moja jesień gra bossanovą...
RSS
niedziela, 25 maja 2008
pomiędzy twarożkiem a plasterkiem pomidora
Zwykle staram się nie oglądać telewizji w trakcie posiłków.Zwłaszcza ,że rodzinnie , spokojnie- posiłki rzadko udaje się spożyć. No ale dziś tylko my dwoje- Młody i ja. Tatusia poniosło "na jeziora" już kilka dni temu:)
Włączyliśmy sobie telewizor na chwilę, licząc na jakiś program krajoznawczy albo przyrodniczy. No i obejrzeliśmy reportaż o Japonii, bardzo ciekawy.
Japonia jest dla mnie... zbyt daleka. Nie chodzi mi o odległość...teraz świat się skurczył do rozmiarów piąstki dziecka niemal;)
Odrębność kulturowa Japonii (którą szanuję, ale Japończykom nic z tego przecież;) jest dla mnie obca,niepojęta choć...fascynująca, zwłaszcza pod względem szczególnej estetyki...
Kiedyś czytałam kilka książek na temat Japonii(nawiasem mówiąc nie mogę znaleźć ksiązki Eli Andrzeja Banachów o Japonii,dałabym sobie głowę obciąć, że gdzieś w domu jest...) a zainteresowałam się tym krajem z powodu ..ceramiki.
Bo jest szlachetna, często bardzo prosta i jak ktoś gdzieś napisał:"wyciszona".
Co nie zmienia postaci rzeczy-iż o kulturze japońskiej czyta mi się(czy ogląda mi się) jak bajki z mchu i paproci...niemal.

Trochę mi wstyd,że umysł mam (chyba) zbyt ciasny,żeby zrozumieć to,co dla Japończyków jest tak oczywiste, zwykłe,codzienne ,nad czym w ogóle zastanawiac się nie trzeba, a dla Europejczyka...czymś dziwacznym.
Rozbawiła mnie pewna pokazana sytuacja, a następnie refleksja:
-piękna kobieta (Japonka) w wieku nieokreślonym, w idealnie skrojonym stalowym kostiumie i białej bluzce (znów ta ujmująca prostota i elegancja )
prowadząca szkołę czegoś w rodzaju dobrych manier i obyczaju - wspomniała,że Japończycy ciągle obdarowują się prezentami.
Narrator zapytał zdziwiony :"dlaczego?" ( w naszym świecie to nie jest zbyt częste zjawisko, a nawet jeśli to nie mozna określić,że wręcza sie komuś prezenty "ciągle" ;)
Japonka z nieprzeniknionym,uprzejmym uśmiechem odpowiedziała:
"obdarowujemy się prezentami aby podtrzymać dobre stosunki".
...

Gdyby na przykład u nas w Polsce rozdawało się prezenty "jak leci" dla podtrzymania dobrych stosunków- część z takich gestów możnaby nazwać działaniami korupcyjnymi!
Z drugiej zaś strony...widać, że Japończycy chyba jednak dużą wagę przywiązują do pozorów...Za pomocą prezentów podtrzymywać ludzką życzliwość...hm...



12:39, surfinia
Link Komentarze (18) »
sobota, 24 maja 2008
Zielonooki bandyta
Po południu przydreptał po raz któryś - Zielonooki Kot, na  kolejną porcję papu.
Patrzył na mnie i kulał, myśłałam ,że się znowu wygłupia, bo jak chce ode mnie wydębić dodatkowe jedzenie ( a apetycik to on ma...) to udaje,że kuleje- a już po jedzeniu wybiega prężnym krokiem ;) taki egzemplarz,no.
Obejrzałam ma wszelki wypadek tę nogę.A jednak to nie wygłupy. Na całym ciele Zielonookiego widoczne są ślady walki. Zadrapanie pod okiem. Wyszarpana sierć z boku. Zadrapanie nogi,która całkiem niedawno była uszkodzona.
Zanim dałam mu jeść-wygłosiłam "mowę tronową" na temat szlajania się i kociego mordobicia -udawał,że słucha, bo gdyby zlekceważył- i s t n i a ł o  pewnie według niego prawdopodobieństwo,że jeść nie dostanie:DDD więc "wysłuchał" a potem dostał co trzeba. I dokładkę. I jeszcze raz dokładkę. jak widać kocie walki nie stępiły mu apetytu;) Potem położył się na dywanie i spokojnie usnął.
Syn z lekka spanikował,że może do weterynarza. No ale to dziki kot jest, śladowo udomowiony, wyleczysz jedno zadrapanie,zaraz będzie miał pięc nastepnych. Nie chce być w domu, chce od nas tylko jedzenia.Bo nawet czułości nie. Więc jeśli na zewnątrz chce przeżyć-musi walczyć i wygrywać...prawo buszu.
Zresztą już znowu zwiał i noga mu nie przeszkadzała w tym ani trochę ;)






21:45, surfinia
Link Komentarze (12) »
czwartek, 22 maja 2008
z kategorii "codzienność"

Czasem trzeba zajrzeć do miejsc "mało używanych" a więc na przykład do głębokiej szuflady , której zwykle się nie penetruje, a tylko np. bierze ścierki z wierzchu nie wnikając co pod spodem. Dziś właśnie w poszukiwaniu zeszytu z przepisami (który to zeszyt zaginął w czasach niepamiętnych) zabawiłam się niemal w Indianę Jonesa :) Podróż w głąb pojemnej szuflady nie jest wprawdzie tak niebezpieczna, jak w przypadku poszukiwania zaginionej arki czy czegoś w tym guście,nie wyłażą ze wsząd węże, jadowite pająki oraz kościotrupy, ale też ma w sobie "coś". No, można na przykład spotkać się z zabłakanym molem...ale mnie to akurat się nie przydarzyło;)
Znalazłam bowiem ku mojej radości kilka przedmiotów, które uważałam za zaginione ...takie typowe "skarby" pani domu ;) a więc np.komplet nieużywanych ścierek lnianych, trzy woreczki płócienne, trzy kolorowe obrusiki wakacyjne, poszukiwany-zeszyt z przepisami i kilka wolnych, z lekka pożółkłych kartek z przepisami kompletnie niepowtarzalnymi (mojej mamy i babci) , "łapkę" do chwytania uchwytów gorących garnków wykonaną w podstawówce przez syna dla mnie (na Dzień Matki:) ,  nasiona  bazylii (niestey przeterminowane )
komplet świeczek urodzinowych (no tych to nie przewiduję używać:), kolorowe rurki do napojów, z czasów kinderbali wreszcie przedmiot mojego wzruszenia
zawsze, kiedy do niego zaglądam: trochę zniszczony zeszyt w kratkę, w którym od momentu urodzenia mojegp syna przez pół roku-zapisywałam w specjalnej tabelce-ile dziecko zjadło i co spożyło, ile wypiło, czy była kupka i jaka:) Zeszyt był prowadzony na zlecenie pediatry, bo dziecko było wcześniakiem i słabo przybierało na wadze...konieczna była kontrola.
Pokazałam zeszyt Młodemu. "Fajna pamiątka, Mamo".
No może nie jakoś bardzo "fajna" ale szczególna :)

...Jest jeszcze trochę szuflad w moim domu do spenetrowania,celem przypomnienia sobie co w nich mieszka... przyznaję, że zwykle zabieram się do tego jak "pies do jeża".
Jednak od jakiegoś czasu czuję potrzebę uporządkowania tego co na zewnątrz, żeby mieć lepsze uporządkowanie "wewnątrz" -czyli w sobie, nie żebym jakoś się szczególnie przejmowała feng-shui, ale przyznaję, że te zasady a przede wszystkim - idea tej sztuki"organizowania" sobie otoczenia ma w sobie dużo mądrości...
Zatem na przykład : trzeba zamykać zawsze klapę od sedesu , bo jeśli nie...to"tamtędy" uciekną pieniądze z domu :)



14:27, surfinia
Link Komentarze (20) »
sobota, 10 maja 2008
telefon :)
Mężczyna wyjechał,a mnie o dziś o świcie niemal z lekkiego półsnu (bo zbierałam się do przebudzenia) wyrwał telefon.
-Dzień dobry, śpiochu! Otwórz oczy,wstawaj,dzionek taki piekny! Witam cię w te słoneczny dzień,ptaki śpiewają,o, szpaki i wróble kąpią się w sadzawce, za płotem słyszę głosy kobiet podążających na targ, kot mi się łasi do nóg w oczekiwaniu na śniadanie, kwiaty mi kwitną, ukochana moja żona cię podrawia i teściowa też:)

W taki poetyczny sposób postanowił obudzic mnie Przyjaciel Rodziny, który wyjechał już wczoraj na 'włości"poza nasze miasto.

Zaczęłam się smiac,bo ten telefon wprowadził mnie w doskonały nastrój:)

-Piotruś, a tobie co? zapytałam
-a nic.Obudziłem się,świat mi się jawił zaiste bajkowy i postanowiłem się tym z kimś podzielic :D a kto to lepiej zrozumie jak nie ty?

..podejrzewam,że Przyjaciel Rodziny już popróbował wina wlasnej roboty,nie tylko kawy...o poranku:)
bo kontynuował:
-a więc roztaczaj aromaty, chłoń aromaty,piekno,powietrze, a jak zobaczysz coś niezwykłego to dzwoń, dzwoń...

...a ja właśnie dziś myślałam,że jakichś olśnień mi trzeba. A inni nie myślą o olśnieniach,inni je po prostu mają wstajaco 5 rano w sobotę... :)


09:14, surfinia
Link Komentarze (21) »
wtorek, 06 maja 2008
Zielonooki
Zielonookiemu coś się stało w łapkę, oszczędza i powłóczy nią. Ogólnie futrzak ma wygląd mocno sfatygowany. Tak to jest,jak się kocisko szlaja całymi dniami i walczy z innymi, bo sądzę,że to "coś" z łapą to order zdobyty w walce.
Kocisko ostatnio nawiedza nas często,wylegując się na dywanie ,na wycieraczce balkonowej, a od wczorajeszego wieczora wypił pół litra mleka 3,2%, zjadł pół lodówki...i wzrokiem mnie kocha. Oraz daje się pogłaskać,nawet po jedzeniu!
To wszystko jest dość jest dziwne, bo on mało wylewny jest, a już po jedzeniu to zwykle gna, bo sobie przypomina,że ma tysiąc kocich sprawd do załatwienia.
-Co się stało z tym kotem,że taki miły?-zapytał Mężczyzna
-jak to CO. Coś mu jest,boli go to i się garnie do dobrych ludzi , bo wie,że mu zginąc nie damy.-powiedziałam.
Zwierzę rozumne i czujące-tak jak człowiek: potrzebuje czułości ,opieki i uwagi
kiedy mu coś dolega...
To było powiedziane głosem znaczącym... na wszelki wypadek.

21:16, surfinia
Link Komentarze (12) »
klasyka
Za górami za lasami...albo nie.
Dawno ,dawno temu...może wieki,może lata a może dziś rano i to- nie za bardzo wcześnie...
Ktoś zapukał,wszedł ...zsunął z nosa okulary ruchem niedbałym...i powiedział:
-Dzień dobry, mam prośbę: zdejmij okulary...
Porażona śmiałością prośby
zdjęłam je odsłaniając całkiem bezbronne oczy
...Żeby go lepiej widzieć
*


* Bajka o Czerwonym Kapturku wdziera się jak widać w życie raz po raz w różnych kombinacjach, cóż, jest coś w klasyce,że niemal każdy (chcąc-nie chcąc) wraca do niej myślą, mową i uczynkiem...często uważając , że odkrywa nowe lądy jak Kolumb (co za banał;)...lub nowe prawdy,czy twierdzenia jak nie przymierzając Archimedes wyskakujący nago z wanny z okrzykiem "Eureka!".
A tu jak świat światem...to samo, tylko ludzie inni...I modele okularów też.


A klasyka? Klasyka jest po to,by ją szanować i czasem wielbić ( czasem-bo nie zawsze się da)
I żyć bez niej nie sposób. Piszę to na pohybel prześmiewcom ;) 



17:26, surfinia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 maja 2008
tak
"Nawet jeśli się bardzo starasz być z życiem za pan brat...powiadam Ci,nie zawsze można światu (i sobie) prezentować twarz jasną, oczywistą jak słonecznik co ustawia się "frontem do słońca".
I nawet świadomość tego faktu męczy. A sam (ów) fakt zaistniały -po prostu boli z powodu przyczyny ,jak i powodów obocznych, które są albo o zgrozo -których czasem po prostu nie ma. I nie można się o nie oprzeć myślą, wzrokiem i kątami ust, które bez pomocy- wcale nie chcą wygiąć się w uśmiechu. O sercu to już w ogóle nie mówię..."

/ Z listu niewysłanego, bo ...bo nie jest to list oczekiwany /

A to...  pewnie przez burzę co przemknęła...  poza tym..zachwiania,niepewności czy odczucia interpretowane(lub nadinterpretowane szumnie)jako ból istnienia...są konieczne dla uzupełnienia gamy barw ludzkiej natury.  Jeśłi ktoś twierdzi,że jest od nich wolny-zapewne kłamie...
22:38, surfinia
Link Komentarze (5) »
niedziela, 04 maja 2008
koniec weekendu,uff
Wieczorem dostałam od siostry sms-a: "Niestety koniec tego dobrego(weekendu znaczy) ,mam nadzieję,że ci się te wolne dni udały"
Hm. Z czterech wolnych dni,tak naprawdę odpoczywałam w dwa, bo pozostałe dwa przeznaczyłam na podróż. Czyli dwa dni "do tyłu". O ile w czwartek podróż zajęła mi osiem godzin,to dziś trzynaście, bo wpakowaliśmy się w najdłuższy korek w Polsce, ponoć z ok.250 tys. turystów odpoczywających w Zakopanem,Beskidach itp.-większość wybrała chytrze alternatywną drogę powrotną, która miała omjać korek naokoło Krakowa i na Śląsku i...dopiero powstał KOREK OGROMNY.
I myśmy w tymże korku utknęli...
Jak więc opisać moją drogę powrotną z wymarzonego ale niestety deszczowego i zimnego przedłużonego weekendu?
Korki i jazda z szyb kością 10-20 km/godzinę
deszcz
złość z bezsilnością
i...znów
korki
deszcz...
"A może byśmy pojechali posiedzieć "przy piwie w karczmie w Limanowej"?
...Figa, Limanowa bez karczmy, o piwie nie mówiąc...

...Wadowice bez kremówek, na które miałam ochotę nieziemską...przywołując w pamięci Dobrą Twarz Człowieka, który śmiejąc się mówił zasłuchanym i wpatrzonym w Niego tłumom:"A po lekcjach szliśmy na kremówki" ...
Więc nie udało się, bo nie można było uciec...z korka.

Po czwartej godzinie stania w korku szukając jakiejś sensownej muzki w radiu usłyszałam "rozkoszny"głos pana z radia ZET :" no dzwońcie do mnie, mówcie,co wam w duszy gra"
-Nie chciałby pan wiedzieć co mi gra-zaszemrałam zgryżliwie .
Przesłałabym bowiem moc "pozdrowień" drogowcom z Małopolski,którzy jednocześnie remontują wszystkie przelotówki w tym rejonie ...

Trafiłam wreszcie na "Sjestę" Marcina Kydryńskiego i dałam się ukoić portugalskiej tęsknej muzyce. Nagle (na jakiś czas)  wszystko przestało mnie denerwować.
Zwinęłam swoją irytację razem z kilkoma mocnymi słowami- w kulkę i odrzuciłam daleko a siebie. Spadła niestety na tylne siedzenie samochodu i od czasu do czasu jak galaretowata, moblina masa  niby  "Obcy Pasażer";) właziła mi do głowy.
Ale póki co patrzyłam na zielone pagórki beskidzkie, takie piękne... choć takie mokre i w chmurach. Na drzewa- świeżo zielone i ukwiecone. Na bez, o którego kwiaty deszcz ocierał się pieszczotliwie w rytmie piosenek wykonawców z Wysp Zielonego Przylądka. Tu zieleń, tam zieleń.

Mężczyzna niestety nie dał się ukoić i od czasu do czasu klął szpetnie,pobielały ze złości.
Mariolka wyciągnęła palec wskazujący do góry i głosem bardzo poważnym powiedziała:
-A Hannibal jak wędrował przez Alpy w 218 roku przed naszą erą...wyobrażasz sobie JAK DŁUGO szedł z armią? I jak zmarzł w tyłek, łydki etc?
Podobnie Aleksander Wielki, co wędrował przez Pamir i Hindukusz do doliny Indusu...wiesz,ilu ludzi tam zginęło i jak długo to trwało?
a ty? masz ciepło w pupę i kopytka, muzyka ci gra, żona mało marudzi, siedzisz w samochodzie jak panisko...no trudno,odwrotu nie ma!

O ile Mariolka miała przekonanie, że ma niezaprzeczalną rację -bo przecież zapisy historyczne nie kłamią-to i Mężczyna i ja...zastanawialiśmy się,czy aby ten piernik i wiatrak mają ze sobą coś wspólnego...
Przy okazji wylałam na siebie:
-sok
-herbaty (mocnej) kilka kropel
-oraz kawę, na ulubioną bluzkę ala Gelsomina z "La Strady"
No całe szczęście,że po 13 niemal godzinach udało się dotrzeć do domu, gdzie jest "inteligentny"  proszek do prania;)





23:55, surfinia
Link Komentarze (12) »
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes