moja jesień gra bossanovą...
RSS
czwartek, 27 grudnia 2007
z przemyśleń Mariolki
Z biegiem czasu człowiekowi psuje się wzrok po to,żeby nadal mógł przyjaźnie patrzeć na swoją twarz i całą resztę.
Pewna wielka polska aktorka wysmarowała kiedyś wazeliną kamery,żeby zarysy jej twarzy były bardziej miękkie...a gdyby pomyślała,że większość jej wielbicieli ma już nieco sfatygowany wzrok i widzi z lekka przez mgłę...miałaby problem z głowy... I w ogóle kilka zmartwień mniej.

Tak mruczała sobie Mariolka pod nosem ,wymiatając paprochy spod choinki,pod którą jak widać znalazła coś w rodzaju złotej myśli -niewątpliwie pocieszającej(jako spóźniony prezent gwiazdkowy, bonus taki;)
Po czym poszła do łazienki i nie założywszy okularów-uśmiechnęła si.ę do swojego odbicia w lustrze: "nic a nic się nie zmieniam" , choć to była tylko połowa prawdy. Ale ...ta zdecydowanie lepsza połowa...
;)

01:23, surfinia
Link Komentarze (26) »
no i po
 No i po świętach. Dużo biegania przed, dużo sprzątania po.Rodzinne nasiadówki i  zawirowania. I dobrze, jeśli po tym wszystkim pozostaje w nas spokój, zadowolenie. We mnie to pozostało. Może również dzięki temu,że mam świadomość kilku następnych wolnych dni,które spędzę w górach.
Kompletnie mi się w głowie poprzestawiało przez ostatnie miesiące!-bo mając świadomość tych wolnych dni, nie dowierzam! Trudno bowiem "robotowi" zmienić (choćby na chwilę) sposób istnienia:) a ja ostatnio takim "robotem" się czułam.

Och,muszę jeszcze napomknąc o kocie. Zielonooki jak wspominałam onegdaj-to kot po przejściach. Nie mam pojęcia po jakich, ale jestem pewna,że trauma jest głęboka-wystarczy poptrzeć co ten kot wyprawia.
I tak w Wigilię przed pierwszą Gwiazdką Jego Wysokość Zielonooki Kot raczył  nawiedzić nasze mieszkanie. Kiedy zobaczył przestawiony i rozsuniety do wieczerzy stoł przykryty długim białym obrusem- przestraszył się i nie chciał wejść do środka, tkwił w drzwiach balkonowych jak głupi. Wreszcie udało mi się go śpiewnym głosem uprosić,żeby wszedł. Niestety widok choinki go nie zachwycił(a wszystkie znane mi koty lubią bombki!) , a wyraz zdegustowania na mordce kociej nabrał intensywności na widok szopki pod choinką, do której to szopki kot wsadził głowę i obwąchał Dzieciątko, które wyraźnie dla zwierzaka było intruzem na szlaku jego wędrówki do miski...
Na podłodze w kuchni Zielonooki Kot dał wyraz swojej frustracji - zwracając całą zaawartość żołądka. Jeść też nie chciał, ominął szerokim łukiem  choinkę z wyrazem obrzydzenia i  zażądał otworzenia mu drzwi balkonowych.  I tyle go w Wigilię widziałam. A miałam nadzieję,że usłyszę w noc Wigilijną jak Zielonooki gada. Być może i przemawiał ludzkim głosem  gdzieś w ciemnościach ,ale za cicho...pod wąsem? ;)

Szczęśliwego Nowego roku! Uśmiechów Fortuny, obfitości wszelkiej, radości jak najczęściej , zdrowia i marzeń spełnienia... Życzę wam Moi Drodzy, bo do 2 stycznia będę odcięta od netu :)

00:25, surfinia
Link Komentarze (5) »
niedziela, 23 grudnia 2007
przypominajka przedświąteczna!
Że jutro już Wigilia to wiedzą wszyscy :) Ale czy pamietaliście,żeby kupić sobie chociaż mały bukiet jemioły? ( swoją drogą...czy są MAŁE bukiety jemioły?:)))
Już kiedyś pisałam o tym  miłym mi przesądzie, który póki co działa ;)
Jemioła na szczęście osobiste ale i na  pieniądze!Od czasu kiedy u mnie jemioła gości cały okrągły rok,aż do następnych świąt-to gdyby nawet finansowo przez moment kiepsko było,to zaraz jakoś "cudem" pieniądze się znajdowały więc...Moi Drodzy, w ramach "potępianych" przesądów -
jutro szybciutko...do jakiejś "baby w kucki" albo...no wszystko jedno gdzie, byle tę jemiołę mieć, zawiesić " u powały" albo wsadzić do wazonu i...czekać:)


                               

W te Święta niech każdy z Was (ja też!) znajdzie sobie powód do uśmiechu...
I żeby nikt nie czuł się samotny...
Jedni mają tłumy rodzinne,ale takie Święta,gdzie jest tylko dwoje oczu  i dwa kochające lub życzliwe serca...też są piękne!
Szczęśliwych Świąt,pełnych wewnętrznej harmonii i  ciepłych refleksji o tym co dla nas ważne...życzę Miłym Znajomym i tym,co kiedyś prze przypadek zahaczyli o to skromne miejsce w wirtualnej przestrzeni i...zostali na chwilę lub dłużej... Su ( z Mariolką ;)

PS. Pamietajcie też o zwierzakach, nie tylko tych domowych...choćby dlatego,żeby przez przypadek w noc Wigilijną nie usłyszeć jak mówią ludzkim głosem,że jesteśmy wredni objadając się smakołykami, a zwierzętom głodno i chłodno...
Zielonookiemu coś naszykowałam ,"coś z ryb"-jeśli oczywiscie buras zaszczyci nas swoją obecnościa, bo ostatnio włoczy się niemiłosiernie wpadając tylko na posiłki;) A  sikorki jutro dostaną świeży kawałek słoninki...rybki w akwarium-jak zwykle :)

                                    
22:42, surfinia
Link Komentarze (30) »
sobota, 22 grudnia 2007
Mariolka przedświątecznie-odsłona druga;)
Poranek zrobił miłą niespodziankę. Nie to,żeby od razu śnieg spadł,ale wszsytkie drzewa pokryły się białą szadzią,co w słońcu dało efekt bajkowy...
Mariolka popatrzyła w okno i w jej sercu ponownie zrodził się podziw dla piękna Natury,co ostatnio było nieco przytłumione, bo kto by tam podziwiał błoto i brak słońca oraz ciężkie chmury szpecące nie tylko niebo ale i człowieka od środka...
Potem spojrzenie Mariolki powędrowało na ustrojoną choinke w kącie a następnie na drewniany stół...na którym leżał on. Słomiany Aniołek, z pokażnym źdźbłem słomy sterczącym ku górze z miejsca, gdzie być może anioły mają brzuch lub coś poniżej (ale kto by tam wiedział,co Anioły tam mają, wszak co ludzkie nie musi być od razu...anielskie;)

                                                

-ooo,co to to nie! To żeński Aniołek, a wy mi tu takie coś! proszę kobiet nie wyposażać w męskie atrybuty! W tym domu mężczyzn jest dostatek, proszę mi tu jeszcze Aniołkowi płci nie zmieniać! - powiedziała

- Głodemu chleb na myśli-odmruknął Mężczyzna. -Przecież to widać,że Anioł poległ przygwożdżony dzidą do stołu, to nie są męskie atrybuty tylko DZIDA jak się patrzy!

-no nieźle. Pachnie mi tu jakimiś praktykami Woo-Doo ! W ogóle kto widział walczyć z Aniołami i to w czasie przedświątecznym? O,nie.W tym domu takich praktyk nie będzie!
Make peace,not war! albo bardziej na czasie: "PAX,PAX,PAX!
A w ogóle to... ładnie tu się kobiety traktuje!
- odparowała Mariolka po czym...delikatnie wyjęła źdźbło przeszywające Anioła, nieszczęśiwca następnie otrzepała i delikatnie powiesiła go na choince...

Anioł (jak się Mariolce wydawało) delikatnie poruszył słomianymi skrzydełkami. Bowiem Anioły są wieczne, z niejednej opresji wychodzą cało , czasem z ludzką pomocą ...zwłaszcza kiedy Święta za pasem...



13:42, surfinia
Link Komentarze (15) »
piątek, 21 grudnia 2007
Mariolka przedświątecznie jak bumerang powracająca ;)
Mariolka wracając wieczorem do domu natknęła się na:
1.choinkę (już rozpakowaną ze sznurków i siatek) ale jeszcze nie ubraną- w kącie pokoju
2.Mężczyznę zmęczonego ustawianiem choinki- leżącego w najbardziej obleganym kącie sofy
3. krzesła-"rozproszone" w artystycznym nieładzie na środku pokoju...

-a toto co to? -zapytała lakonicznie Mariolka omiatając półkoliście kończyną górną prawą widoczną przestrzeń na osi: choinka-Mężczyzna-krzesła

-a tooooo...- zaczął Mężczyzna,a Mariolka przysięgłaby,że szukał odpowiednio mocno brzmiącego argumentu- no tak jest, bo potrzebuję zmian!

-mam wrazenie,że to dopiero początek tych zmian,tak? zapytała Mariolka, a Mężczyzna przysiągłby z kolei(jako następny gotowy do przysięgania),że w jej głosie usłyszał jakiś ciemny , złowróżbny ton...

-Początek? i owszem!- po czym Mężczyzna przeniósł się z jednego kąta sofy w drugi...po drodze naciągając kocyk na nogi... Skończyłem! zawołał  radośnie acz ryzykownie, bo po chwili  mina mu zrzedła nieco. Kto wie, co zobaczył bowiem w twarzy swej połowicy...no kto wie? ;)



20:59, surfinia
Link Komentarze (11) »
piątek, 14 grudnia 2007
Mariolka protestuje
Mariolka po raz tysięczny zrobiła sobie siniaka na udzie,potykając się o łazienkową półkę, która zdecydowanie powinna wisieć, a stoi. "Co ma wisieć nie utonie"-zamruczała- ale po niezbyt długim zastanowieniu stwierdziła,że to nie z tej bajki. Zdecydowanie.
-Usiądź bo będzie powazna rozmowa-powiedziała Mariolka do Mężczyzny.
Męzczyzna wprawdzie i tak by się nie przewrócił, bo leżał,ale na apel połowicy jednak zmienił pozycję na siedzącą, bowiem mina Mariolki była wiele mówiąca.
-Ile lat tu mieszkamy? -zapytała Mariolka
-kilka...-odpowiedział Mężczyzna ciesząc się,że początek mowy jest łagodny i że zasadniczo rokuje dobrze
-no właśnie!-kontynuowała Mariolka- i DO TEJ PORY jest prowizorka! Szafka od 4 lat zamiast wisieć- tonie...to znaczy tfu: stoi na podłodze, a ja mam ciągle siniaki na nodze. I do tego to prowizoryczne oświetlenie.Kiedy ja się doczekam,że szafka i odpowiednia lampa zawisną wreszcie jak trzeba?
Widać było lekki popłoch w oczach mężczyzny, który jednak po chwili odezwał się :
- jak się wszystko wykończy w mieszkaniu to już wtedy trzeba umierać! Nie znasz takich przypadków???Ja chcę jeszcze żyć! Ja jestem jeszcze w kwiecie wieku!
...po czym zmęczony swą emocją- opadł na poduszki i przymknął oczy
(może po to,żeby Mariolka nie widziałą blysku triumfu w jego oczach?...

...Tym argumentem  bowiem Mężczyzna wytrącił Mariolce wszelki oręż z ręki.
Bo przecież nie dobija się koni. Zwłaszcza -jeśli przypominają Łyska z Pokładu Idy- w końcówce książki z lat dziecinnych...

22:15, surfinia
Link Komentarze (23) »
środa, 12 grudnia 2007
Mariolka i impuls...;)
Młody zamknął się w pokoju a Mężczyzna ściskając pilota udawał,że ogląda jednym okiem mecz (Liga Mistrzów) ale tak naprawdę to spał snem sprawiedliwego leniwca. Budził sie jedynie,kiedy sprawozdawca wykrzykiwał,że właśnie jest bramka,ale ponieważ bramki z reguły nie było-więc Mężczyzna słodko znów zapadał w sen.
-ja was ..kiedyś ...poduszę...mruczała Mariolka. Pro forma mruczała, bo nikt jej nie słyszał. Mruczała, bo znów śmieci wychodziły same z kosza, a do wymytych w zmywarce naczyń Młody wsadził brudne kubki i talerz po zupie,zalewając przy okazji resztę,co uwidoczniło się oczom Mariolki , gdy tylko wróciła z pracy do domu (wieczorem).
Kiedy Mężczyzna zasnął na tyle mocno,że "zgubił pilota" -Mariolka włączyła na TVP info. Właśnie mówili o 6 ognisku ptasiej grypy gdzieś w elbląskiem i o czynniku ludzkim, który przyczynił się do zakażenia kur,bo (cytuję sympatyczngo pana redaktora) "spanikował, wyrzucił zakażone mięso na przydomowy śmietnik a kury przyszły, zobaczyły (mięso) zjadły i się zraziły"
(niemal...kurze "veni,vidi, vici -ale nie w wersji Juliusza Cezara lecz... Słynnego Hodowcy Kur, w którego wciela się Halama ;)
-No patrz...zafrasowała się Mariolka...
I wtedy pan redaktor zwrócił się do pan sołtys zapowietrzonej wsi-tymi słowy:
-Czy jest pani zelektryzowana tym,że we wsi są zdechłe kury?
...odpowiedzi Mariolka nie usłyszała, bo razem z Mężczyzną, który właśnie się ocknął- wybuchnęła śmiechem. Sytuacja z kurami niemiła, ale słowa zapytania a jeszcze do tego ton-zupełnie pasował do filmów Barei. Albo do pana Muldgaarda z książki"Wszystko czerwone" Chmielewskiej.

Mężczyzna się poruszył.
-Jak mniemam...znów zapadniesz w sen? -zapytała zjadliwie Mariolka.mając w oczach wyspacerowywujące z kosza na śmieci...śmieci,ale postanowiła o tym nie wspominać,żeby mieć jeszcze trochę możliwości powkurzania się na to;)

-I tu się moja droga Mariolko mylisz. Nie zapadam w sen. Idę wyrzucić śmieci,albowiem zelektryzowały mnie zdechłe kury.

I poszedł " w długą i wyczerpującą drogę " do śmietnika, który położony jest jakieś 50 m od wyjścia z budynku...

-hm. ciekawe jakiego impulsu trzeba by było użyć na Młodego,żeby posprzątał swój pokój? -pomyślała Mariolka, musiała znaleźć bowiem sobie inny motyw do marudzenia.
Bo Mariolka ideałem nie jest.





22:14, surfinia
Link Komentarze (12) »
wtorek, 11 grudnia 2007
zacząwszy od dzieł ,skończywszy na misce albo odwrotnie
W szkole nie raz, nie dwa- biedziliśmy się nad próbami ustalenia,"co Autor miał na myśli tworząc wiekopomne dzieło". Można sobie było wymyślać nadęte powody,bo Autor zza grobu miał trudności w potwierdzeniu czy zaprzeczeniu...czasem tylko coś nagle gdzie stuknęło... i np. spadła książka, która spaść nie powinna...licho jednak wie,czy Twórca zrzucał książkę ową w proteście czy ku poparciu szkolnych tłumaczeń jego pobudek, w które zapewne bardziej wierzyła nauczycielka polskiego,niż uczniowie...;)
Skądinąd należy przypuszczać,że przynajmniej w części pobudki do tworzenia były bardzo przyziemne - i nie chodziło tu o Rzeczy Wielkie, tylko ile za dzieło zapłacą...żeby Autor mógł koszulinę nową kupić i najeść się do syta. I napić zwykle też... ;)
Zatem jeśli Wielcy tego świata mogli przyziemnie myśleć, to ja też.
I przyznaję się do codziennego gotowania obiadów, które służą głownie męskiej zawartości domu, bo sama wracając wieczorami już obiadów nie jem, nie dlatego że dbam o linię(chrzanić to ) ale po prostu mi "nie wchodzi" taki mocno spóźniony obiad, no chyba ..żeby mu zmienić nazwę na wieczerzę;)
Znane było zalecenie Babci, ktora swej synowej mawiała zawsze:"Karm dobrze bestie" - a przez bestie należało rozumieć właśnie męską część domu.
No to ja mam trzy takie bestie. Każda ma nieco inne podejście do spraw kuchennych. Przykłady? Proszę:

1.Mężczyna chętnie pałaszuje obiadki domowe,ale cały czas uważa że gotuję hobbystycznie,bo bez tego żyć nie mogę (hehe) a on tylko korzysta, bo co sie ma jedzenie marnować... Bardzo wygodne podejście do sprawy ;) i dalej: Gotować owszem mogę SOBIE,ale najlepiej żeby działo sie to wtedy, gdy jego nie ma w domu, i żeby potem wywietrzyć,bo mu zapachy kuchenne ŚMIERDZĄ. A przecież wietrzę i nie ma zapachów jak w dziwiętnastowiecznej kamienicy czynszowej,gdzie tylko kapucha i pleśń (za to sąsiad-smakosz wciąga często powietrze na klatce schodowej i mówi:"fajnie u was pachnie...co gotujesz?")

2. Młody uwielbia moje obiadki i nie opowiada farmazonów o kuchennym hobby,ani mu nie śmierdzi;)
Młody prostu przyswaja z zapałem godnym lepszej sprawy;) Dziś miał być poza domem do wieczora. O 16 dostaję sms-a :" wracam za godzinę.Czy jest jakiś kotlet?please"
Nie było kotleta, bo był dzień warzywny. No ale kto by sie oparł takiemu sms-owi? ;)
Tak więc przygotowania do obiadów i obiady "na raty" trwały ponad 2 godziny.

3. i trzecia bestia. Zielonooki Kot. Ostatnio pojawia się głownie,żeby sie najeść. Bawić się nie chce, głaskanie ma w głębokim...poważaniu.
Liczy się micha. Przyswoił dziś pół torebki kociego żarcia i miskę mleka i dalej udawał umierającego z głodu,ale po dołożeniu mu do miski Whiskasa-nawet na niego nie spojrzał... z miłością za to wpatrywał się w garnek z krupnikiem, jakby wiedział,że w środku jest kostka, na której jest bardzo dobry kawałek mięska, na nie właśnie miał chrapkę:) No i dostał kawałek...

Cyrk na kółkach.

Ale co by nie mówić o "hobby" kuchennym...czy ono jest prawdą czy tylko życzeniem...
Czasem moja kuchnia jest dla mnie wybawieniem. Dziś ciężki dzień długo trzymał mnie w napięciu. Miałam żal do kogoś za sprowokowanie nieprzyjemnej sytuacji w pracy...i pewnie bym sie długo tak kisiła w podłym nastroju -gdyby nie moja kuchnia...w której trafiam do wszystkiego niemal z zamkniętymi oczami...zbawienna ,znajoma stałość wygłaskanych palcami  przedmiotów.
22:28, surfinia
Link Komentarze (12) »
niedziela, 09 grudnia 2007
szybko zapisane
Czasem popada się w pracy medyka w niebezpieczną rutynę, śmiem uważać
że jeśli nie połapiemy się na czas, że zaczynamy myśleć schematycznie bez dania sobie ważnego marginesu wyobraźni-to tak, jakby kawałek człowieka w nas umarł...
Zawsze uważałam medycynę za sztukę ,a nie "tylko" za rzemiosło.
Bo prawda jest taka,że z każdej niemal umiejetności można uczynić  sztukę...wszystko zależy od głębokiego przekonania , umiejetności, ilości włożonego serca i uczuć.
Ten sposób myślenia o zawodzie, który się kocha- ratuje w codzienności, kiedy brakuje leków, kiedy możliwości diagnostyczne są jakie są , pacjenci są zniecierpliwieni, a koledzy po fachu zmęczeni i sfrustrowani( ja też), w mediach mówi się o służbie zdrowia w Polce niemal wyłącznie źle...
Czasem opadają ręce. Dosłownie i w przenośni. Coraz częściej zresztą...
Wtedy trzeba szybko przypomnieć sobie jakieś dobre zdarzenia z życia zawodowego -z happy endem...albo sięgnąc po wspaniałą książkę, która utwierdza nas w przekonaniu że mamy rację nie dając się jako medycy spychać w krąg li tylko wyrobników.
Trzeba poszukać głębokiego sensu,żeby móc otrząsnąć się z niepowodzeń zawodowych i iśc dalej, z przekonaniem, że warto...

Kore to po grecku dziewczyna. A także – źrenica. Grecy mówili, iż duszę, w postaci maleńkiej dziewczynki, zobaczyć można przez oka źrenicę. Skąd mogli wiedzieć, że źrenica to jedyne okienko z widokiem na mózg, na jego nerwy wzrokowe?
A gdzie dziś podziała się dusza? Co mówi nam o niej medycyna? Czy w sobie też duszy wygląda? I szuka jej w swoich odwiecznych światach – gdzieś między życiem a śmiercią, zdrowiem a chorobą, nauką a sztuką, a także – w miłości.
Chodźmy więc na poszukiwanie razem z nią. Niech nas prowadzi. Przed nami wyprawa po duszę. Duszę medycyny”.

Prof.Andrzej Szczeklik w książce "KORE"


                                   



19:29, surfinia
Link Komentarze (10) »
sobota, 08 grudnia 2007
Mikołajów czas
Naokoło różnie się dzieje, jakieś przepychanki, kogresy partyjne, giełda zwyżkuje lub notuje spadek wartości akcji,ludzie wpadają w predświąteczny kołowrotek...
a w określone dni zaczynają grasowac po miastach Mikołaje . I dobrze,że się pojwiają, bo to jeden z milszych elementów przedświątecznych.
Zawsze się uśmiecham na widok brodatego gościa w czerwonej szatce, szybko przemierzającego ulice z workiem na plecach...nawet jeśli taki "Święty" jest "pod wpływem" procentówych napojów-wiadomo bowiem,że praca Św.Mikołaja jest odpowiedzialna i trudna-bo czasu na rozdysponowanie podarków -skrajnie mało, trzeba czasem wśliznąc się przez okno,szparkę-co to mysz by miała problem, nie mówiąc o kominie;) więc czasem dla rozluźnienia i rozgrzewki-i Mikołaj musi użyć elementu baśniowego ;)
A czasem takim "elementem baśniowym" jest częstowany przez obdarowywaną ludzkość, mniej wiecej podobnie jak babcia częstowała mocną nalewką listonosza, który póżniej miał kłopot ze wstaniem z krzesła:)
Swego czasu będąc młoda lekarką- miałam okoliczność badania takiego "zmęczonego" Mikołaja, znalezionego gdzieś w jakimś zaułku,wytytłany był niemożebnie jakimś błotem, czapka przekrzywiona,a potem to już w ogóle mu spadła, worka (już na szczęscie pustego) nie mógl się doszukać... Prawdopodobnie zakończywszy swoją misję- Mikołaj postanowił wznieśc kilka toastów za obdarowaną ludzkość z radości,że zdążył z powinnością zmieścić sie w terminie:) spał potem sobie pod murem, a ludziska stwierdzili,że na pewno zasłabł i wezwali pogotowie:)

Z tymi listami do Św.Mikołaja to też niezła gimnastyka bywała- dzieci głupie nie są i czasem trudno wyjaśnić z sensem, jak to się dzieje,że św.Mikołaj zabrał list z parapetu, kiedy okno było zamknięte szczelnie.
Onegdaj-kiedy mój syn był małym dzieckiem - z trudem udawało mi się wyjaśnić mu mnogość św. Mikołajów spotykanych na ulicy szóstego grudnia i parę dni po. I to,że czasem tacy młodzi byli i rzucali słowem powszechnie przyjętym jako ... przerywnik;)

Moja znajoma w tym roku znalazła specyficzy prezent, a może powinnam była napisać "prezent"- właśnie w cudzysłowiu. Na wycieraczce pod drzwiami w noc mikołajkową rozłożył jej się niedomyty, "aromatyczny" bezdomny(chyba bezdomny), trochę się bała bo jest osoba samotną, ale razem z koleżanką mieszkającą obok- doszły do wniosku,że może Św.Mikołaj miał jakiś głębszy zamysł, kładąc mężczyznę w sile wieku na wycieraczce samotnej kobiety, tylko trzeba by było obskrobać faceta z brudu,domyć ... :DD Koleżanka jednak chyba za długo się zastanawiała, bo nagle facet zniknął ;)
A może Św.Mikołaj patrząc z b oku,doszedł do wniosku,że euforia koleżanki jest...zbyt mała? I zabrał aromatyczne cudo... bo noc mikołajkowa krótka jest i może udałoby się ucieszyć facecikiem kogoś bardziej...? ;)
12:56, surfinia
Link Komentarze (13) »
wtorek, 04 grudnia 2007
mozna przecież i tak
Lubię jesień,ale nie taką jak teraz,kiedy czuję się jak nieostro zarysowana, przygarbiona postać na czarno-białym zdjęciu w starej, pogniecionej gazecie, ktora wpadła za szafę i po latach została odnaleziona...żeby chociaż "Pamiętnik znaleziony w Saragossie" ale nie, zwykła gazeta, z treściami zbyt codziennymi, nekrologami i ogłoszeniami o kupnie i sprzedaży.

Wczoraj w nocy wiatr wariował i chciałam nawet coś powiedzieć,ale nie mialam komu,to znaczy miałam,ale to by i tak nie odniosło skutku, bo nikt z nas zamieszkujących pospołu-nie ma mocy,żeby przemówić do rozsądku wiatrowi,że tak wiać się nie godzi, bo z tego nic dobrego, tylko niepokoje w sercach,myślach i duszach... Przyłożywszy zatem policzek do poduszki, rozłożyłam wiatr...
Nie na łopatki, ale na czynniki pierwsze.
I poza potępieńczym,żałosnym wyciem wiatru i jego opętańczą gonitwą między domami i drzewami, wyłowiłam też dźwięk flecików, dzwonienie wietrznych dzwonków i odległe skrzypienie drewnianej huśtawki dziecięcej...żałość odrzuciłam jako niewskazaną... ale dzwoneczki wietrzne dźwięczące jak w bajce Andersena:"Ach kochany Augustynie, wszystko minie,minie,minie" i obraz dziewczynki na huśtawce-posłużył mi jako kanwa do spokojnego snu...

                    "Przytul w ten czas nieludzki
                     swe ucho do poduszki
                     bo to co nas spotyka
                     przychodzi spoza nas"           ks.Jan Twardowski


22:00, surfinia
Link Komentarze (21) »
niedziela, 02 grudnia 2007
poobiedni wpis
Po obiedzie Mariolka sprzątała w kuchni, Mężczyźni trawili oglądając film o rafie koralowej...
-Ojciec, patrz jaka na tej rafie różnorodność życia- westchnął Młody w zachwycie...

-nie mamy się czego wstydzić w porównaniu-wtrąciła Mariolka-przecież u nas w domu też jest róznorodność życia : rybki w akwarium, "Roślina" vel "Jarzyna " (pieszczotliwe określenie Młodego;), pająki w jego pokoju hodowane z pieczołowitością w słabo odkurznych kątach, Piesek Kanapowy ( Mężczyzna), Zielonooki Kot i jego pchły oraz jego życie wewnętrzne a także jego pawie...no i ja żywy wieloczynnościowy organizm *
;)

Profilaktycznie Mężczyżni udali,ze nie słyszą ,albowiem każdy mądry człowek wie,że profilaktyka, to ważna rzecz...
Tylko Zielonooki Kot uniósł się honorem (przy okazji uniósł się też jego ogon) i wyszedł z domu dumnym krokiem nie zważając na miskę,która jest ostatnio jego głównym punktem pielgrzymek z dworu. Skądinąd ... miska była już pusta...


* ...organizm z pogranicza fauny i flory, z elementami zaawansowanej mechaniki sterowanymi naturalną inteligencją ;) (przyp. Surfinii;)




17:31, surfinia
Link Komentarze (15) »
sobota, 01 grudnia 2007
bo warto
Sprzatając od południa do teraz-słuchałam radia, mojego ulubionego,bo nadaje muzykę która nie przeszkadza, koi, zapala słońce w pochmurny dzień i lampę o ciepłym świetle wieczorem, sprawia że się uśmiecham, czasem tańczę ze ścierką do kurzu :).
I właśnie sie dowiedziałam,że rozgłosnia wydała drugą płytę RAM-cafe2 -znalazłam na Merlin.pl , bo byłam ciekawa co zawiera, a tam informacja jest o płycie nienajgorsza

                                                              


Ponoć już trudno dostać ją w sklepach...Poprzednia płyta-opatrzona jedynką -cały czas tym moim numerem jeden pozostaje,mimo że minął rok od jej wydania. Jeśli ta druga jest tak samo udana...to może warto uderzyć do Św.Mikołaja albo go wyręczyć ;)
Miły głos z radia opisał sposób doboru utworów,ale ujęło mnie to,co usłyszałam na końcu... bo ponoć w ostatnim utworze na samym końcu ktoś mówi,że : "świat jest piękny i warto żyć".

No przeciez to żadne odkrycie, a jednak ...trzeba o tym mówić, na wypadek gdyby ktoś zapomniał, albo przytłoczony ciężarem zdarzeń przez chwilę to negował...

A choćby taka Mariolka, której Mężczyzna uczcił swoje urodziny robiąc porządek w swojej szafie!!!:DDDDDDDDDDDDDD -spojrzała do owej szafy i mruknęła:
-warto żyć , żeby TO zobaczyć... :)

Bo warto;)



16:30, surfinia
Link Komentarze (9) »
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes