moja jesień gra bossanovą...
RSS
środa, 29 sierpnia 2007
pójdziemy sobie ...posiedzieć ;)
Być może my, wszycy uczestnicy blogosfery pójdziemy siedzieć. Na pocieszenie możemy sobie powiedzieć: jak siedzieć to w dobrym towarzystwie :DDDDD

Pobrałam TO (co poniżej) ze strony "Blog Rzeczypospolitej" (szukałam czegoś na tem temat i właśnie ta strona jako pierwsza mi się wyświetliła. Przeczytałam i trochę zrobiło mi się ...dziwnie.


"Sąd Najwyższy uznał, że każda strona internetowa, która jest aktualizowana częściej niż raz do roku, powinna być rejestrowana w sądzie.

Postanowienie to jest być możne zgodne z literą prawa prasowego, ale nie ma żadnego związku z rzeczywistością. A to jest niebezpieczne.

Bo co oznacza? Po pierwsze, że tak jak dziennik i inne czasopisma traktowane będą nie tylko strony internetowe zbieraczy kapsli, właścicieli sklepów internetowych, ale też administratorzy strony Sądu Najwyższego (ciekawe czy sędziowie zarejestrowali swoją stronę WWW).

Do sądu musi pójść właściciel rodzinnej strony, na której umieszcza zdjęcia swoich dzieci, i opiekujący się listą dyskusyjną mieszkańców osiedla. I tak dalej.

Zapewne okaże się, że każdy bloger obowiązany jest zarejestrować swój blog jako czasopismo. Kilkumilionowa rzesza polskich anonimowych blogerów będzie musiała oficjalnie rejestrować się i podawać swoje dane osobowe. Swobodna dyskusja w Internecie może zostać mocno ograniczona.

Niewykluczone, że to zbyt czarna wizja, ale na razie każdy sąd będzie mógł skazać właściciela dowolnej strony internetowej, który nie będzie chciał czy nie będzie w stanie dopełnić tego obowiązku. A chodzi o miliony stron. Ciekawe zresztą, jak sądy obsłużą tylu klientów?

Można się zżymać na decyzję Sądu Najwyższego, żartować z parlamentarzystów, którzy nie zmienili absurdalnego dziś prawa prasowego. Ale przestaniemy się śmiać, kiedy zapadną pierwsze wyroki.

Problem w tym, że Sąd Najwyższy wydał w tej sprawie postanowienie. Czemu służy taka decyzja? Po co państwo ma to wszystko kontrolować? To realne zagrożenie wolności słowa. Sędziowie - wierzę, że bez złej woli i nieświadomie - podjęli decyzję, która może doprowadzić do wydawania wielu niepotrzebnych i szkodliwych wyroków"


19:01, surfinia
Link Komentarze (42) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Mariolka rządzi,czyli...odsłona trzecia;)
Wpis stworzył się sam -dzisiejszej nocy.

O trzeciej rano Mężczyzna zakończył Misję* -to znaczy wyłączył telewizor i odłożył pilota na należne miejsce. Potem poszedł do sypialni. Tapczan skrzypnął, bo Mężczyzna elfem nie jest.
Mariolka otworzyła oczy i wbiła poważny wzrok w Mężczyznę.
- Od kilku godzin jestem Prezydentem Polski. Właśnie wygłaszałam płomienne przemówienie na spotkaniu z Prezydentem Putinem, celem poprawienia stosunków między naszymi państwami. I on mnie słuchał w odróżnieniu od ciebie,ba -nawet nie przerywałI I w chwili,kiedy wzniosłam się na wyżyny erudycji-ty wszedłeś do sypialni,zacząłeś trzeszczeć i ugniatać poduszkę.
Czy ty wiesz, jak brzemienne w skutki może byc moje przebudzenie? Jak wiele może stracić polska polityka zagraniczna???
No i czemu nic nie mówisz? ( zapytała Mariolka- niczym sławetna Hela zwracająca się do męza Mariana w skeczu kabaretu "Koń Polski")

Mężczyzna nic nie mówił , bowiem uciekł w sen. Bo to przecież jest wstrząs-rzekłabym-straszliwa trauma-o północy mruknąć do żony - "oddaj pilota,zaraz idę spać" , a o trzeciej rano-kłaść się do spać obok Prezydenta Kraju...

* w naszym kraju każde najgłupsze lub mało znaczące (a czasami plugawe) zajęcie zwykło się ostatnio górnolotnie nazywać "misją".Zatem czemu nie mogę użyć tego słowa TU? Mogę, a jakże;)

17:13, surfinia
Link Komentarze (18) »
piątek, 24 sierpnia 2007
Mariolka:odsłona druga;)
Jak już ustaliłam uprzednio-Mariolka-to moje drugie "ja", uczestniczka "dialogów na cztery nogi" (albo na wielokrotność liczby 4) która jest pyskata i narowista-co stoi w zupełnej sprzeczności z łagodną naturą Surfinii...Taka Mrs Hyde w przeciwieństwie do dr Jekyll ;)

Mariolka tym razem hobbystycznie ;) walczy z przesądem babć, prababć, matek i sąsiadek.
Przesądem lub "przesądem" który ma pewne podstawy fizjologiczno-biochemiczne i nie trzeba być wielkim naukowcem, żeby się do tego ustosunkować.
Zatem prawie każda kobieta wie, że " w pewne dni" - nie należy robić przetworów, bo się zepsują, nie należy też się porywac na pieczenie ciast, bo nie wyrośnie albo zwieńczy się wręcz zakalcem.
Mariolka zaś w "te dni" uparcie piecze, aby stanąć okoniem i powalczyć z przesądem (?),choć walka z góry skazana jest na przegraną...
Nie inaczej dziś- w drugiej odsłonie.
Mianowicie biszkopt, który zawsze rewelacyjnie rośnie Surfinii- Mariolce padł w niezrozumiały sposób.
Zrobił się z niego cienki placek, na tyle cienki i kruchy, że nie było go jak przekroić,żeby przełożyć kremem budyniowym, napchać w krem brzoskwiń i malin.
Mariolka niczym pomysłowy Dobromir -chodziła koło pożałowania godnego placka , chodziła z coraz większym niesmakiem i wymyśliła. Na placek nałożyła krem budyniowy, na to pokrojone w plasterki brzoskwicie, na to znów cienką warstwę kremu a na wierzch - drobniutkie bezy i całe mnóstwo malin.
Ładnie wyglądało.
Mężczyzna się ucieszył.
-ooo,torcik!
-no. Torcik powinien się nazywać "Dobre chęci" -powiedziała z westchnieniem Mariolka
-a ty wiesz,że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami?- zapytał a właściwie wybełkotał mężczyna (w błyskawicznym tempie pochłaniając kawałek owego anty-dzieła kulinarnego " bo przecież owoce szybko się psują";)
-w twoim przypadku, to Dobre Chęci nie brukują piekła, tylko wyścielają twój żołądek...

Komentarza nie było. Trudno bowiem mówić z pełnymi ustami.

Za jakiś czas Mariolka pewnie znów coś upiecze dokładnie wtedy,kiedy nie trzeba i znów się zdziwi, że jej "nie urosło" :)




21:13, surfinia
Link Komentarze (33) »
wtorek, 21 sierpnia 2007
mity pryskają;)
Ktoś napisał w pewnym szacownym miejscu ( w odniesieniu  do mojej pisaniny),
iż dla mnie (najprawdopodobniej) cudem jest wszystko.To tak w nawiązaniu do tego cytatu Einsteina:) Byłam zaszczycona uwagą,zachwycona i nieco onieśmielona tak ogólnie.

No ale nie o tym:)
Dziś bowiem zorientowałam się,że zdecydowanie nie sa dla mnie cudem
-muszki owocowe
-makabryczny hałas za oknem
-nieświeże ("tygodniowe") skarpetki niektórych Panów spotykanych na niwie zawodowej

Tak więc mit o Surfinii, która każdy dzień przeżywa jakby był cudem-pryska niniejszym niestety,albowiem

-muszek owocowych nie cierpię już od moemntu kiedy w zamierzchłych czasach kazano mi się uczyć o jej cyklu rozrodczym,a ponieważ wyroiły się one trzy dni temu prawdopodobnie przyniesione z kwiatkami kupionymi na bazarku-obsiadają mi nie tylko owoce, ale chleb(nawet w pojemniku), a nawet chciały zeżreć kawałek kiełbasy.Nie mówiąc o ochoczym upstrzeniu świeżo umytego okna w kuchni:/

-od pewnego czasu hałas przeszkadza mi bardziej,może to jeszcze uboczny skutek ciszy urlopowej,ale dźwięki budowy nieopodal niegdy nie należały do moich ulubionych;)

-o skarpetkach tygidniowych pisac nie będę, każdy wie jak to pachnie ;)

Jest jeszcze zapewne kilka rzeczy, które nie są dla mnie cudem, ale na dzień dzisiejszy wymienione -to zdecydowanie TOP 3 ;)


15:13, surfinia
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2007
Dziś
Dziś nie mogłam odrzucić od siebie pewnej myśli...
Kiedy patrzyłam na korytarzu poradni na rozjuszoną i nie przebierającą w słowach kobietę po 60-tce, która nie rozumiała,że najpierw muszę przyjąć pacjenta na wózku (przywiezionego na konsultację przez karetkę) w cięższym niż ona stanie, podczas gdy ona czekała "STRASZNIE DŁUGO" -bo ok. 15 minut od przyjścia. Na kobietę,która nie potrafiła wykrzesać z siebie odrobiny współczucia i życzliwości -nie,nie dla mnie-ale dla tego cięzko chorego człowieka na krawędzi jego życia. O ile przez moment cierpliwie wysłuchiwałam jej krzyków licząc na to,że dopuści mnie do głosu -to jej nienawistne: "ja was w prasie opiszę!!!" spowodowało ,że uśmiechnęłam się i powiedziałam:"prosze bardzo , nich pani opisuje ", obróciłam sie na pięcie i zamknęłam drzwi od gabinetu za sobą...Nie miałam sobie bowiem nic do zarzucenia.

Nie mogłam jednak odrzucić od siebie tej myśli... :

... OBYM NIGDY NIE BYŁA TAKA JAK ONA...
wrzaskliwa,nienawistna,nie rozumiejąca...
Przeciez to niemożliwe,że ludzie tacy są od urodzenia,coś ich kształtuje...ale tak naprawdę CO???
Znam ludzi naprawdę wspaniałych,którzy swoimi nieszczęściami mogliby obdzielić pułk wojska. Im bardziej są doświadczani przez los, tym bardziej są dla innych życzliwi...

19:39, surfinia
Link Komentarze (22) »
niedziela, 19 sierpnia 2007
z rozmowy(kaliber ..lekki)
Znajomy wybiera się turystycznie na krótki  rejs morski. Nieważne gdzie,niedaleko w każdym razie:)
- Na morzu bywają piękne syreny...rozmarza się
Jego szacowna małżonka patrzy na niego z ukosa
-tylko mi jakiejś do domu nie przywieź!
-hm...znajomy nadal ma rozmarzone oczy
a szacowna małżonka znajomego kontynuuje:
- masz rybki w akwarium? masz. Co robisz jak taka rybka zdycha? Najpierw patrzysz z obrzydzeniem a potem bierzesz w wybierak i wyrzucasz rybkę do ubikacji, spuszczasz wodę.
Przypuśćmy wieziesz taką syrenę wiele kilometrów do domu. OK. Warunki transportowe trzeba jej zapewnić odpowiednie, jakiś basen przewoźny,akwarium..masz? Bo jak nie-to ci...syrena zdechnie, o przepraszam:umrze. I co z nią zrobisz? Pochowasz na cmentarzu? Bo w ubikacji z wodą jej nijak spuścić się nie da!
Mąż oprzytomniał.
-no faktycznie. A poza tym co za pożytek z syreny? Ma tylko biust. Obiadu nie zrobi,gaci nie upierze, wyje po całych nocach. Wiesz co ,Mariolko?
Kocham Cię:)



19:52, surfinia
Link Komentarze (28) »
sobota, 18 sierpnia 2007
a niebo
Tak jak błędne jest według mnie przekonanie  tzw."czynników ", iż defilada* w Warszawie obudzi uczucia patriotyczne w Polakach - żenujące jest też  postrzegnie
propozycji, by stopień z religii nie był wliczany do średniej -jako próby wywołania "wojny religijnej" w naszym kraju.
A niebo?
Niebo daje znaki. Pewnie ma dość...jak wielu z nas
.



* Uśimiałam się ,kiedy Minister Obony rozmarzony powiedział do kamery,że brakuje mu (do tej defilady) Łuku Triumfalnego...

23:45, surfinia
Link Komentarze (18) »
zdarzyło sie w piątek czyli...
...jak odnaleźć natchnienie...kulinarne:) (przed wizytą gości)

Oto kolejność nieprzypadkowa, bo dokładnie taka, jaka miała miejsce w piątek po południu.
Po zakończeniu pracy zrobić zakupy -te bardziej finezyjne , bo "grube" kupiono już poprzedniego dnia ściśle według napisanej przeze mnie kartki ( ja byłam na dyżurze).
Przemyśleć, czy aby na pewno są wszystkie potrzebne ingrediencje:)
Wrócić do domu i rozłożyć zakupy na blacie kuchennym, z zadowoleniem stwierdzając,że chyba o niczym się nie zapomniało.
Zabrać się za krojenie jarzyn do sałatki.
Policzyć palce u rąk. Na wszelki wypadek, bo potem czasem bywa za późno;)
Ponieważ trzeba "ducha" -więc włączyć muzykę -na dzień piątkowy składankę z ulubionych standardów muzyki poważnej.
Kroić dalej, wpadając co chwila na coraz lepsze pomysły,żeby na przykład wrzucić do świetnej do grillowanych potraw -sałatki ziemniaczanej ( z ogórkami małosolnymi,koprem, czosnkiem, jogurtem ) sporą ilośc kaparów.
Umieścić swój mózg na chwilę na jakiejś chmurce.Albo wyruszyć myslą na poszukiwanie niebieskich migdałów.
W związku z tym- po tej operacji ziemia-niebo-ziemia-policzyć znów palce, bo nóż cały czas pracuje :)
Zachwycić się Bachem i jednocześnie zrobić kieszonki w grubych na półtora centymetra plastrach bakłażana (uprzednio nasolonych i skropionych sokiem z cytryny a następnie wytartych po 30 min do sucha papierowymi ręcznikami).
Rzucić okiem na zachmurzone niebo po raz pierwszy w PRZECZUCIU.
Następnie- w przygotowane kieszonki bakłażanowe włożyć po plastrze pomidora, plastrze mozarelli i po jednym fileciku anchois oraz posypać to wszystko-w środku i na wierzchu- oregano oraz posmarować oliwa z oliwek.
Ułożyć na tacce, żeby bakłażanowe "kanapki" poczekały na rozpalenie grilla,co miało nastąpić ok. godziny 17.30.
Rzucić okiem na zachmurzone niebo za oknem po raz drugi, a z płyty akurat rozlegają się dźwięki "Kanonu w tonacji B" Johanna Pachelbella-co jest ważne w świetle tego co się zobaczy za oknem
Wrzasnąć głośno z zachwytu, bo za oknem widzi się cudny biały STEROWIEC, przesuwający się po niebie majetatycznie, dokładnie jakby  w rytm słyszanej muzyki
Rzucić w diabły kulinaria ! i niestety zostawić otwarte drzwi do kuchni (co się mogło okazać brzemienne w skutkach, bo to co stało na blatach mogło paść ofiarą kota, który właśnie po tygodniu postanowił odwiedzić zaprzyjaźniony dom.
Złapać następnie aparat fotograficzny i obserwować przez 15 minut ów sterowiec, a następnie krzyknąć do sąsiada:" widział pan???" ...i uzyskać twierdząco odpowiedź,albowiem tylko ślepy by nie zauważył.
Przejrzeć zdjęcia i zorientowac się,że bez "telerury" efekty są bardzo mierne:/
Wrócić do kuchni, bo czas płynie i ... wyrzucić z kuchni kota, który właśnie ma zamiar wleźć na blat.

Jak widac jestem ekspertem :DDD Jeśli ktoś chce podobnych porad kulinarnych-zapraszam;)




18:55, surfinia
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
okruchy gwiazd
Mała Agnieszka przywieziona przez tatę nad Jezioro bardzo się nudziła.
Była na początku bardzo nieufna, odpowiadała półsylabami, spuszczając głowę.
Jakimś cudem udało mi się sforsować lody:) I Agnieszka przylgnęła do mnie chyba bardziej niż do innych.
Wieczorem stałyśmy razem nad jeziorem i wgapiałyśmy się w niebo.
Trzymałam małą łapkę w swojej dłoni i chyba wiedziałam, jak mógłby się czuć narrator w "Małym Księciu"

-Ciociu...czy to prawda,że kiedy spada gwiazda szybko trzeba wypowiedzieć życzenie, to się spełni? -zapytała mnie mała z przejęciem przerywając obserwację- gwiazd było bardzo dużo, a Mleczna Droga była jak na wyciągnięcie ręki.
- Tak to prawda, trzeba wypowiedzieć życzenie-chocby na wszelki wypadek, bo nawet jeśli się nie spełni, to nie będziemy mogły sobie zarzucić,że nie zrobiyśmy tego co trzeba-uśmiechnęłam się.
-Ciociu, a ty wypowiadasz takie życzenia patrząc na spadającą gwiazdę?
-zawsze, Agnieszko.
-A skąd wiesz,że trzeba?
-Mama mi mówiła, kiedy byłam w Twoim wieku
-Ciociu...czy Tobie się spełniło kiedyś jakies wypowiedziane do spadającej gwiazdy życzenie?
Bez wahania odpowiedziałam
-Wierzę,że tak.

Podobno można teraz obserwowac deszcze asteroidów.
Mam nadzieję,że gwiazdy nie zapamietają się na tyle w swoim spadniu
aby przeoczyć zasadniczy cel :spełnianie marzeń-dużych i małych.

Zatem moi drodzy-głowy do góry. Niech gwiazdy nie będą bezrobotne:)

                                          





22:52, surfinia
Link Komentarze (37) »
sobota, 11 sierpnia 2007
jak A.E
Einstein to był jednak mądry gość. Na takie jego zdanie trafiłam onegdaj:
"Życie można przeżyć tylko na dwa sposoby
albo tak, jakby nic nie było cudem
albo tak, jakby cudem było wszystko"

W takich miejscach jak te na zdjęciach (kolorystyka niezmieniona, naturalna),kochanych przeze mnie miością mieszczucha -pięknoducha-
o te cuda łatwo...




Takie zachody słońca to zwykła rzecz...Tambylcy nawet już na nie nie patrzą, mieszczuchy łapią za aparaty fotograficzne:)

Całkowity spokój wieczorny. Tylko ptak poderwał się w ciszę



W przeddzień wyjazdu-po wietrznym i bardzo deszczowym dniu-  na całe 7 mnut ;) niebo zabarwiło się intensywnym kolorem , wypełniając wodę w jeziorze sokiem malinowym.
Poczułam się przez chwilę jak eksplorator Marsa.
Pomysłałam:"Jutro będzie wiatr".
I był.


Jak na obrazie impresjonisty.
Przedwieczorną porą zobaczyłam tego człowieka- w archaicznym kapeluszu, białej,płóciennej  koszuli z podwinietymi rękawami, w szelkach...jak z początków wieku XX:)
Nie miał mi za złe,że go obserwowałam.Może nie widział? Użyłam w końcu...funkcji zoom, wcale nie był tak blisko, jakby się mogło wydawać...


Gryka...wcale nie jak śnieg biała:)
12:00, surfinia
Link Komentarze (52) »
piątek, 10 sierpnia 2007
jasne ,że można.
O jak mi było dobrze na wakacjach. Nie tylko z racji powietrza,widoków, ludzi,ciekawych albo zabawnych zajęć.
Dobrze mi było,bo nie miałam dostepu do ogłupiaczy: telewizora, radia ( no w samochodzie radio jest,ale kto by tam włączał, cisza leśna nie znosi radia:)
i gazet, bo w odległej o kilka km wsi tylko w poniedziałki była prasa a i to szczególnie dobrana do gustów mieszkańców;) czyli- lokalna i rozrywkowa, a o prasie "politycznej"mowy nie było. Od paru lat usiłuję tam na przykład w poniedziałek kupic Newsweeka i od paru lat pani w sklepie wytrzeszcza na mnie oczy. Taka ...stała tradycja:)
Jasne,że można wyrzucić telewizor i radio, gazet nie kupować etc.
O ile z gazetami jest to najprostsze (choć jednak Newsweek i Zwierciadło musze kupić, inne mogę ominąć zgrabnym łukiem- co nie zawsze się udaje;) to wyrzucenie telewizora przez okno albo wstawienie go bodaj do piwnicy-skończyłoby się wojną domową, bo przecież nie o sam program w TV chodzi a o tego pilota-usypiacza ;) którym w fazie aktywności (czyli jeszcze przed zaśnięciem Posiadacza Pilota) można jeszcze kilkadziesiąt razy zmienić program z częstotliwościa co sekundę;)
Radia słucham,ale mam swoją wybrana lokalną stację z piękną muzyką. No niestety i tam wkradła się polityka i reklamy.
Reklamy dobijające i irytujące !!! w typie (cytuję prawie dokładnie)
"-Kochanie, jedźmy na wakacje-mówi ona
-za pół roku-mówi on
-dlaczego za pół roku?-mówi ona
-bo nabyłem w promocji pakiet telewizyjny (nie powiem jaki, co ja będę im reklame robić!) w którym sa takie i takie atrakcje-no takiej okazji nie mogłem przepuścić, przz najbliższe pół roku będę siedział i oglądał telewizję!
-a..praca??? -pyta ona
-są rzeczy ważne i ważniejsze-odpowiada on"
...
Czy naprawdę niektórym twórcom reklam wydaje się,że jesteśmy takimi debilami??? :/


10:07, surfinia
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2007
1 czyli stała-zmienna;)

Jakiś czas temu córka znajomych, która od maleńkości wraz z rodzicami wyjeżdża na wakacje nad Jezioro przeglądając starsze zdjęcia z wakacji poukładane w albumach i te nowsze- cyfrowe, w komputerze- prychnęła i zaśmiała się : " Przecież te zdjęcia z wielu lat niemal takie same: te same zachody słońca, chmury, woda , pola, scenki z obozowiska...tylko wy ( i my -poprawiła się) coraz starsi".
I tak i nie. To znaczy z tym,że my ( i oni-dzieci) coraz starsi nie ma co polemizować, bo to pewnik.
Natomiast kwestia takich samych scenek czy widoczków na zdjęciach jest bardziej złożona;)

Miejsce naszych wakacji od kilkunastu lat jest...stałą zmienną wiem, niejeden matematyk dałby mi po uszach za takie połączenie, a jednak...skrótowo dla słuszności owego dwuczłonowego mego okreśłenia("stała zmienna") przytoczę przykład buta Małego Krzysia, który teraz jest już Większym Krzysiem (bo 16-letnim).

Mały Krzyś jakiś czas temu przyszedł do obozowiska z wiadomością,że gdzieś w lesie zgubił buta. Po prostu zgubił. To się dzieciom zdarza jak wiele innych ciekawych rzeczy. Jakoś nikt wtedy tego buta nie szukał, bo drugi był sfatygowany, więc kupiono nowe buty, a o sprawie zguby zapomniano. W zeszłym roku tata już Większego Krzysia znalazł tego buta w lesie i dokładnie obfotografował, nie ruszał go jednak ponieważ ów but stał się niebacznie częścią krajobrazu i jego zabranie stamtąd stałoby sie ingerencją w przyrodę:)

W tym roku-ja wędrując po lesie znalazłam owego buta i śmiem stwierdzić,że stał się on jeszcze bardzisj wtopiony w przyrodę:D


But od kilku lat stoi w tym samym miejscu (to ta "stała") jednak zmienił się niemal nie do poznania ("zmienna") , przestał służyć człowiekowi, a zaczął służyć żyjątkom leśnym jako schronienie. Stało się z nim, to co z pustelnikiem od dziesiątek lat żyjącym w swoim odosobnieniu, który to pustelnik nie ma ochoty się golić bo i po co, a jego twarz zarasta coraz bardziej - niemal zacierając naturalne rysy.

To właśnie kocham w tym miejscu, w które mnie ( i nie tylko, bo jest nas więcej) GONI co roku. Zmienna stałość...i to ,że w przyrodzie nic nie ginie, najwyżej zmienia właściciela, ot,jak ten but...



09:51, surfinia
Link Komentarze (46) »
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes