moja jesień gra bossanovą...
RSS
czwartek, 31 sierpnia 2006
mogła to być miłość ;)
Noszę w sobie wiele ludzkich historii i zwierzeń, choć nie jestem dziennikarzem.
Jeśli tak wielu ludzi, z którymi stykam sie na codzień i nie na codzień- chce MNIE właśnie powierzyć kawałek swego życia, czy niektóre myśli, to duża rzecz. Jest to dla mnie zaszczyt.
Znaczy-ufają i znaczy, że tego zaufania zawieść nie można. Poza stroną czysto ludzką- jest jeszcze sprawa tajemnicy lekarskiej do której podchodzę bardzo poważnie. To tak jak..tajemnica spowiedzi;)

No ale są czasem sytuacje, które aż sie proszą,by je powtórzyć, potraktować jako anegdotę -jestem pewna, że osoby biorące w nich udział na pewno nie miałyby pretensji,gdy gdzieś o tym napomknę, zwłaszcza iż czynie to anonimowo:))
Pewna moja pacjentka - starsza, bardzo zadbana i dowcipna pani zwierzyła mi sie swego czasu,że kręci się przy niej pewien starszy pan. No i dobrze, byłoby miło,gdyby coś z tego wyszło.
Po kilku miesiącach pani Zofia ( zmieniłam imię) przyszła do mnie znów w celach wiadomych-jak to się do lekarza przychodzi. Po badaniu zapytałam żartobliwie co tam słychać w sferze uczuć :)
I na to usłyszałam odpowiedź:
- Owszem,nie powiem, mieliśmy sie nieco ku sobie. On wdowiec,ja wdowa,
dobrze mieć przy sobie druga osobę,żeby jeszcze w jesieni życia radości zakosztować. Jak przyszło co do czego- to on mi mówi z rozmarzeniem w ten deseń : "Zamieszkajmy razem, będziemy sobie opowiadać o naszych chorobach..."
No to ja przegnałam go na cztery wiatry. Bo ja pani doktor- przez wiele lat tylko słyszałam od męża co go boli i jak. A teraz to ja bym chciała zapomnieć o tym co boli mnie, świata jeszcze trochę zobaczyć. A  ten... znów mi chce o swoich chorobach opowiadać????"

Ta pani wiele energii w sobie ma i rzeczywiście trudno mi było ją sobie wyobrazić jako jęczącą staruszkę. O ile wiem,niedawno zapisała się na Uniwersytet Trzeciego Wieku :))))



22:44, surfinia
Link Komentarze (17) »
środa, 30 sierpnia 2006
Jakby nie było-mamy srodę
Nie będzie dziś nic madrego, ani ładnego,ani "dusziszczipatielnyjego"bo nie mam siły,a sama tego chciałam.
Nogi mi wchodzą w to miejsce, w którym plecy tracą swą zaszczytną nazwę(jak to sie przysłowiowo mawia,ale dosadniej ;).
Bo do głosu sie dorwała moja kobieca natura... taka kobieca natura + pensja w portfelu-nie jest to mieszanka, która wróży coś mądrego ;)
Całe szczęście,że z pensji wzięłam tylko część (profilaktycznie,bo profilaktyka jest ważna jak wiadomo;), a karty "zapomniałam" w domu.Nawet gdybym nie zapomniała, to zapewne i tak bym jej nie użyła, bo ...nie bardzo pamietam PIN :) To znaczy pamietam,ale przy bankomacie zawsze coś mi się chrzani, ja mam awersję do "plastików" ;) i zawsze sie boję,że mi bankomat kartę zeżre, albo jakiś hacker podwisił się właśnie z kamerką w tymże bankomacie,żeby uszczuplić MÓJ budżet-czytaj : "krwawicę " ;))))
I tak: zakupiwszy buty (wcale nie te,które były zaplanowane w zeszłym tygodniu:/ yyyyych,babsko głupie ze mnie wylazło) zakupiłam zapach dla siebie. A naenergetyzowana ukochanym zapachem nabrałam  ochoty na dalsze  włóczęgi zakupowe (mimo,że byłam tylko "o śniadaniu" a wieczór sie zbliżał...)i polazłam od sklepu do sklepu.Ile przymierzyłam par spodni i bluzek to juz nie zliczę. Na końcu-dopadłam spodnie WŁAŚNIE TAKIE jakie chciałam. I co?
Okazało się,że wypsztykałam sie na tyle poprzednio,że na spodnie mi nie starczyło.A ostatnia para była...i cholera, i wciórności. Klęłam tę swoją "profilaktykę" która nie pozwoliła mi zabrać karty płatniczej z domu.
Bo buty wcale nie były mi tak potrzebne jak TE WŁAŚNIE spodnie.
Może jeszcze wytrzymają do końca tygodnia,to je dopadnę... a potem to już kobiecej naturze nie dam tak szybko dojść do głosu :) bo przecież jak tylko ona zaczyna ze mnie WYŁAZIĆ , to zaraz kupię coś niepotrzebnego,albo bez sensu, BO TAM było to ładne. Gorzej w domu jak się okaże,że wcale takie ładnie nie jest...
:)
W ogóle to tak jakbym miała w głowie same szufladki. W wielu z nich,to co odpowiada za pracę i pewne obowiązki domowe i inne-poukładane są w perfekcyjnym porządku. Dokładnie wiem,gdzie i co znajdę. Nawet obudzona z głębokiego snu.
Mam jednak kilka szufladek, w których jest jak w kobiecej torebce (każdego dnia robi sie w niej porządek, a i tak-nastęnego dnia -jest znów jak po przejściu małej trąby powietrznej;). W tych zabałaganionych szufladkach siedzi u mnie ta kobieta,co czasem dochodzi do głosu i nakupi bzdetów, a nie tego co potrzeba jej naprawdę ( a potem ma wyrzuty sumienia;)
Tam też siedzą moje emocje najróżniejsze. Chwała Bogu , kiedy te lepsze dają po łbie tym gorszym. Wtedy Proszę Państwa -fanfary.
Dlaczego dzis je słyszałam? Bez powodu, być może to "wisielcze fanfary" i to mnie niepokoi nieco...bo naprawde, nic dobrego sie nie zdarzylo...ale z drugiej strony-jeśli nie dzieje sie nic złego to i tak dobrze.

...a nie mówiłam,że będzie głupio? ;)



21:08, surfinia
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
dwie samotności
-On ma na imię Dżżżeki -powiedziała " w powietrze" kobieta o bardzo zniszczonej twarzy i rękach, wskazując na chudego kundla,który kręcił sie niespokojnie po tramwaju.
-To po angielsku-dodała- przynajmniej tyle ma z życia,biedaczek, eleganckie,światowe imię... i wyciągnęła do niego rękę, a pies ją polizał.
-Wyrzucili go z samochodu-macie państwo pojęcie?? co za ludzie teraz są...no to go przygarnęłam...
Drzwi w tramwaju sie otworzyły.
-Nie ucieknie pani?-zapytał siedzący za kobietą dwudziestokilkulatek.
-A gdzie mu będzie lepiej? Opiekuję sie nim.Dom ma. Karmię go...
A jak ucieknie,to wróci...
-Czytała pani taką książkę:"O psie,który jeździł koleją"? zapytał młodzieniec.
-Nieeeee, nie czytałam. ładna była?
-Ładna i smutna.
-To nie,to ja nie chcę jak smutna. On miał smutne życie i ja też....Gdzie leziesz dziadu cholerny??(do psa) od OBCYCH będziesz jeść???
bo właśnie jakiś starszy pan podetknął psu pod nos kawałek kiełbasy
-O, widzicie, nie jest głodny-powiedziała z dumą kobieta,kiedy pies nie zjadł oferowanej kiełbasy.
-Bo ja go karmię. Sama nie zjem, a jego nakarmię.
-Chudy jakiś... -powiedziała z powątpiewaniem kobieta wychylając twarz zza czytanego "Faktu".
-Pani kochana,ile on je!!! Pewnie ma robaki, muszę z nim do wetery...no, do weteryniarza.
Rozmowa przycichła.
Kobieta cichutko zagaiła znów:
- Bo my tacy samotni oboje.On i ja. Sąsiadka się pyta,do kogo ja gadam wieczorami...do kogo mam gadać? do niego przecież.Tylko jego mam,dzieci z domu wyfrunęły , fiu i juz ich nie ma...
Dżżżeki, wysiadamy ty dziadowski rudzielcu!
I wysiedli.

Dwie samotności, które sie spotkały dziwnym zdarzeniem losu.
Zniszczona kobieta i chudy pies. On ma gdzie wracać, ma ciepły kąt, a ona ma o kogo się troszczyć, z kim pogadać...

Czasem ja marzę,żeby nic nie musieć mówić.
A czasem znów marzę, żeby powiedzieć komuś wszystko,wszystko co mi w duszy gra-pięknie, brzydko,radośnie i smutno. Ale sie nie da tak całkiem. Nie jestem samotna, o nie,ale z niektórymi sprawami człowiek zawsze będzie musiał zmagać się sam, choćby wokół były dziesiątki najżyczliwszych ludzi.
Bo nie wszystko mozna nazwać, a czasem i odwagi brak, albo wydaje się,że nie uchodzi.
Albo,ze kogoś to znudzi.
I to chyba jest właściwie większości ludzi. Niektorzy z tego wszystkiego nawet zapominają czasem-że tak można ! I na wszelki wypadek zamykają się w sobie oraz zamykają wszystkie drzwi. I okna. Te zewnętrzne i te w swoim wnętrzu.. A potem sie dziwią,dlaczego mają w sobie mrok.

Dlatego to moje pisanie.

...........................................................................................................................................................
A tak z innej beczki (zupełnie z innej) : posłanka z Słupska zakochana w premierze. I nie boi sie tego ogłosić światu trzymając z cielęcą miną książkę z Jego wizerunkiem na okładce.
:) Chyba sie wygłupia,albo co...? Chociaż nie wygląda!



15:09, surfinia
Link Komentarze (27) »
niedziela, 27 sierpnia 2006
dietetyczny bzdet
Zaciekawiona linkiem:"dieta dla Raka" (na Wirtualnej Polsce) -jako zodiakalny Rak- zajrzałam pod wskazany adres. I przeczytałam to co wiem, że: lubie jeść, że lubię gotować,że jestem dość konserwatywna ,ale nie beznadziejnie, bo modyfikuję czasem swoja kuchnię. I że nie lubię jeść w samotności oraz że lubię jak wszystko jest ładnie podane, przyozdobione (choć nie zawsze mam na to czas). I jeszcze ,że czasem mi się odłoży jakiś tam kilogram-dwa więcej. Też mi odkrycie.
A to,co mnie interesowało najbardziej -czyli co właściwie powinnam jeść( i tak będę jeśc co lubie, ale dobrze mieć wiedzę jak to widzą ci,co sie znają)- potraktowane po macoszemu.
I otóż zalecane menu:
-na śniadanie: jajecznica z pieczarkami,kanapka z krabami,naleśnik z syropem klonowym lub malinowym
-na obiad: sałatka z kiełbasą na ciepło, zupa jarzynowa
-mięso wołowe z fasolką szparagową, suflet z kalafiora,smażona ryba.

I tyle. I wsio.
Po pierwsze: kobieta pracująca od wczesnego ranka nie ma możliwości smażyć rano jajecznicy czy naleśników.Po drugie-mamy tyle wspaniałych soków czy syropów ,owoców-po diabła ten klonowy syrop?Zresztą nie lubię . Butelkę syropu owego na półce w spiżarni przestawiam z lewa na prawo.
Po trzecie- kanapka z krabem? fuj. Wolę ser biały,miód, powidełka.Albo płatki.Coś lekkiego,ale energetyzującego na poranek i pierwsze godziny pracy. W wolny dzień to ja sobie mogę smażyć nawet konia z kopytami.
Po czwarte: zalecenia obiadowe ..bardzo ogólne.Jarzyny są różne i o ile wiem,jedne są bardziej,drugie mniej wskazane, ale tutaj trzeba sięgnąć do wiedzy, jakie sa wskazane przy konkretnej grupie krwi. Bo tu akurat zalecenia są dość jasne i ja się z nimi zgadzam nawet.
Po piąte-kolacji lepiej nie jeść, a jak się je -to lekką, jakieś owoce,jarzynki, niewielka ilośc pieczywa jeśli się musi (ja muszę ! ;)Jak sie ma do tego kawał wołu? nawet z jarzynami...
Najlepiej to posłuchać swojego organizmu i ja tam w to wierzę.
Szufladkowanie wszystkiego co się da -nie ma większego sensu.

19:45, surfinia
Link Komentarze (15) »
sobota, 26 sierpnia 2006
Prawidłowość taka ;)
Niedługo zacznę wierzyć w reinkarnację, wędrówki dusz i myśli (choć w telepatię i tak wierzę ... :)
Bo tak juz jakoś jest od kilku lat, że kiedy z mojego życia znika ktoś na dłużej (bo np. wyjeżdza lub kontakt jest utrudniony z przyczyn różnych) , czy na zawsze ( w przypadkach najsmutniejszych-bo po prostu umrze) ...pojawia się w moim domu kot. Zapełnia część "wolnego miejsca" w myślach i lokuje sie bez żadnych oporów w sercu - rozmasowując w nim bliznę lub rozgrzewając obolałe miejsce.
Układając się tuż przy ręce, żeby sprowokować do głaskania. Mrucząc swoje mruczanki. Wycierając kurze pod łóżkiem;) Drąć pazurkami firanki,za co jest przeze mnie łajany:)
Wygrzebując listki z doniczek. Zwiedzając wciąż na nowo zakamarki domowe,zawsze w ten sam sposób i w zbliżonej kolejnosci.
Zajmując ulubione miejsca do "polegiwania"(czyli coś w tym jest, ze układa sie w miejscach ulubionych też przez ludzi. Kolejny, maleńki domownik. Ufna miekkość :)



12:05, surfinia
Link Komentarze (19) »
czwartek, 24 sierpnia 2006
;)
Pacjent -pan miedzy 40 a 50- mial do mnie pretensję,że za mocno ugniatam jego brzuch w czasie badania (no musialam..zeby COŚ wyczuć...bo chyba go rodzina trochę zaprowiantowała zbyt mocno:/ )
-niech mnie pani tak nie gniecie,ja tam mam SIKU!
Wytłumaczyłam, że rozumiem go,ale muszę.
Zatem on znów wytłumaczył mnie,że mu się chce siusiu. Ale ja jestem uparta i zbadałam go mimo wszystko,przecież mógłby miec pretensje,że NIE zbadałam,prawda?
Potem okazało sie,że ma łaskotki :)))) i najpierw się chichrał a potem znów miał pretensję. Opuścił mnie,ale zaraz znowu wrócił,zeby mnie POINFORMOWAĆ,że w ubikacji NIE MA PAPIERU TOALETOWEGO i ze to jest skandal. I że mam coś z tym zrobić. Jakby...babcią klozetową jeszcze nie jestem...CO mogę zrobić?? powinien w sumie zgłosić to salowej,nie?
Bardzo uprzejmie poinformowałam go w odpowiedzi,że według mojej wiedzy- rano papier toaletowy jeszcze był.
Więc ów pan poczęstował mnie stwierdzeniem,że przez pryzmat braku papieru toaletowego w ubikacji -czarno to wszystko widzi,to znaczy widzi: upadek.
Na szczęscie nie cywilizacji,tylko słuzby zdrowia.
Więc odbiłam piłeczkę -że ja pracujac w słuzbie zdrowia ten upadek widze lepiej. I tak sobie pogadaliśmy...po czym pan uspokojony wyszedł, zycząc mi miłego popołudnia,na co odpowiedziałam oczywiście:"nawzajem" :)

o ,jeszcze mailem dostałam taki tekścik : :D

"Jeżeli każdego ranka wstajesz radośnie, przez cały dzień masz wspaniały nastrój,
uprawiasz seks codziennie i to z wielka ochotą, na ulicy wszyscy się do Ciebie usmiechają , a praca sprawia Ci niebotyczną przyjemność...
NARKOTYKOM POWIEDZ STOP! "

hihi


21:42, surfinia
Link Komentarze (18) »
środa, 23 sierpnia 2006
ja,żmija;)
Jest taka recepta na kłopoty -prawdziwe i wydumane:
"jeśli nie możesz sobie poradzić z kłopotem,problemem,wspomnieniem-skup się na czyms innym-najlepiej na drobiazgach"...
Taki strajk włoski ;) - każdą najmniejsza nawet czynność wykonywać ZA dokładnie, a każdą rzecz- analizować pod względem : koloru,kształtu,konsystencji...smaku...eeeej,no bez przesady!:)))
Przypomina mi sie puenta jakiegoś dowcipu, w którym lekarz probuje "oganoleptycznie" mocz i mówi:"niestety ,pański koń ma cukrzycę"...ale cóż: samego kawału nie pamietam:/ a szkoda , mogłabym p r z e a n a l i z o w a ć, czy dowcip jest dobry,czy nie;)
Co do dokładności..."zapamietałam się dziś w pracy".Było mi to potrzebne tak w ogóle i w szczególe. W przerwie-połknęłam lukrowanego pączka i poszłam zapamietywać się w pracy znów;)
Zbadałam chyba z 5 pacjentów i...dopiero po tej piątce spojrzałam w lustro
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
nie nie zachwyciłam się urodą swą :/ na policzku prawym miałam pełno lukru.
Z pączka :/ Dlaczego mi nikt o tym nie powiedział????Że jestem jak lukrowana baba wielkanocna??? teraz tylko wiem,dlaczego na korytarzu kilku mlodzianów rechotało,a ja myślałam ,ze to z sympatii;)
...Może pacjenci myśleli,że to nie lukier ,tylko na przykład skóra mi schodzi z policzka,taka WYLINKA...może i tak...coś w tym pewnie jest...wszak wczoraj okazalam się być dla kogoś czymś w rodzaju żmii :/ , bo wreszcie odważyłam się powiedzieć co myślę , dzieki czemu ktoś sie obraził na wieki wieków zapewne , czego nie przewidziałam...szkoda , naprawdę .
Dobrze jest, jeśli człowiek potrafi znieść prawdę lub krytykę podana i tak (!) w sposób dość oględny.
I ja się tego uczę. Można mnie krytykować, prosze bardzo,będę polemizować ( a jakże), może mi byc przykro przez chwilę, ale jak trzeba-  to przeproszę i się poprawię ;) i na pewno sie nie obrażę za uwagę  czy analize tego co robię ,bo jestem tylko człowiekiem, nie musze zawsze zachowywać się na sto procent słusznie.

Powinnam mieć samopoczucie podłe... i mam , ale nie tak podłe,jak sądziłam że będę mieć...
A moze sobie tylko wmawiam...Moze jeszcze pożałuję...

19:02, surfinia
Link Komentarze (14) »
wtorek, 22 sierpnia 2006
wtorek
Pada i pogrzmiewa cały dzień. Natura nie może się zdecydować czy ma byc ta burza,czy nie. W duszy też troszkę kapie. Nawet nie trzeba chustki do nosa, bo wsiąknie samo. Musi.
To znaczy ja tak sobie postanowiłam.

Zmokłam jak kura. Wracając do domu spotkałam sąsiada, starszego pana w dobrej formie,który zawsze się gapi jak sroka w gnat,ale dzień dobry nie mówi.
Szedł z przeciwka z wielkim parasolem i z miną:"Ja nie mokne a ty tak i to jak", ale ja nie byłam dłużna i zaprezentowałam minę :"Strasznie lubie łazić po deszczu, a ty nie wiesz ,co tracisz" ;)
I tak sobie moknęłam z zewnątrz i wewnątrz,teraz tylko wewnątrz,a z zewnątrz juz wyschłam...

Na szczęście rozmawiałam z Dryblasem,który siedzi w tej Anglii, wstaje o świcie ,dzielnie pracuje i dobrze się bawi,bo obserwatorem jest bacznym i sprawiają mu te obserwacje wielka frajdę.
Taka rozmowa to naprawdę dobra rzecz,jestem spokojniejsza(jakby) i musi mi to wystarczyć na jakies dwa-trzy dni, bo z taką częśtotliwością do siebie dzwonimy... I coraz częsciej patrzę na niebo, czekając na TEN samolot z Anglii...chyba już niedługo na pamięć nauczę się rozkładu przylotów;)
--------------------------------------------------
ale tak w ogóle to przydałby mi sie dziś jakiś pozytywny "kop" :/ bo mi dziwnie.

15:56, surfinia
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 21 sierpnia 2006
"coś wisi"
Dziś rano w pracy koleżanka powiedziała ,żeby "do niej" nie żartować, bo nie ręczy za efekty. Bo cos wisi w powietrzu. Kolega walczył w ekspressem do kawy z godnym lepszej sprawy poświęceniem i gadał,gadał,gadał zdecydowanie za dużo. Jemu też wisiało zapewne w powietrzu;)
Ja także odczułam coś dziwnego,co zdecydowanie czyniło powietrze cięższymi a zaowowcowało to z kolei moją niezwykłą małomównością ;)
Każdy zmaga się z poniedziałkiem jak umie ;)
W radiu same kataklizmy i wybuchy. Oraz komisja śledcza z jej najbardziej "wyrazistymi" przedstawicielami. Że też nic pozytywnego od poniedziałku się z głośnika nie sączy...wszystko,żeby tych ludzi przygnieść od rana,jak żuczka gnojarka,co toczy swoją kulkę jak Syzyf,ale zawsze znajdzie się jakiś zakuty... ;) co go bezinteresownie butem potraktuje, rozgniatając żuczka lub jego dorobek w postaci mało aromatycznej kulki.
Kupiłam Newsweeka i... prawie się popłakałam, bo przeczytałam ostatni artykuł
(zawsze zaczynam lekturę Newsweeka od konca ) autorstwa redaktora Tomasza Wróblewskiego (którego bardzo cenię!)i tak mi sie jakos przykro zrobiło,że "żyjemy w schyłkowej Europie,ze zdruzgotaną hierarchią wartości" targaną licznymi wewnętrznymi ,osłabiającymi ją konfliktami i prawie na skraju wojny ( niestety wszystko,co twórca artykułu napisał,zdaje sie byc prawda i to smutną). Trudno i darmo- po skończonej lekturze artykułu, smażąc rybę- trzeba mi było zacząć cierpieć za miliony i jeszcze za siebie ;)
Cierpienie za miliony jest bardzo wyczerpujce. Zatem : spożycie 1/3 tabliczki czekolady zdaje się byc w takich warunkach koniecznością ;)
Aby wzmocnić efekt...włączyłam płyte "Niebo" A.M.Jopek. Cudne,ale nie na dziś...i już chciałam czymś cięzkim rzucić w sprzęt grający,żeby sam poniechał...a tu nagle słyszę...

Gdy mówią mi,że cały świat za chwię się zawali
A jego zmierzch dotyczy także mnie...
Ja wierzyć chcę,że jeszcze nie,że nie...
Gdy mówią mi gazety o kolejnej wielkiej fali
Przed którą juz nam się schronic nie ma gdzie...
Ja wierzę,że ,że jeszcze nie...
Pamięc podaje mi spis(podaje mi)
rzeczy dla których warto żyć (warto żyć)
Cisza,kiedy minie burza
Zapach nocy na twej skórze
wciąż przecież są
Pojedyncza żaba w trawie,która dziwi się Wisławie
To jest mój schron,to jest mój schron...

Gdy mówią mi,że co dla mnie ważne istnieć nie ma prawa
I aby żyć-muszę dostosować się
Ja wierzyć chcę,że jeszcze nie...
Pamięć podaje mi spis(podaje mi)
rzeczy dla których warto żyć (warto żyć)
Kropla światła w butli wina
Pierwsze słowa mego syna
wciąż przecież są
Te miliony gwiazd na niebie
I kolekcja mych torebek...
To jest mój schron,to jest mój schron...

-A.M.Jopek-

 
Dobry,adekwatny do sytuacji tekst na dziś,dobrze go przeczytać i uśmiechnąć się w uspokojeniu.
I wierzyć,że jeszcze nie...na pohybel temu co wisi w powietrzu...i straszy.

 

18:56, surfinia
Link Komentarze (11) »
niedziela, 20 sierpnia 2006
słowo na...
Takie "słowo na niedzielę" przytoczę,co je dziś w kościele parafialnym miałam okazję usłyszeć i co wzbudziło atak mojego ledwo powstrzymywanego śmiechu* a następnie myśl przekorną, o czym dalej...
Zatem owo "słowo" brzmiało:
"Módlmy sie za alkoholików, by wypełniali sie tym duchem, który da im prawdziwą radość"

I niestety...czasem niedobrze łaciny w życiu skubnąć, albowiem
słowo DUCH po łacinie brzmi: "SPIRITUS" :)))
zatem...czegóż ksiądz dobrodziej "nadużywającym" życzy po chrześcijańsku? ;)
I dalsze skojarzenie z genialną (na swój sposób oczywiście) -książką pt.
"Moskwa -Pietuszki" Wieniedikta Jerofiejewa, która przeczytałam swego czasu z niedoierzaniem, że takie ksiązki w ogóle DA SIĘ pisać :)

Pozdrawiam niedzielnie,bo "słowo na niedzielę" już za mnie ktos powiedział i uważam,że tego zdystansować mi sie nie uda...

*ten śmiech to był związany miedzy innymi z tym,że czasem ktoś chce coś fajnego wymyślić, a mu nie wychodzi, a czasami zupełnie przez przypadek całkiem fajny żart się udaje, nie ujmując oczywiście niczego z poważnego stosunku do zjawiska alkoholizmu ;)
15:20, surfinia
Link Komentarze (16) »
piątek, 18 sierpnia 2006
wymysły ;)
Kolega się zdziwił, że w wypowiedzi zastosowałam zwrot:"naszyjnik-na szyi"
Wyjaśniłam mu zatem, że zlokalizowanie naszyjnika (jaki by on nie był) na szyi nie jest zawsze typowe.

-Można naszyjnik mieć TYLKO do oglądania- w szufladzie, zwłaszcza taki naszyjnik z tego,co MM nazywała "najlepszym przyjacielem kobiety" ;)
i wyciągać go jak szczura raz na rok,

-można naszyjnik zdjąć i wsadzić do kieszeni, lub- w afekcie-wrzucić do kosza na śmieci (wstępnie miało być:do ubikacji,no ale przecież się zatka...choć byłoby bardziej dramatycznie ;).

-można naszyjnik założyć sobie na głowę, albo owinąć nim nadgarstek (lub.."pęcinę" ;) -niekoniecznie swoją ;)

-mozna naszyjnik zepsuć i zanieśc do naprawy z nadzieją,że sie uda..naprawić

-mozna naszyjnikiem w kogoś...rzucić :)

Nie sądzę,żebym wyczerpala temat:) Wiele rzeczy można z naszyjnikiem zrobić. Jeśli sie go ma:)
Moja mama miała z jakichś klejnotów,jeszcze przedwojenny,po babci. Gdzieś wcięło.
A ja typowych naszyjników nie mam i nie chcę mieć. Bo bym wyglądała cudacznie , poważnie mówię!

...z tego wszsytkiego...utopiłam kawałek czekolady  z orzechami w herbacie:)



17:55, surfinia
Link Komentarze (30) »
środa, 16 sierpnia 2006
Gdyby żyła Agatha... ;)
No proszę, mamy oto najlepszą metodę pozbycia się na przykład żony i każdy sąd uniewinnia,czyli przepis na morderstwo doskonałe;) : wystarczy podsunąć w odpowiednim momencie laptop Dell :) bo sie okazało,ze te laptopy lubią sobie wybuchać. Gdyby żyła Agatha Christie,to na pewno by to wykorzystała w którejś ze swoich książek:)))
Cała nadzieja w Chmielewskiej-bo żyje  i  też ma dobre pomysły;)

No i co się narobiło? Nie ,żebym sie od razu bała, ale obwąchuję to cudo techniki jak pies myśliwski,jakby mi miało to cos pomóc,akurat ;)
...jakbym znikła na jakiś czas albo w ogóle,to znaczy,że mi komputer wybuchł...
"a taki był piekny, amerykanski..." (jak mawiał Pawlak albo Kargul), nie szkodzi,ze Dell jest irlandzki, cytat pasuje jak ulał
:)


21:15, surfinia
Link Komentarze (20) »
wtorek, 15 sierpnia 2006
dziś
Owszem, mamy święto podwójne i nawet celebrowane. Bardzo podoba mi sie obyczaj zanoszenia ze sobą bukietów kwiatów i ziół do kościoła w święto Matki Boskiej Zielnej-jeszcze jeden ładny obyczaj godny kultywowania.
Zwykle to święto spędzam gdzieś poza moim miastem- na wakacjach, gdzie często jest odpust, a jak odpust to i kramy z wiatraczkami, obwarzankami, balonikami, "strzelawkami" ;) itp. Coraz mniej ich jednak, u nas pod kościołem ilośc kramów śladowa , a i tak nie przyciągają. pamiętam "odpusty" u Babci- na głownej ulicy wsi-kramów było co niemiara ( a może tylko kilkuletniemu brzdącowi tak się wydawało?).
Wiem,że niektórzy księża nie lubia jak im się pod kościołem kramy rozstawia i przeganiają sprzedawców. Nie wiem za to,dlaczego dawniej nikomu to nie przeszkadzało?

Teraz tak ogólnie niedzielnie się czuję, głowa mnie boli i w dłonie zimno,pewnie przez odrobinę irytacji pomieszanej z rozczarowaniem (której dzielnie daję odpór) bo tak juz jest,że jeśli ktoś mnie o cos prosi, to zwykle staram się to wypełnić-lepiej,gorzej,ale jeśli się nie uda,to przynajmniej podejdę, zadzwonię, napiszę i wytłumaczę. Nie lekceważę.
Kolega mnie poprosił o pośrednictwo w jednej drobnej naprawdę rzeczy, a tylko ja jakby moge to załatwić bo mam jakiś niewielki dostęp do osoby, która może coś poradzić. Więc napisałam już trzy maile z prośbą i czekam, czekam,czekam ...i szlag mnie trafia i głupio mi,bo wiem, że ten ktoś maila na pewno odebrał, najnormalniej w świecie pomóc nie ma pewnie ochoty i już, bo...na przykład plamy na słońcu są, albo inne niedogodności. Ale jeśli nie może,to MOŻE przynajmniej powiedzieć :"nie da rady, bo...", albo bez "bo".
I wtedy jest OK, albo jakoś. przecież każdy wie,ze jak się nie da, to sie nie da. I rwać szat nikt nie będzie, normalka.

A tu nic. Niby bzdura, a jednak dziwnie, wstępnie napisałam:"przykro",ale nie,nie jest mi przykro, tyllko dziwnie właśnie.
Więcej nie poproszę . Szkoda tylko, że muszę temu koledze,co mnie o pomoc prosił, powiedzieć jak się sprawa ma. Ale pewnie zrozumie...bo mądry z niego gość.
---------------------------------------------------------------------------------
suplement(no nie bedę osobnego wątka na ten temat... ;)

Jednak odpowiedź otrzymałam- pozytywną, z miłym komentarzem.  Dzisiaj. ,przed chwilą.
 I po co ja się wkurzałam??? :)
18:22, surfinia
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 14 sierpnia 2006
zguby
Umiem zgubić to i owo. Rzecz ważną lub nieważną. ale na przykład drogą sercu.
Notes ze wszystkimi adresami,telefonami i datami urodzin oraz imienin Krewnych i Znajomych Królika.
Czas tez gubię, ale nie szukam. Wiem,że takie poszukiwania psu na buty. A kto widział psa w butach???Czy Ferdynand Wspaniały nosił buty? Melonik, smoking...taaak,ale BUTY???
Czasem udaje mi się zgubic głowę,ale na szczęscie znajduje kiedy trzeba,albo "zaraz po" tym jak trzeba. Wydaje mi się też czasem ,ze gubię sens-ale na szczęście coraz rzadziej (może to starość? ).
O zgubionych kluczach nie wspomnę-banał;)
No i z jedną taką koleżanką potrafimy zgubic się wszędzie i zawsze,tak więc wszyscy znajomi wiedzą, ze jak idzie Su obok  G. to znaczy,że trzeba mocno uważać,bo zaraz gdzieś się zawieruszą (kiedys pod jednym szczytem w górach G.zapytała  przechodzącego turystę -licząc na to,ze pomoże on  nam sie odnaleźć) :"przepraszam-jak daleko do szczytu?" a szczyt był kilkadziesiąt  metrów przed nami i nawet go było...widać :)
Mój kolega za to zgubił psa,to znaczy wydawało mu się,że zgubił,bo wrócił ze spaceru z psem...bez psa owego,tylko ze smycza,ale okazało sie,ze pies czeka na pana w domu spragniony spaceru. Czyli: pan wyprowadził na spacer smycz, zapominając o psie.Czy to można nazwac zgubą? ;)
Inny mój kolega za czasów swoich studenckich-wsadził kiedys dla żartu butelke wódki do dziupli jakiegos drzewa w "Stumilowym Lesie"-dokładnie wiedząc , która to była dziupla i na którym drzewie.Ale zgubił...pamięć chyba:)
i do tej pory butelczyna w jakimś drzewie śpi, nie sądzę,żeby zawartość owej ktoś wyżlopał:) A może jednak uszczęśliwiła jakiegoś spragnionego wędrowca ,co potem uwierzył w czary?;)
Jedyne ,czego do tej pory nie zgubiłam to szczęscia chyba, więc tylko odpukuje trzy razy w niemalowane,czyli w czoło.
Ale za to "innym" sie udało zgubic rzecz niezwykłą:
jak donosza media-NASA zgubiła dowód lądowania człowieka na Księżycu!
I jakie spekulacje! HA! Ci są lepsi od BOR-owców gubiących broń,bo co tam jeden mały pistolet w porównaniu z człowiekiem na Księzycu?
A może to...wyrafinowana zemsta Twardowskiego za naruszenie spokoju....? :D


22:14, surfinia
Link Komentarze (8) »
bliżej,dalej +skrawek malutki
"Na mieście"pojawiły się "ot tak sobie" bilboardy z pełnymi optymizmu zdjęciami, na których młodzi,dostatnio wyglądający ludzie, z uśmiechem na ustach patrzą jasnym spojrzeniem na to,co ich otacza, a otacza ich dużo i pieknie. "Obywatele IV RP" i z dopiskiem"bliżej ludzi" -to jest "naprawdę ot,tak sobie", żadnej propagandy i zupełnie to nie ma związku z tym,że niebawem wybory samorządowe. Jak równiez nie ma to(zapewne) żadnego związku z tym, że te bilboardy są własnością tylko jednej formacji.
Idea żywcem jakby zerżnięta z plakatów z epoki socrealizmu,tylko ludzie przedstawieni na plakatach wspólcześniejsi,bo dorodna "Łusia traktorzystka" na polu złocącym sie kłosami wielkości pół konia;) nie przemówiłaby w naszych czasach tak dobrze do wzrokowca, jak młoda dziewczyna "z muzyką na uszach" :)
A to "bliżej ludzi" to mnie śmieszy w sumie,bo możnaby wydrukować antyreklamę pod tytułem: " jeszcze bliżej ...ludzi" z uwidocznionym podsłuchem pod blatem stołu lub w słuchawce telefonicznej :) ...jak się bawić, to się bawić;)
Tylko kto to wydrukuje;)
No bo przecież im bliżej człowieka,tym więcej o nim sie można dowiedzieć,czyż nie? ;)
To taki wisielczy humor, w odpowiedzi na to całe wariactwo rozliczeniowo-inwigilacyjne, owszem powinno się historii oddać rację,ale to co się w związku z tym na naszym gruncie dzieje, chyba wymknęło się spod kontroli. Amen. Nie będę więcej na ten temat, choć mnie palce świeżbią,bo usta profilaktycznie zapchałam czekoladą...

Nie wiem,czy to ma związek czy nie...przypomniał mi się kolejny skrawek wakacyjny: jedna z nastolatek zobaczyła, że miejscowy kot poranił małą jaszczurkę, walczyła dzielnie,ale zdechła czy to z ran czy ze stressu.


Mały, dzielny Smok.A moze...Smoczyca? (foto:Maciek K.)

Dziewczyna trzymała tę nieżywą jaszczurkę w ręce i prawie płakała.
"dlaczego ten kot to zrobił???? przecież był najedzony! to takie..nienaturalne... :( " I tak stała bidulka z tą jaszczurką "zabitą na śmierć" ;) . Wytłumaczyliśmy jej,że przecież TO jest jak najbardziej naturalne. Że przecież czy się na to zgadzamy,czy nie- wśród zwierząt i wśród ludzi wygrywa silniejszy. I że czasem taka walka uwieńczona sukcesem silniejszego -jest tylko na pokaz...nie z istotnej potrzeby.

21:01, surfinia
Link Komentarze (5) »
sobota, 12 sierpnia 2006
skrawek trzeci z komentarzem..na poczatku:)
Mniej odporni ludzie mogliby popaść w nerwicę lub wręcz z przerażenia odejść od zmysłów słuchając radia,oglądając TV i czytając gazety, z których z każdej strony czyha ZAGROŻENIE- kataklizmy,wojny, afery. Jak się okazuje- nie ma ludzi "pewnych" są głównie kolaboranci i aferzyści ;) i dlatego inwigilacja -to teraz słowo i czynność na tzw."topie".
Trudno w takim świecie żyć...trudno ufać i patrzeć jasno w przyszłość.
A jednak trzeba,żeby nie zwariować właśnie.
Gdyby dało się wzorem zwierząt leśnych,które pogorszenie pogody (i nastroju?;) przeczekują w swoich norach lub legowiskach..właśnie tak...przeczekać?
Niektórzy to umieją, mają swój "intymny mały swiat" i to,że do niegu uciekaja nie ma nic wspólnego z tym,że nie interesuje ich co się dzieje w zewnętrznym świecie. To raczej mechanizm obronny i oby każdy z nas taką umiejetność miał...

...

Do wsi prowadziła kilkukilometrowa droga, trochę przez las, trochę wśród pól -taka piaszczysta droga,w kolorach optymistycznych, w czasie panującej suszy dosyć trudna do przebrnięcia,bo jadąc-piasek miało sie w ustach oczach i uszach;) ale jeździło się, jeździło,a jakże, młodzież nawet kilka razy dziennie, bo we wsi jak to we wsi- był sklep ze słodyczami,arbuzami i piwem (to dla starszych egzemplarzy;)
Była też poczta, która raz w tygodniu była zaopatrywana w gazety ( w ilościach "śladowych") , oczywicie z powodu obecności letników w okolicach- załapać sie na gazety można było tylko w poniedziałek i to wcześnie.
Kiedy w któryś poniedziałek i ja na pocztę dotarłam spragniona (jak mi sie wydawało) wieści ze świata-okazało sie,że gazety zostały wykupione "na pniu", co w sumie-o dziwo- nie wzbudziło mej rozpaczy, bo po prostu poczułam się niejako zwolniona z obowiązku "bycia na bieżąco".
W droge powrotną wyruszyłam zatem bezgazetowo. A dzień był piekny i po chwili juz kompletnie nie pamietałam o tym, że poza rozgrzanym słońcem polem i lasem-cokolwiek istnieje na świecie.
Jechałam dosyc powoli,bo nie lubie gnać jak wariat, rower słuzy do jazdy oczywiscie, ale oczy służą do patrzenia. Rower + oczy = wycieczka, na której można zobaczyc to i owo,nie tylko liczyć kilometry.
Na polu obok piaszczystej drogi-zobaczyłam starszego, żylastego człowieka, ubranego dośc grubo jak na tę upalną pogodę. Stał w zbożu i dotykał go,pieszczotliwie, z troską. Wziął w ręce kilka kłosów do rozcierał jeden z nich w dłoni... Susza była, a twarz staruszka mówiła,że bardzo go to martwi, że zobaczył w tych kłosach coś,czego mieszczuch nigdy w życiu nie zobaczy.
I tak sobie pomyślałam, że dla ludzi podobnych jemu-naprawdę nie jest ważne, co się dzieje na świecie. Ważniejsza la nich jest ich ziemia ,w jaki sposób ona rodzi i do nich przemawia. To jest ich świat,mają wlasne kataklizmy i wojny- na przykład -gdy Kargule zabiorą bezprawnie 1 cm z miedzy Pawlaków... :)


znalezione w sieci,nie wiem czyjego autorstwa,ale poszukam, jak bedę wiedziała to na pewno dopisze,bo to brzydko (wiem) umieszczać czyjeś zdjęcia bez podpisu.


17:33, surfinia
Link Komentarze (16) »
piątek, 11 sierpnia 2006
mózg śpi
Mózg śpi, ciało jeszcze sie rusza. U mnie to mam wrażenie... rzadkość, ale wiem,że u niektórych to norma życiowa :)))
A poważniej: tydzień miałam ciężki, męczący, trochę obolały, ale na szczęscie minął .
I tak bardzo cieszę się z dwóch dni, a potem jeszcze z wolnego wtorku, jakbym urlopu nie miała,czy co? ;)
Już sobie  na początek planuję małe przyjemności, takie zwyczajne , o, takie jak np. myślenie o niebieskich migdałach o poranku - z kawą i gazetą. I niespieszne pętanie sie po domu w stroju "niedbałym" do południa ;) o ile cos innego nie przyjdzie mi do głowy.  Potem nic nie planuje:uwielbiam NIE MUSIEĆ stosować sie do planu od-do:))))
Jeszcze sobie myślę o wakacjach troszkę,ale nie wzdycham i nie jęczę jak potepiona dusza. Na wszystko jest czas i miejsce. Wycie i jęki nic nie pomogą, jestem teraz TU i...dobrze.
Wiem,wpis jest nudny,ale...mój mózg przecież śpi. I wolę go nie budzić,bo mógłby miec do mnie słuszną pretensję:)




23:51, surfinia
Link Komentarze (12) »
środa, 09 sierpnia 2006
skrawek dwa
Tak to juz jest,że na naszych wspólnych ze znajomymi wakacjach-jest podział -na ludków -wycieczkowiczów rowerowych i tych,którzy sie obijają.
Ja raz sie obijam, raz nie. Pełna dowolność:)
Jedna taka grupa wyruszyła sobie na wycieczkę i po powrocie nie mozna było zbyt wiele z nich wycisnąc, poza tym,że jechali...jechali...jechali..raz w górę, raz w dół, czasem po płaskim, a głównie to po piachu.
I że gdzieś(ale nie wiem w sumie GDZIE) oglądali jakieś kaszubskie wyroby rekodzielnicze i jakieś świątki, w tym jednego świętego - Antoniego Padewskiego. Skąd taki święty ...z tak daleka -zawędrował na te kaszubskie ziemie? No to...Jedno piwo i drugie piwo.
Żeby "oleum ( w głowie) jako lżejsze na wierzch wypłynęło" -sposobem Onufrego Zagłoby:) choc on w nieco innych trunkach gustował,ale piwem tez pewnie nie gardził;)
I po tym piwie...rzeczywiście w głowach jakby jasniej sie zrobiło i doszlismy do wniosku, że wieści o świetym, do którego odnoszą sie słowa:"Jesli cudów szukasz-idź do Antoniego, wszelkich łask dowody odbierzesz od niego" ;)
na pewno przyniósł jakis dziad proszalny,co od wsi do wsi wędrował dawno temu i ględził o rzeczach prawdziwych i zmyslonych lub podkolorowanych:)
Od słowa do słowa...i męska część wycieczki doszła do wniosku,że właściwie być takim dziadem to niezła fucha-trochę (obowiązkowo) sie śmierdziało,ale praca spokojna i nie trzeba jak zakuci w zbrojach rycerze -siusiać do metalu:)
...a siusianie to rzecz ważna, zwłaszcza po piwie... ;)

Ech,nigdy nie wiadomo..do czego doprowadzi wycieczka krajoznawcza... ;)

23:23, surfinia
Link Komentarze (14) »
wtorek, 08 sierpnia 2006
skrawek wspomnienia jak oderwany kawałek od sukienki
Pewien madry zakonnik o acetycznej twarzy -powiedział kiedyś głosem wibrującym wesołością,że kazanie w kościele powinno trwać nie dłużej niz 10 minut,bo kiedy trwa dłużej-to i tak go nikt nie słucha, a jeśli słucha jednym uchem,to drugim uchem mu to ucieka. Dlatego teraz porzuciłam przydługie sentymentalne wywody z 8 kartek :) i będę wyciągać co najbardziej znamienne,żeby nie zmęczyć albo-żeby się nie rozmyło to co chcę napisać.
...Swoją drogą myśli biegają swoimi drogami jak kolorowe koty, bo o tym księdzu to w ogóle nie miałam pisać, samo się napisało:))
Jak zatem napomknęłam w tytule-oderwałam skrawek wspomnień,jak kawałek od letniej sukienki zaczepionej nieostroznie o gałąź w lesie. A może to niewiele ma wspólnego z nieostroznością, lecz jest celowym działaniem-jak zaproszenie do tego,aby zdjąć więcej i ...zanurzyć się na przykład w jeziorze, którego nazwa kojarzy się z niebem:)

Maria- trzymając w ręku gitarę usiadła o zachodzie słońca przed namiotem.
Przy niej kilka osób, w pozycjach niedbałych;)
Maria...wybrała kilka akordów,skierowała nieobecne spojrzenie gdzieś w kierunku drugiego brzegu-gdzie tylko najsilniejsi byli w stanie dopłynąć wpław
i nagle powiedziała do nas:
"Posłuchajcie...jakie piękne są słowa tej piosenki "Dżemu" :
" Chwila,która trwa , moze być najlepszą z twoich chwil..."
i zamilkła...
Potem zaśpiewała. Zawtórował jej mąż, długowłosy syn i córka. Potem my, choć nie wszyscy znali dobrze słowa, bo co innego słuchać , a co innego znać na pamięć.
Ta chwila właśnie zdawała się być jedną z tych lepszych. Poza tym wydarzyła sie naprawdę.
                              
 foto: Maciek K.

23:24, surfinia
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 07 sierpnia 2006
stopy w wodzie
Dziś wracając wieczorem z pracy miałam nieposkromioną chęć,by zdjąć buty na obcasie i do domu dojść na bosaka, po kałużach:) Nie ma to nic wspólnego ze zwariowaną radością "Deszczowej piosenki",ale raczej z ciężkością nóg,które przebyły dziś wiele dróg głównie po schodach w górę i w dół w "miejskich" butach. Stopy mi sie zbuntowały...przyzywyczaiły sie bowiem przez dwa tygodnie do wolności :)
Nie przeczę-zatęskniłam za jeziorem, na które ostatni raz w tym roku spojrzałam w sobotnie południe...za piaskiem, który wciskał się pomiędzy palce nagich stóp ...za miękką wilgotną trawą masującą i ochładzającą stopy...za igliwiem, które pokrywało leśnie ścieżki gruba warstwą, a po którym należy stąpać delikatnie,cicho,miekko jak Indianin. Bo wtedy jest się częścią lasu.

23:30, surfinia
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes