądek -biorę tabletke i cierpliwie czekam,bo zaraz przestanie. Albo troche później niz "zaraz".
Dziś w pracy pod wieczór zaczęlo mnie coś boleć jak ...serce.Z typowym promieniowaniem do barku. Pierwsza trzeźwa myśl :TYLKO ból, nic więcej.Zapewne jakis nerwoból międzyżebrowy. Druga trzeźwa myśl -gdzie jest JESZCZE ktoś, na wypadek,gdyby trzeba było mnie zbierać ;) Trzecia trzeźwa myśl- w rodzinie nie było zawałów:) I czwarta trzeźwa myśl -dobrze,że mam na sobie(hehehe) przyzwoitą bieliznę:)))))))) bo jakby co,jakby się trzeba było rozebrać przez innym lekarzem... Bo moja babcia mawiała :"idziesz do wychodka, a nuż cie kto spotka" ? ;)



23:05, surfinia
Link Komentarze (29) »
Klimaciki;)
Ja jak ten Pan Hilary-gubię okulary ,szukam i znajduję gdzie? w kieszeni zwykle:D A wczoraj mi się daty pomyliły czy coś i utyskiwałam na "lej po bombie" w kuchni i miałam za złe, głównie św.Mikołajowi, że sie nie postarał...
W sumie to się nawet postarał w sobotę ( musiał przyspieszyć z powodów"rodzinnych" ) więc dzis sie niczego nie spodziewałam.
Ledwie  jednak przyszłam do pracy-patrzę- a na biurku stoi pokaźnych rozmiarów czekoladowy Mikołaj :) W ciagu dnia co chwilę ktoś z kolegów wpadał z czekoladkami, nawet na schodach mnie ktoś dopadł i poczęstował czekoladką;) "na siłę" ;)
Oj...wyczuł mnie Św. Mikołaj,ze jestem łasuch, zresztą...wie to od lat:)
Miłe to było i słodkie,taka pamięć-dosłownie i w przenosni,teraz trzeba pomyśleć nad metodą spalenia kalorii z owych smakołyków...i jakoś lepiej mi sie dzis pracowało, jaśniej patrzyłam na to,co wczoraj wydawało się ciemne.

Póżnym popołudniem szłam jedną z głównych ulic w centrum i nagle patrzę? idzie dziarsko taki św. Mikołaj z workiem...i co? nagle wsród ludzi biegnących za swoimi sprawami dziwne poruszenie:) uśmiechy, odwracanie głów, przylepione do szyb tramwajów nosy... bo choc sniegu ani na lekarstwo,lecz prawie wiosna w pełnym rozkwicie(ponoc gdzieś ktos widział forsycje gotowe do kwitnienia) to jednak dobrze jest, jeśli 6 grudnia Mikołaj daje się na ulicy zauważyć jak pomyka i ludzie to lubią-za tym w jakiś sposób..tęsknią,niezależnie od wieku.

Złapałam taksówkę.A taksówkarz opowiedział mi historyjkę o pewnym strażaku, który przez kilkanaście lat swojej pracy w pewnej instytucji- co rok 6 grudnia przebierał sie za Św. Mikołaja i chodził po budynku rozdając cukierki...

A poza tym- ok. 14 w Rynku Wrocławia Św. Mikołaj "spadł" z nieba na spadochronie...ale to mozna było zaobserwować w którymś z dzienników...

Dobrze,że bywaja takie klimaty, bo niektóre dni-mimo pośpiechu i wszechogarniającej bylejakosci -nie powinny być takie same jak inne...




00:16, surfinia
Link Komentarze (9) »
wtorek, 05 grudnia 2006
;)
Pani w szkole zadaje dzieciom pytanie-kim chciałyby być w przyszłości
-ja chciałbym być Świętym Mikołajem... powiedział mały Jasio
-Jasiu? a dlaczego akurat nim???
-bo Św. Mikołaj pracuje tylko przez jeden dzień w roku...





Mnie Św. Mikołaj dziś przyniósł 12 godzin pracy, kilka ludzkich uśmiechów, kilka ludzkich strapień, moje własne zmęczenie i najprawdziwszy...lej po bombie. W kuchni mianowicie. W mojej dosyć porządnej zwykle kuchni,którą pozostawiłam dziś o świcie w całkiem niezłym porządku.Ale jak wiadomo-dwanaście godzin tp bardzo dużo i przez te godziny może zdarzyć się wiele...i obraz jak po wybuchu bomby w kuchni to jest właśnie jedna z takich rzeczy. Bo przecież uporządkowanie kuchni jest takie przyziemne...i szkoda na nie czasu.
Przeprowadziłam sama ze sobą ankietkę,której tematem jest najbardziej typowa moja reakcja na takie obrazy:
1. zakasanie rękawów i zabranie sie do pracy,by po godzinie przywrócić kuchni przyzwoity wygląd
2.rozdrażnienie i zniechęcenie,że poza pracą zawodową i sprzątaniem po tych,którym sie nie chce -nic mnie już w życiu nie czeka ;)
3.wściekła awantura
4.marudzenie

Jak najbardziej punkt 1...niestety, albowiem chlew to nie jest moje ulubione miejsce do bytowania.
Punkt drugi-również, bo przecież ...
punkt 3 odpada, nie mam siły :) punkt 4 -i owszem nawet zaczęłam,ale nie lubię gadać jak dziad do obrazu.

W związku z powyższymi niezbyt budującymi wnioskami zadecydowałam o pójsciu spać, z nadzieją, że Św.Mikołaj przyniesie mi dziś w nocy jakiś ładny sen...na przykład przeniesie mnie nad brzeg morza, gdzie o wschodzie czy zachodze będę ścigać się z falami...

23:15, surfinia
Link Komentarze (17) »
niedziela, 03 grudnia 2006
przy ogniu kominka
...Siedzieliśmy przy kominku,od którego nie mogłam oderwać wzroku, ale trzeba było-bo w trakcie rodzinnego przyjęcia nie można tylko patrzeć w ogień,trzeba też patrzeć na innych przy stole:)
Sześciolatka wylazła spod stołu w mikołajkowej czapeczce.
-Hej,a skąd masz taką czapkę?
-aaa,tam leżała...na oknie
-a skąd się wzięła?
- nie wiem..ale wiesz co,ciociu? tam są p r e z e n t y w drugim pokoju (był przyspieszony "MIkołaj" bo udało si wszystkich zebrać do kupy właśnie w sobotę)
-Ciociu..ja już te prezenty obejrzałam,wiesz? tak delikatnie :)) chcesz zobaczyć? :)
Wzruszająca jest wiara dzieci w Św .Mikołaja. Pisałam już o tym-ale powtórze "na okoliczność" ;) Mój syn będąc dzieckiem zaczął mieć wątpliwości i pytał mnie,jak to jest z tym św.Mikołajem. Odpowiedziałam mu,że tylko ci ,co w niego wierzą -dostają prezenty:))))

dzieci i dorośli szeleścili kolorowymi papierami. Piłam wino i patrzyłam w ogień.
Nagle usłyszałam,jak moja siostra opowiada historię z moich narodzin
-że właśnie w dniu,kiedy sie urodziłam, nasz ojciec rozbił motor, uszkodził ogrodzenie dziadków i złamał sobie ząb-jedynkę górną.
Znałam historię tego zdarzenia;) jednak nie wiedziałam,że to było akurat w moje narodziny:))) Zapytałam tylko,czy nie wystąpiła jeszcze z brzegow pobliska rzeka, lub czy komus lampa nie spadła na głowę... :)
I usłyszałam wtedy jeszcze,że ojciec cieszył się z córeczki...Bo pierwszą córkę(czyli moją siostrę)-chował trochę jak chłopca, a ja ...ja byłam ponoć oczekiwaną córeczką...
Tyle lat żyje i pierszy raz o tym usłyszałam. W dniu rozdania prezentów mikołajkowych... tak,jakbym z zapomnianej szuflady wyjęła zakurzony list, który nigdy nie został napisany. Żałuje,że ojciec nigdy mi tego nie miał okazji powiedzieć, bo umarł kiedy byłam mała. Ale przecież mógł, bo dzieci rozumieja więcej niż mogłoby sie wydawać...gdyby mi to kiedyś powiedział chociaż raz...może inaczej oceniałabym moje kontakty z bliskimi mi ludźmi,może mniej bym się obawiała -że deklaracje,które słyszałam w życiu-takie czy inne-mogłyby być nieautentyczne,udawane, powodowane uprzejmością tylko.

A jednak lepiej późno niż wcale.
Teraz wiem,że pewne nawet zapomniane szuflady otworzą się kiedyś ..jeśli tylko nadejdzie na to czas...





21:50, surfinia
Link Komentarze (18) »
sobota, 02 grudnia 2006
będąc (średnio) młoda lekarką ;)
jak to mawiała Ewa Szumańska jedynym w swoim rodzaju językiem- "Będąc młoda lekarką wszedł raz do mej przychodni pacjent...."
Dobra-zatem...będąc średnio młoda lekarką...etc. w czwartek wszedł taki pacjent właśnie. Blady,ale bladośc nie chorobowa, lecz raczej spowodowana irytacją.
szybko przeanalizowałam ewentualne powody - przecież nie czekał pod drzwiami, bo akurat był jednym z ostatnich...nie było żadnego spięcia słownego pod drzwiami ani z oczekującymi , ani ze mną-wszak nie witam wchodzących pacjentów niemiłymi uwagami;)
Ale owa bladość wyjaśniła się za chwilę. Irytacja dotyczyła wszystkich lekarzy do morza do Tatr :) zajął mi ok. 30-35 minut, z czego na wyjaśnienie dolegliwości przeznaczył ok. 5 minut-całą reszte poświęcił pomstowaniu.
Na oko-całkiem nieżle się trzymał, miał pojedyncze operacje- blizny prawie niewidoczne, płaskie,ogólny stan zdrowia w oparciu o dość liczne badania-też nieżle. Jednakowoż-każda z owych operacji była według niego przeprowadzona ŹLE , a późniejsze diagnozy dotyczące jego stanu zdrowia beznadziejnie głupie -bo trafił jak to określał-za każdym razem na "skończonych idiotów".
Bo dalej boli to czy tamto, a swoją drogą...uważam,że większośc z tych dolegliwości miało charakter nerwicowy,co nie znaczy,że oczywiście nalezy to bagatelizowac,ale...na pewno nie było to konsekwencją operacji i to drobnych.
Swoja drogą podejrzewam,że gdyby trafił na mniej opanowana osobę niż ja-długo by w gabinecie nie wysiedział. Ale ja potraktowałam go jak wyzwanie. Poczekałam,co będzie :)
Zbadałam,wytłumaczyłam(choc nie bardzo chciał słuchać,jako że miał własne koncepcje,które jednak obaliłam ), wyjaśniłam co i jak, a na końcu powiedziałam mu bardzo,bardzo spokojnie:

-jestem specjalistą II stopnia w swej dziedzinie. Przeanalizowałam pana wyniki,zbadałam najlepiej jak umiałam według -jak mniemam-najlepszej wiedzy i umiejętności,jakich uczyłam sie od najlepszych. Wyciągnęłam wnioski i zapoznałam pana z nimi,mam nadzieję,że pan zrozumiał,jeśli nie- mogę powtórzyć. Mam również nadzieję,że w kontaktach z następnymi lekarzami, które będzie pan miał po mnie...nie będzie pan o mnie opowiadał jako o skończonej , niedouczonej idiotce, ktora na niczym sie nie zna ( tu nastapił ciepło-zjadliwo-przekorny mój UŚMIECH )

Pacjent zbaraniał i po raz pierwszy od pół godziny zabrakło mu "pary"

-ależ, pani doktor ja bym sie nie ośmielił...

-mówię na wszelki wypadek w świetle tego,co usłyszałam od pana.Nie chcę mieć kiedyś "pypcia na języku" ;)

-pani doktor,niech mi pani wybaczy iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii (!!!!!!!) tu nastąpiło wyjaśnienie całej sytuacji :
-wariuję. Właśnie rzuciłem palenie. Nie palę od DWÓCH dni.

:DDDDDDDDDDDDDDDDDD

mam wspaniały zawód :)


----------------------------
a poza wszystkim to przez dni kilka będzie mnie tu bardzo mało,rzekłabym...w śladowych ilościach,żaluję,ze nawet nie mogę poodwiedzać znajomych blogów...ale jak wyjada goście i trochę sie uporam z pracą... :)
13:39, surfinia
Link Komentarze (21) »
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes