moja jesień gra bossanovą...
RSS
środa, 31 października 2007
definicja
Pani X jest bardzo chora. Właściwie to jeszcze nie wiadomo co tak naprawę jest przyczyną tego, że niknie w oczach.
Byc może to, ze po prostu nie chce życ... bo ma głeboką depresję.

Kiedy ją badałam - najpierw wysłuchała tego co mam do powiedzenia, a może tylko udawała,że słucha, bo słuchała bardziej swoich smutków niż mnie.
W pewne chwili przerwała moje medyczne wywody i powiedziała:

"Rok temu pochowałam męża. Jeszcze całkiem niedawno wychodząc na balkon widziałam kwiaty, niebo, słońce,drzewa...teraz widzę już tylko szare kafle podłogowe,bo nie mam motywacji by unieśc głowę"

Prosta definicja chorej duszy.

Kiedy opusciłam panią X - spojrzałam w okno. Jakby bojąc się, że nie zobaczę tego, czego moje oczy tak łakną...? Ale świat za oknem jawił się zachwycająco i pełen był obietnic.
Nieco później...
Biegłam po zasypanej liścmi alei i chłonęłam kolory jesieni bardziej ...świadomie niż zwykle-niejako z podtekstem ,bo pani X. uświadomiła mi to co wiem, ale o czym czasem zapominam,że TO CO DANE MI jest zobaczyc jest cenne. I nie szkodzi,że zwykle do patrzenia potrzebuję okularów.
Ma to swoje dobre strony.
Kiedy bywa beznadziejnie-zawsze można okularowe szybki pomalowac na różowo lub słonecznie... nawet na siłę.

20:45, surfinia
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 29 października 2007
słowa
Czasem mnie korci,żeby sprawdzić -w poszukiwaniu jakich fraz ludzie trafiają na mój blog. Kilka razy się zdziwiłam. Może ze trzy razy zniesmaczyłam.
Zdecydowanie mało poszukuje się u mnie jakichś "dziwnych" czy też"paskudnych" treści i to mnie cieszy.
Ale lubię znajdować w statystykach  następującą  frazę: "piękne słowa na dobranoc". Oczywiscie to,iż taka fraza w bezdusznych statystykach istnieje- nie świadczy o niczym innym ,jak tylko o tym,że takich słów( i tylko słów) -niekoniecznie w tym układzie-gdzieśtam na blogu użyłam...
Ale ponieważ wchodze na bloga by coś skrobnąć -głównie wieczorami, chciałabym wierzyć,że są tu słowa,które ktoś przed snem z uśmiechem przeczyta :)

Dzień miałam dziś...poniedziałkowy,ale bez poniedziałkowych dramatów czy
elementów"szewskich". Dość spokojny o dziwo.
Ale dlaczego jakiś smutek wieczorem mnie opadł...nie wiem. Przyszedł niespodzewanie, rozsiadł się w mojej duszy i nie miał ochoty wyjść.
Podszyty był jakąś irracjonalną obawą.
I co pomogło po kilku godzinach wleczenia smutku za sobą od kuchni -do łazienki-od łazienki do sypialni-od szafy-do balkonu, od pralki do okna?
Nie wiem. Może otrzymane miłe słowa? Może mała "komedia pomyłek"-która
spowodowała,że dostałam maila ,który nie był skierowany do mnie, a potem ktoś to w zabawny sposób odkręcał?
A może po prostu... w odpowiednim momencie pojawiła się Mariolka, która z właściwą dla siebie energią puknęła mnie palcem wskazującym w sam środek czoła, popatrzyła z politowaniem i bez słowa wyszła. Niegłupia z niej kobieta.
Szkoda,że pojawia się okazjonalnie, nie lubi bowiem wypowiadać się"na każdy temat" i wbijać się w każdą sytuację. Pojawia się niespodziewanie i lubi zaistnieć. Po kobiecemu :)




21:41, surfinia
Link Komentarze (20) »
sobota, 27 października 2007
Niekoniecznie o... ;)
Mariolka trzaskała pokrywkami w kuchni, a on jak zwykle cicho wszedł (tak,że go nie słyszała) usiadł na stałym miejscu i wlepił w nią spojrzenie swoich zielonych oczu  ( a oczy to ma piękne...).
Mariolka poczuła ciężar tego spojrzenia na plecach i odwróciła się...co zobaczyła w jego oczach? Miłość bezbreżną i uwielbienie  rozmiarze XXXL ;)  odczucia te wymalowane w oczach tak sugestywnie - wzbogaciły się jeszcze w zachwyt,kiedy Mariolka podeszła do lodówki...
-Ty na mnie nigdy tak nie patrzysz, chociaż też cię karmię- powiedziała Mariolka do Mężczyzny i nalała Zielonookiemu Kotu zimnego mleka do miseczki.
Mężczyzna odczekał  chwilę...aż :
Zielonooki Kot wylizał miseczkę, potem bez mruknięcia skierował się w stronę drzwi balkonowych, jeszcze tylko wykonał półobrót i spojrzał na Mariolkę wzrokiem kociego Bogarta, co być może  oznaczało :"idę,nie zatrzymuj mnie kobieto, nie wiem kiedy wrócę,może nigdy, nie płacz ,takie jest życie"  i już go nie było...
Mężczyzna wystawił nos zza gazety i rzekł do Mariolki:
-Może nie patrzę na ciebie jak ten bałwan, ale za to nie wychodze bez słowa zaraz po konsumpcji, cokolwiek miałoby to oznaczać ...

Hm...tez prawda :)

13:46, surfinia
Link Komentarze (27) »
wtorek, 23 października 2007
okno
Czytam sobie komentarze powyborcze tu i tam i ..cieszę się, bo fajewrerki się kończą, a świadomość ludzi pozostaje.
Potrzeba Polakom pozytywów jak świeżego powietrza, jak przysłowiowego wiatru w żagle.Dlatego widzę,że potrafimy się cieszyć nadzieją. Bo cudów to sie naprawdę nikt raczej nie spodziewa, raczej spokoju, otwarcia i prób  naprawienia  tego co zostało nadweręzone.

A ja od wczoraj otwieram oczy i widzę ( a może raczej..."wizualizuję sobie")
otwarte okno. Było zamkniete"na głucho",każda próba otwarcia skutkowała ostrzeżeniem zarządcy,że za oknem jest drzewo po którym do środka przez okno może dostać się wróg!
I jeszcze-że otwarcie okna może spowodować wyrwanie framugi,zburzenie całej ściany,ba! nawet domu, z naruszeniem fundamentów!
Zatem zabijano okno gwożdziami , które rdzewiały, a w nie wietrzonym pomieszczeniu coraz wyraźniejszy był zapach stęchlizny, pomiędzy zakurzonymi papierzyskami bytowały upiory (bo im bez światła dziennego i powietrza dobrze) , a po kątach pająki rozpościerały swoje sieci...
I nagle pewnego jesiennego dnia do ciemnego pokoju wszedł człowiek*, wyciągnął z ramy okiennej zardziewiałe gwożdzie i jednym zdecydowanym ruchem otworzył okno, a do pokoju wpadły promienie słoneczne...i NIC się złego nie stało, dom sie nie zawalił. Wprawdzie rama okienna najeżyła się drzazgami, odpadły też łaty starej farby... Ale to nic. Drewniane framugi można przecież wygładzić, pomalować. To nie jest trudne, tylko chcieć trzeba.
Szyby umyć, bo bardzo upstrzone przez muchy i zakurzone.
Kiedyś pomyśli się o kupnie nowego okna,ale narazie musi być takie jakie jest, byle je odnowić...
Te upiory trzeba przegnać, robactwo usunąć.
A drzewo za oknem to jabłonka, jesienną porą obwieszona jabłkami.
Tylko sięgnąć...


* człowiek-nie jest konkretną osobą. Jest nami...
18:17, surfinia
Link Komentarze (40) »
niedziela, 21 października 2007
hm?
Miarą klasy człowieka/ugrupowania politycznego jest umiejetność przegrywania, eleganckiego wycofania się w cień, by przynajmniej zakończyć godnie.

Poprzednia ekipa z jej szefem również w tym względzie nie stanęła na wysokości zadania.
Wyjątkowym świństwem jest dolepienie do kontekstu na temat wygranej przeciwnika- nazwiska mordercy księdza Popiełuszki. Chwyt niegodny , poniżej pasa.
Paskudne jest również traktowanie Polaków jak idiotów,którzy się dali wprowadzić w błąd,jak bezwolne,bezmózgie  kukły. Mnie osobiście to obraża. Podobnie jak wielu świadomych Polaków, którzy poszli głosować ZA  nowym,  a  przede wszsytkim- przeciwko PiS.

Zatem tym bardziej cieszę się, że ta ekpia odchodzi do przeszłości.
I oby powrotu do tej przeszłości juz nie było.

To   pierwsze  myśli,które mi się nasunęły na gorąco po wysłuchaniu lidera partii ustępującej,

Nie ma wyjścia, teraz trzeba byc lepszej myśli :)



23:18, surfinia
Link Komentarze (38) »
palce mocno zaciśniete
W moim lokalu wyborczym było bardzo dużo ludzi.Jak nigdy.
Jeśli tak ma wyglądać ta "manipulacja socjotechniczna" to bardzo dobrze.

Kiedy widzę w TV te gigantyczne kolejki Polaków na obczyźnie (pokazali Dublin,Londyn etc), uśmiechnięte twarze dziesiątków przeważnie młodych ludzi i słyszę słowa w których jasno i swobodnie wyrażają swoje postawy wierząc w to,że ich wybór coś wniesie-to serce mi rośnie.

Jedno wiem i to jest BARDZO ważne: bez względu na to KTO wygra, politycy muszą mieć świadomość,że Pospolite Ruszenie Polaków jest spowodowane nadzieją i brakiem zgody na kształt naszego życia politycznego takiego,jakim ono jest...JEŚLI politycy z nowej ekipy zawiodą tych ludzi, którzy na przykład potrafili stać godzinami w niesamowitych kolejkach...to stracą ten elektorat w przyszłych wyborach.
Grzechem najcięższym byłoby zmarnowanie takiego ludzkiego potencjału...

Zaciskam zatem kciuki i czekam.

20:47, surfinia
Link Komentarze (7) »
sobota, 20 października 2007
ciiii-sza
Kwestię ciszy przedwyborczej załatwił za mnie sam komputer a właściwie zepsuty router, który we wtorek z przyczyn niewiadomych odmówił posłuszeństwa i zostałam odcięta od sieci.
Zatem zostałam BEZ , co specjalnie mną nie wstrząsnęło,gdyż pracy miałam huk
a do domu wracałam głownie po to,żeby się przespać, nawet "nieograniczony dostęp do pilota od telewizora"(co jako jeden z ważniejszych elementów swego życia na przykład przytoczyła Sandra Bullock w filmie"Ja cię kocham,a ty śpisz")
nie był dla mnie atrakcyjny ;)
Dostęp odzyskałam dziś.

Politycznie już zatem nie będzie i dobrze,bo ile można być samozwańczą tubą?;)

Na samym początku istnienia tego bloga, zdaniem sztandarowym było:"Oni...ona...kot". Kot tytułowy zginął tragicznie dwa lata temu, od tego czasu przewinęło się przez mój dom kilka innych bardziej odwiedzając niż na stałe. Przedostania była Łaciata, która jak to kobieta-obraziła się nie wiedzieć za co i pewnego dnia zniknęła, bez ostatniego "miau".
Od kilku tygodni pojawia się kolejny kot-młody kocurek.
Kiedy po raz pierwszy nieśmiało zajrzał do domu był chudy jak szparag. Szarobury dachowiec, ze ślicznymi białymi skarpetkami i białym krawacikiem.
Jest najdziwniejszym z kotów, które bywały w moim domu.
Jest chyba w konflikcie z osiedlowymi kotami, które są większe od niego i walczą o teren wpływów.
Chyba ktoś kiedyś straszliwie go poturbował...bo jest nadzwyczaj nieufny, boi się wszystkiego a jednocześnie lgnie do ludzi...głownie do mnie(wie,kto karmi w tym domu), kiedy jest głodny siada grzecznie,nie miauczy tylko patrzy na mnie wzrokiem kota ze Shreka, dokładnie też potrafi pokazać czy woli mleko(ZIMNE!) czy konkret w postaci...mięsa.
Czasem w przystępie wylewności daje sie nawet pogłaskać, ale głównie wieje gdzie pieprz rosnie,kiedy tylko usłyszy jakiś dźwięk, którego nie zna(np.zasuwanie szuflady) albo jeśli ktoś wykona zbyt gwałtowny ruch.
Najbardziej lubi być w domu,kiedy tylko ja jestem,bo poruszam się cicho,cicho słucham muzyki,mówię cicho.
Kocurek uparcie śpi na krześle na balkonie, wyścielonym moja starą flanelową koszulą i starym ręcznikiem.
Kiedy znika, niepokoje się,czy nie podzielił losów kota nr 1.
Ostatnio nie spał na balkonie 3 dni, kiedy przedwczoraj  o północy zobaczyłam szarą kulkę wcisnietą w balkonowe krzesło ucieszyłam się, ulżyło mi nawet...znacie to: fala ciepła w sercu.
Ale zaczyna robić się zimno. Z jego nieufnościa i dzikością nie wyobrażam sobie, by był w stanie spędzić noc w domu, bo zacznie szaleć ze strachu.
Zobaczymy co będzie: albo przekona się  wreszcie , że dobrzy ludzie chcą go przytulić na przezimowanie,albo będzie się błąkał po świecie...jak to kot...




13:48, surfinia
Link Komentarze (17) »
niedziela, 14 października 2007
wpis apolityczny
Mariolka spojrzała w błękit za oknem. Nie był nieskalany, bo  w powietrzu, snuły się lekkie,cienkie nitki Babiego Lata, czyniąc taneczne pas do swojej melodii.

Mariolka wetchnęła,ale nie było to westchnienie smutku tylko ulgi, że przyroda jednak rządzi się własnymi prawami, po lecie przychodzi jesień, a ta złota rozczesująca długie  blond włosy jak piękna, jak dojrzała kobieta...uśmiecha się łagodnie i dobiera najpiękniejszą suknie w odcieniach żółci, złota,cynobru i czerwieni...

Bo Mariolka jest romantyczką.
...Co nie przeszkadzało jej  ściągnąć bezlitośnie pająka, który za oknem  plótł swoją sieć  i miał ochotę rozciagnąć swą działalność na przestrzeń domową...






15:01, surfinia
Link Komentarze (24) »
sobota, 13 października 2007
już wiem
Jestem medykiem, więc odniosę się do swojego podwórka,choć to,co napiszę może odnieść się do wielu zawodów.

Lekarz musi uczyć się całe życie-nie tylko dlatego,że co jakiś czas się go weryfikuje koniecznymi egzaminami, certfikatami etc,ale też żeby mieć szerokie horyzonty, żeby poznać nowe metody lecznicze i diagnostyczne , a w związku z tym mieć możliwość lepszej pomocy pacjentowi oraz... żeby sie bronić, ponieważ wraz z wzrastaniem świadomości ludzkiej w odniesieniu do tego co sie komu należy i w jakich standardach (i dobrze!) -wzrasta też możliwość ataków,zaskarżeń bardziej lub mniej umotywowanych.
Jest jeszcze jeden istotny aspekt tego,by się ciągle szkolić w sztuce medycznej: dążenie do tego,żeby nie popaść w niebezpieczną rutynę.

Lekarz wielu rzeczy uczy sie od innych,bardziej doświadczonych Mistrzów,nie tylko z cenzusami. Pamiętam doskonale pielęgniarkę,która na początku mojej pracu zawodowej- z wielkim taktem uczyła mnie robić zastrzyki pacjentom i wprowadzała mnie w wiele
"kruczków", które potem wykorzystywałam w swojej lekarskiej pracy(swoją drogą minęło wiele lat,a z tą panią pielęgniarką-mimo,że jest ona juz na emeryturze- kontaktuję się z radością)

Tak czy siak:wiedza lekarska nie opiera sie tylko na wiedzy ksiązkowej,ale też na obserwacji i nauce od innych,bardziej doświadczonych jak wyżej wspomniałam-Mistrzów...Nie wolno zapominać tego,że nasza sprawność w zawodzie nie jest tylko i wyłącznie umiejętnością nam DANĄ, bo "jesteśmy świetni i swój rozum mamy, więc na nikogo oglądać sie nie zamierzamy".

Od lekarza wymaga się wiedzy, umiejetności,również podejmowania szybkich i trafnych decyzji oraz ...czystości intencji i czystych rąk
Jeśli któryś z tych warunkó nie jest spełniony i rzutuje się to na sposób wykonywania lekarskiech powinności- życie weryfikuje lekarza prędzej czy później...

Owszem, ten kto czyta powyższe słowa może myśleć, że jest to wstęp do czegoś. A i owszem, to prawda.
Posłużyłam sobie (przyznaję,nieco idealistycznym) obrazem lekarza, aby odnieść się do polityki.

Podobnie jak od lekarza-również i od polityka (zwłaszcza tego,który ma chęć na najwyższe stanowiska państwowe) powinno wymagać się bezwględnie i z możliwością rozliczenia:

-tego,aby po pierwsze NIE SZKODZIŁ Państwu i Obywatelom

-żeby miał szerokie horyzony i nie zaszył się w zaścianku mówiąc sobie,że tak jest świetnie, bo żaden z sąsiadów nie jest nam potrzebny, a jak już jakiś jest- to broń Boże nie ten, z którym czasem trzeba iśc na kompromis ( a przecież właśnie umiejętność chodzenia na kompromisy nazywa się WIELKĄ DYPLOMACJĄ)

-żeby uczył sie na błędach innych i dokonaniach innych,nie mówiąc ironicznie:
" Autorytet autorytetem, ale ja na autrytety nie patrzę, bo swój rozum mam"

-żeby potrafił z pokorą popatrzeć wstecz a nie starał się tworzyć własnej historii najnowszej, bo ludzie nie są durni i pamięć mają, jak nie z własniej przeszłości, to z opowieści rodzinnych, bo to LUDZIE tworzą historię ,a kolejne rządy są jednym z elementów tej historii narodu

-żeby potrafił z pokorą powiedzieć: "TO mi sie nie udało", a nie potepiać w czambuł wszystkiego,co było "DO" okresu sprzed dwóch lat i krzyczeć jak dziecko w piaskownicy,któremu nie wychodzi babka z piasku : "nie udało mi sie ,bo wyście mi to zepsuli" nie pamietając,że on sam nie spadł z Księżyca,lecz też wraz z bratem mieszał w poprzednich rządach ( Kto był Ministrem Sprawiedliwości w 2000r? a Prezesem NIK w latach 1992-1995?)

-żeby był stabilny, opanowany a nie dawał sie wyprowadzić z równowagi, kiedy cokolwiek wymknie się spoza ustalonych ram...Bo to jak się zachowujesz w kontakcie face to face z przeciwnikiem-może dać świadectwo, jak będą wyglądać twoje rządy...


Bałam sie tej debaty.
Niepotrzebnie.
Wiadomo,że wygra jeden z dwóch "gigantów" i nie ma co kombinować,że jest inny scenariusz.
Pójdę głosować i już wiem na kogo. Podobało mi się,że do tej pory trochę nijaki Tusk pokazał że...(przepraszam za dosadność) że..."ma jaja".
Pisałam poprzednio,że trzeba znaleźć jakiś pozytyw i trzymać sie go.
Chcę żyć w spokojnym kraju ponad podziałami, gdzie godność człowieka a nie wszechobecna inwigilacją jest priorytetem.
I trzeba dać szansę temu, kto jeszcze nie rządził, a chyba (???pytam nieśmiało) ma na to sposób.
W cuda nie wierzę,ale w rzeczywistość wykuwaną mozolnie na porządnych postawach -TAK.


12:12, surfinia
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 08 października 2007
Dożyć do 21
Oby dożyć, bo staje się nieznośnie. Nie myśleć o tym co będzie PO wyborach -trudno, zwłaszcza iż nie szykuje sie nam zbyt różowa przyszłość jeśli sondaże mówią prawdę. Nie oglądać,nie słuchać -też trudno , bo jeśli jest się obywatelem tego kraju ,co być może niedługo przestanie brzmieć tak dumnie- to trzeba przynajmniej spróbować jakoś wyłowić z coraz bardziej agresywnej kampanii to SEDNO. Z szarej,lepkiej, obrzydliwie smakującej masy wydobyc jakiś pozytyw,którego trzeba się złapać i trzymać,póki można,żeby nie zbzikować albo nie dostać długotrwałych torsji wyniszczających organizm.
Aż do całkowitego odarcia ze złudzeń.
Smutne jest,że pewne sceny z filmów sprzed kilku lat-są nadal aktualne,mają nadal swoje bolesne znaczenie, jak ta z "Dnia Świra" kiedy przedstawiciele różnych ugrupowań politycznych rozdzierali flagę polską, ciągnąc ją -każdy na swoją stronę i krzycząc:"Moja racja jest bardziej mojsza!" , "A nieprawda, bo moja racja jest NAJMOJSZA!" .
To była przecież w zamyśłe groteska, przejaskrawienie, a tak właśnie dzieje się teraz...wystarczy popatrzeć na pewne konwencje, którymi nas TV publiczna raczy godzinami, gdzie powiewają flagi państwowe, a z mównicy sączy się jad.
Chciałabym,żeby mniej było osobistych wycieczek, a więcej PROGRAMÓW.
Uważam,że błędem partii rządzącej jest lekceważenie elektoratu ludzi młodych,prężnych,którzy jeszcze wiele lat swoją pracą mogliby dzięki swojej pracy przynosić między innymi dochód TEMU państwu, co nie jest do pogardzenia-bo jak w każdym rozwijającym się kraju-społeczeństwo nam się starzeje...Marnuje się taki potencjał, pozwalając ludziom wyjeżdżać...
Jak napisano w dziesiejszym Newsweeku- "Polsce Solidarnej" którą podobno zbudowano ...udało się podzielić nasze społeczeństwo jak nigdy dawniej. Dziwne,że zwykli ludzie to widzą, a rządzący wpatrzeni w wysokie stołki coraz bardziej "na wyciągnięcie ręki" zupełnie tego nie zauważają...
Jakie to smutne.

Po co ja to napisałam, choć i tak to nic nie zmieni i jest tylko biciem piany, zaciskaniem do białości palców w bezsilności,  bezradnym  jękiem obywatelki -wykształciucha?
A napisałam- żeby sobie ulżyć.

środa, 03 października 2007
taki dzień-czyli wpis nieistotny
Dobry to był dzień... otrzepał się z porannej mgły i zaświecił ciepłym słońcem, które jeszcze żegna się ze mną zza chmur:)
Tuż przed szpitalem schyliłam się po kasztana (bo jak wiadomo do kasztanów mam stosunek entuzjastyczny:) a tu..obok kasztana coś mi nagle ostro błysnęło, jakby poruszyło skrzydełkami,czy coś. Patrzę...grzebię w piasku i wyciągam...srebrną broszkę w kształcie ważki-bardzo sympatyczną:)

W pracy nie zwariowałam,co jest naprawdę godne odnotowania-dni kiedy można spokojnie pracować bez "atrakcji"można policzyć w roku na palcach jednej ręki.
Po pracy biegnąc do drugiej pracy -zauważyłam rzecz wręcz niesamowitą-właściciel wypasionego samochodu za ciękzą kasę-przepuścił mnie z miłym uśmiechem na pasach!
...I pan tramwajarz poczekał aż dobiegnę do tramwaju,nie zamykając mi drzwi przed nosem!

W domu przywitały mnie uśmiechy i ciepły prysznic:) Po raz pierwszy od kilku dni nie boli mnie żołądek i nie klekocze mi serce.

Czy to nie wystarczy,żeby uznać dzień za udany?
Mnie wystarczy.
Niewiele wymagam od życia?
Hm...z biegiem czasu doceniam każdą taką chwilę, może to przywilej wieku dojrzałego? (chciałam napisać wstępnie:"Może to starośc się zbliża" ale doszłam do wniosku,że przecież umiejętność zadowolenia z każdej jasnej czy spokojnej chwili jest tym, o co chodzi... :)

Nie żeby ten wpis coś wniósł,ale..."są takie chwile w życiu żółwia,że chciałby komuś dać w mordę" ( z Mleczki)... i są takie chwile w życiu blogowicza, że chciałby po prostu napisać:"to był niezły dzień"
:)

18:33, surfinia
Link Komentarze (29) »
wtorek, 02 października 2007
Dylematy i ulga
Mam słabość do tytułów w stylu "Duma i uprzedzenie" , "Zbrodnia i kara" etc.
Oraz do szczęśliwych zakończeń w związku z którymi bardziej lub mniej jawnie płaczę jak bóbr :)
Bardzo trudno jest zabrać się za coś, w czym nie ma się kompletnie doświadczenia. Mówię o początkach naszej akcji na rzecz Dziewczyny.
Bo zwykle na starcie działa serce i wszystkie inne pozytywne "moce".
Potem włączają się :rozsądek i kilka innych spraw, jak na przykład- obawy,czarnowidztwo,racjonalna analiza przedsięwzięcia etc.
Akcję zaczęliśmy bez wiedzy Obdarowanej, która sie dowiedziała o tym dopiero wędrując po blogowisku. Bardzo trudno jest zatem przeprowadzić wszystko tak,zeby nie urazić Obdarowanej i Darczyńców oraz siebie nawzajem (mówię o organizatorach) w sytuacji kiedy ma się na różne aspekty sprawy-ciut inne spojrzenie -a to bardziej racjonalne, a to bardziej emocjonalne...
Cienka jest granica taktu, którą tak łatwo przekroczyć. Łatwo jest też stracić kontrolę nad tym,co jak ciepła, słodka fala płynie i otula nas wszystkich w pozornie "nieludzkiej" bo wirtualnej przestrzeni,gdzie o dotyk i uważne spojrzenie w oczy-ciężko...łatwo taką słodką ciepłą falę czymś ...zepsuć.
Baliśmy sie,ze ktoś (bo ludzie są rózni) dotrze swoimi kanałami do naszej Dziewczyny i zrani ją boleśnie. Balismy się też, że ktoś nam (niedoświadczonym organizatorom) zrobi podobną przykrość...oraz balismy się nadmiernego zainteresowania tego rodzaju,które mogłoby nie posłużyć dobrze naszej sprawie.
Po dniu pełnym euforii i przekonania,że to co robimy -robimy dobrze, przyszły więc refleksje i wątpliwości. I takajedna_ja i ..ja - trochę to odchorowałyśmy. Maciek trzymał się najlepiej-no przeciez facet:)Na szczęście obawy okazały się być bezpostawne. Co dla mnie jest naprawdę którymś kolejnym cudem świata:)

Słodka,ciepła fala w najpiękniejszym kolorze pozostała taka jak na początku...
dzięki Wspaniałym Taktownym Ludziom z Bloxa i Tym,którzy spoza bloxa do nas dołączyli...

To chyba na ten temat mój ostatni wpis :) bo życie toczy się dalej:)
Trzeba zająć się innymi sprawami - tu i tam.
Zatem użyję słów mago66 : "Witaj, Blogoświecie" :D


15:17, surfinia
Link Komentarze (30) »
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes