moja jesień gra bossanovą...
RSS
środa, 30 maja 2007
nie,nie
Nie, nie chowam się.
Tylko mam dużo do przemyślenia, tak dużo się dzieje.
Bardzo to wszystko przeżywam, nie udaję.
Słucham, analizuję, uczestniczę, martwię się, buntuję, tłumaczę Ważne Sprawy tym,co nie rozumieją ...a pytają
Jakoś trudno mi w tej sytuacji pisać o czymś innym jak o tym,co teraz zawodowo najbardziej mnie zajmuje, a o czym innym pisać w tej chwili nie mam serca...
Oczy same się zamykają, a tyle jest do zrobienia. Patrzeć w monitor wczoraj nie mogłam, bo ból głowy przejmujący, a dziś jest też na straży, co czuję po napięciu skroni , z towarzyszeniem błyszczących wężyków, które urządzają sobie bezlitosne harce w moich oczach.
Więc tylko odebrałam pocztę, zajrzałam na kilka blogów, ale  więcej już nie mogę. Może później.
Albo jutro.
A tak bym chciała miodowo i słodko napisać coś w stylu:

"Moja droga (mój drogi)
Wieczór jest dziś spokojny, pachnący jak kilka dni temu tym jaśminem, o którym Ci pisałam, a którego niejasne pochodzenie nie daje mi spokoju od wtedy.
Czy zauważyłeś(zauważyłaś)? że w tym roku chrabąszczy majowych...jak na lekarstwo?
Wczoraj widziałam szczególną scenkę, która może mało kogo by zelektryzowała, ale mnie jakoś rozczuliła, o poranku w starym ogrodzie stał elegancko ubrany szpakowaty mężczyzna w ciemnym garniturze, w okularach, obok niego stała teczka, a on...zerwał dorodny kwiat irysa, dłuższą chwilę się mu przyglądał z miłością i głaskał delikatnie jego płatki...Mały-Duży Książę...Może kochał ten kwiat, a może..zerwał go dla ukochanej kobiety, która być może miała na imię Magdalena...Może widział w tym kwiecie ją...?

                                                        

Wieczór jest niezwykle pogodny
a ja dziś
Spokojnie i jasno patrzę w przyszłość..."

Chciałabym tak właśnie teraz pisać, a nie dusić łzy bezsilności
A dusić je trzeba, bo silna kobieta nie może sobie pozwolić na histerie...

PS. do "Mój drogi/moja droga"
Czy widzisz zdjęcie tego irysa? To radiograf znaleziony w sieci.

Urzekł mnie. Ktos patrząc przez ramię na to zdjęcie -zapytał :"po co kwiatom
robić zdjęcia rentgenowskie??" ...to proste : bo sa piękne. I ciekawe co
jeszcze kryją w sobie poza kolorem,zapachem i strukturą widoczną gołym okiem.
Jak widać...kryją w sobie dużo więcej...czy to nie fascynujące?

20:27, surfinia
Link Komentarze (46) »
niedziela, 27 maja 2007
bez jaśminu
Jakiś czas temu -ktoś-z nieznanych pobudek,nie informując mieszkańców osiedla -wyciął kilka wspaniałych krzewów jaśminu.
Jaśminy rozrastały się dziko, - to fakt-ale nikt ich nie miał ochoty "ujarzmiać",sprawiały  bowiem ,że wieczory pod gwiazdami bywały czarowniejsze niż zwykle,bo wypełnione niebiańskim zapachem.
No ale tych  jaśminów już nie ma od jakiegoś czasu.
Natomiast ja...otworzyłam wczoraj wieczorem okno i poczułam bardzo wyraźny zapach jaśminów właśnie.
Przebiegłam się po osiedlu zelekrtyzowana tym zjawiskiem. Nigdzie ani jednego krzaczka! ani jednego kwiatka, który mógł być "sprawcą"!
Sąsiedzi też zdziwieni...bo zapytałam, a jakże-czy też czują, bo gdybym tylko ja czuła,to by mogło oznaczać,że coś z moją głową jest nie tak ;)

Dobrze,że jest Bóg Kwiatów  - prawdopodobnie z dobrym uśmiechem udowodnić chciał,że nie ma rzeczy niemożliwych, może być nawet zapach kwiatowy BEZ kwiatu :)

20:04, surfinia
Link Komentarze (22) »
sobota, 26 maja 2007
nic odkrywczego , w deszczu.
Obudził mnie odgłos kropli deszczowych uderzających o parapet, teraz pogrzmiewa,ale niegroźnie, ale z nieba lecą coraz większe strumienie wody.
Młody miał szczęście;) kazałam mu rano podlać ogródek -deszcz go wyręczył.
Kwitnące po królewsku krzaki róż za oknem kąpią się wdzięcznie o poranku.
Dobrze NIC nie musieć, ani wychodzić z domu, ani jakoś szczególnie się spinać.
W domu cisza, młody wrócił ze spotkania kolegami w środku nocy, odsypia.
Nikogo nie ma poza naszą dwójką.
Tego mi trzeba.
Przypomniałam sobie pewien "tajemniczy ogród" w którym w żywopłocie ukryte były drzwi, wiodące prosto do parku... niezwykłość ukrytwa w pozornej zwykłości
Poszłyśmy tam w zeszłą niedzielę we trzy- z Ruda i Bożenką
na rozmowy o życiu, rozmowy o sprawach , o których można już mówić spokojnie, nawet z usmiechem, choć kiedyś wzbudzały smutek. To ogromny plus dojrzałości -umiejetnośc spojrzenia z dystansem na tak wiele spraw.
Ruda opowiedziała mi o wielu rzeczch, o których nie miałam pojęcia, wiem że wyjeżdżając wiele lat temu (tuz po maturze) z miasta mego dzieciństwa- zyskałam wiele ale też... i wiele straciłam. Teraz uświadamiam sobie to częściej niż dawniej... Ale taka kolej rzeczy.

Ruda naginając gałąź jakiegoś pachnąco kwitnącego krzewu by go powąchać-powiedziała niby od niechcenia ( a może naprawdę od niechcenia?) : "nigdy bym stąd nie wyjechała, tu jest moje miejsce".
I ja- patrząc na jej powikłane w przeszłości życie, które mi namalowała w wielu rozmowach -wierzę jej.. i aż mnie korci, żeby wyobrazić sobie CO by było, gdybym....i ja została...

                                             


09:47, surfinia
Link Komentarze (36) »
piątek, 25 maja 2007
:/
Nastrój to ja mam podły, bo jestem lekarzem,związkowcem, a lekarze to obecnie najbardziej chyba znielubiana , kiepsko tolerowana przez resztę społeczeństwa grupa zawodowa w Polsce-głównie dzięki temu,co sie o nas wygaduje. Trudny to czas...
Stara się nas w tej cięzkiej dla wszystkich sytuacji-z każdej strony osaczyć,deprecjonować nasze dążenia. Skłócać z innymi grupami zawodowymi.
Mam dziwne wrażenie,że rządzący i media byliby zachwyceni, gdyby czyjąś śmierć można było zakwalifikować jako skutek strajku lekarzy, "bo nie udzielo pacjentowi pomocy".
"Jak na złość" taka sytacja z tego co wiem-nie miała miejsca.
Niech nikt z Was nie wierzy, że Pacjenci nie znajdują pomocy. Zawsze jest ktos na posterunku, gdyby tak nie było- przez tych kilka dni protestu zdarzyłoby sie bardzo wiele złego...
Słucham, patrzę, poziom niezrozumienia,nietolerancji i nawet chamstwa mnie przeraża. Wzrasta lawinowo, mam tego dowody i w stosunku do mojej osoby.Widzę, jak kreowane jest podejście do mojego środowiska.
Lekarzem zostałam z przekonania i z powołania. Kocham swoją pracę, nie boję się pracować ciężko. Ale czasem...coraz częsciej tracę sens, właśnie wtedy kiedy mam do czynienia z wyżej wspomnianym chamstwem, kiedy ktos usiłuje sobie mną pozamiatać podłogę.
Kiedy tracę sens-tracę też siły i czuję sie wypalona.
Przez "wolne" dni postaram się o tym nie myśleć. Choć to będzie bardzo trudne.
Jeśli komuś się wydaje,że decyzja o strajku jest łatwa do podjęcia to się ogromnie, ogromnie myli.  To decyzja z rodzaju najcięższych. Wolelibyśmy tego uniknąć -nie ze strachu przed konsekwencjami dla nas, ale z pobudek uwarunkowanych specyfiką wykonywanej pracy. Ale cichych głosów "TAM" na górze nikt nie wysłucha.
Natomiast czy ktos sobie wyobraża dr Su obrzucającą budynek Sejmu kamieniami?...bo taki argument w przypadku innej znanej grupy zawodowej JEST skuteczny... ;)


18:18, surfinia
Link Komentarze (21) »
wtorek, 22 maja 2007
...łza
Czasem człowiek po prostu WIE,że musi coś zrobić, bo tak powinno być,bo to naturalna kolej rzeczy,bo może ktoś tego oczekuje, bo...się po prostu tego chce.
Wiedziałam i ja, choć się wahałam.
I w związku z tą wiedzą tchnietą we mnie jakby lekkim ale stanowczym dotykiem-pojechałam na lotnisko pożegnać Byłego, zresztą on wiedział o tym,że najprawdopodobniej będę-no ale pewności nie miał. Pomyślałam, że głupio by było NIE pożegnać, zwłaszcza że wylatywał stąd a nie na przykład z Warszawy.
Po dwudziestu kilku latach od matury na chwilę się spotkaliśmy,dotknęliśmy swoich dłoni i serc, jakby chcąc się upewnić -że zawsze w jakiś sposób oboje będziemy się w tych sercach wzajemnie nosić. Każde z nas ma swoje życie w innych częściach świata.Czas jednak może zatrzeć młodzieńczą miłość z przeszłości,ale przyjażni-jeśli była prawdziwa-nigdy.
Może zobaczymy się za rok,może za dwa lata...moze za dwadzieścia lat, a może...spotkanie nie będzie już nam dane?
Było trochę jak na filmie,ale przecież nie o to chodzi...
Musiałam go odprowadzić,żeby móc obrócić kartkę w książce mojego życia na drugą stronę, by nikt poza mną nie widział mikroskopijnej plamki. Ta plamka to ślad małej , słodkiej łzy -która nie wiem, kiedy spłynęła. Mała...ale naprawdę - w najlepszym gatunku.

                                              

15:12, surfinia
Link Komentarze (27) »
niedziela, 20 maja 2007
spotkanie.TO spotkanie.
Wczoraj od rana nie miałam zbyt dobrego nastroju, czułam sie jakaś spuchnięta, na twarz wrociło to co minęło-odczyn alergiczny:/ co doprowadziło mnie do znacznego spadku nastroju-no bo jak??? jak mam TAK iść???Właściwie to zastanawiałam się, co by zrobić żeby się od spotkania wykręcić(choć przedtem cieszyłam się jak wariatka).
Nawet przemyśliwałam ,że przydałby się jakiś mały kataklizm;)
No ale dwie godziny przed wyjazdem wzięłam się w garść i myślę,że mogłam się juz pokazać ludziom.
Na spotkanie klasowe dotarłam jako trzecia... Weszłam nieśmiało do lokalu,którego nie znałam i nagle zostałam porwana do góry przez silne ramiona Dawnego Byłego, który krzyknął: "JEST!!!MOJA DZIEWCZYNA!!!"
I od tego momentu czas sie cofnal...do klasy przedmaturalnej i maturalnej.
ONI sie nie zmienili. Ja? ponoc jestem rozpoznawalna natychmiast.
Były...jest fantastycznym facetem, ktorego czas sie nie ima(!) Te same loki bez sladu siwizny, ten sam szeroki usmiech, błysk w błekitnych oczach i sylwetka młodego chłopaka. Ta sama łatwość nawiązywania kontaktów i chęć do tańca:)

Całą noc nasza paczka tańczyła, śmiala sie i wspominała. Były zdjęcia i bardzo wiele radości.
Mnie i jeszcze jedną kolezankę nocowała Ruda. Do świtu , leżąc w łóżkach w piżamach szeptałysmy swoje tajemnice- jak za dawnych szkolnych czasow.
Zanim zasnęłyśmy -Bożenka wyszeptała: "patrzyłam na Ciebie jak tańczyłaś z  B.  i wyglądaliście razem tak...jak w liceum":)
Spałyśmy godzinę lub połtorej. Rankiem Ruda obudziła nas pachnącą kawą, potem jeszcze w piżamach razem z mamą Rudej siedziałysmy przy stole paplając jak najęte. Potem poszłysmy jeszcze na spacer do parku za domem i tam znalazl nas moj Dawny Byly. Przyniósł zdjęcia do obejrzenia (narazie tylko w aparacie, do przegrania,ale zabraklo kabelka;)) ale tak naprawdę to chyba chciał sie jeszcze z nami zobaczyć, zanim my wyjedziemy,zresztą on tez wyjeżdża do swojego dalekiego świata już kilka dni.
Pochodzilismy jeszcze po parku...po naszym powrocie do trzypokoleniowego domu Rudej-doszło do nas jeszcze kilka osób I tak siedzieliśmy...nie moglismy sie nagadać...ale czas nieubłaganie biegł i trzeba bylo powiedziec sobie "do widzenia" -żegnalismy sie kilka razy, jakby nie chcac wypuścic sie z objęć...Wróciłam 2 godziny temu z niedosytem.
Odkryłam po raz kolejny prostą prawdę, że kocham swoje wspomnienia z czasow licealnych.
Te wspomnienia nadal są żywe i wplatają się w moje życie jak połyskliwe nitki w jednolitą tkaninę.
Zatem -jesli jest na sali zlota rybka, to niech zatrzyma swiat :)

...a potem delikatnie cofnie wskazówki zegara,żebym znów mogła usłyszeć ciche: "Su...to właściwie...który mamy rok?"
:)

Baterie naładowane. Z bonusem w postaci znajomego drgnienia serca i morza serdeczności, którego fale otaczają mnie nadal jak bezpieczne, solidne ,ciepłe ramiona.
Ruda, jeśli mnie czytasz...dziękuję:)


18:21, surfinia
Link Komentarze (24) »
piątek, 18 maja 2007
Tyle, a jednak...
Napisałam poprzednio tyle ,że poza zajrzeniem tu i tam i upstrzeniem niektórych blogów swoim komentarzem -nie miałam zamiaru dziś pisać więcej u siebie.
Ale
sad.a.5 mnie natchnęła pisząc o "Mieszkańcu Jej Wyobraźni"- jakie to piękne określenie nieco nieśmiało- lecz jakże celnie ujmujące tak wiele odcieni uczuć....w jednym.
Poza zachwytem nad poetyckim ujęciem zagadnienia wzbudzilo to we mnie refleksje innej natury. Jako niekoniecznie anielskiej natury kobieta;) co przeżyła zdecydowanie więcej lat niż 20 :) mieszkańców wyobraźni miałam sporo.
Wpadali na chwilę do wyobraźni owej -stawiając "kropkę nad i"-czasem dużego kleksa, a czasem punkcik atramentem sympatycznym;). Niektórzy zostawali w wyobraźni na dłużej, sadowiąc się wygodnie, czasem żlobiąc ślady albo pozostawiając  tylko "cień swojego uśmiechu" co jak motyl trzepotał się po synapsach :)...różnie bywało, jak u każdego osobnika rodzaju ludzkiego obdarzonego wyobraźnia nie tylko instynktami:)
I jedno mogę powiedzieć z całym przekonaniem: zwykle każdy bardziej znaczący Mieszkaniec Wyobrażni inspirował mnie- do zainteresowań różnych.
Dla jednego byłam w stanie przemierzać góry i padoły.
Dla innego (oczywiście dla siebie również;) nawet ze złamanym kręgosłupem pojechałam na koniu jeszcze kilka razy.
Jeszcze dla innego...zgłębiałam tę dziedzinę medycyny,która niekoniecznie była mi bliska, a raptem-takąż stała się. Oczami innego takiego Mieszkańca oglądałam zabytki i obrazy ucząc się instynktownie każdej kreski, plamy,załamania światła. Jeszcze inny zapalił mnie w czasach wczesnostudenckich do polityki.
Był też taki, co nauczył mnie,że nie należy sie bać techniki:)
Ileż było osób inspirujących?Wiele. Nie mówie TYLKO o mężczyznach,którzy robili na mnie wrażenie . Mówię o osobach płci różnej, które w danej chwili stawały się sterem lub -może celniej-"dawały wiatr w żagle". Z rózych pobudek. Zawsze musiało byc to "coś". I to,że mam zainteresowania różne-wypływa pewnie z natury i "obciązeń" rodzinnych czy jakichśtam, ale również jest związane z kilkoma czy kilkunastoma osobami, które zatrzymały się w moich myśłach na jakiś czas i wyrzeźbiły lub namalowały swój ślad. Jeśli był istotny-to nie znikł. I mam nadzieję-nie zniknie nigdy...


22:40, surfinia
Link Komentarze (18) »
Byle co,ale za to dużo;)
Zgodnie z pomysłem veanki oflagowuję się ;) ale już na temat strajku pisać nie będę ( cito1- wiem,że Cię zawiodłam... :DDD
...bo mamy weekend, do poniedziałku może się wszystko zdarzyć z końcem świata włącznie, zatem nie będę się martwić tym na zapas.
Przez ostatnich kilka miesięcy wstaję o 6 rano w poniedziałek (zawsze wstaję o 6 rano zresztą) z myślą, że "jeszcze tylko dziś i dodatkowe 4 dni,i na szczęście weekend". Czasem mi sie wydaje,ze do weekendu nie dożyję;) W ostatnim tygodniu tak było;)
Głowę daję,że większośc tak ma:) To oznacza chyba,że urlop jest rzeczą konieczną, a do urlopu jeszcze daleko niestety, przynajmniej mnie.
Kolega z pracy co to o nim wspominałam kiedyś (że wybitnie marudny)-znów zaczął swoje smęcenia, a ja juz mam tego dość, jestem i tak bardzo cierpliwa!
Roboty jest co niemiara, ja mam wyliczone niemal każde 5 minut, a ten smęci, po raz 856 każąc mi słuchać identycznej opowieści o tym, jak się życie z nim obeszło (moim zdaniem w dużej mierze przesadza, po prostu uwielbia czuć się nieszczęśliwy) ,po czym sięga głębiej-niemal do podstaw naszego prawodawstwa czy organizacji Państwa od zarania jego dziejów :D i oczekuje ode mnie niemal(takie mam odczucie) , że JA - w jego zastępstwie (bo on nie czuje się pewnie w życiu) jak ten Rejtan położę się w jakimś progu i nie będę przepuszczać. Tylko do końca nie wiem w jakiej właściwie instytucji powinnam się na tym progu położyć, czy ta instytucja aby na pewno jest w Polsce? i...i kogo nie powinnam przepuszczać, a kogo wręcz przeciwnie ;)
On się wkurza,że usiłuję go przekonać , iż mogłoby być gorzej(naprawdę-nie ma na co tak naprawdę narzekać!) oraz każę mu szukać możliwości wyjścia z sytuacji ,które go deprymują. Pewnie-lepiej by było pewnie, gdybym usiadła z nim w kątku i roniła łzy?
A mówi się,że praca w żeńskim zespole bywa trudna. Figę! Mężczyźni w pracy też bywają trudni i wiem co mówię:)
Za to drugi kolega po skończonej pracy rozebrał na czynniki pierwsze starą, nieużywaną dyskietkę do komputera , wyciągnął z niej jakiś kawałek niepozornego czegoś i dziwił się,jak na owym "czymś" można zapisać dane:)
Chyba jednak wolę zaciekłość diagnostyczną koelgi nr 2 (bo śmieszna) niż marudzenie kolegi nr 1 ;)

Poza tym co. Poza tym, to jutro mam spotkanie klasowe , uczulenie nieco mi sie zmniejszyło,ale nie zniknęło,nadal nie wiem co mam na siebie włożyć, byłam u fryzjera , ale i tak wiem,że TO mi sie na głowie nie utrzyma i jutro zrobie "po swojemu". Pije trzecią kawę i to całkiem spokojnie, a jak byłam zdechła, tak jestem. Ale to nic. Byle trochę słońca... :)

Aha:) Młody przedwczoraj poszedł na jakiś turniej piłkarski rozgrywany pod gołym niebem, lało jak nieszczęście, a on oczywiście ubrał się w najlepsze spodenki kremowego koloru, nie było mnie w domu jak się stroił;) nie musze też mówić do czego się nadają te spodenki po wielokrotnych ślizgach czy wślizgach w błocie, zaznaczam,że po trzykrotnym praniu plamy nadal są ;) Oczywiście wziął też najlepsza kurtkę("przecież musiałem czymś się okryć, zimno było i padało!") i też jest ona cała w błocie, tylko to trzeba już uprać ręcznie specjalnym środkiem... ;)


20:11, surfinia
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 maja 2007
Gdyby ktoś myślał...
...lub gdyby ktoś się spodziewał,ze będę pisać o strajku lekarzy -to niestety,
napisano juz o tym za dużo i to do tego zwykle źle, sama usłyszałam dziś kilka komentarzy w mediach - takich,że prawie ( przepraszam za wyrażenie, bo nie przystoi damie...;) miałam ochotę "puścić pawia" ze zdenerwowania i obrzydzenia. Dziękuję uprzejmie mediom za to,że wszystko się robi by społeczeństwu przedstawić nas w takich barwach, że ja wcale się nie dziwię, iż owo społeczeństwo ma prawo nas nienawidzic, ot -świetna, medialna
"krecia "robota,jak poprzednio mówiono , że nasze podwyżki (które tylko w pojedynczych szpitalach wyniosly 30 procent, w pozostałych kilkanaście lub...kilka) uszczuplą pulę na leczenie dzieci z chorobą nowotworową, to teraz mówi się,że na nasze podwyżki konieczny jest wzrost   podatków . Kogo by to zachwyciło? No kogo?No bo to wygląda,że na wygórowane fanaberie jednej grupy zawodowej będą "łozyć" wszyscy.
Na fanaberie posłow też płacą wszsycy i jest ok, a to sa dopiero pieniądze!
Ciekawa jestem, z czego dostają podwyżki hutnicy i górnicy. Bo z czego NFZ-to wiem- z "gospodarności" w ramach której kombinuje sie tak,by możliwie jak najmniej zapłacić szpitalom za procedury...etc
Nie będę więcej pisać o tym.

"Nad naszą wsią przeleciał meteoryt"-taka była piosnka. A nad Wrocławiem dziś latał ponoć F-16 :) Byli tacy co widzieli i słyszeli,ja nie widziałam, bo oczy miałam wlepione w pierogi co je właśnie w tym czasie jak "TO" latało-lepiłam ;)... i nie słyszałam-bo muzyke miałam włączoną na full,żeby nie słuchać tych potępień,co to radio mam mi do przekazania.
Potem nawet w radiu mówili,ale ktoś zrobił fotografię,powiększył i okazało sie,że nie F-16 tylko MIG 29. Co za ulga, hehhe, a może nie?

Ja tak jak ten meteoryt lub któryś z tych samolotów -jestem w przelocie... nie mam czasu na nic-nawet na poczytanie blogów ulubionych...ale przecież co sie odwlecze,to nie uciecze.

Poza tym spotkanie klasowe zbliża się coraz bardziej,a ja mam piękną alergię w pełnym rozkwicie. To tyle... ;)


21:45, surfinia
Link Komentarze (38) »
sobota, 12 maja 2007
takietam
Znajomi po śmierci ukochanego kota sprawili sobie nowego-całkiem malutkiego.
Aktualnie...nadal jest on młody (kilka miesięcy ma) ale wsławił się pewnym wyczynem.
Mianowicie pewnego dnia przytargał do domu żywą ale nieco zmaltretowaną  dziką kaczkę z okolic stawu oddalonego od domu jakieś 300 m. Kaczka owa była ze 3 razy większa niż on, jednak kot nie czuł szacunku do większego:) Po prostu złapał kaczkę i zaniósł "Państwu" żeby się pochwalić i już, taki łowny po czym zostawił kaczkę na środku kuchni i przestał się nia interesować.
Kaczka ożyła...najpierw zrobiła kupę na srodku kuchni owej( jak to stwietrdził Brat Zdrówko z "Jasminum"- tłumacząc dlaczego nie chce kaczki-bo "kaczka sra") a następnie ....walnęła się w kąt i zasnęła. Dalszych losów kaczki nie znam , ale sam fakt jej specyficznego udomowienia zdziwił mnie niepomiernie;)
A postawa kota zachwyciła...
Można by ją "podciągnąć" pod postawę obywatelską niemal:)
16:56, surfinia
Link Komentarze (40) »
niskie,niskie
Po wczorajszej wichurze - dziś tylko na moment zaświeciło słońce rano, obudziło mnie wpadając przez szpary w żaluzjach, no ale już "po wszystkiem"-pada, część Wrocławia nie ma wody w kranach,bo jakaś rura pękła, no ja wodę póki co mam.
Ciśnienie takie niskie,że ...trzeba czasem przytrzymywać się ściany;) Kawa niestety nie pomogła.
Głowę mam ciężką, nie tylko przez pogodę , ale tez dlatego że w nocy wrócił z imprezy Młody, tłukł się jak Marek po piekle. Albo inny jeż Tuptuś (czy ktoś pamieta "Lato Leśnych Ludzi"???)
Teraz włączył głośno muzykę z dużą ilością niskich tonów.
No ale co mam powiedzieć? W jego wieku robiłam to samo, tylko że wtedy mama przekrzykując muzykę błagała,żebym to wyłączyła, bo ją boli głowa, a ja się buntowałam.
Chyba sobie wsadzę jakieś zatyczki do uszu.

13:03, surfinia
Link Komentarze (12) »
piątek, 11 maja 2007
prawie....w kolorze sepii ;)
Nasza paczka w liceum była zgrana nadzwyczaj. Od razu po maturze jednak rozpierzchliśmy się w różne strony świata-dosłownie i w przenośni, bo rozjechaliśmy się po Polsce , a pojedyncze osoby z naszej paczki wylądowały za granicą,często w miejscach bardzo odległych i tam wiodły sobie bardziej lub mniej spokojny żywot. W czasach studenckich i wtedy,kiedy większość z nas miała małe i średnie dzieci -nie spotykaliśmy się ,a jeśli-to sporadycznie,bardziej przypadkowo niż  nieprzypadkowo. Czasem (ale rzadko) z okazji pogrzebów któregoś z rodziców...pamiętam taką sytuację,że w jednym z bardziej eksponowanych miejsc mojego miasta -kilka lat po maturze wpadłam na swoich dwóch kolegów- jeden z nich był już księdzem w jakiejś małej parafii, a drugi -braciszkiem misjonarzem w dalekiej Afryce. Staliśmy "na rogu" przy budynku poczty i śmialiśmy się do rozpuku, chłopaki opowiadali kawały (nie do końca cenzuralne) i...nagle okazało się,iż skończyła się msza w pobliskim kościele, tłum starszych pań wyległ na wiosenną ulice i mierzył mnie oraz moich kolegów (księdza i zakonnika) strasznymi spojrzeniami, mamrocząc
jakieś uwagi pod nosem,że "księża to do koscioła, a ONA niech im czasu nie zabiera":DDD a potem głośne i zgorszone "niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" w naszym kierunku i spojrzenia na mnie co to pies by się przestraszyć mógł, a ja nie;) Bo podsłuchalismy taką panią i dostaliśmy kolejnego ataku śmiechu, braciszek zakonny dostał czkawki...i tak dalej...

Dwa dni temu zadzwoniła Ruda. Ruda w liceum była dośc spokojna, nie wyróżniała się specjalnie. Kiedy ją zobaczyłam 4 lata temu(po latach zorganizowała dla naszej klasy spotkanie) byłam pod wrażeniem. Ruda to był ogień. Ogień w działaniu, w szybkości, w emocjach. Wypiękniała tak,że nie można było od niej oderwać wzroku. A przecież życie jej zgotowało wiele przykrywch niespodzianek. Otrząsała się, przytulała do brzóz,medytowała żeby zyskać spokój dla siebie-samotnej matki wychowującej dwójkę dzieci. Wtedy-kilka lat temu-kończyła właśnie studia...i była z tego bardzo dumna. Ja z niej też , bo w okolicach czterdziestki zrealizowała to, o czym marzyła.
Więc zadzwoniła dwa dni temu, a ja sie ucieszyłam. Przekazała mi dobre wieści. Po dwudziestu latach do kraju przyjechał G. Wyjechał bardzo daleko od Polski - w trakcie studiów ze świeżo poślubioną żoną.
G. był mi bliski kiedyś - stanowiliśmy w liceum "parę" i przyznaję..że musiał miec do mnie świętą cierpliwość. A ja tego nie potrafiłam docenić-ot,smarkulą byłam i tyle :)
Zatem G. przyjechał na kilka tygodni i zapragnął spotkać się z naszą licealną paczką...przy czym powiedział Rudej,że koniecznie ma ściągnąć na spotkanie mnie, przekazała mi,że użył miłego określenia, którym nazywał mnie wtedy,kiedy jeszcze byliśmy jakośtam ze sobą.
Niedługo zatem spotkam się z moją klasa i przyległościami:)
I nie wiem dlaczego-nie boję się spotkania z G. :) Nawet zdałam sobie pytanie-co będzie,jeśli się rozczaruję? a jeśli rozczaruje się on?
Ostatni raz widzieliśmy się,kiedy oboje mielimy po 18 lat...i chyba obydwoje mamy w swojej pamięci-on niewielką ciemną dziewczynę, ja przystojnego wysokiego chłopaka. Teraz od lat jesteśmy dorośli...Nie boję się. Dziwne:)




21:11, surfinia
Link Komentarze (18) »
czwartek, 10 maja 2007
a ta trzecia...
Dwie noce przespane aby-aby,ta wczorajsza gorsza bo snu jedynie z godzinę...Bezsennośc to była narzucona, usprawiedliwiona, choć niesprawiedliwa,kiedy oczy się same zamykały, a trzeba było czuwać przy łóżku Naprawdę Chorego Który Wymagał Opieki.
Dziś -chyba siłą rozpędu, a może z zemsty za dwie poprzednie noce-mój sen uciekł jak niewierny kochanek...
czekać? Nie czekać?
Poczekam cierpliwie w zapachu lawendy, w końcu obieżyświat kiedyś wróci, może nawet skruszony jeszcze dzisiejszej nocy?
...a gdyby tak obok pól złocistego rzepaku posadzić całe połacie filetowej lawendy? Piękno zwielokrotnione.
Zatem idę liczyć kwiatki. Ładniej pachną niż barany;)

                                              

01:01, surfinia
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 07 maja 2007
i...?
"Ludzkie życie jest takie krótkie, a tyle w nim cierpienia, pani doktor-czy może być większe piekło niz moje?"
Starsza, wymizerowana , obolała kobieta popatrzyła na mnie z wielkim cierpieniem malującym się w oczach. Od wielu tygodni leżała na łóżku unieruchomiona niemal całkowcie przez ciężką chorobę.
Prawie każdemu,kto do niej podchodził zadawała to pytanie.Nie wiem nawet czy chciała odpowiedzi, choc pytanie z racji swego charakteru -zwykle odpowiedzi wymaga...Ale to... było skargą, donośnym krzykiem bezradności, choć wypowiedziane cichym , drżącym głosem...
KTO zna odpowiedź?
Piekło było w niej, czuła je każdego dnia i każdej nocy.
Trudno stanąć z nim oko w oko...nie dlatego, że słowa zbyt ubogie i trudno je dobrać.
Rozumiem ją i jako lekarz, i jako człowiek, który też ma prawo do choroby.
Znam cierpienie fizyczne. Cokolwiek bym jej jednak odpowiedziała- zabrzmi to dla niej zapewne nieprzekonywująco...bo ja chodzę. A ona jest przykuta do łóżka...

                                                     *

---------- dziś ręce mam zimne,   jak zawsze -gdy  myśli mam smutne, a dusza waży   
                  więcej niż ciało. Może to tylko przez deszcz i niepokój gałęzi pobliskich drzew.
                 

17:48, surfinia
Link Komentarze (32) »
niedziela, 06 maja 2007
I jeszcze coś z szafy- o uciekających natchnieniach:)
Uciekła mi gdzieś moja Muza
myślałam:"Może powróci..."
Już ją złapałam, związałam
a ona...przegryzła drucik!

Pognała gdzieś-hen przed siebie
i jeszcze- w szalonym pędzie
rzuciła szyderczo:"tak myślę
że więcej wierszy nie będzie

Bo jesłi się nie ma talentu
nie trzeba katować ludzkości!"
...no! gdybym tak mogła ją złapać
Pogruchotałabym kości!!!

Tak znikła. Z prędkością kosmiczną
grając na nosie palcami
a ja i mój podmiot liryczny
pozostaliśmy z tym sami

Bez możliwości wieszczenia
wzlotów, upadków i wzruszeń
Jedynie z bólem istnienia.
Lub-jak kto woli-duszy...


( 2002)

                             
18:39, surfinia
Link Komentarze (18) »
Wino znalezione w szafie:)
Był "pamietnik znaleziony w Saragossie",może być wino- a właściwie stary przepis na owo wino- znalezione w szafie...jak wiadomośc w butelce?nie? ;)

Wino z mniszka lekarskiego
Na każde 2 litry nastawu potrzeba
- 250 kwiatków mniszka - czyli na 15l -ok.2000 sztuk ( z każdego kwiatka
obrywa się płatki i z tych płatków właśnie robi się wino-jest to..robota
benedyktyńska;)
- 1 cytryna -czyli na 15 l -7 cytryn

- 2 litry wody i 1 kg cukru

Płatki kwiatków, cytrynę i wode gotować 2 godziny,przecedzić, dodać cukier
i gotować następne 1/2 godziny. Schłodzić płyn i zlać go do butki, dodając uprzednio namnożone drożdże winne (przepis postępowania-na opakowaniu drożdży, najlepsze są drożdże winne typu "Wermut")
Fermentacja trwa ok. 10 tygodni. Po jej ustaniu-zlać wino do nieco mniejszego balona do sklarowania-co trwa ok.6 tygodni. Butelkować i ...smacznego:)

Uwaga:
W oparciu o własne doświadczenie(przypisek mojej Mamy) -najlepsze są drożdże winne w formie suchych drobin (szczepy drożdży hodowane na nośniku z suszu jabłkowego, firmy "Mulitimex"-Kraków( ja nie wiem,czy ta firma jeszcze jest?)

PS. Część cukru można zastąpić miodem o intensywnym smaku-np.gryczanym, co wybitnie poprawia aromat i smak wina.
-----------------
Tyle było napisane na kartce.
A ja od siebie-wino jest wspaniałe-lekko złociste, o niezapomnianym aromacie.
Póki Mama żyła- robiła to wino i budziło ono zachwyt.
Ja nie potrafię :( nie mam zacięcia winiarskiego.
Może komuś z Was się uda...liczę na to,że Odwodnikowi !
:)
17:31, surfinia
Link Komentarze (24) »
sobota, 05 maja 2007
szafy(bywają) pełne niespodzianek...;)
To nade mną wisiało,bo o ile bałagan w szafie robie szybko i sprawnie;) ciagle się gdzieś spiesząc-to zrobienie porządku w owej szafie przychodzi mi z bólem WIELKIM ;)
Godzinę temu zabrałam się więc za to,bo juz żadnego pretekstu(by tego nie robić) nie miałam...
Hm...znalazłam kilka bardzo dawno poszukiwanych rzeczy-na przykład czarne,wieczorowe, koronkowe body, które -jak byłam przekonana-oddałam siostrze. Małą buteleczkę perfum Gucci (????skąd się tam wzięła???). Bluzkę o której zapomniałam.
I clou programu: zeszyt, mój zeszyt sprzed  lat!!! (tyle razy robiłam porządki w tej szafie, a on się gdzieś ukrył!) . W zeszycie tym mnóstwo skarbów i "skarbów"
a najważniejszy! TADADADAM!!!!! Odręcznie napisany przez moją Maman przepis na WINO Z MLECZA!!!!!! ten przepis obiecałam Odwodnikowi ,ale diabeł go ogonem nakrył...
Przepisze ten przepis jutro, bo dziś muszę za chwilę jeszcze powpychać wszystko do szafy...niestety.
a usiadłam przy cudem odnalezionym zeszycie i pękam chwilami ze śmiechu czytając swoje "próby poetyckie" i mini-opowiadania. Strasznie...naiwne;)
Pękam zatem ze śmiechu "na swój temat" ;)
Poza tym - w zeszycie znalazłam kilka kapitalnych aforyzmów (nie moich!), których nie zawaham się użyć ...kiedyś :)
Odkryłam też między kartkami zeszytu bardzo starą składaną kartkę pocztową, na której było napisane fabrycznie: "For all you do to make my world a better one", a odręcznie tylko jedno słowo:"Dziekuję"
Z perspektywy czasu wiem...że wcale temu komuś świata nie upiększyłam nadmiernie, ech stare to były dzieje... ale kartkę zatrzymałam. Licho wie,po co.
Z sentymentu. Przez przypadek może...A może , żeby po latach znaleźć ją i zadumać się ...przez chwilę:) Choć i tak czas zatarł tak wiele w pamięci.



23:23, surfinia
Link Komentarze (18) »
Miał padać deszcz
Miał padać deszcz, miała być burza, ale synoptycy to odwołali, szkoda,że nie odwołała tego moja głowa, która nie może się zdecydować -która jej strona tak naprawdę ma boleć. Młody zaczął podlewać trawnik pod balkonem i przy okazji oblał okno mojego pokoju, taki dowcip ;)
Podobno nie będzie jesienią jabłek, a wcześniej wiśni i czereśni, bo 90 procent kwiatów na drzewach owocowych wymarzło.
I miodu może nie być, bo pszczoły z powodu nadajników telefonii komórkowej
są zdezorientowane i mają kłopoty z powrotem do macierzystych uli.
Jeszcze tylko dołożymy do tego suszę , kilka plag egipskich, korniki i szrotówka kasztanowiaczka co wsuwa polskie kasztanowce i proszę -jaki mamy "optymistyczny" wpis ;)

A mogło być o ulubionych ksiązkach czytanych po kilka razy czy filmach oglądanych po wielokroć i mimo,iż zakończenie zna się na pamięć, to zawsze zagryza się wargę żeby szybciej...bo nie można się doczekać  na  TO  zakończenie...które i tak nie może byc inne - bo przecież każda dobra historia musi mieć dobre zakończenie, albo dobry...dalszy ciąg:)



18:32, surfinia
Link Komentarze (15) »
piątek, 04 maja 2007
Mogłam...
Mogłam powiedzieć: "biorę urlop do końca tygodnia, bo i tak mam zaległy", no ale nie powiedziałam, inni przeciez też by chcieli mieć choć trochę z tego tygodnia.
No i poszłam do pracy...od wejścia obuchem w łeb, zła wiadomość z mojego poletka.
Potem - w związku z tym- dostałam telefon, który nie wiem czy był niewybrednym żartem czy prawdą...wyprowadził mnie z równowagi, przyprawiając o bezdech i zbyt szybkie bicie serca oraz chęć kopnięcia w kostkę (conajmniej) tego,co mi takie informacje telefonicznie przekazuje.
Po prostu opadły mi skrzydełka. I przez kilka godzin wcale mi się nie chciało uśmiechać do świata...a wręcz przeciwnie- chciałam pluć jak lama;)
Dopiero teraz zaczyna mi "odpuszczać" i zaczynam się zastanawiać co i jak moge jeszcze zrobić z bardzo trudną sprawą...narazie wiem,że nic nie wiem.
zatem zaczyna się sprawdzać chyba mój sen z nocy, w której była pełnia...
Ale , ale - uczepiłam się interpretacji sad.a.5 , która WYRAŹNIE mi napisała,że nawet jesłi coś wyda mi się trudne i nie będę na to przygotowana-to wszsytko skończy sie dobrze.
Wierzę w to zatem, a taka wiara bywa...kreatywna:)))
Narazie wchodzę w krótszą część weekendu. I sprobuje uspokoić swoje myśli i serce, co za bardzo się tłucze (powiedzmy,że z powodu nadmiaru kawy, albo histerii-jak zwał tak zwał-byle przeszło. Albo żeby kołatało nadmiernie z ...przyjemniejszego powodu :)

...oby tylko ten powód był;)


18:37, surfinia
Link Komentarze (18) »
czwartek, 03 maja 2007
taki czwartek świąteczny
W wolne dni zdarza mi się budzić zbyt wcześnie ( co w dni robocze jest prawie niemożliwe ;)
Tak było i dziś. Leżałam sobie cichutko, przez żaluzje wpadało pasmami złoto poranka.
Złoto, które nigdy nie da się wziąć w ręce i nie stanie się pretekstem do walki i współzawodnictwa ( na szczęście) a pozostanie w oczach i w duszy. Myślałam sobie...starałam się myśleć o rzeczach miłych, ale jakiś niepokój w sobie mam, może przez sen w którym podstępem wsadzono mnie do samolotu (nie cierpię latać) i poleciałam do USA.
W jednej białej bluzce i dzinsach. Bez bagażu i telefonu komórkowego( o zgrozo!;)
Kiedy jednak wśród wieżowców wielkiego amerykańskiego miasta zobaczyłam wieże katedry wrocławskiej - odetchnęłam z ulgą: "jestem u siebie".

Dobrze jest "nie musieć". A jeśłi się coś robi -to dobrze to robić na zasadzie :
" bo chcę". I właśnie ja tak dziś się staram od rana.
Po południu wraca Młody. Wyjechał z kolegami na kilka dni na rowery,wziął namiot, nie wziął zbyt wielu ciepłych rzeczy. A mówiłam. Ale wie swoje. Telefonicznie już ustaliłam-zmarzli jak wszycy diabli ;) Jednakowoż człowiek najlepiej uczy się na własnych błędach, zatem nie można człowiekowi odmawiać do owych błędów prawa;)

----------------------------------------------------------
a tak z innej beczki chciałabym wiedzieć, dlaczego mój nos chwyta sońce tak ochoczo jak biały obrus barszcz wiglilijny???? Mogę nakładać filtry, blokery- a ledwo zaświeci słońce -  i tak staję się siostrą Czerwononosego Renifera;)))

10:33, surfinia
Link Komentarze (21) »
 
1 , 2
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes