moja jesień gra bossanovą...
RSS
poniedziałek, 29 czerwca 2009
I duszno i pada ,i duszno i pada...
Straszliwie parno cały dzień. Ludzie albo zmęczeni,albo zniecierpliwieni, pacjenci- zwłaszcza ci ambulatoryjni- pobudzeni, oj dostało się dziś personelowi białemu z mej komórki organizacyjnej nie raz nie dwa...Trudno w taki dzień nosić uśmiech na twarzy, w pewnej chwili i ja  się wściekłam, kiedy pacjentka  w dobrym stanie zaczęła krzyczeć, że to skandal,iż przed nią przyjęłam inną osobę, taką młodą ,co może poczekać.  Tylko,że ta "młoda co może poczekać" to akurat na wózku była i ledwo żyła.
No nic, ale jestem już w domu, jutro,pojutrze i po-pojutrze to juz tak fajnie nie będzie, praca  od rana do wieczora.
Znów grzmi i pada dość mocno  (dawno nie padało...;)
Widziałam dziś kolumnę  samochodów strażackich, tak z 10 ich było, jeden za drugim...na sygnale...pewnie jechały do  Kłodzka, czy tam gdzie trzeba było takich sił. Przypomniał mi się 1997 rok. Do tej pory skóra mi cierpnie.
Może  czas  zacząć budować arkę? ;)


18:20, surfinia
Link Komentarze (15) »
sobota, 27 czerwca 2009
Ona i ja
Moja siostra. Którą kocham oczywiscie niezmiernie,ale się z nią często "rozmijam"-bo ona inna i ja inna- począwszy od koloru włosów na zainteresowaniach i urządzeniu swojego małego świata skończywszy.
Ona blond, ja przeciwnie. Ona z lekka latawiec, bo aktualnie niezamężna i nie-dzieciata. Ja przeciwnie.Ona "despotka z lekka" , ja -skłonna do kompromisów, choć nie zawsze łagodna, o nie. Dlatego czasem między nami iskrzy. Ona-manelara, uwielbia"przydasie" i rzeczy z rodzaju"nie wiadomo po co to jest", ja raczej uważam,że do równowagi potrzebne mi jest nieco wolnej i uporządkowanej przestrzeni, a nie nadmiar bibelotów. Ona - uprawia tak zwany wolny zawód, ja przeciwnie. Ona nie ominie żadnego wydarzenia kulturalnego w mieście i okolicy, ja...hm, jak by to powiedzieć : no kiepsko z tym.
Bo...ona odreagowuje swoją wolność zawodową w tychże imprezach, a moja zawodowa "niby-niewola" sprawia,że kiedy wieczorem wracam do domu -marzę o ciszy całkowitej lub przełamanej dobrą muzyką,o braku większej ilości ludzi naokoło,o wannie z ciepłą wodą, o dobrej książce,o przemysleniach uspokajających w zieleni i kolorach kwiatków z najbliższego otoczenia. Co nie oznacza braku fantazji lecz po prostu jest wyrazem braku czasu na relaks, a jak wiadomo-jeśli czasu na coś jest mało to trzeba go wykorzystać do ostatniej sekundy tak, jak akurat się potrzebuje. Nic na siłę.
Moja siostra dzwoni dziś :- "Wysłałam ci link dotyczący koncertu jutro, idziesz"
-"Jutro to nie jestem zainteresowaba"
-"bo?"
-"bo mam inne plany"
...bo mam!
I proszę ja kogo, moja Siostra NIE zozumiała. Ona da się oskubać za koncert, nieważne kto gra, byle dobrze. Ja oskubać sie nie dam. Muzykę lubię, kocham nawet, ale nie każdą, wybredna jestem. Ale są jeszcze różne ważne sprawy,które wynikają z bycia żoną  i matką, do tego pracującą (czasem ponad siły) na kilku etatach, w tym domowymm równie absorbującym , co każda pani domu potwierdzi.
I w przeciwieństwie do niej - rozumiem to, że ona ma swój świat, swoje zainteresowania,że nie cierpi na przykład sprzątać czy gotować. Ona zaś...chyba jednak ma mnie za istotę nieco niższych lotów :)
I probuje to zmienić na obraz i podobieństwo swoje ,zapewne z miłości:)


00:03, surfinia
Link Komentarze (8) »
środa, 24 czerwca 2009
w przychodni
Siedząc w gabiniecie przychodnianym zostałam zelektryzowana jakąś pyskówką na korytarzu. Wyszłam więc na ów korytarz, niby Hermes z kaduceuszem :)
Opadli mnie pacjenci (dziś jakiś zły dzień był...wszyscy nerwowi jak nie wiem :(
Jeden przez drugiego usiłowali mnie przekonać,że mimo ustalonej kolejności przyjęć usankcjonowanej nawet formą pisemną(listą z oznaczeniem kto i na którą godzinę zapisany) to ONI musza wejść w pierwszej kolejności bo...cośtam o znów cośtam.
Nie ugięlam się i z pomocą pań rejestratorek-jakoś udało się opanować żywioł...

Po kilku przyjętych osobach nadszedł czas na starszego znerwicowanego pana, który jak się okazało nie był zapisany na dziś,a sam twierdził,że był. Przyjęłam go oczywiście,
bo na korytarzu nagle poczuł się źle. Uświadomiłam mu życzliwie, że on SAM się nakręca, a we mnie nie ma wroga :) I o dziwo- zrozumiał, choć jeszcze chwilę ponarzekał na cały świat.

-Ciiiiichutko, no niech pan się już nie denerwuje, prosze spóbować się odpręzyć i powiedzieć mi o swojej chorobie, no już spokojnie, przeciez jest pan w środku, a ja już jestem do pana dyspozycji.

Odprężył się, opowiedział o chorobie, ciśnienie mu spadło, został zbadany...wychodząc z poddenerwowanego staruszka stał się starszym w miarę spokojnym panem , który wysapał pod adresem tych,z którymi wlaczył na korytarzu: "bo wie pani,ci ludzie to tak się kłócą!"
:)
Któryś z kolei był żażywny pan po 60-tce, który patrzył na mnie nieco nieufnie, a potem powiedział ze zdziwieniem :" A z pania to można porozmawiać!"
:)

Kolejna pani weszła do gabinetu i jako rzeczniczka reszty powiedziała,że na korytarzu jest jeszcze kilka osób i że wszyscy są zmęczeni.
Była to moja 10 godzina pracy na pełnych obrotach.
-a jak pani myśli, czy ja też nie jestem czasem zmęczona?
I tak dośzlyśmy do wniosku obie, że trzeba zająć się badaniem a nie -uczciwszy uszy- "pierdołami".
Prawie trzydziestu pacjentów przyjetych w przychodni przez 5 godzin.Każdy pacjent  inny.
Z każdym trzeba umieć porozmawiać. Na szczęście przez lata pracy wyćwiczyłam się w tym względzie. No i Anioł Stróż-ten strażnik mojej cierpliwości-najwyraźniej dziś stał blisko...bardzo blisko mnie :)






20:48, surfinia
Link Komentarze (17) »
wtorek, 23 czerwca 2009
Czas na głupoty poprzedzone poważniejszym rozważaniem na szczęście krótkim;)
Noszę w głowie jakąś głupotę, aż mnie korci, żeby o tym napisać...ale naokoło ludzie mają tyle problemów, ja też, więc czy to..."wypada pisac o niczym" w tonie wesołkowatym i beztroskim? Podczas gdy innym ludziom świat się wali na głowę? a z drugiej strony: co komu z tego przyjdzie, jeśli się owiniemy w worek pokutny, pomalujemy twarze na czarno o łeb posypiemy popiołem? ano...nic nie przyjdzie z tego nikomu. jeszcze gorzej może być na duszy.
Więc jeśli piszę o głupotach czasem (albo częściej niż "czasem") to nie znaczy, że tylko to mam w głowie. Ale raczej, że stawiam odpór problemom i póki co-po części dzięki takim"głupotom" udaje mi się wygrywać. Albo jak napisałam do koleżanki omm...wydaje mi się,że wygrywam i to czasem zupełnie, zupełnie wystarczy...

Zatem na "głupoty" czas.
Straszliwie zmokłam dziś. Musiałam wyjśc z pracy w porze największego deszczu. W przeciągu kilku minut zostałam przemoczona  do ostatniej nitki, nie pomógł parasol.
Ja, zmokła kura szłam zatem rozmyślając, jak tu być elegancką w takiej sytuacji. Głowa w górę i pierś do przodu oraz spręzysty krok niekoniecznie pomagają ;) Ale skądinąd gdyby siegnąć do ckliwych filmów co to"on i ona" na deszczu, to "oni" wyglądają zwykle całkiem fajnie. Tyle,że mogą się tym swoim zadeszczeniem cieszyć we dwoje, a nie muszą iść prezentować swego rozmoknięcia pacjentom w przychodni...No i drobna różnica wieku: zwykle "ona" z duetu deszczowego ma tak gdzieś o połowę lat mniej niz ja, no czasem jak reżyser jest nieco bardziej  "litościwy"-to nieco mniej niż połowę:)
Na to tez jednakowoż jest jakaś rada, bo można z łatwością podzielić swój wiek na dwa :) i po kłopocie.
Moje buty z całkiem niezłej firmy Bata , które nosiły mnie wygodnie...niestety nie przetrwały tej dziejszej próby wody... Niezbyt często bowiem wlewa się do nich zawartość kilku wiader z każdej strony,niezależnie od umocowanej w nich stopy.
Widok moich stóp, na które nieopatrznie zwróciłam uwage już w przychodni- wprawił mnie w osłupienie. Pięty miałam bowiem brązowe i palce również...
Niezłe buty,które niejeden deszcz przetrwały bez szwanku-zapłakały brązowymi łzami i wytarły te łzy... w moje pięty:)|
Na szczęście " w pogotowiu" były wyżej wspomniane bzdury.
Kontemplując widok "mazów" na moich piętach o nowym kolorze :) - przypomniałam sobie duży biały, lekko krzywy napis, który widziałam na malarskiej, czarnej, wielkiej teczce uwieszonej w deszczu na ramieniu chudego młodziana w sandałach na bosych stopach (niewątpliwie był to student ASP, przecież takiego credo nie pisze sie ot,tak...).
A napis ów brzmiał:
" Gdy życie nic nie warte-Evviva l'Arte! "

Parafraza tetmajerowskiego "Choc życie nasze splunięcia niewarte-Evviva l'arte!"
... bardziej niż dekadencki oryginał - przekonuje mnie jednak ta dowolna wersja na teczce studenta Sztuk, bo tylko zaznacza, że życie czasem ciężkie jest, nawet jeśli to "czasem" jest dość często... ale daje nadzieję.

Mnie za to malarskie "dzieła" deszczu na stopach i ogólne przemoczeniie-wybiły z głowy zaplanowaną wizytę w Muzeum Narodowym , gdzie chciałam sie udać dziś od razu po pracy, bo jest wspaniała wystawa
W sumie oglądanie dzieł sztuki to jakieś mini-święto. Nie można iść z wodą wylewającą się z butów...choć jakby pomyśleć- to jest w sumie lepsze niż na przykład słoma, którą często gęsto rozsiewa ten i ów,nie zdając sobie z tego sprawy ;)





20:41, surfinia
Link Komentarze (9) »
sobota, 06 czerwca 2009
- Bywasz czasami niemożliwie wzniosła-powiedziała Nieznajoma i wstała od stolika, zostawiając na wpół opróżnioną filiżankę z kawą oraz mnie-zdziwioną, bo przeciez nie powiedziałam do niej ani słowa.

Wyszłam po chwili z kawiarni i rozpostarłam ramiona do lotu, bo okazało się,że ktoś właśnie przeniósł Ocean w bezpośrednie sąsiedztwo.

-Przecież boisz się latać! - powiedział Mężczyzna.
-Trudno, raz kozie śmierć- i wziosłam się z łatwością w górę. Lecąc bardzo wysoko-tak wysoko,że widziałam łukowaty  horyzont -pomyślałam trzeźwo,że gdybym spadła z takiej wysokości- to nie byłoby dla mnie żadnych szans. Ale nie spadałam. Właśnie wykonałam efektowną woltę w powietrzu i postanowiłam wracać, kiedy usłyszałam:

-i cóżeś ty uczyniła kobieto? - głos Mężczyzny zatrzymał mnie w locie.
Otworzyłam oczy.
To,co zobaczyłam, przyprawiło mnie o zdziwienie,pomieszane z niezrozumieniem.
Cała pościel umazana była czekoladą. A na szafce obok łóżka leżały 3 sreberka po ulubionych czekoladkach.
Problem w tym,że nie pamiętam,kiedy w ncy zaopatrzyłam się w czekoladki i nie pamiętam też momentu ich spożycia:)))

Wiem za to jedno i to jest dość odkrywcze:) a mianowicie-jednych uskrzydlaja różne zakazane używki, innych miłość, jeszcze innych Red-Bull, a moim osobistym paliwem  bywa czekolada... :D I co by nie mówić- jak widać po takim paliwie nawet wysokie loty nad Oceanem nie są mi straszne...
:)



11:52, surfinia
Link Komentarze (21) »
piątek, 05 czerwca 2009
Dość krótko, przekornie dziś a nie wczoraj
...Im więcej jest "Ojców Wolności", im więcej jest"gadających głów", im częściej mieli się słowo "wolność" w różnych konfiguracjach (często groteskowych), im bardziej politycy kłócą się o to, czyje obchody powinny być tymi ważniejszymi i obowiązującymi oficjalnie, a coraz bardziej widać,że nawet z tak wzniosłej okazji -najważniejsze osoby w państwie nie chcą i nie potrafią się porozumieć i każdy ciągnie kawałek biało-czerwonej flagi w swoją stronę...tym bardziej czuję,że ta prawdziwa Wolność jest po prostu w nas...
Bez frazesów, które często są tylko przedwyborczą farbą.

Cieszę się,że żyję w tych czasach. Bo poprzedni ustrój oczywiscie pamiętam i to w miarę dobrze, choć skończył się kiedy byłam bardzo młodą osobą, ale już o ukształtowanych poglądach, które niewiele zmieniły się do dziś. Szanuję ludzi, którzy są autorami przemian. 
Nie szanuję ludzi,którzy na rocznicy usiłują upiec własną pieczeń podpinając się pod działalność innych.

06.06.09
Czy pójde na wybory? Dziś jest sobota, a ja  do tej pory NIE WIEM.Biję się z myślami.
Ja po prostu...nie mam na kogo głosować.  Patrzę na spoty wyborcze i  jakoś zaden mnie nie przekonuje.


20:25, surfinia
Link Komentarze (5) »
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes