moja jesień gra bossanovą...
RSS
piątek, 27 kwietnia 2007
domowy rezerwat nietoperzy ;)
Jest takie powiedzonko dość popularne wśród młodzieży - że "starzy " są jak nietoperze-niedowidzą,niedosłysza ale czepiają się wszystkiego ;)
U mnie w domu wyjątek być może potwierdza regułę,nie wiem-bo zorientowałam się dziś właśnie,iż nietoperze to mam...dwa! Jeden starszy w moim wieku, a drugi dużo młodszy, krew z krwi ;)
To co wyprawiały te dwa Netoperki dziś (nie) zasługuje na osobną opowieść;)
działały jednak dokładnie w myśl instrukcji-powiedzonka, usiłowałam ich..."rozczepić" bo z braku laku czepili sie siebie;) ale próba rozczepienia nie powiodła się. Jeszcze przyczepili się do mnie-jak to nietoperze :)
Straciłam cierpliwość,nie przeczę. Żołądek skurczył mi się do wielkości piąstki noworodka.
Poszłam do kuchni i spojrzałam w okno.
I wszystko mi...przeszło po chwili, żołądek wrócił do normy.
W róznych filmach widywałam czasem taką sytuację, że ktoś gada, gada,coraz bardziej zaczepnie, "nadaje" ,zaperza się...a osoba, do której to jest skierowane-nagle otula się wyimaginowaną "pierzynką" z czegoś bardzo lekkiego,bardzo dobrze pochłaniającego dźwięki z zewnątrz. To właśnie zrobiłam, chmurko-kołderka izolacyjna znalazła się jak na zawołanie-choć...nie wołałam, tylko stanęłam nieco bezradnie przy oknie patrząc w niebo.
A na niebie błękit i nawet jakiś duży ptak przeleciał...pokontemplowałam sobie gałązki na drzewie podokiennym, dwa psy uganiające się za sobą. Przypomniałam sobie słowa,które dziś dostałam -ciepłe ,ujmujące, tchnące obietnicą. I lekkim smutkiem.
Mam o czym myśleć i wcale nie muszę uczestniczyć w walkach Nietoperzy na słowa.
I jeszcze coś - mam kilka dni wolnego i ..NIE ZAWAHAM SIĘ ich użyć!
...w najlepszy możliwy sposób. O ile coś mi tego zamiaru nie zepsuje...
Do zobaczenia za tydzień :)
Spędźcie miło te dni,niezależnie od tego jak-byle miło:)




21:19, surfinia
Link Komentarze (30) »
czwartek, 26 kwietnia 2007
co sie wiąże z warkoczykami?
Całkiem niedawno (jakieś...dwa lata temu,ale co to znaczy w porównaniu z latami świetlnymi? ;) na spotkaniu klasowym ktoś powiedział: "Su, nie mogę zapomnieć twoich zawadiackich warkoczyków".
:) nie sądziłam,że te warkoczyki ktoś jeszcze pamięta.Nosiłam je na przełomie
I i II klasy liceum,to nie były zwykłe warkoczyki,tylko indiańskie, z wplecionymi rzemykami. Śmieszne, wcale nie grzeczne. Bo ja wtedy miałam dusze Indianki, przynajmniej chciałam ,by tak było. I byłam strasznie poważna, bo chciałam być dorosła. Przeszła mi-i ta powaga i chęć bycia dorosłą,ale dużo,dużo za późno :)
Przyczepiły się do mnie te warkoczyki od kilku dni,łażą za mną i śmieszą , i chwilami jednak czuję się zniecierpliwiona. Bo ja przeciez warkoczyków już dawno nie mam, w moim wieku to najwyżej mogę sobie zapleść coś na wakacjach,ale najlepiej wychodzi mi wyplatanie andronów.
Przypomniałam sobie też, jak razem z tymi warkoczykami siedziałam nad brzegiem jeziora (wakacje były) , na kolanach trzymałam blok,zaopatrzona byłam też w kredki. Wgapiona w zachód słońca usiłowałam go uwiecznić.
Ale wyszły bohomazy. Buntowałam się, bo w duszy prócz Indianki-miałam malarkę. Ten nieudany zachód słońca,niezdarnie wysmarowany też się do mnie od paru dni przyplątał jak karykatura jakaś! Jak rzep do psiego ogona. Doprawdy.

a z lekarskiego punktu widzenia...może z warkoczykami to jest tak jak z amputowaną kończyną? Już jej sie nie ma...a nadal się wydaje,że jest...czuje się ją...



23:19, surfinia
Link Komentarze (22) »
środa, 25 kwietnia 2007
Lybkę ciem;) czyli dwa dialogi na cztery nogi
-Lybkę ciem! - powtarzał (za każdym razem głośniej) młodzieniec małoletni uwieszony ręki swojej mamy.
-przed chwią zjadłeś frytki! jeszcze chcesz rybkę??
-nie jeść, ja ciem takom lybkę! -tu młodzieniec wskazał na przechodzącego obok młodzieńca z dmuchaną rózową rybą (wielkości kajaka) pod pachą.
Przetarłam oczy. Gumowy nadmuchiwany stwór był skrzyżowaniem delfina z rekinem.
-taka rybka to jest rekin-powiedziała mamusia młodzieńca.
-nooooooooooooooo, ja ciem takiego lekinkaaaaaaaa!!!!

Nieszczęściem dla matki młodzieńca -na ulicy pojawiło sie jeszcze kilku całkiem dorosłych ludzi z dmuchanymi kolorowymi rekinami pod pachą.
Ulica zgłupiała-pomyślałam i już nie słuchałam chłopczyka, który"chciał lekinka"
zaczęłam się rozglądać "skąd rekinki napływają"
Chyba rozdawali je pod mającym się otworzyć nowym super kompleksem sklepowo-bankowo-biurowym pt. "Arkady Wrocławskie" - a właśnie przechodziłam "mimo".
Może jak już otworzą to pójdę się pogapić,ale nie na sklepy, tylko na prawdziwe rekiny w 9 metrowej wysokości akwarium w tym (rzeczywiście pięknym!) budynku. Ale nie wiem, czy mnie wpuszczą ;)
albowiem...ale nie,zacznę od początku:)

Kiedy wszycy nasi pacjenci przewidziani na dzień dzisiejszy byli obejrzeni,opisani, poinformowani,etc.- Z. wyciągnął "Gazetę".
-ooooo, otwierają się "Arkady Wrocławskie"- ponoć "sklep dla bogatych trzydziestolatków"
-to ,co starszych nie wpuszczą?
-może tak być, będą legitymować, a powyżej 40-stki-won
-bardzo śmieszne(to ja)
- :))))))) muszę tam iść!!! (to Z.)
- a ty gdzie????przecież za chwilę będziesz miał 40 lat!
-ale do sklepu przed 40-stką jeszcze zdążę a ty nie,hehhhehhe
-MAŁPA! :)
-może i małpa, ale wiesz co? opowiem ci jak było;)
-małpa po dwakroć!!
-ale mnie lubisz,nie?
Rzuciłam w niego długopisem... trafiłam.Nie darmo trenuję rzuty papierami do kosza;)
-A to co? zamach??prześladowania??? zabić mnie chcesz???
-mój drogi Z.-to raczej odpowiednik "ostrzegawczego strzału w tył głowy" ;)
Nie mam zamaru cię wyeliminować ZANIM nie skończysz 40 lat :) bo mam ochotę wypic za twoje zdrowie i wygłosić płomienny toast:)
-nie będe obchodzic urodzin!!!
-to ci sie tylko tak wydaje;)


....zemsta będzie słodka:)





21:14, surfinia
Link Komentarze (22) »
wtorek, 24 kwietnia 2007
i wszystko jasne...
Na tarasie siedzę z nogami na drugim fotelu. Laptop na kolanach, a pszczoła chce mnie ugryźć w pietę już od jakichś dobrych 5 minut. Ja pisałam już w niedzielę,że pszczoły głupieją i zabierają się do rzeczy zupełnie innych niż powinny, zupełnie jak nasz rząd.
Ale rządem sobie głowy zaprzatać nie zamierzam, bo znużył mnie ten duszny wtorek, ale mam odtrutkę co się sączy z pokoju na pohybel temu panu co włączył kosiarke i trawę rżnie. Ale niech rżnie, ładnie będzie.
A odtrutka ...TA odtrutka
w białej dość ascetycznej obwolucie...
z czarnymi rysunkami uczynionymi tuszem jakby
Jedna z takich płyt, którą gdy tylko zobaczyłam-jeszcze NIE słuchając-wiedziałam,że jest wspaniała. Tak jakby dźwięk mógł przejść przez palce:) czarując:
" weź mnie..no weź mnie do siebie, dla siebie...nie pożałujesz..." I jak tu się oprzeć takim czarom i muzycznym szeptom? :D
"Between us and the light" Możdżer-Danielsson-Fresco.
I wszystko jasne!

...a jeden z utworów na tej płycie kapitalnie pasował mi do ścieżki dźwiękowej
filmu "Jasminum"...a przecież do tego filmu muzykę napisał Konieczny!
Muszę chyba poszukać, czy ci panowie nie mieli ze sobą jakichś diabelsko-anielskich konszachtów:)




17:43, surfinia
Link Komentarze (29) »
niedziela, 22 kwietnia 2007
czasem...
Zazdrość jest paskudnym uczuciem.
Ale czasem kiedy czytam coś, co mnie zachwyca
oglądam coś co mnie obezwładnia swą urodą
słucham czegoś,co dech zatyka
Zazdroszczę.
Że tak nie potrafię -napisać, namalować, zagrać, skomponować.
Bo może i mam w sobie obrazy, co cieszą moją duszę
Muzykę co koi moje serce
Słowa, które dotykają sedna w sposób najtrafniejszy i piękny
Ale nie potrafię tego wydobyć z siebie.

...A czasem nie zazdroszczę tylko się cieszę, że chociaż w sobie mam to bogactwo.
Że zamknięte przed zewnętrznym światem? No trudno. Zatem niech będzie moje jeśli nie można inaczej...
23:22, surfinia
Link Komentarze (28) »
sezon otwarty:)
Z piosenką "Queen" na ustach "Bicycle,bicycle!" pojechałam na rower-po raz pierwszy w tym roku! :) Powiedzmy,że sezon rozpoczęty. No... te moje szumnie nazwane"sezony" to nie są tak spektakularnie rowerowo wykorzystwane jak u mozarta64, ale się staram. O ile oczywiście "wycieczka" mniejsza lub większa nie wpadnie na "genialny"pomysł, by się przejechać marne...80 km. O nie. Nie ze mną te numery. Ja najchętniej to tak-do 30-GÓRA 35 km, więcej to już męka. A rower dla mnie nie ma byc męką lecz przyjemnością.
No i dziś sie udało tak jak lubię- 25 km, ale jakie! To było 25 km zachwytów nad przyrodą :)
Co ja będę pisac...albo napiszę: zieleń w setkach odcieni. Świergolenie ptaszęce. Żaby w stawie i ryby w rzece, i UWAGA!! marga77! -one nie były martwe i "orientowały się" POD PRĄD! :) Jak trzeba!
I dalej...ach dalej:) Dalej to były przeogromne połacie ostro żółtego rzepaku.
Ja bym sobie takiej kiecki w tym kolorze-nigdy,przenigdy nie uszyła ani nie kupiła. Ale przyrodzie w tej kiecce tak do twarzy!:)
Stajemy z rowerami przy tej połaci...a tu zapach taki,że no mówie wam, cud-miód.
-ale coś CICHO nad tym polem...nic nie bzyka!
-..a może nie bzyka, bo w ciszy "bzyka"???
-no co ty, przeciez pszczoły jak "bzykają" to z dźwiękiem!
-no pewnie, a co sobie będą żałować... ;)

Hm. Gdybym wierzyła w rózne wcielenia ludzkie,to jedno wiem na pewno.
W żadnym wcieleniu nie byłam pszczołą, bo gdybym była- to chyba bym iwedziała, JAK one to robią? to znaczy-dżwięcznie czy bezdźwięcznie :DDD Parafrazując znany przebój- "to nie ja byłam pszczołąąąąąąąąąą" ;)

...z 50 metrów dalej patrzę- jest pan pszczelarz ubrany w charakterystyczną odzież ochronną i coś majstruje przy ulach.
Ja wiem-pewnie stosuje łagodną lub ...mniej łagodna perswazję wobec pszczół, najoględniej mówiąć pewnie je WYKURZYŁ z uli ,żeby się wreszcie wzięły za robotę, zanim rzepak przekwitnie.
Normalnie przyroda też się rozleniwiła. Dobrze,że póki co drzew i kwiatków to nie dotyczy :)



20:02, surfinia
Link Komentarze (8) »
efekt
Niedziela biegnie średnio-leniwie, na szczęście słońce za oknem choć lekki chłod jednak, Młody szykuje się ,żeby pograć z kolegami w koszykówkę, umawia się z nimi via komputer ;) ja myślę nad rowerową wycieczką zaraz po lekkim obiedzie.

Sterta upieczonych wczoraj rogalików z konfiturą różaną zmniejszyła się do zaledwie kilku sztuk.
Młody usiadł przy mnie jeszcze przed śniadaniem, omawialiśmy jego wyjazd na długi weekend. Nagle słyszę jakieś "straszne" dźwięki hydrauliczne niemal gdzieś tam zgłębi "jestestwa" młodego

-co to???? :)
-mamo, to REWOLUCJA ROGALIKOWA
:D

Różne rewolucje miały najrózniejsze symbole- jak wiadomo-gwiazda czerwona, goździki (Rewolucja w Portugalii -1974r) , pomarańczowe sztandary...
ale rogalik jako symbol rewolucji - jest najzabawniejszym ze znanych, ba! z nowo poznanych;) bo czyż do dzisiejszego ranka miałam o tym pojęcie?
No bo...jaka rewolucja,taki symbol ;)

z ostatniej chwili: w krzakach tuż przy oknie mamy gniazdko rudzików! trzeba zatem zachowac ciszę...zdjecia narazie nie będzie, gniazdko głęboko jest położone,nie trzeba ptaszęctwa  płoszyć... :)
14:15, surfinia
Link Komentarze (11) »
sobota, 21 kwietnia 2007
czy to przypomnienie?
Z panem I. to było tak, że współpracowaliśmy . Bardzo życzliwy i pomocny był wtedy, wyniosłam z tej współpracy wiele, bo mi pomógł na "nieznanych wodach" dość dużo.
Jakoś tak się stało, że potem musiał zmienić miejsce pracy, co uniemożliwiło dalsze działania ręka- w rękę.
Ale i tak czasem się pojawiał, nawet znależliśmy idąc "po nitce do kłębka" jakichś wspólnych znajomych od strony naszych rodziców!:) Świetnie nam się rozmawiało, choć nie były to długie rozmowy, bo ja zawsze w pracy zajęta, a i on biegł do swoich rozlicznych obowiązków rozsianych to tu,to tam. Potem zaczął potrzebować mojej pomocy,która zawsze była.
Pewnego dnia bez powodu przyniósł mi dwie przepiękne, bardzo eleganckie filiżanki, a ..nie mógł wiedzieć ,że do filiżanek mam słabość. Nigdy mu tego nie powiedziałam! Tak czy siak, migałam sie od przyjęcia ich jak mogłam,ale postawił mi je na biurku i poszedł.
Za dwa tygodnie dowiedziałam się,że ciężko zachorował. Powiedział mi to z uśmiechem, choć wiedziałam,że sie boi. Ale głosno śmiejąc mówił mi,ze sie nie da chorobie.
Od pewnego czasu jednak...cisza.
Za to ja dziś otworzyłam szafke i pierwsze co zobaczyłam-to te dwie filiżanki.Stały tam zresztą od dłuższego czasu,ale  nie wpadały  nigdy w oczy AŻ tak.
Aż do dziś.
Więłam jedną z nich, zaparzyłam kawę. I zastanowiłam się, dlaczego właśnie dziś te filiżanki znów przykuły moją uwagę?
Chyba...musze zadzwonić do pana I. ? Może...na TO właśnie miałam wpaść?


Być może,kiedy głupi człowiek jest niedomyślny...muszą wkroczyć do akcji przedmioty... ;)
Oby tylko tak:)


17:42, surfinia
Link Komentarze (29) »
poranek mój dzisiejszy
O poranku sąsiad włączył wiertarkę. Zdaje się,że chciał to zrobić dyskretne,ale mu nie wyszło :D bo z wiertarką -to zwykle...nie wychodzi taka dyskrecja;)
Z żalem pożegnałam się z łóżkiem, bo leżenie w dźwięku wiertarki nie należy do tego,co Misie lubią najbardziej.
Słońce o poranku ucieszyło mnie, bo kiedy widzę wszystko w złotym optymizmie co spływa z nieba - to... i jakby poezji we mnie więcej ;) Bo bez tej poezji " w środku" to naprawdę trudno mi żyć. Więc jej szukam.
Milczę , bo wiadomo,że "gdy się milczy,milczy, milczy to apetyt rośnie wilczy na poezję- co byc może drzemie w nas..."(Jonasz Kofta)

ale niestety już napełzły jakies chmury zatem-witaj szara prozo ;) - idę sprzątac piwnicę...(ech) Trzeba zrobić to i owo,zeby w przyszłym tygodniu z czystym sumieniem móc wyjechać na "przyrody łono" na całe 6 dni! :))

A jeszcze zanim zanurze się w "piwnicznej izbie" to napomknę.
Wczoraj niespodziewanie-po zakończonym badaniu starsza pani rzuciła mi się do rąk i ...(mój Boże!) w rekę mnie pocałowała...!!!Nie zdązyłam sie wyrwać. Osłupiałam.Nie nawykłam (no mężczyznom się czasem zdarza,ale nie w takich okolicznościach...)
Pani owa - mogłaby być moją matką albo i lepiej...onegdaj została wyleczona z ciężkiej choroby, którą mało kto jest w stanie przeżyć. Od tej chwili chwali każdy dzień , a lekarzy kocha:)





10:50, surfinia
Link Komentarze (16) »
piątek, 20 kwietnia 2007
...a od Profesora WARA!
Włączyłam radio o poranku. "Profesor Miodek współpracował z milicją"-dokładnie, precyzyjnie powtórzone przeze mnie słowa, bo pamięć to ja mam.
Co poczułam? WŚCIEKŁOŚĆ!, bezradność, zachciało mi się płakać.
Dlatego,że znów sie opluwa, obrzuca błotem uczciwego,fantastycznego człowieka, "ikonę" Wrocławia(nie lubie tego słowa"ikona" i pewnie Profesora też by zęby bolały,ale pasuje jak ulał niestety). Człowieka będącego samą życzliwością, otwartego na ludzi tak,że nie wstydzą się podejść do niego w tramwaju czy autobusie i powiedzieć:"Panie pofesorze, mam problem językowy"
I profesor ów problem w autobusie rozwiązuje, a wszyscy go słuchają...:)
Podstaw do opluwania - z tego co zdążyłam do tej pory przeczytać-nie ma.
Ktoś znów postanowił zaistnieć.
Bo profesor po wyjeździe na stypendium został wezwany i musiał swój pobyt opisać. I co z tego? Mało który z naukowców nie był w tych czasac nękany.
Niedługo komuś, kogo kiedyś zatrzymała milicja i wlepiła mandat-też się zarzuci współpracę, bo rozmawiał z władzą. Nie szkodzi,że 10 minut w trakcie wypisywania mandatu.
Moi koledzy ze studiów na szlaku w górach spotkali faceta. BYł fajny i jakos im się razem dobrze szło. Był z Wrocławia, więc po przyjeździe też się spotkali,nawet na jakiejś zakrapianej bibce u nich na stancji,gdzie oczywiscie wisiały prześmiewcze plakaty ,leżały jakieś ulotki (stan wojenny był).
Za kilka dni była u nich rewizja. Bo sympatyczny facet ze szlaku był z SB.
Oni o tym nie wiedzieli, ale wpuścili go do domu,pili z nim, według zatem obecnie obowiązujących pseudo-norm obyczajów z tamtych czasów - można by powiedziec,że moi koledzy WSPÓŁRACOWALI z SB.
I tak dalej.
Jesłi juz ruszyło to groteskowe polowanie na czarownice-to niech udostępni sie te teczki wszsytkie,od razu, a nie "kapie" po jednym głosnym nazwisku co kilka dni, czy sa podstawy czy nie- żeby tylko ludzi dołować, żeby sobie nie myśleli, że w tej anormalności moze być czasem normalnie, żeby broń Boże nie przyzwyczaili się do spokoju. I żeby nie został an i jeden lubiany człowiek
" z nazwiskiem" bez zarzutów. I żeby zabrać nam każdy autorytet.
...Rzucają kamieniami ci, którym można zwykle bardzo,bardzo wiele zarzucić...
Hm...zwykle są (ponoć) wierzący, więc czemu nie biorą pod uwagę słów:
"Kto z was jest bez winy -niech pierwszy kamieniem rzuci"

Profesor Miodek powiedział :"zaczyna się moje piekło"
A ja mówię : WARA od Profesora Miodka! Tego autorytetu ani ja ani bardzo wielu ludzi nie da sobie odebrać tak łatwo.

...zwłaszcza , że już wiadomo,że we wrocławskich archiwach IPN -nie ma nic,co by mogło obciążać Profesora. Co jest w Warszawie i czy w ogóle cos jest?
Mam wrażenie,że to coś "urodziło się" jedynie w głowie niejakiego pana Brauna,który dziennikarzem jest i podobno reżyserem. Ja tam o nim nie słyszałam. On nie chce ujawnić co wie, więc jeśli niee chce-to po co zaczyna?
Nie słyszałam o nim jako o dziennikarzu i rezyserze. Jeśli chce wyrobić sobie"nazwisko"  na cudzym nieszczęściu to najgorsza droga jaka może być,bo draństwo ma to do siebie,że często bywa jak bumerang- wraca do autora.
14:57, surfinia
Link Komentarze (35) »
czwartek, 19 kwietnia 2007
wieczorem
Właściwie to jedyna korzyścią z tego,ze jakiś czas temu ukradziono nam godzinę snu
jest to, iż kiedy wieczorem wracam z pracy do domu - to mi się wydaje ,że to jeszcze nie wieczór i że mam jeszcze czas.Na co? na życie :)
Z rozczuleniem przyglądałam się dziś księżycowi "na nowiu" (chyba?) bo wyglądał kubek w kubek jak wąziutki obcięty paznokieć niemowlęcia rzucony na niebiesko-różowe niebo. Ten fragment nieba " z kawałkiem księżyca" to był mój jedyny dziś kontakt z naturą.
Aha.
Był u mnie w przychodni starszy pan. Dałabym mu...z 70-75 lat GÓRA.
Przyznał się do osiemdziesięciu pięciu!
"Ja -pani doktor- osiemdziesiat pięc lat żyję, ale ani razu w szpitalu nie byłem,a do lekarzy to chodzę dopiero od jakichś..trzech lat,no bo przecież trzeba czasem zdrowie skontrolować ;)
Pogratulowałam mu świetnej formy, bo w istocie-świetna ona była:)
Zadowolony zdradził mi swoją tajemnicę : " najlepszy sposób na długowieczność to bardzo duzo się śmiać i nie przejmować się tym, czym nie trzeba. No i jeszcze ...kieliszeczek koniaczku codziennie koniecznie.Taki niewielki naparstek;) "

Mam zaledwie jedną trzecią szans. Dużo sie śmieję.
Ale się przejmuje róznymi rzeczami-dużymi,małymi i to wszystko " w środku".
No i koniaczku nie lubię!!!! :)

...za to lubię Burta Bacharacha. Od dziecka niemal. Jestem w stanie "przełknąć" każdego hollywoodzkiego gniota i nawet łezkę uronić,jeśłi tylko muzykę do gniota on komponował.
Sprawidziłam...jakie te jego utwory stare!!! a jak brzmią cały czas.





21:55, surfinia
Link Komentarze (9) »
środa, 18 kwietnia 2007
o marudzeniu i innych rzeczach
Od niedawna pracuje z nami nowy kolega. Przeniósł się do nas ze spokojniejszej placówki i z dnia na dzień oczy ma coraz większe, bo wydaje mu się,że dostał się w obszar huraganu,tyle -że normalny huragan z czasem przycicha, a my mamy "swój huragan codzienny" do którego nawet mozna się przyzwyczaić ;) Ale "element napływowy" ma z tym problemy, w sumie sie nie dziwię;)
Kolega -miły jest,ale niezmiernie lubi narzekać- na niesprawiedliwość świata, na "ten kraj nad Wisłą" w którym mu sie nic nie podoba i takietam.
Ostatnio nawet powiedziałam mu :" znasz 11 przykazanie? nie dołuj bliźniego marudzeniem" ;)
Bo każdy ma prawo do marudzenia i należy to prawo szanować! Ale nadmiar marudzenia jest bezcelowy i męczący.
No to kolega zwinął się i poszedł do koleżanki poskarżyć się, że "on tak sobie lubi ponarzekać, a Su mu nie pozwala!"
...poczułam sie jak...ekonom;)

Dzis był dalszy ciąg. Y. przyszedł z zamiarem ponarzekania na sytuację społeczno-polityczną ;) a mnie czas uciekał, pracy miałam huk, a czasu mało,zatem na jego uwagi reagowałam porozumiewawczym mruczeniem i półsylabami, jednocześnie szybko pisząc na komputerze, dbając by sie nie pomylić. Nie zdzierżył
"Wyglądasz na osobę , której NIC nie obchodzi! jak to możliwe???"                              
...tąpnęło mnie, zabolało.
Nie znamy się bliżej. Ci co mnie znają, wiedzą- że mozna o mnie byc może wiele powiedzieć ( oby;) ale nie to,że jest mi "wszystko jedno"
Powoli zdjęłam ręce z klawiatury, odgarnęłam włosy z czoła i..wygłosiłam "mowę tronową";) , wyszła nieco papierowo-wiem,ale inne słowa mi sie nie nasunęły...

Mam ściśle specyzowane poglądy-zarówno dotyczące życia politycznego jak i pozostałych sfer życia, podstawy tych poglądów są dość stałe, mocne i właściwie niezmienne. Swojemu zdaniu na wiele tematów daję upust gdzie się da. Ale nie widzę powodu,żeby narzekac na wszystko ,zawsze i "zamiast". Każdy ma prawo, ja rozumiem,ale nie przyłączę się. Nadmiar narzekania dołuje mnie, wysysa ze mnie energię,zaczynam widzieć przed soba tylko mur niemożności,więc unikam. Doskonale zdaję sobie sprawę z niedoskonałoci tego świata, ale żeby nie zwariowac szukam dobrych stron, staram się dla własnego spokoju ( i innych ) znajdować pozytywy. Nie zamierzam biegać po pracy i rwać włosów z głowy dlatego,że jakies oszołomy zrobiły to lub tamto,albo czegoś nie zrobiły. Ja w pracy potrzebuję skupienia, bo o pomyłkę bardzo łatwo. Moje poglądy na ten czas staram się odłożyć na bok.
Co nie znaczy,że jest mi wszystko jedno, bo nie jest. Ja po pristu chcę,żeby ludzie pracujący ze mną czuli sie spokojnie . Czy to takie trudne do zrozumienia? a z emocjami to rzeczywiscie -nawet przeżywając dramaty potrafię je schować sobie"do środka" i nawet wtedy ktoś potrafi powiedzieć,że jestem "dzieckiem szczęścia i ...co ja mogę wiedzieć o kłopotach"

...dobrze czasem z kimś zjeść beczkę soli,żeby dowiedzieć się choć ociupinkę ..jaki ten ktoś jest...





20:14, surfinia
Link Komentarze (27) »
wtorek, 17 kwietnia 2007
Przyznam się
Przyznam się,że czasem chodze na pocztę ;) Nie po to,żeby postać w kolejkach (rachunki płaci się przez internet) ale choćby,żeby wysłać jakąś paczkę  lub kupić znaczki, bo choć nie prowadzę jakiejś wybujałej korespondencji listownej (bazgrzę po lekarsku-jak kura pazurem..niestety) to jednak przyznaje,że listy"papierowe" i kartki napisane odręcznie-mają w sobie "coś"... więc czasem kupuję troche znaczków, a  jeśli gdieś przy okazji trafię na jakąś piekną lub przynajmniej ładną kartkę pocztową-kupuję. Zwykle sie przydaje:)
Zatem dziś poszłam znów na  pocztę, bo znaczki sie skończyły, a musze napisać kilka kartek. Stojąc przy okienku i czekając na odliczenie odpowiedniej ilości zakupionych znaczków oglądałam sobie kartki i...okazało się,że przepiękne kartki z Wrocławia-można kupić już za 20 groszy! Dalam upust zdziwieniu mówiąc do Panienki z Okienka-że nie przypuszczałam iż za taką cenę można jeszcze w tym kraju kupić COKOLWIEK! A to cokolwiek musi jeszcze Poczcie Polskiej przynosić podobno jakiś zysk..zatem-ILE może kosztować produkcja takiej kartki... z wieżami katedry wyłaniającymi się zza starego budynku i z taflą wody przed?

18:06, surfinia
Link Komentarze (32) »
niedziela, 15 kwietnia 2007
wiadomo,jak to jest
Wczoraj miałam wypoczywać, ale zajęłam się pracami domowymi,praniem, gotowaniem, sprzataniem,
a ponieważ wiosna, więc prace z domu przeniosłam na taras, pozamiatałam, przemyłam co się dało, powstrzymałam się przed powyrywaniem zeschłego zielska , bo to domena Pana domu i "niech mnie ręka boska broni,żebym tykała sie badyli" ;), stół drewniany wyszorowałam + jedno krzesło drewniane, na resztę "pary"zabrakło,zresztą to jedno wystarczyło,żeby przycupnąć z kawą i odrobić zaległości w lekturze prasy zeszłego tygodnia :)
I nie mogę się nacieszyć widokiem tej świeżej zieleni, bo w ciągu tygodnia z racji moich przdziwnych godzin pracy- to się tej zieleni mogę najwyżej domyślić, ewentualnie jak się bardzo zaprę-to mogę złapać latarkę i pooglądać przy sztucznym świetle kłując się ku przestrodze jakimś bliżej nieokreślonym kolcem z krzaka, którego nazwy nie znam:). Zresztą efektem takiej chęci oglądania zielonych pączków i listków jakiś czas temu-było odkrycie w mini-ogródku kopczyka z liści, w którym to kopczyku spał sobie Pan Jeż. Delikatnie zatem przykryło się go liśćmi, bo to nieładnie sen zakłocać. No ale przedwczoraj sprawdzałam już za dnia-Pan Jeż już sobie poszedł. Szkoda w sumie :)
Dziś wiosennego słońca ciąg dalszy i prac również (takich pomniejszych, bo już mi kiedyś obrazowo określono- w co obraca się niedzielna praca ;)


A niejako "na deser"- usłyszałam z głośnika radiowego głosem Beaty Pawlikowskiej wypowiedziane słowa: "dużo czasu zajęło mi dojście do prawdy,ze w związkach międzyludzkich jest ważne to,co "tu i teraz".Bo przyszłości i tak nie da się przewidzieć -po co się więc tym martwić?"

Konia z rzędem temu,kto mi powie, czy przez te słowa przemawia optymizm,czy przeciwnie? Fakt,że zdanie zawsze można zmienić zależnie od okoliczności:)


12:40, surfinia
Link Komentarze (24) »
sobota, 14 kwietnia 2007
czwarte pytanie, o którym poprzednio
To czwarte pytanie o którym ze dwa wpisy wstecz wspominałam a nie napisałam o co mi chodzi, bo i czasu mi brakło,a potem normalnie mi się nie chciało.
No ale najpierw otoczka sytuacyjna;)

Któregoś świątecznego popołudnia,kiedy już i dusze były syte , ciała opchane, a grono swiętujących było nieco okrojone-nastąpiło to,co w takich rodzinnych sytuacjach następuje czasem, a więc na stół wjechał duzy album ze zdjęciami - w znakomitej większości z czasów przedwojennych, z samych początków XX wieku, jakoś sie te zdjęcia ostały, przetrwały ucieczkę ze Lwowa,II wojnę światową i poźniejsze lata,a teraz budzą szacunek kolorem sepii, dziwią niedzisiejszymi fryzurami i strojami oraz pozami fotografowanych osób:)
...Pra- i Praparababcie, jacyś mężczyżni w mundurach, (ponoć) zwariowane ciotki prababci mojego syna, w pozach niby-niedbałych, z parasolkami chińskimi i wachlarzami...sala w starym dworku , gdzie wisiał ten obrazek, który właśnie miałam przed oczami. Nie-mój świat, ale interesujący.

Na widok znanego nam albumu X. prychnął : "Znowu te zdjęcia ? Mnie przeszłość nie interesuje, dla mnie ważna jest tylko przyszłość "
E. zareagowała dość gwałtownie: "Co ty mówisz, bez przeszłości nas nie ma!"
Za to M. mruknął pod nosem : " a ja żyję chwilą. Carpe diem " i nałożył sobie na talerzyk kolejny kawałek tortu i rozsiadł się wygodnie na sofie.

Co do zainteresowania X. jedynie przyszłością -to nie wiem, co nim kieruje.
Jakiś bliżej niesprecyzowany strach przed "duchami przodków"? przekora?
"Nie ma przecież przyszłości świadomej bez historii,również historii rzeczy ponurych, złych,strasznych,bez obrazu faktów, nie ma tożsamości bez pamięci"(Władysław Bartoszewski)

Za to znając E. wiele lat(przeciez to moja siostra;) zauważam jej zbytnie przywiązanie do spraw byłych, ba- w czasie dla nas obu trudnym - ona zamknęła się w przeszłości , zaniedbała karygodnie teraźniejszość , a przyszłości nie widziała chyba wcale. Usiłowałam ją niemal za uszy z tej przeszłości wyciągnąć, przywrócić do świata żywych, ale traktowała to niemal jako brak delikatności i bezduszność, a ja "widziałam" ten czarny "lej", który ją wciągał...moje usiłowania były tak sobie skuteczne, ale u niej chyba włączyły sie jednak jakieś mechanizmy samozachowawcze-na szczęście. Jednak i teraz-najchętniej zajęłaby się sprawami które były dawno temu, których nie pamięta, idealizuje i ma mi nieco za złe, że nie pamiętam tych wszystkich ciotek prawdziwych i przyszywanych, wujków, których widziałam raz w życiu mając na przykład 2-3 lata;) Owszem, przeszłość jest czymś niezmiernie ważnym w naszym życiu, jest jakimś odnośnikiem, jest bezpieczna i niezmienna-no chyba ,że w ocenach róznych ludzi ale nie może zastąpić tego co potem. Zreszta...i tak każda chwila staje się kiedys przeszłoscią, zatem jak łatwo wpaść w swoją własną pułapkę.

Carpe diem...ma sens, jeśli wyznawane jest w nawiązaniu choćby do słów nauczyciela ze "Stowarzyszenia Umarłych poetów": "chwytajcie dzień chłopcy,uczyńcie wasze życie niezwykłym".

Siedziałam sobie oglądając te zdjęcia, patrząc spod oka na trzy osoby prezentujące tak rózne podejście do przeszłości i cały czas zastanawiałam sie kto ma rację. Czy w proporcjach przeszłości,teraźniejszości i przyszłosci-jest jakiś złoty środek? jakaś jedna uniwersalna racja?
Czy po prostu najlepiej podchodzić na zasadzie mądrego zbilansowania tych proporcji?
I to było właśnie czwarte pytanie, rozbite na kilka. Banalne?


09:30, surfinia
Link Komentarze (18) »
piątek, 13 kwietnia 2007
a ja tam do 13 nie mam nic
"Nie mam nic" do trzynastego,nawet jeśli wypada w piatek i nawet jeśli ten piątek trzynastego STRASZY na początku,tak dla zasady :)
Zwykle w piątki z cyferka 13 -odpukuję dla bezpieczeństwa w "niemalowane"
czyli w głowę, to znaczy pomalowane czasem jest, ale z doświadczenia wiem,że głowa do odpukiwania jest o wiele lepsza niz taka na przykład deska:)
No i dziś nie odpukałam, bo zapomniałam.
Nie szkodzi, że już po wiejściu do pracy stoczyłam niewprawną acz skuteczną walkę z komputerem, który się zawiesił tak, że ni go dobrym słowem, ni przepisowymi działaniami ni...kopniakiem;) no ale jednak chyba moja determinacja z wpełznięciem pod biurko włącznie-zadziałała;)
Dwadzieścia minut później zepsuła się drukarka, którą chyba za pomocą czarów i guseł ( bo przecież nie z racji wprawy;) również sama naprawiłam,
mrucząc pod nosem,że "kobieta da sobie radę ze wszystkim"
Potem przestało grac radio z muzyką klasyczną,która jest balsamem na znękane nerwy;) ale to moja wina była, bo zaczepiłam nogą o kabel i wyrżnęłam, ale miękko.
Potem tylko dwa razy "strzeliły"bezpieczniki,ale przecież były w dobrym miejscu i co tam dla mnie wsadzic je na swoje miejsce? ;)
Trochę mnie zmartwiło, że nie udało sie przeforsowac pewnego mojego zamierzenia, sama nie wiem dlaczego- bo wykorzystałam wszystkie chyba środki persfazji. No ale za to nie mogę sobie zarzucic, że nie próbowałam. "Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz" mawiała moja babcia i ja z tej mądrosci korzystam skwapliwie, kiedy wiatr zbyt silny albo przeszkoda na drodze.  Potknąć się  i upaść rzecz ludzka, dobrze potem szybko wstać i otrzepać się z korzu. Oraz powedrować dalej.

Całe szczęście,że dziś jest piekny dzień -byc może słońce od rana ozłacające miasto i myśli ludzkie-pomogło w przełknieciu drobnych niedogodności, które by może w dzień deszczowy i wietrzny doprowadziłyby do zgrzytania zębów.
Zdecydowanie- piatek,trzynastego nie jest najgorszą ze znanych mi dat... :)


17:02, surfinia
Link Komentarze (20) »
czwartek, 12 kwietnia 2007
rozmówki "po fachu"
Przyszedł znajomy lekarz i opowiadał o swoim przedwczorajszym dyżurze:
"...poza tym co zawsze,czyli -połamanymi żebrami, rozbitymi głowami u osobników w upojeniu alkoholowym, niedrożnościami jelitowymi etc- były jeszcze "okoliczności specjalne"
- przyjmowałem pacjenta z zapaleniem opon mózgowych
- potem z różą (zakaźna choroba paciorkowcowa skóry-to dla nie-lekarzy, a Koledzy mi wybacza,prawda?;)
- następnie "miałem" ropowicę stopy
- na końcu pojawił sie skośnooki obcokrajowiec, z jakąś przedziwną wysypką, to był dzień ,kiedy przyleciał ze swojego kraju i zaczęlo go "sypać" już w samolocie..." No siła złego na jednego.

Przypomniała mi sie moja ostatnia grypa ,którą też złapałam w szpitalu od pacjenta, ale ponieważ kilka dni wstecz miałam kontakt z pacjentem podejrzanym o sepsę, a moja grypa przebiegała nietypowo-miałam też swoje obawy,choć bez histerii.
Przypomniały mi się też ostatnie znane mi przypadki grużlicy u pielęgniarek i lekarzy, którą to chorobę łapali od pacjentów ...

I tak sobie kiwałam głową słuchając znajomego lekarza, chyba powinnam się cieszyć,że w poradni "miałam" tylko poświątecznie przeżarte brzuchy :)
I TYLKO jedną , ale za to soczystą awanturę pod drzwiami w poradni,kiedy to pacjenci przekonywali się wzajemnie,kto jest bardziej chory;)

Z tego wszystkiego...zapomniałam ,że świeciło dziś słońce :)




22:18, surfinia
Link Komentarze (11) »
wtorek, 10 kwietnia 2007
pytanie- odpowiedź
Pytanie pierwsze:Po co wymyślono święta w dość dużym rodzinnym gronie,do którego to grona trzeba dojechać ponad 500 km tłukąc się przez całą Polskę niemal?
Poza kwestią radości ze spotkania z dawno niewidzianymi...również po to,żeby po kilku dniach w rodzinnym harmiderze i niemal "przyspawaniu" do stołu ( na którym według wschodniej gościnności co chwila pojawia się kolejna "odsłona"-prawie jak w "Stoliczku nakryj się") - docenić ciszę w swoim (porzuconym na dni kilka) domu, swoja własną łazienkę ( do której mam stosunek szczególny;), swoje łóżko i ...miętową herbatę, która ma zapobiec efektowi "miętowego opłatka" znanemu z jednego ze skeczy "Monty Pythona"(jesli ktoś nie miał okazji obejrzeć...to najłagodniej ujmując "miętowy opłatek"miał pełnić rolę tej kropli,co przepełnia kielich;) u pewnego obszernego pana, który bardzo obficie ucztował w pewnej restauracji;) ...dalej nie powiem, bo obrzydliwe:))

Kolejne pytanie zadano pewnemu wujkowi, gdy w przerwie jakiegoś filmu (bo telewizor jakoś " w tle" grał...) nastąpiło losowanie LOTTO
-co by wujek zrobił, gdyby wygrał owe 9 milionów?
-wujek znacząco spojrzał na swą ładną,zadbaną żonę i powiedział:"Przede wszystkim...MUSIAŁBYM zmienić żonę na młodszą".
Tu fuknęłam jak wściekła foka, bo żart zdał mi się taki sobie.
Ale tematu nie ciągnęłam..aby nie zaburzyć rodzinnej idylli, ale i tak mi się nasunęło błyskawicznie skojarzenie z tekstem piosenki "Obiad rodzinny" Młynarskiego:

"Nie ma nic milszego-niech kto chce mi wierzy
niz rodzinny obiad w sielskiej atmosferze
obrus świeży leży, starsi do młodzieży
znad talerzy szczerze szczerzą się

Wujek Leon z punktu ku kuzynkom czterem
z odpowiednim żartem zmierza lub duserem
Dziadek je z orderem, kuzyn z profelerem
ciocia tartym serem sieje wkrąg
Tak co dnia obiad trwa
wdzięku moc w sobie ma..."


Trzecie pytanie...ach trzecie pytanie wymaga (chyba?) osobnego wątku, a ja się muszę rozpakować :)
Zatem to trzecie pytanie być może nie dziś...zresztą...odpowiedzi na nie może być tyle, ilu ludzi,którzy sie nad nim zastanowią...ale to potem:)

Jeszcze tylko napomknę,że aby uniknąć potężnego korka w drodze powrotnej- w kierunku Wielicki pojechaliśmy szlakiem małych miejscowości. I co Proszę Państwa? Po lewej -Beskid Sądecki nieco przymglony, po prawej,nieco dalej-las zawilców.
Pomiędzy nowymi domami, niemal dworkami-przylepione stare  małe drewniane chatki kryte gontem, dawno nie bielone, albo  "maźniete"niebieska farbą, bo przecież na Świeta czysto byc musi w zagrodzie. Zawsze patrząc na takie stare domy w Małopolsce-szukam dymu z komina i białych firanek w oknach- oddycham z ulgą, kiedy je widzę, dlaczego? Kocham te domki miłością mieszczucha i cieszę się, jeśli widać po nich życie.
Zwykle... życie starszych ludzi, którzy kochają każdą deskę w takiej chałupie, każdy załom ściany, każdy sprzęt przez dziesiątki lat dotykany ich rękami...stary, przyjazny dom, w którym łatwiej czekać na to, co przyjść musi.

A w miejscowości Gdów bodajże(?) Punkt Uboju Kurczaków o jedynej w swoim rodzaju nazwie "EXODUS" :) oraz sklep odzieżowy "Defekt"- Polacy mają naprawdę duże poczucie humoru:)
No bo na przykład- znów pytanie: czy do sklepu odzieżowego o wdzięcznej nazwie"Defekt" -idzie się jeśli ma się defekt w sylwetce? czy od razu z myślą, że to co się kupi, kupi się z defektem? :) tak dla odmiany?:)

I jeszcze - w Lipnicy Murowanej znów widziałam przeogromne palmy wielkanocne, z których miejscowość ponoć słynie  i znów ich nie udało się sfotografować
-dawaj aparat!
-nie wiem, gdzie jest...
- a jest?
-pewnie jest,ale gdzieś głęboko...

:) i tyle


22:12, surfinia
Link Komentarze (14) »
czwartek, 05 kwietnia 2007
zachować czujność trzeba,bo...
....bo czujność zachować trzeba, no proszę, ledwie się odwróciłam na chwilę...
juz mi sie na blogu coś zalęgło czy wylęgło :)
Znaczy,ze pora składać życzenia, bo jutro w drogę.
Nie zdążę każdemu z Was indywidualnie- nie z lenistwa tylko ponieważ czas
mi się sfilcował.

Zdrowych , szczęśliwych, ciepłych Świąt Wielkiej Nocy, wypełninych tym wszystkim, czego każdemu z nas potrzeba... :)



A ten pasztet...z jelenia
Reiwsz pisze: "przydałby się przepis", ok, popatrzyłam "ilościowo" i już wiem co i jak, bo zwykle to piekę "na oko".
Tego gulaszu z jelenia ( z sarny mięso jest mdławe, więc wolę jelenia) było ok. 1 kg, do tego ok. 60 dkg karkówki, 30 dkg słoniny i ok. 25 dkg wieprzowej wątróbki.
Mięso z jelenia i karkówkę wraz z cebulą posiekaną na talarki-upiec, do pieczenia dokładam kilka listków laurowych, kilka ziaren ziela angielskiego, kilka ziaren jałowca, trochę tymianku i rozmarynu oraz szczypte majeranku. No i oczywiscie sól oraz pieprz.
Po upieczeniu w sosie z pieczonego mięsa namaczam pszenną bułkę,która potem do mięsa dodaję.

Słoninę obgotowuję, podobnie wątróbkę.
Kiedy wszystko wysytygnie, dwukrotnie mielę przez maszynkę do mięsa.
Do zmielonej masy dodaję prawie całą startą gałkę muszkatołową i jeszcze kilka ziaren jałowca, ubitych w moździerzu. Wszystko dokładnie mieszam.
Do otrzymanej masy dodaję ubita pianę z dwóch jaj i delikatnie mieszam wszystko
Teraz tylko przełożyć do brytfanek i upiec w temp. 180-200 stopni ( ponad godzinę,
pasztet musi mieć pyszną chrupiącą skórkę :)
Z podanej porcji wyszły mi dwie foremki długie i jeden okragły pasztecik, który na pewno zniknie juz dziś :)

                                                      

08:14, surfinia
Link Komentarze (31) »
ekstrema;))
Walczyłam z mafią, a moja walka głównie sprowadzała się do ucieczki-skoków w ciemne fale oceanu (ale okazywało sie,ze jestem mistrzynia pływacką), zwariowanych jazd granatowym błyszczącym ścigaczem i dziwnym czerwonym samochodem (wychodziłam z każdej opresji) , przeniknąwszy "do obozu wroga"(tylko po co? bo gadali jedynie o d...Maryni???) chyba miałam czapkę niewidkę bo w biały dzień leżałam niemal pod stołem mafiozów i nikt mnie nie widział.
Na końcu otrzepałam z siebie kurz walki i poszłam na bal. Szkoda tylko, że ten bal nie był tak realistycznie przedstawiony jak sceny walki czy ucieczki...bo zapowiadało sie całkiem,całkiem. Może dlatego,ze Wielki Post :DDDDDD

Telewizji ostatnio nie oglądam, więc te sceny to na pewno nie w nawiązaniu do jakiegoś filmu z rodzaju"zabili go i uciekł", mało tego - uwięziona w wieży-czytaj- w domu;) nie miałam ostatnio mozliwości na większą aktynośc fizyczną.
Zatem skąd ta ekstrema? Czegóż to zapowiedź? Może malowania jajek?
A co moze byc ekstremalnego w malowaniu jajek?
Że niby wyskoczy z jajka jakis ptasi terminator i da mi w dziób?
Całe szczęście,że w domu nie ma jaj strusich. To by było ;)



07:56, surfinia
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes