moja jesień gra bossanovą...
RSS
czwartek, 24 grudnia 2009
Już Wigilia...
Grypa czy coś grypopodobnego w okresie tuż przed Świętami to jedna z najbardziej kłpotliwych "niespodzianek", zwłaszcza jeśli ci, z którymi się Święta spędza- bardzo liczą na smakołyki"jak zwykle" a nie mają zielonego pojęcia o kuchni...
Właśnie mnie taka niespodzianka spotkała, na szczęscie duch jeszcze jakby mocniejszy od ciała nakazał mu (nieco biblijnie;) -
"wstań i idź" (do kuchni!), więc ciało nieco sfatygowane i blade oraz zasmarkane - a jakże-wstało i poszło. Wprawdzie wędrówki po domu odczuwam prawie jak wyprawę na Everest, ale jakoś się pozbierałam,dzięki czemu moja rodzinka nie będzie musiała jeść pierogów kupionych w sklepie zapijając barszczem z torebki...
Ok, nie o żarcie chodzi, ale o tradycję. Ale jak zobaczyłam te żałosne spojrzenia , to mi się facetów żal zrobiło.
Nie tak miało być...ale chooby kładą zawsze nawet najmisterniejsze plany. To jest coś,na co zwykle nie mamy większego wpływu.

Zatem Wszystkim moim Znajomym i Nieznajomym,którzy tu zaglądają-życzę przede wszystkim ZDROWIA zarówno w Święta jak i w następnym Roku.
Bo wtedy reszta się zawsze jakoś ułoży!

                      




00:58, surfinia
Link Komentarze (44) »
wtorek, 08 grudnia 2009
dwóch takich
Podobno kobiety idąc po ulicy-niezależnie od tempa - najchętniej patrzą w okna wystawowe głownie po to , żeby ocenić mniej lub bardziej krytycznie (lub bezkrytycznie ) swój wygląd, a nie by śledzić asortyment wystawiony na pokuszenie.

Czasem mi się to zdarza. Odruchowo. W końcu jestem kobietą.
Ale wolę patrzeć naokoło. Pod warunkiem,że akurat nie jestem zdołowana czy bardzo zmęczona, co siłą rzeczy ciągnie moje oczy w dół.
Jeśli długo nic nie zauważam, a raczej: jeśli przez dośc długi czas nic nie przykuwa mojej uwagi- to zaczynam się martwić. Bo to może oznaczać, że zmysł obserwacji mi się stępił, a w jego zastępstwie nie mam nic wystarczająco satysfakcjonującego.
Ale to mija.
Życie pcha mi się bowiem samo przed oczy i czasem dziękuję za jego nachalność . A czasem zupełnie nie.

Dwie przykładowe migawki.
Pierwsza miała miejsce tuż przed Mikołajem.

Na przystanku tramwajowym umiejscowionym w bardzo ruchliwym punkcie miasta, tam gdzie na zielonym świetle samochody jadą szybko i tłumnie - młody mężczyzna ( a właściwie z mego punktu widzenia-chłopak) poczekał aż sznur samochodów obok zagęści się odpowiednio i wskoczył na barierkę szerokości ok.3-4 cm , która oddzielała przystanek od zatłoczonej jezdni. Zaczął po tej barierce spacerować -przyznaję,że dość sprawnie,ale jednak nie zawsze balansował pewnie. Popisywał się przed kolegą. Gdyby postawił jeden fałszywy krok-spadłby na jezdnię pełną rozpędzonych samochodów i ...zapewne mało byłoby do zbierania.
Nie mówiąc o tym,że ktoś rozpaczliwie usiłując zahamować -najprawdopodobniej sprowokowałby karambol.
Kompletny brak wyobraźni, fanfaronada. Byłam bardzo zmęczona po dwóch pracach, ale skrzywienie zawodowe kazało mi śledzić każdy krok chopaka, bo jakby spadł...musiałabym go ratować:/ nie było innej opcji.
I tylko w penym momencie pomyślałam: przeciez w torebce nie mam nawet jednorazowych rękawiczek, bo w sumie nie jest to
artykuł ,który zwykle kobieta nosi... I byłam na siebie zła. Tak ,jakbym w przewidywaniu idiotycznych popisów - miała psi obowiązek targać ze sobą pół apteczki i może jeszcze aparat ambu???


Druga migawka z dnia dzisiejszego. Stałam na światłach i patrzyłam z nudów w okno. Mój wzrok zatrzymał się na sylwetce lekko zgarbionego mężczyzny, który wyraźnie chciał sie upodobnić do wizerunku Chrystusa (taka była moja pierwsza myśl na widok jego fryzury) i ...skojarzenie okazało się być całkiem sensowne.
Mężczyzna podszedł do kolektury "Lotto" stanął bardzo blisko jej okienka. po czym szczególnym ruchem podniósł obie ręce ku górze-tak jak robią to księża w kościele , a następnie złożył
obie dłonie jak do modlitwy i nie spuszczając wzroku z mało atrakcyjnego budyneczku kolektury "Lotto" pochylił głowę i złożył pełen szacunku ukłon:) Sytuacja powtorzyła się dwukrotnie w krótkim czasie,zatem można przypuszczać,że tenże mężczyzna czcił tak "Lotto" już jakiś czas...Może...po latach udało mu się coś wygrać? ;)
Właściwie to było tak niedorzeczne, że zastanawiałam się,czy facet ma coś z głową,czy po prostu robi to dla zgrywy.
Niezależnie jednak od tego było to zabawne i nikomu krzywdy nie miało szansy zrobić.

Dwie migawki. Na kanwie każdej można ułożyć krótką lub rozwlekłą opowieść. Zdecydowanie jednak wolę oglądać wariatów kłaniających się kolekturze, niż chłopaków, którzy narażają swoje i cudze zycie...




22:12, surfinia
Link Komentarze (11) »
sobota, 05 grudnia 2009
w każdym z nas jest coś z dziecka
Jak to osoba dobrze po 40-stce- wracam czasem do przeszłości-dużo częsciej niż przed 10 czy 20 laty:) -taka jest kolej życia i nic tego nie zmieni...
Pamietam średnio-zasobny dom rodzinny, gdzie prezenty mikołajowe były skromne,ale zawsze,zawsze cieszyły. Radości tej towarzyszłyły dziecięce emocje: bo paczki pojawiały się w nocy jakoś dziwnym trafem,kiedy znużone czekaniem powieki same się zamknęły, choćby na małą chwilę. Potem zastanawiałam się czasem, czy Mama nie spała w nocy i czekała, aż my zaśniemy?
Później już w czasach studenckich,kiedy nie zawsze wracało sie do domu na Mikołajki...bywało smutno, bida była z nędzą, a w studenckiej kieszeni było zbyt dużo wolnego miejsca...Ale większośc z nas tak miała. Wtedy też patrzyło się z sentymentem, jak po ulicach przemykali nie-święci Mikołaje, w róznym stanie trzeźwości. Nikt jednak nigdy nie słyszał o tym,że Mikołaja ktoś napadł,ograbił czy uszkodził. Taki biegający po ulicy Św.Mikołaj miał status szczególny,wydaje się,że był wręcz...nietykalny.
Kiedy mój syn będąc małym dzieckiem uzyskał pewną świadomość szczególnych wydarzeń mikołajkowych-często gęsto musiałam wynajdować jakieś satysfakcjonujące go wyjaśnienia,dlaczego : "Jeśli jest JEDEN Św.Mikołaj, to po ulicy biega ich wielu?"? Im starszy był mój syn, tym było trudniej tłumaczyć :)
Zaś moja córeczka chrzestna, była"szybsza"bo kiedyś w Mikołaju,który przyniósł prezenty rozpoznała własnego ojca:) ale PO BUTACH!!!! I zaraz maluch dwuletni - wykrzyknąwszy "TATA!" wisiał na Mikołaju ciagnąc go za brodę.
Jednak w mojej rodzinie nadal pokutuje zasada: "Jeśli nie wierzysz w Świetego Mikołaja-prezentu nie dostaniesz".
Więc wszyscy na wszelki wypadek wierzą w brodatego dostawcę radości. I nieważne,czy jest to duży prezent, czy -częściej- bardzo drobny, bo co roku spotykamu się całą rodziną (kilkanaście osób)w tym dniu, więc trudno byłoby każdego obdarowywać czymś wiekszym...darowujemy sobie więc drobiazgi,ale pomysłowe, najczęciej ładnie zapakowane. Przecież nie o cenę prezentu tu chodzi, ważny jest fakt, a zwłaszcza szczególna, miła tradycja, która niezbędna jest dzieciom , a w dorosłych budzi  dziecko uśpione.
I niech tak zostanie.

14:36, surfinia
Link Komentarze (9) »
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes