moja jesień gra bossanovą...
RSS
środa, 29 kwietnia 2009
a czasem...
Człowiek to jest jednak ciekawa istota. Ciekawa przez swą budowę, myśli, nieprzewidywalność, ale też przez umiejętności - w tym skłonności do wrzucania się w dołek emocjonalny,albo przeciwnie. Niektórzy umieją się z takiego dołka całkiem udatnie wydostać, jakby skrzydła mieli, albo raki-takie jak alpiniści, co to im mało które oblodzone zbocze straszne :)
Nie żebym dołek miała, ale raczej:przewagę myśli ciemniejszych niż zwykle i to wcale nie bez powodu.
Ale jednocześnie instynkt samozachowawczy każe mi szukać odskoczni-jeśli nie ma jakiegoś porządnego punktu uchwytu, to niech będzie mniej stabilny.
I wcale nie trzymam sie kurczowo tego szukania . Oczy, myśli, dusza-same znajdują...prawie jak w piosence :"szukam, szukania mi trzeba".
Przedwczoraj oczy zarejestrowały rogalik na niebie, a myśli instynktownie sformułowały opis.
Dziś wracając do domu -spojrzałam przez okno samochodu dosłownie na sekundę i to już wystarczyło,żeby zobaczyć młodego człowieka, który nieśpiesznie wędrował po zarośniętych zielenią torach kolejowych mało używanej linii. Szedł z fantazją, pełen dobrej energii, czuło się- że nie trzeba mu było w tej chwili nic więcej-to się po prostu widzi po sposobie stawiania kroków, wymachu rąk, ustawieniu głowy, taki zachwyt chwilą - jest zauważalny nawet jeśli obserwuje się go z dość dużej odległości. I ja coś na kształt wewnętrznej radości poczułam-że znów mam powód do myślenia choć przez chwilę o czymś innym niż to, co zaprząta moje myśli ostatnio...

Zatem było tak: on szedł po zielonych torach "ku słońcu" i nie wiedział, że ta pozornie  zwykła sytuacja - na chwilę  pomalowała mi myśli w kolorze wiosennego uśmiechu.
:)

22:03, surfinia
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
zamiast zdjęcia -
"Moje" ciemne niebo o 21.00 okazało się być na dużym obszarze przecięte skośnymi wspomnieniami po samolotach: jaśniejszymi liniami prostymi, które łączyły się ze sobą niemal pod kątem 90  stopni.
Na jednej z tych linii usadowił się rożek księżyca- wklęsłym brzuchem do góry.
Być może spoczął w swojej codobowej drodze przez niebo.

Być może-przypomniał sobie, że kiedy był Młodym Księżycem-w czasach zamierzchłych-zdarzało się, iż zsuwał się po różnych pochyłościach, jak dzieci zjeżdżające po poręczy na łeb na szyję.
A może potraktował jasną linie jak trampolinę, z której wypukłość miała mu się pozwolić odbić do góry. Co zresztą się stało, bo w momencie, kiedy wchodziłam do mojej klatki schodowej-księżyc znajdował się juz ponad korytarzem w chmurach, jak gdyby nigdy nic, pozorując "godne" zachowanie.
Pewnie myślał,że nikt go nie widzi, bo ludzie po męczącym dniu -wolą spoglądać pod stopy.
Być może tak myślał,ale się pomylił. Bo ja go widziałam.
Przez moment bowiem śledząc lecący samolot-napotkałam na niebie również znajomy kształt leniuchującego rogalika...


21:45, surfinia
Link Komentarze (21) »
sobota, 25 kwietnia 2009
gorzkowiosennie
Przedwczoraj jadąc rano do pracy w bardzo chłodny poranek-zdziwiłam się widząc w ręku młodego człowieka idącego po chodniku obok -duży pęk dorodnych filoetowych bzów. Jak to- JUŻ? Czy to baśń o dwunastu miesiącach, w której w późną jesienią Lipiec musiał wyczarować poziomki dla biednej dziewczyny, by ta mogła zanieść je swojej przyrodniej, kapryśnej siostrze?
Po chwili jednak otrząsnęłam się i stwierdziłam,że juz jest pora na bzy.
Na kwitnienie kasztanów-przecież niebawem matury.
I na wiele innych pięknych przyrodniczych zjawisk, w które każda wiosna obfituje.
I na baby w kucki na chodniku,które to baby sprzedają często najpiękniejsze kwiaty ogródkowe.
...
Tylko ja jestem gapa i w tym roku przebiegam obok wszystkiego tego, jakbym miała klapki na oczach:/ Jaka szkoda.
Praca zajęła mi znaczną część życia, dostarcza mi dzień po dniu moc mieszanych emocji.
Zwłaszcza ostatnio, kiedy ruszylo coś, co pod  szumną nazwą "restrukturyzacja" kryje głównie wielki  chaos , niezbyt często rządząc  się zwykłą logiką...dużo by opowiadać:/
Czasem gorzko myślę sobie-jak na przykład po ważnym,ale mało pozytywnym dniu wczorajszym :
I po co mi to wszystko, przecież dużą część tego robię nie dla pieniędzy(bo i kto by a to płacił...), ale często po to,by sobie NICZEGO nie mieć do zarzucenia, bo nie   tylko za siebie odpowiadam.

Kilka dni temu rozmawiałam z pewnym starszym panem-lekarzem już od dawna na emeryturze ( z czego bardzo się cieszył...). Opowiadałam mu o różnych trudnych sprawach zawodowych, o sytuacjach "bez wyjścia", z którymi mam do czynienia dzień po dniu, z wybitnym nasileniem w dniach ostatnich... W pewnym momencie pan doktor zapytał mnie poruszony: "po co pani tu jeszcze siedzi? Ja na pani miejscu dawno wyjechałbym z Polski, po co się tak szarpać?"

Jasne. Ale nie proste. Bo (niestety -albo "stety") ja chcę być tu. Tylko czasem chciałabym wyjechać gdzieś "na zadupie" (nie ujmując niczego uroczym zadupiom...;), bo tam czas płynie wolniej, a człowiek ma oczy szeroko otwarte. I nie przeoczy żadnego wschodu czy zachodu słońca, robaczka czy kiełującej rośliny...
Tylko...czy to jest wyjście z sytuacji dla osoby idiotycznie obdarzonej przez naturę (jakby dla mało wyszukanego żartu) czymś w rodzaju "poczucia misji"?;)
To nawet brzmi głupio. Tylko że to wcale ale to wcale nie jest śmieszne...




11:01, surfinia
Link Komentarze (17) »
środa, 15 kwietnia 2009
poświąteczne hm... ;)
W ambulatorium od razu po świętach -przewaga pacjentów z podrażnionymi pęcherzykami żólciowymi i trzustkami. Wydaje mi się,że chyba dużo więcej takich pacjentów zgłosiło się teraz, niż w zeszłym roku o tej porze...

- czy może popełniła pani jakis błąd dietetyczny?-pytam pacjentkę ze stwiedzoną kilka lat temu kamicą pęcherzyka żółciowego, która to pani nagle w Poniedziałek Wielkanocny zacżęła cierpieć, a przestała to znosić we wtorek , więc w związku z tym zgłosiła się do lekarza.
-zjadłam w Niedzielę Wielkanocną sześć jajek ( w majonezie) naraz...nie mogłam sie oprzeć...

We wtorek co najmniej kilka rozmów było w podobnym tonie. Od większości cierpiących z powodu chorej trzustki panów jednak "zeznanie" na temat płynno-procentowego
umilacza Świąt- trzeba było niemal wyciągac siłą :)

Już Sokrates na pytanie:
" co jest największą cnotą u człowieka młodego", odpowiedział: 'UMIAR"
Nie wiem,dlaczego akurat dotyczyć to miało TYLKO człowieka młodego...
ja tam powtarzam to na przykład również mojemu kotu, kiedy prawie pęka, a jeszcze by jadł (głownie oczami:).


22:48, surfinia
Link Komentarze (13) »
wtorek, 14 kwietnia 2009
i po
Minęły dni odświętności.
Pora na codzienność, na normalne i chwilami ponadnormalne problemy ...
Trochę "strach się bać".
Ale narazie tylko trochę, bo jeszcze na szczęście kilka godzin snu.
Jutro pewnie będzie jeszcze "jakoś" bo wszsytko sie musi rozkręcić ,ale pojutrze na pewno już będzie "ostrzej".
...Wszystkim łagodnego po-świątecznego przebudzenia życzę i miękkich lądowań...

00:21, surfinia
Link Komentarze (3) »
sobota, 11 kwietnia 2009
wielkosobotnio tradycyjnie;)))))
Dziś syn wyraził chęć, by pojechać poświęcić koszyczek. Mieliśmy razem jechać,ale widziałam,że wolał sam (może się z kimś umówił;) zatem odpuściłam, przyszykowałam święconkę i poinstruowałam jak zwykle w takich okazjach,żeby uważał, bo zawartość koszyczka nie jest przylepiona w środku klejem, taśmą mocującą ani przymocowana gwoździami :) co spotkało się ze "świętym oburzeniem", bo przecież on o tym dokonale wie;)

Po powrocie syna zajrzałam do koszyczka. Brakowało jednej pisanki ( czy jak sie tam zwie jajko "skrobane" nożykiem),a cała reszta w nieładzie, baranek miał na głowie jakąś skorupkę, babeczka nie miała spodu, kiełbaska wypaćkana lukrem.
-Upadł ci koszyczek, co?
-skąd wiesz?
-WIDAĆ:)
-yyyyy, no upadł, w samochodzie na podłodze mi się omsknął...
Wiedziona złym przeczuciem pytam:
- upadł PRZED czu PO święceniu
-przed...
-słuchaj ,brakuje jednej pisanki,jak tam nie jestem drobiazgowa,ale poszukaj jej w samochodzie, bo jak jej nie znajdziesz to się zaśmierdnie i będziesz miał za dwa tygodnie albo szybciej cuchnące autko tak,że nie będziesz mógł nim jeździć... ;)

Poszedł. Rzeczywiście rozbita pisanka znaleziona została pod siedzeniem samochodu, zatem zagrożenie smrodem za dni kilka wyeliminowane.

- A teraz cię zjem, powiedział Młody stukając i tak już rozbitą pisanką o swoją
(jak się okazało nadzwyczaj trwardą) głowę.
I zjadł. Potem przyszedł i zapytał ,czy po zjedzenie święconego jajka widzę już nad jego głową aureolę.
Jakoś nie.
Idę poszukać, czy nie zgubiła się i nie pojawi gdzieś ...nad moją głową? ;)

Wesołych Świąt:) idę do kuchni, zresztą byłam tu tylko na minut 5 :)

                                         




14:06, surfinia
Link Komentarze (8) »
piątek, 10 kwietnia 2009
Dowolnie w nawiązaniu, z banałami w tle
Z pewnej znajomości poza niemiłym osadem, pozostała mi głównie  pamięć o następującej humorystycznej maksymie : "In order to understand recursion you must first understand recursion" -
która to "złota myśl" na pierwszy rzut oka nie ma szczególnego sensu,ale już na drugi rzut oka ma tego sensu bardzo dużo. Nie jest istotne,że chętnie jest to cytowane -ponoć jako jedna z ulubionych myśli informatyków. Istotne jest powtórzenie w zdaniu, które można sobie dowolnie np.zwizualizować np. jako
psa goniącego za własnym ogonem...

W kontekście Świąt, w podobnym stylu mogłabym ukuć maksymę mówiącą,że "tylko to ma sens, co ma sens". Na pierwszy rzut oka stwierdzenie to jest banałem, a na drugi rzut oka-wcale nie :)
W dzieciństwie lubiłam różne święta,bo jak każde dziecko "brałam" sobie z nich to co najlepsze, najbardziej "strawne"-i nie chodzi mi tu o pokarm dla ciała,a przynajmniej nie tylko.
Z biegiem czasu moja sympatia dla Świąt nieco opadła-miało to związek z różnymi nie zawsze miłymi sytuacjami rodzinnymi, a przede wszystkim chyba z tym, że moja Mama świąt nie lubiła- miała swoje głębokie i smutne powody, ale pamiętam w związku ze świętami,że ciągle była zmęczona, niezadowolona i podminowana, traktowała je jak zło konieczne, które oby przeszło jak najszybciej... Zaszczepiło się to jakoś i we mnie i tkwiło przez lata jak niepotrzebny balast, ale bardzo przeszkadzało.
Kiedy wyszłam za mąż, urodziłam dziecko, bywałam z okazji Świąt tu i tam-zobaczyłam,że takie okazje mogą być naprawdę miłe, że ludzie potrafią się cieszyć tym,ze mogą się spotkać przy świątecznym, pieknie udekorowanym stole,że nawet jeśli nie jest dostatnio-to Święta mogą być tym,co ładuje baterie. U siebie w domu chciałam żeby było pięknie i miło. Kiedy zaczęła przyjeżdżać do nas na Świeta moja Mama =przypomniała, sobie,że nawet zmęczenie przedświątecznymi przygotowaniami nie musi być przygnębiające.
Że z okazji Świąt - warto postarać się, by smutne sprawy zostały gdzies z boku...
Moja praca lekarza uczy mnie podejścia do życia, kształtuje spojrzenie na jego różne jasne i ciemne strony. A wiek dojrzały dał mi piękny prezent-umiejętność dystansowania się i radości przeżywania każdego dnia, w tym i Świąt jak najlepiej-duchowo. Bo (tu posłużę sie kolejnym banałem)- trzeba żyć tak,jakby dzień , który przeżywamy właśnie-miał być tym ostatnim. A święta...niech cieszą zależnie od wyboru i nastroju : bliskością licznych krewnych i znajomych albo wyczekiwanym spokojem w gronie niewielkim, najbliższym.
Piszę to z pełnym przekonaniem, tak jak głęboko wierzę w wiele rzeczy, którymi dzielę się ze swoimi Pacjentami. Bo prawdą jest, że jeśli się w coś wierzy dostatecznie mocno - to można być bardziej przekonywującym dla innych...a przecież to jest jedna z bardzo ważnych cech, którą powinien podobno charakteryzowac się lekarz.

Dziś w pracy podzieliliśmy się z zespołem jajkiem i złożylismy sobie krótkie, ale bardzo szczere życzenia...Spotkaliśmy się tylko na kilka minut , bo wszyscy intensywnie pracowaliśmy, ale widziałam, że każde z nas czuło, iż chwila składania sobie życzen jest ważna jako uzupełnienie dnia, zanim rezejdziemy się do własnych domów , albo pozostaniemy na dyżurze.
Żyjemy w ciężkich dla nas (pracowników ochrony zdrowia) czasach. Dlatego tak bardzo potrzebne jest czasem odczucie, że jest się cząstką jakiejś całości, która mimo "burz" które nas spotykają i spotykać będą ... po prostu JEST...

Doceniam coraz bardziej takie chwile.
zbieram je do koszyczka wspomnień wartych zachowania.

Wam , moi Wspaniali Goście życzę też pięknych Świąt z sensem, żeby nie były tylko godzinami z wypchanym do niemożliwosci brzuchem, ale czasem autentycznego relaksu i radości.




15:00, surfinia
Link Komentarze (11) »
sobota, 04 kwietnia 2009
jak niemal wszyscy:)
Jak niemal wszyscy w weekendzie przedświątecznym- zabrałam się do porządków,zagoniłam też męską część rodziny do pracy, trzeba było powyganiać "zimowe koty" z kątów (przecież się ciagle sprząta,a jednak gdzieśtam sie chowają:),pomyć okna, wyszorować to i owo, poprać firanki, uporządkować balkon i mikro-ogródek. I usunąć kocie ślady  (łapki-pieczątki z błota, które ujawniły się w pełnym słońcu  i  plamy   wielokrotnego znaczenia czy podsikiwania pod drzwiami balkonu)- w życiu nie sądziłam,że to takie "wżarte" i trzeba będzie usuwać silnie działającymi środkami:)
Nogi mnie bolą, ręce też,ale jestem zadowolona.
W tygodniu wracam bardzo późno do domu z jednej, drugiej pracy i wtedy nie mam siły na takie wyzwania. Warto poświęcić jeden dzień, żeby się z tym uporać.
Zwłaszcza,że wiosna wlała we mnie "nowe życie"-coś jak uzdrawiający eliksir w naczynia krwionośne* :) Dziś jest chyba pierwszy dzień od kilku miesięcy,kiedy wstałam rano z entuzjazmem. Otworzyłam szeroko okno i pomyśłałam, co by na ten temat powiedział "Chris o poranku" z "Przystanku Alaska" :)
Dobrze mieć świadomość, że człowiek nie skapcaniał ze szczętem, a to co usypiało tak,że można było zapadać w sen niemal wszędzie " w pociągu, w przeciągu, na drągu" -było tylko efektem ubocznym długiej ,szarej zimy...
Przynajmniej mam taką nadzieję,że to tylko to :)

* ech, gdybyż komuś udało się opatentować recepturę takiego wiosennego eliksiru przywracającego do życia...
19:39, surfinia
Link Komentarze (22) »
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes