moja jesień gra bossanovą...
RSS
wtorek, 03 lipca 2007
najgłupszy sposób
najgłupszy sposób na wolny dzień to taki jaki ja "wybrałam" dziś. Co tam -'wybrałam"-samo się wybrało.
Najpierw jeden budzik i niemożność dobudzenia Pana Męża. Potem budzik syna,bo coś zdaje dziś. Dla obu śniadanie bo"nie zdążą!!"
OK. 5 minut snu. Łomot z pobliskiej budowy. 20 minut rozrywki przy przeglądaniu blogów. Telefon z pracy.
Wstałam,nie ma rady.
Wycieranie zakurzonych powierzchni.Zmiana pocieli. Pranie nr 1 nastawione.
...matkozcórką. Światło poranka odkrywa niestety ZBYT wiele rzeczy do zrobienia.
Od niedzieli wzięłam się za porządkowanie licznych pólek w kuchni,tyle że w niedzielę -dwie, bo przecież świeto, a zdrugiej strony wolny czas.
Także dziś reszta. Zakupy. Obiad. Pranie nr.2
Tak jak w "Kubusiu Puchatku"-im bardziej Puchatek zaglądał do srodka tym bardziej Prosiaczka tam nie było"
tyle,że w wersji dla kobiety pracującej.
"im więcej się robi,tym więcej odkrywa się rzeczy,które zrobić jezcze trzeba"
W sumie koń by się uśmiał słysząc w związku z tym :" ty to masz dobrze, masz wolne" hm. No pewnie, cud miód,ultramaryna

Kot przylazł i domaga sie mleka. Nie karmy tylko mleka. Już wiem. Mlekopij.
Ale "mleko wyszło" a ja nie mam ochoty lecieć do sklepu akurat teraz ,bo kot ma na to ochotę. No nie dajmy się zwariować. Jeśli nawet ja moge opanować swoją chęć dolania mleka do kawy, to on też może. Z głodu nie zdycha.

Czytałam na onecie i na stronie głównie Gazety- wypowiedź profesora Bartoszewskiego.
Jest mi przykro, szczerze mówiąc dobiło mnie to, bo Profesor jest dla mnie najwyższym autorytetem.
Ale również dlatego, że  wypowiedż Profesora jest umieszana w bezposrednim sąsiedztwie wypwoiedzi Dorna i jego komandy.
10:41, surfinia
Link Komentarze (33) »
sobota, 30 czerwca 2007
" i kto to mówił"?
Jego zdaniem

" gdyby ktoś niechętny Polsce "w jakiejś innej stolicy", kto obawiałby się polskiego sukcesu i rozwoju,, chciał wymyślić scenariusz zaszkodzenia Polsce to mógłby wymyślić właśnie to, co się teraz dzieje w kraju.
Zaznaczył że "nie jest to oskarżenie pod adresem pielęgniarek i lekarzy. - Bo - jak mówił - oni mogą sobie tego nie uświadamiać. Ale inni szatani są tam czynni." (s
łyszałam w TV, a cytuję -za onetem)

Komentarz niepotrzebny.
Gdyby ktoś miał ochotę zapytać w nawiązaniu: "czy jest na sali lekarz"-
odpowiem-jest, ale zamienił się w słup soli. Jak żona Lota.
A potem dostał ataku śmiechu i nie może się opanować. Tyle,że to śmiech z rodzaju tych gorzkich.
23:21, surfinia
Link Komentarze (36) »
dla "głodnego maleństwa" ;)
Uśmiałam się na widok "kopczyka" potem policzyłam: 11 kanapek.
To nie śniadanie dla całej rodziny lecz jedynie dla Młodego :)


                                  


11:42, surfinia
Link Komentarze (30) »
piątek, 29 czerwca 2007
i znów baby w kucki

Pisałam już kiedyś o "babach w kucki" -a temat wracać ma szanse co roku,wraz kwiatami ,owocami i warzywami , które "baby w kucki" sprzedają pokątnie, na rogu czy pod sklepem.

Nie wiem dlaczego kwiatki kupione u nich mają szczególny wdzięk, bo gdzie, w jakiej kwiaciarni kupi się pęk groszku pachącego? polnych kwiatów,stokrotki, ogródkowe astry, wiązkę łubinu czy malwy?

Groszek w strączkach smakuje dzieciństwem,kiedy jak Plastuś otwierałam "zielone piórniczki" w ogródku u Babci i Dziadka.

A poziomki? Kupiłam dzisiaj chyba coś około szklanki, zapach który zapanował w kuchni,kiedy wypakowałam z siatki-nie do porównania z niczym innym. Poziomkowy po prostu :) Zapakowałam do lodówki. Muszą wytrwać do jutra :)


Poza tym napawam się piątkowym wieczorem. Tak mało mi do szczęścia trzeba-wieczór tylko dla siebie. Bo " w tygodniu" czas wolny jest artykułem niedostępnym bo deficytowym nadzwyczaj...

--------------------
sobota rano.
Chyba nowi sąsiedzi z góry wyburzają ścianę, chyba włączyli coś w rodzaju młota pneumatycznego...
Czyż można "piekniej" zostać wyrwanym ze snu? wrrrrrrrrrrrr
Koniec napawania SIĘ spokojem.

Właciwie w przyszłą sobotę o świcie powinnam pod ich drzwiami włączyć mikser albo wiertarkę...? ;)
21:47, surfinia
Link Komentarze (8) »
czwartek, 28 czerwca 2007
dwie godziny
Wróciłam "po nocy" do domu a na stole leży koperta prawie półmetrowa:)
"Su, wysyłam Ci obiecaną widokówkę" :)) Widokówka od margi77 ma rozmiaty (bagatela!) 43 cm x 30 cm (zmierzyłam!) Właściwie czytając Margę powinnam sie spodziewać,że kartka od Niej nie może być...konwencjonalna, należało się spodziewać , że wymyśli coś z lekka szalonego i tak się stało:) (dzięki,marguś:)

                                                       

Ledwo skonczyłam się śmiać na widok "karteczki" i podziwiać panoramę miasta pięknie sfotografowaną -poczułam jakieś miękkie "łup" w nogi od tyłu, proszę bardzo mamy gościa. Kota znaczy,który się chyba zapatrzył na łaciatą Krasulę;) i do tego brudny jak nieboskie  stworzenie (myc sie nie umie?;)
                                                     
"kotecek" wypił 1/3 litra mleka,potem zjadł prawie całą puszkę Whiskas,po którą ochoczo popędziła latorośl (po chleb tak radośnie nie pędzi;)
Kot jadł tak,jakby był głodzony przez dwa tygodnie.
Ale chyba miłości między nami nie będzie. Bo głównie miłosnie wpatruje się w mężczyzn, a mnie traktuje z rezerwą- kto zgadnie jakiej jest płci? Ułatwię: nie wiem:))) nie sprawdziłam ... :D
Mało tego-zgoniony z MOJEGO miejca na sofie poszedł na balkon i ułozył się na krzesełku balkonowym tyłem do mnie, wiedząc że patrzę. Cały czas mnie ignoruje-nie reaguje na głos - nadął się jak purchawka. To mu dowaliłam:"Wyglądasz jak jeden z Braci,jakeś sie tak nadął".
To chyba przeważyło szalę goryczy- kot spojrzał na mnie jednak, ale tym wrokiem,co na psa:) A to przecież JA umiem otwierać puszki z kocim zarciem -nie on!
Ale tak naprawdę: jeśli kot wpada na DRUGĄ wizytę (pierwsza była krótka ! trzy dni temu) jest ugoszczony jak trzeba, wygłaskany i OBRAŻA się za to,że gospodyni chciałaby usiąśc na ulubionym przez siebie miejscu, a nie ustępować je kotu -to czy nie przypomina gościa, który przychodzi niespodziewanie , nakarmiony,napojony etc a następnie obcesowo wyrzuca gospodarza z jego włąsnej sypialni, nie pozwalając mu wejść?:)
No nie wiem,nie wiem... ;)



22:10, surfinia
Link Komentarze (38) »
środa, 27 czerwca 2007
nie miała baba kłopotu,to wymyśla:)
Syn siedzi i uczy sie do sesji- nie idzie mu jak po maśle, bo do studenckiej nauki trzeba się przyzwyczaić...
Dawniej się złościłam,że "olewa"-zaganiałam do nauki (bo nie chcę,żeby wyleciał z kierunku, na który nie było się zbyt łatwo dostać, bo nie chcę -żeby przeżywał rozczarowania etc) , on się złościł na mnie,że ja się złoszczę i ...nie uczył się dalej. I nagle jakaś odmiana. Utkwił przy ksiązkach,nieogolony, ledwo patrzy na oczy czasami, co sie w pokoju dzieje to nawet trudno nazwać "nieładem artystycznym" bo to zbyt łagodne określenie. Ale ja to znoszę dzielnie,nawet staram się nie patzreć na to biurko, które niemal się "lepi"- ok, mówię,posprzatasz jak skończy się sesja. Staram się odciążyć, podetkać coś smacznego pod nos. Powiedzieć coś miłego,spokojnie-kiedy się nie uda. Tyle mogę.
Od kilku dni zastanawiam się,czy ja jestem dobrą matką...nie zastanawiałam sie nad tym do tej pory, ale jakby "ku udręczeniu"przypominam sobie te wszystkie ( nieliczne i wcale nie mocne;) klapsy,które dziecko oberwało, kiedy moja cierpliwość sięgnęła zenitu i gwałtownie robiła "łup"
Zastanawiam się nad tymi róznymi gorzkimi słowami,które ode mnie usłyszał pózniej,jak narozrabiał raz czy drugi. Może nie powinnam. Przypominam sobie,że czasem nie miałam siły,by rozmawiać kiedy on chciał ,bo musiałam odespać dyżur. Czy on to pamięta.
Weszłam dziś do niego i pytam całkiem poważnie :"synu jak myślisz, czy jestem dla ciebie dobrą matką?"
Nie zrozumiał. Popatrzył jak na przybysza z Marsa.
"O co ci chodzi mamuś"?

...

A bo ja wiem? :)

19:24, surfinia
Link Komentarze (26) »
wtorek, 26 czerwca 2007
wtopy
Całkiem niedawno koleżanka opowiadał mi, że była świadkiem ciekawej sytuacji:)
Bardzo wytworna kobieta, z wyglądu biznes-woman,szła w towarzystwie trzech mężczyzn, którym zawzięcie coś tłumaczyła. Nagle...koleżanka zobaczyła,że tej eleganckiej pani opadły do stóp majteczki! -widocznie puściła gumka, jak to w takich sytuacjach bywa ;) Jednak owa pani z miną Sfinksa- nadal prowadziła ożywioną rozmowę biznesową, za pomocą dwóch (!) zdecydowanych acz zalotnych kroków pozbyła się opadniętych dessous i...poszła dalej nie oglądając się za siebie:)
Moją koleżankę taki rodzaj wybrnięcia z krępującej sytuacji wbił w ziemię -bo kobieta wykazała niezwykły rodzaj opanowania :)
Która z nas nie spłoszyłaby się ? no która?:)
W czasach,kiedy umawiałam się na randki- zaliczyłam o wiele mniej krępujące sytuacje, bo czy można porównać z wyżej opisanym obrazkiem "banał" w postaci gigantycznego oczka w rajstopach w bardzo widocznym miejscu?( w sytuacji,gdy wydawało mi się,że wszsytko jest w miarę perfekcyjne)... Złamanego obcasa uwięźnietego w szynie tramwajowej? Wywalenie się na kolana ze wszystkimi konsekwencjami(dziury w rajstopach i w kolanach) w Rynku na oczach obiektu westchnień i setki innych ludzi? (obiekt westchnień nie pomógł wstać, tylko głupio się śmiał, zatem mnie spadły klapki z oczu i uciekłam z miejsca zdarzenia taksówką;)

Dzisiaj prowadziłam rozmowę z dużo młodszym kolegą po fachu, który chciał pod moimi skrzydłami uszczknąć nieco obcej mu ( narazie) wiedzy z dziedziny medycyny ,którą się zajmuję.
W trakcie rozmowy poczułam,że ni z tego ni z owego pojawił się w moich ustach niepokojący twardy przedmiot. Szybka analiza. Nie był to "obcy" albowiem nie zarejestrowałam żadnej wizyty zielonych ludków. Zatem to musiało być coś "mojego".Co to mogło być...(cały czas rozmawiam). I nagle-wiem. Złamał mi się ząb i odpadł wraz z plombą. To najprawopodobniej jest konsekwencja kilkakrotnego nieostrożnego nagryzienia na pestkę czereśni w trakcie pochłaniania kilograma tych owoców w niedzielę...Co z tym fantem zrobić. Dziurę czuję językiem, dobrze,że to z tyłu,ale sytuacja krępująca nieco, bo trudno mielić w ustach w czasie rozmowy kawałek zeba i plombę, przecież można połknąć , zadławić się, a pluć niczym Bronka pestkami w "Daleko od szosy" nie uchodzi.
Przypomniała mi się sytuacja ze zgubionymi figami biznes-woman, obróciłam się zatem w kierunku telefonu, dyskretnie wyciągnęłam zęba z plombą z ust (niczym nieważny paproch) i...wsadziłam do kieszeni:) a następnie z niezmiennym uśmiechem
dokończyłam rozmowę. Mówcie do mnie Sfinks. Albo-Buster Keaton
:)



19:08, surfinia
Link Komentarze (26) »
niedziela, 24 czerwca 2007
o kwiecie paproci,którego nie było;)
Przynajmniej nie jestem rozczarowana, bo go NIE znalazłam,ale i nie za bardzo szukałam. Siedzieliśmy przy ognisku, patrzylismy na błyskawice w oddali przecinające wieczorne niebo. Pojawił się jeden jedyny świetlik, co parę razy przeleciał i znikł- dobre i to choć symbliczne;) Wreszcie jeden ze "statycznych poszukiwaczy" stwierdził,ze tak właściwie to się może poświęcić i "robić za" ten kwiat paproci, bo nikomu i tak nie będzie się chciało iść do sadu czy w inne krzaki,żeby szukać czegoś o czym nawet nie wiadomo jak wygląda i czy szukać w ogóle warto;) a prawdziwy las był za daleko, i ciemno było do tego. Przystalismy na propozycję, a niech będzie- w sumie -takie znalezisko (dość ...niekonwencjonalne;) jak i jego szukanie:)
Do wiadomości dr_ewy999 : wianków nie puszczałam bo: nikomu się nie chciało nic upleść (poza licznymi andronami jęzorem plecionymi) a do jeziora za daleko-jakieś...15 km:)

Dzisiaj za to doceniłam po raz kolejny-jak miło jest miec znajomych z sadem-
gałęzie z dojrzałymi czereśniami i nie do końca dojrzałymi wiśniami-aż się prosiły,by je od ciężaru owoców uwolnić,co czyniliśmy ochoczo, przekomarzając się wesoło ze szpakami ,bo i one, i ludzie wiedzieli-że owoców dla wszystkich jest aż nadto i jeszcze tysiąc wygłodniałych szpaków by się pożywiło... Zatem siedzieliśmy sobie na drzewach czereśniowych i pod nimi pełni wzajemnego zrozumienia i życzliwości, rzekłabym - w myśl swoistego savoir-vivre'u ;)
Acha. Wczoraj na jednym z drutów telefonicznych usiadł pod wieczór szpak i urządził mały koncert szpaczych dźwięków. Ponoć-według słów gospodyni- siada on tak co wieczór-niemal w tym samym miejscu i drze dziób. Może dziękował jak umiał-za czereśnie, że nikt go strachem na wróble nie szczuje;)
I to by było na tyle z "poszukiwań świetojańskich" ;)

A jutro znów poniedziałek:(




22:41, surfinia
Link Komentarze (19) »
sobota, 23 czerwca 2007
sobotni zlepek chaotyczny
Miałam jakieś problemy z komputerem,nie bardzo mogłam posurfować po blogach.Ale co sie odwlecze...

Młody w kuchni kroi arbuza i coś mamrocze pod nosem.
-Mówiłeś coś do mnie synku?
-nie, rozmawiam z arbuzem
-a ze mną nie możesz?
-z arbuzem łatwiej,bo nie odpowiada,nie ma argumentów tak jak ty:)
-zatem to nie rozmowa tylko monolog...
-ale inteligentny monolog,mamo :)

Pan domu nałogowo sprząta nasz mały tarasik i się wścieka,że ciągle mu a to listki a to kolorwe płatki z kwiatów lecą...wiatr jest to i lecą;)
A mnie się podobaja kolorowe płatki na kaflach. Jak po przejściu procesji, w czasie której bialo ubrane dziewczyneczki sypią z koszyczków kwiatki :)

Spakowałam kielbaski,ciasto i jadę szukać kwiatu paproci,którego nie znajdę bo z opóźnieniem się wybieram:) Ale i tak poszukiwania są milsze czasem niż odnalezienie celu poszukiwań: ) Do jutra:)

15:18, surfinia
Link Komentarze (14) »
piątek, 22 czerwca 2007
W domyśle:"i niech was ludzie znienawidzą"...


Miałam napisać,że piątek jest wytchnieniem po długim tygodniu, w którym tyle się działo. Miałam napisać,że pojadę jutro poszukać kwiatu paproci w dobrym towarzystwie i że oczywiście go nie znajdę, więc postaram się przywieźć stamtąd płonącą drzazgę z przyjaznego ogniska, bo mi kominek przygasa...tak czuję " w środku".

Ale to co usłyszałam po powrocie do domu z pracy ( w której mimo strajku pracuję cięzko, bo pacjenci w szpiatalach są i będą, a przyjęcia do szpitali też się odbywają) zmartwiło mnie,właściwie to nie wiem co czuję:niedowierzanie?niesmak?bezradność? bunt? ...jeśli nie ma się pomysłu na to, by poradzić sobie z ciężką sytuacją -zwala się odpowiedzialność za tę sytuację na innych.
Czyli - wpada się na szatański pomysł, by o tym -aby jedni dostali podwyżki decydowali inni w referendum, którego pozytywny wynik miałby podwyższyć podatki tym,co w tym referendum głosowali. Czyli -jedni mieliby stracić po to, by inni mogli zyskać!!!Szatański pomysł,powtarzam- gdyż wiadomo,że społeczeństwo się na to NIE zgodzi,sama bym się na to nie zgodziła! Za to...społeczeństwo znienawidzi...pielęgniarki i lekarzy JUZ do końca. Nie tych,co na ów pomysł wpadli, ale właśnie tych na rzecz których mieliby znów mieć urwane następne podatki z tak ciężko zarobionych pieniędzy...Przecież wiem jak jest, sama bardzo ciężko pracuję. Za naprawdę śmieszne pieniądze. Kocham swój zawód i nie chcę wyjeżdżać z tego kraju !
Ponieważ wynik referendum zabrzmi: "NIE" ,więc rząd zadowolony z siebie umyje ręce-"przecież sprawa jest JASNA : Próbowaliśmy? Próbowaliśmy! to wszystko wina TYCH co sie nie zgodzili Nie nasza".
Sądzę ,że pomysł (mam nadzieję!) nie przejdzie (skądinąd-pieniądze na organizacje takiego referendum też szłyby z naszych kieszeni...a to duże pieniądze) ale już samo rzucenie tej myśli ma podgrzac atmosferę. Ostatnie wydarzenia- z użyciem siły wobec pielęgniarek-zabralo rządowi co najmnej trochę poparcia społecznego-szala przechyliła się jakby na naszą stronę. Zatem-"trzeba temu przeciwdziałać za wszelką cenę i dostarczyć powód, by lekarzy i pielęgniarki społeczeństwo zaczęło nienawidzić, jako tych,przez których drenowane będą ich kieszenie jeszcze bardziej"
Szatański chichot słyszę w ciemnym tle.
To tak jakby zakapturzona postać przetarła rękawem płytę starego sarkofagu, usuwając grubą warstwę kurzu,pajęczyn i pleśni -a następnie ją uniosła wypuszczając wraz z zatęchłym powietrzem- koszmarnego upiora przeszłości.

Muszę powiedzieć(napisać), że ith w swojej "Enklawie"-jak zwykle ocenił doskonale całą sytuację.Polecam-


" Niestety Jaroslaw Kaczynski nadal definiuje wladze w opozycji do spoleczenstwa. Nie widzi ludzkich dramatow tylko nieprzyjazdna masę, z ktora sobie jakos trzeba poradzic. Nie za dobrze to wrozy pielegniarkom, lekarzom, rzadowi i nam wszystkim..." ( z ith.blox.pl )


czwartek, 21 czerwca 2007
taki sobie..poczatek lata
Lato przywitało mnie duchotą od rana,potem deszczem i burzami, w międzyczasie kilometrami przebiegniętymi na obcasach, bo strajk -żeby mądrze i z sensem,bo pacjenci (oni u nas nie ucierpieli póki co i nie ucierpią-taką przynajmniej mam nadzieję...) -paradoksalnie pracy jest bardzo,bardzo dużo...bo obowiązki takie czy inne. W domu też bałagan,który trzeba uładzić.Zastanawiam się ile mi jeszcze dołoży życie codzienne obowiązków, bo póki co dokłada, a ja sobie radzę jakoś choć czasem padam na twarz jak wczoraj.
...martwię się i wściekam.Słucham dzienników i klnę. Oraz porównuje-bo jakże bardzo róznią się relacje telewizji publicznej z dziennikami Polastu czy TVN.
Czy te drugie są bardziej obiektywne? Nie zawsze, ale częściej-nie znaczy to,że "obiektywnie" według mnie to po "mojej myśli" -ale raczej bardziej wielowątkowo a nie tylko "po linii".
Nieprawda,że ludzie nas nie rozumieją! Spotkałam sie (ja na swój "prywatny" użytek) z wieloma słowami poparcia. "NIe odpuszczajcie"-powiedziała mi wczoraj starsza pani,nasza pacjentka.
"Ale pacjenci..wie pani, to zawsze moralny, etyczny problem"
"Pani doktor, pacjenci zrozumieją. trzymajcie sie-teraz-albo nigdy!"
Widzę,że społeczeństwo Warszawy też rozumie. Do wszystkiego trzeba dojrzeć... Ludzie wiedzą,że nie chcemy ich krzywdy.
Nie przekonują mnie twierdzenia, że pracownicy ochrony zdrowia rujnują wizerunek Polski w Europie,co z niedowierzaniem przeczytalam wczoraj. Bo to zakrawa na jakiś niesmaczny żart.
Jest nienajlepiej.Będzie pewnie jeszcze gorzej.
A ja z coraz wiekszym przekonaniem...nawet dumą noszę TO:

                                               

                                        

                                                         

23:17, surfinia
Link Komentarze (11) »
wtorek, 19 czerwca 2007
taki tam ze mnie... nałogowiec;)
Od czasu do czasu ktoś na bloxowisku wpada na pomysł,żeby bloxowiczów "zażyć z mańki" i coś więcej z nich wyciągnąć niż to co sami "łaskawie" zechcą o sobie napisać bardziej lub mniej kolorowo-zależnie od dnia,nastroju i fantazji w tym czasie.
Marga77 właśnie na tej zasadzie wywołała mnie do tablicy, a ja wstałam wyprężona wołając "Jawohl" i przesunąwszy się do tablicy owej stanęłam jak tępak, przez kilka godzin zdążyłam tę tablicę umyć ze trzy razy, pięć razy pobiegłam po kredę, którą nieźle pod tablicą naśmieciłam- w konsternacji będąc;)
Marga pyta-a parę osób jest ciekawych-jakie mam nałogi.
I ja się zastanawiam już jakiś czas co z tych moich przyzwyczajeń lub zainteresowań można nazwać nałogiem??? I okazuje się, że niewiele!
Bo ja niestety-wiele lubię-ale nie do przesady,czy też nie w nadmiarze.
Niezbyt zatem "wybujałe" będzie to wymienianie - ale sprobuję;)
1.Jeśli chodzi o nałogi kulinarne-to zdecydowanie słodycze, a właściwie wszystko z czekolady. i to JEST nałóg z całą pewnością -do czego przyznaję się "bez bicia" -i dziwne,że mieszczę się w drzwiach i w ciuchach sprzed kilku lat:) choć czasem bywa ciasnawo:DDDD
2.Drugi nałóg-bez którego żyć mi trudno-to herbata. Czarna, mocna, gorzka.
Okazjonalnie z cytryną. Herbaty wlewam w siebie kilka kubków + kilka filiżanek dziennie, fukając na siebie" w środku" ,że może by tak coś innego,jakąś owocową-ale nie. Jestem nieszczęśliwa,jeśli nie mam herbaty tyle ile chcę i jakiej chcę. Na przykład czeska lura herbatopodobna jest koszmarem:) ŻAden napój herbaty mi nie zastąpi!!!

I jeśli o kulinaria chodzi to wszystko.
Co do innych nałogów-racze łatwiej by mi było wymienić, co moim nałogiem NIE JEST:) A mianowicie :nie palę, alkohol- w śladowych ilościach bo mi szkodzi- poza tym lubię mieć nd sobą kontrolę;)
Nie mam żyłki do hazardu, brydża, szachów. Nie wyciskam pryszczy jak dwie szanowne koleżanki-marga i daria_nowak:))))) paznokci tez nie obgryzam...choć w podstawówce zdarzało się;)

Cała reszta tego,co ewentualnie możnaby zakwalifikować jako nałogi- w moim wykonaniu jest raczej przyzywyczajeniem,ewentualnie czymś w rodzaju pasji i przyjemnością lub...dziwactwem?(co do tego ostatniego nie jestem pewna-bo KTO sie przyzna,że ma dziwactwa?-a propos-jest to dobre pytanie na następną bloxową zabawę-a moze już było o dziwactwach?).Zainteresowań mam sporo - ale nałogami tego nazwać się nijak nie da.

Lubię wiele rzeczy,ale w rozsądnych ilościach;) O, na przykłąd książki-uwielbiam,ale jest taki czas ,że czytam niewiele, a jest taki-że połykam jedną ksiązkę za drugą. Więc...jak to nazwać nałogiem? no bez przesady:) Zakupy...nie przepadam,ale czasem mnie najdzie. I to też nie nałóg. Sfery intymne? hm... :)

Aha. Bardzo lubie rozmawiać z ciepłymi,ciekawymi kobietami i interesującymi mężczyznami, najlepiej,żebym im sie podobała:) Bo wtedy taka rozmowa ma nieco inny wymiar:)
No ale to też nie nałóg;)

Zatem jak widać -nudna jestem jak flaki z olejem.
Co nie znaczy,że nie potrafię zaszaleć:) ...ale to już całkiem,całkiem inna historia... :)

Co do następnych nieszczęśników , których należy wywlec do tablicy...musze się zastanowić, bo za dużo jest takich, których nałogi fajnie by było znać:)

...ale i tak wstepnie poprosiłam o to cito1 , dr_ewę999, ale jeszcze miłoby zyskać zgodę odwodnika ... krogulca14 ... mozarta64 ...i wielu ,wielu innych ! Chciałabym BARDZO tez dianulkę...ale ona ma kłopoty,więc nie wiem,czy to byłoby taktownie...ale jeśli zechciałaby i nie potraktowała prośby jako nietakt...?
21:52, surfinia
Link Komentarze (50) »
niedziela, 17 czerwca 2007
zmysły
Siedząc przez chwilę na balkonie( w końcu niedziela) przyglądałam się dwójce maluchów na trawniku tuż obok.
Chłopczyk grzebał w ziemi i wyciągał z niej jakies znaleziska typu kamień i bardzo wnikliwie oglądał je z każdej strony, czasem nawet posuwał się do tego, by polizać;)
Dziewczyna w koronkowym kapelusiku leżała na trawie i rozgarniała jej źdźbła,również zapewne w poszukiwaniu skarbów, znalazła małą stokrotkę i przez kilka minut ze zmarszczonym czołem przyglądała się jej, delikatnie paluszkami dotykając jej płatków, oglądając pod światło i z każdej strony.
Dzieci mają w sobie niesamowitą ciekawość świata-oczywiście jest to wpisane w ich rozwój.Ale dorośli często "na własne życzenie" tę ciekawość świata i wrażliwośc na piękno zatracają. Może ze zmęczenia, może z powodu pogoni za jakimś wymiernym celem - pieniędzmi,karierą ,prestiżem. I wtedy świat naokoło nie wydaje się byc godnym uwagi. Aż...do pewnego momentu.
Nie myślę tu o typowym przebudzeniu" z ręką w nocniku" ,ale o tym,że czasem zdarza się coś w życiu , iż oczy szeroko się otwierają. Że pogoń za prestiżem w róznym rozumieniu tego słowa-zdaje się być nic nie warta. Że w takich chwilach następuje "przebudzenie"- "dlaczego nie zauważałem tego wcześniej"?
Czasem wystarczy delikatne dotknięcie lub wskazanie palcem tego,co zawsze jest, tylko nie zwracamy na to uwagi- tak bardzo zamknięci w sobie i zaprzatnięci problemami życia codziennego.

Od kilku lat przychodzi do mnie z różnymi problemami niewidoma pacjentka. Zawsze jednak szykowna,pachnąca,świeża. Pomaga jej mąż z miłością i oddaniem. Ostatnio-kilka dni temu przyszła sama. Okazało się,że mąż dostał wylewu, z porażeniem połowiczym - "i wie pani,teraz ja się nim opiekuję".
Zawsze po jej wizycie przychodze do domu i zamykam oczy.Probuje się odnaleźć w przestrzeni,która jest ciemnością. I wiem,jak bardzo jest to trudne, Gdyby nie to,że od lat wiele rzeczy wykonuję wręćz mechanicznie, bo wszystko jest zawsze na tym samym miejscu-chyba w takiej sytuacji całkiem bym się zagubiła. Jak żyją ludzie z takim ograniczeniem? Tylko oni to wiedzą...Wyostrzaja im się inne zmysły...

Bardzo wcześnie się dziś rano obudziłam. Ludzie w budynku jeszcze spali, przyroda za to nie. Leżałam przy otwartym oknie- ostanowiłam dać myślom jeszcze czas na sen;) zamknęłam oczy i wyłączyłam inne zmysły -prócz słuchu. I  usłyszałam...setki treli, kląskań, pokrzykiwań, przekomarzań i pisków ptasich oraz prawdziwych artystycznych pieśni wydobywających się z czasem niepozornych gardziołków.Taki koncert jest codziennie-dochodzi z kilku drzew i krzewów w pobliżu, gdzie zagnieździło się mnóstwo ptaków (co mnie bardzo raduje). Tylko ja tego koncertu prawie nigdy nie słucham.Zapominam,że jest...tak jestem zaprzatnięta tym,że trzeba ciągle biec...gdzieś biec-czasem kompletnie bez sensu. Czas to zmienić...i nie będę pytać jak. Bo wiem przecież, tylko sama lekkomyślnie "postarałam się" o tym zapomnieć...


14:37, surfinia
Link Komentarze (33) »
sobota, 16 czerwca 2007
bardzo nudny wpis;)
Kwestię opisywaną w poprzednim wpisie odfajkowuję,to znaczy na weekend pozostawiam samej sobie,niech się kisi i dojrzewa, a ja musze odpocząć i nabrać sił cieleśnie i umysłowo.
A nie jest to łatwe, wczoraj upał był niemożebny,że nie wiem jak z pracy
( w której temperatura przekracza 30 stopi w taką pogodę) przekatulkałam sie do domu, nie bardzo pamiętam -jak niemal bez życia rabnęłam na łóżko w chłodnym pokoju,potem wstałam zrobić coś do picia, pogadać chwilę z synem i znowu -plask. Na widok zupy podgrzanej dla Młodego mój organizm zareagował bardzo negatywnie, zatem na obiad (później) spożyłam pół paczki lodów śmietankowych z bakaliami i to mnie przywróciło do życia (zero wyrzutów sumienia!) Potem tylko płyny . Mam wrażenie ,że byłam o krok od udaru cieplnego.
Mozart64 pisze,że uwielbia "ciepełko" -dla mnie optymalna temperatura od zawsze to do 22-23 stopni. Powyżej 30 stopni umieram.I modlę się o taki dzień jak dziś, kiedy słońce schowało się za chmurami...


12:45, surfinia
Link Komentarze (21) »
czwartek, 14 czerwca 2007
.
Dzień miałam podły. Dopiero zaczynam się z niego otrząsać, a tu-a tu-bagatela-zbliża się dziewiąta wieczór.
Nikt mi nie umarł wprawdzie, nie wykryto u mnie ani u moich najbliższych ciężkiej choroby.Nie miałam wypadku. Nie zdradzili mnie bliscy sercu. Nie okradziono mnie. Nie było pożaru w mieszkaniu, powodzi ani innej plagi.

Ale ucierpiała moja godność.

Naruszenie ludzkiej godności w tym wymiarze-to zbrodna o dużym ciężarze gatunkowym ...a nikt za to nie karze!
Spotkanie na wysokim szczeblu-ja kontra kilka osób " z wyżyn"...
Wyszłam z tego spotkania z zaciśniętymi pięściami, ciekawe,czy jak mi się te pięści zaciskały to ktoś widział? mógłby...
Po dyskusji wyszłam szybko,żeby nie zauważyli , że mam ochotę się rozbeczeć z wściekłości, ponieważ na bezczelność jestem mało odporna.
Właściwie powinnam rzucić jutro podanie o zwolnienie z pracy (chociaż kocham - może raczej kochałam?) tę robotę.
Muszę się z tym przespać.

20:52, surfinia
Link Komentarze (36) »
wtorek, 12 czerwca 2007
Na dobranoc w przestrzeń
Jeśli..jestem przemądrzała (czasem) to zrozum ,że nie chcę dowodzić swojej wyższości. Z podziwem bowiem słucham tego,kto potrafi zasadzić drzewo lub kwiat, pomalować ściany lub płótno, zacerować artystycznie dziurę. Przeliczyć całe ogomne kolumny cyfr. Zaprojektować budynek czy most. Zrobić buta na miarę. Zachwycić doborem tego,co pasuje do czego innego. Wydobyć niezwykłość z codzienności. Słucham z pokorą ludzi, którzy potrafią dokonać rzeczy dużych i całkiem malutkich.Ale rzetelnie. I jeszcze umieją o tym opowiedzieć.
Jeśli zatem zdaję się czasem być przemądrzała...to wiedz-
że chcę sie tylko podzielić,tym co mam w głowie z nadzieją-że ty czasem podzielisz się ze mną swym zachwytem czy fascynacją.Albo choćby suchą wiedzą na temat, na który nie mam pojęcia i póki mnie ktoś nie pchnie w jego kierunku-nie dotkne go nawet końcem paznokcia.

Świat potrzebuje tych co stąpają twardo i pewnie po ziemi, ale też tych -co codziennie dotykają dłonią obłoków.
Wzajemnie się uzupełniamy. Dajemy sobie różnorodność spojrzenia na rzecz czy zjawisko. Stąpający twardo po ziemi odkrywają,że czasem można się od podłoża oderwać i nawet- przez chwilę poszybować patrząc z góry,skąd perspektywa jest inna.
Zakochany w chmurach i w swojej pasji,co go uskrzydla-czasem musi zejść na ziemię- chocby po to, by sięgnąć po realną kromke chleba i coś do chleba.
Nie zawsze jest im łatwo...dlatego jedni uczą się od drugich, czasem to nawet wychodzi:)

I nie mów z ironią , że to idealizm bez pokrycia.
Że... zrozumienie wzajemne  jest...przereklamowane.
...I że moje rymy są częstochowskie (a niechby...czy ktoś z tego powodu ucierpi?)
...I nie zlośc się, że...ktoś może wiedzieć coś lepiej...





00:11, surfinia
Link Komentarze (33) »
piątek, 08 czerwca 2007
hm
Myślałam,że dziś większość ludzi z miasta zrobiła sobie wolne, okazja wymarzona- a tu figa-rano, w porze typowej dla przemieszczania się w kierunku pracy-korki jak wszycy diabli,czyli jak zwykle;) No może nie na każdej ulicy,ale na większości.
(Jedni spali, a inni musieli dyżurować).
Po swoich w miarę spokojnych kilku godzinach prawie-świątecznego dyżuru już w upale przyjęłam kierunek przeciwny czyli praca-->dom. Po drodze- jakieś zakupy niewielkie, bo chleba brakło i jakichś warzyw.Ale w tempie błyskawicznym,byle szybciej i byle nie tracić cennego czasu na sklepy, w których zwykle duszno i tłok.
No i zobaczyłam.
Naród chyba przez JEDEN  (wczorajszy)wolny dzień wyjadł WSZYSTKO z lodówek, bo z zapałem wygłodniałej szarańczy rzucił się na sklepy i wynosił z nich dzisiątki wypchanych do granic ostateczności siatek z zakupami,niemal jak przed świętami;) Takich kolejek w mojej częsci miasta nie widziałam dawno. Hm. Ja traktuję zakupy w wolny dzień (a zwłaszcza upalny,jak dziś) jako tzw. "dopust boży" i oby szybciej się z ztym uporać, uffff
a część narodku w ten sposób zagospodarowuje sobie wolne chwile (przyjemnośc taka?) kiedy przecież można sobie leżeć,siedzieć na słońcu lub w cieniu, myśłeć o niebieskich migdałach, czytać...nogi moczyć w wodzie, a choćby sobie w ostateczności ...popilotować ;) ale W CHŁODZIE!

Świat trochę stoi na głowie Panie Dziejku... ;)


18:15, surfinia
Link Komentarze (29) »
środa, 06 czerwca 2007
za szybko jechał tramwaj
Tramwaj to jest jedyny środek lokomocji, który w miarę szybko i planowo przemieszcza się po zatłoczonym i zakorkowanym Wrocławiu.
Zatem kiedy w godzinach szczytu komunikacyjnego-chcę / musze się przemieścić z jednej części miasta do drugiej-to korzystam z tramwaju, mimo ewidentnych niedogodności zapachowych;)
No ale kwestia funkcjonowania komunikacji w mieście W. to tylko wstęp;)
Bo...jadę sobie dziś tramwajem, jaaaaadę i patrzę jak zwykle-to tu to tam.
I...na jednej z głownych ulic (ul. PIłsudskiego) widzę ...CAŁĄ DUŻA WITRYNĘ
zastawioną TYLKO czerwonymi torebkami różnej wielkości i kształtu:)
Co za wyczucie koniunktury!:) podejrzewam, że ten towar-pójdzie na pniu;)
W zeszłym tygodniu( przysięgłabym) tej masy czerwonych torebek tam nie było!:)
...Chyba zacznę nosić w mojej nie-czerwonej torebce jeszcze aparat fotograficzny, bo niestety aparacik w komórce nie dał rady wyzwaniu. Tramwaj nie chciał stanąć w korku, jechał za szybko. Jeśli do przyszłego tygodnia załoga owego sklepu nie dostanie nakazu usunięcia tych obscenicznych akcesoriów z wystawy -DALIBÓG-zdjęcie zostanie TU wlepione:)

20:37, surfinia
Link Komentarze (40) »
poniedziałek, 04 czerwca 2007
chyba pójdę wrzucić cos do skarbonki św.Antoniego;)
Zgubiłam pieczątkę lekarską. Przez trzy dni jej szukałam.Przeszukałam wszystkie torebki, wszystkie szuflady,zajrzałam pod łóżko,pod szafki-zarówno w domu, jak i w dyżurce lekarskiej w szpitalu. Diabeł ogonem nakrył.
Oczami wyobraźni już widziałam te kłopoty-no bo tak: ktoś, kto zgubę znalazł lub... "znalazł"- mógłby użyć w jakimś niecnym celu. Zapewne trzeba by było dać ogłoszenie do prasy,że się pieczątkę zgubiło. Zanim by się wyrobiło nową-troszkę czasu by minęło-jak tu pracować BEZ pieczątki???
I tak sobie myślałam, po raz dzisiąty z poczuciem coraz większej beznadziejności w tym wględzie przeszukiwałam miejsca, gdzie ewnetualnie mogłaby leżeć ta zguba i nagle-EUREKA!
Z pewna nieśmiałością i brakiem wiary (nieszczęsna;) podeszłam do szuflady, w której znajdują się ladowarki do telefonów,  zapasowa myszka do komputera i takie tam szpargały. Nurknęłam ręką pomiędzy czarne kable i...JEST! :)
...w piatek byłam tak zmęczona,że wyciagając z torebki ładowarkę do telefonu i wkładając ją do szuflady-nie zauważyłam, iż przy okazji wyciągnęłam z torebki też maleńkie czarne pudełeczko z pieczątką...UFFF. Jestem uratowana:)


19:36, surfinia
Link Komentarze (33) »
niedziela, 03 czerwca 2007
Nie wymyślone...
...Oni zawsze mają dobre pomysły wakacyjne. Dorosli ludzie-a to kleją samoloty i puszczają w wakacyjne niebo, a to probują z tych samolotów zrobić wodoloty. Budują łodzie, które nie chca pływać ;)... Jakieś spływy kajakowe organizują, wycieczki z większym lub mniejszym sensem. Byle sie oderwać od pracy, obowiązków codziennych. Byle wykorzystać każdą chwilę.

A wtedy ...
Leżałam na trawie i patrzyłam, jak po przedwieczornym niebie latają balony-
najprawdziwsze w świecie, z ludzką załogą. Co najmniej cztery balony w kolorach tęczy.Najpiękniejsze lenistwo letnie- leżeć i patrzeć w niebo jak Dyzio-Marzyciel.
Nagle coś się stało. Jeden z balonów wylądował na środku obozowiska, tam gdzie akurat były porozkładane rózne szpargały, więc łomot był nieziemski,ale nic nikomu się nie stało, tylko śmiechu było dużo, a niósł sie on po tafli jeziora i odbijał się echem z kilku stron. Oczywiscie,że wszyscy się poderwali,żeby pomóc jakby co, poza tym ciekawe było zobaczyć co w środku takiego kosza balonowego mają ci co latają.
Stałam sobie w grupce i nagle podszedł , odrzucił te swoje wiecznie (naturalnie) brązowe loki z oczu, a był w lnianej białej koszuli co to odcinała się jak ostra plama od ciemnej zieleni przedwieczornego lasu. Wyciągnął rękę-mocno złapał mój przegub.
-Lecisz ze mna.
To nie było pytanie tylko stwierdzenie.
Jak mógł. Przecież boję się latać,tyle razy mu mówiłam.A jednak.
...
-Lecę. Zaraz lecę, tylko...odcedzę ziemniaki.

-------------------------------------------------------

I wtedy się obudziłam. A uścisk dłoni na przegubie czuje dotąd.
Nie wymyślone to było lecz...wyśnione. I wiem, czuje - że ten sen coś znaczy.
Ale jeszcze nie wiem co.


11:40, surfinia
Link Komentarze (23) »
1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10 ... 44
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes