moja jesień gra bossanovą...
RSS
środa, 24 czerwca 2009
w przychodni
Siedząc w gabiniecie przychodnianym zostałam zelektryzowana jakąś pyskówką na korytarzu. Wyszłam więc na ów korytarz, niby Hermes z kaduceuszem :)
Opadli mnie pacjenci (dziś jakiś zły dzień był...wszyscy nerwowi jak nie wiem :(
Jeden przez drugiego usiłowali mnie przekonać,że mimo ustalonej kolejności przyjęć usankcjonowanej nawet formą pisemną(listą z oznaczeniem kto i na którą godzinę zapisany) to ONI musza wejść w pierwszej kolejności bo...cośtam o znów cośtam.
Nie ugięlam się i z pomocą pań rejestratorek-jakoś udało się opanować żywioł...

Po kilku przyjętych osobach nadszedł czas na starszego znerwicowanego pana, który jak się okazało nie był zapisany na dziś,a sam twierdził,że był. Przyjęłam go oczywiście,
bo na korytarzu nagle poczuł się źle. Uświadomiłam mu życzliwie, że on SAM się nakręca, a we mnie nie ma wroga :) I o dziwo- zrozumiał, choć jeszcze chwilę ponarzekał na cały świat.

-Ciiiiichutko, no niech pan się już nie denerwuje, prosze spóbować się odpręzyć i powiedzieć mi o swojej chorobie, no już spokojnie, przeciez jest pan w środku, a ja już jestem do pana dyspozycji.

Odprężył się, opowiedział o chorobie, ciśnienie mu spadło, został zbadany...wychodząc z poddenerwowanego staruszka stał się starszym w miarę spokojnym panem , który wysapał pod adresem tych,z którymi wlaczył na korytarzu: "bo wie pani,ci ludzie to tak się kłócą!"
:)
Któryś z kolei był żażywny pan po 60-tce, który patrzył na mnie nieco nieufnie, a potem powiedział ze zdziwieniem :" A z pania to można porozmawiać!"
:)

Kolejna pani weszła do gabinetu i jako rzeczniczka reszty powiedziała,że na korytarzu jest jeszcze kilka osób i że wszyscy są zmęczeni.
Była to moja 10 godzina pracy na pełnych obrotach.
-a jak pani myśli, czy ja też nie jestem czasem zmęczona?
I tak dośzlyśmy do wniosku obie, że trzeba zająć się badaniem a nie -uczciwszy uszy- "pierdołami".
Prawie trzydziestu pacjentów przyjetych w przychodni przez 5 godzin.Każdy pacjent  inny.
Z każdym trzeba umieć porozmawiać. Na szczęście przez lata pracy wyćwiczyłam się w tym względzie. No i Anioł Stróż-ten strażnik mojej cierpliwości-najwyraźniej dziś stał blisko...bardzo blisko mnie :)






20:48, surfinia
Link Komentarze (17) »
wtorek, 23 czerwca 2009
Czas na głupoty poprzedzone poważniejszym rozważaniem na szczęście krótkim;)
Noszę w głowie jakąś głupotę, aż mnie korci, żeby o tym napisać...ale naokoło ludzie mają tyle problemów, ja też, więc czy to..."wypada pisac o niczym" w tonie wesołkowatym i beztroskim? Podczas gdy innym ludziom świat się wali na głowę? a z drugiej strony: co komu z tego przyjdzie, jeśli się owiniemy w worek pokutny, pomalujemy twarze na czarno o łeb posypiemy popiołem? ano...nic nie przyjdzie z tego nikomu. jeszcze gorzej może być na duszy.
Więc jeśli piszę o głupotach czasem (albo częściej niż "czasem") to nie znaczy, że tylko to mam w głowie. Ale raczej, że stawiam odpór problemom i póki co-po części dzięki takim"głupotom" udaje mi się wygrywać. Albo jak napisałam do koleżanki omm...wydaje mi się,że wygrywam i to czasem zupełnie, zupełnie wystarczy...

Zatem na "głupoty" czas.
Straszliwie zmokłam dziś. Musiałam wyjśc z pracy w porze największego deszczu. W przeciągu kilku minut zostałam przemoczona  do ostatniej nitki, nie pomógł parasol.
Ja, zmokła kura szłam zatem rozmyślając, jak tu być elegancką w takiej sytuacji. Głowa w górę i pierś do przodu oraz spręzysty krok niekoniecznie pomagają ;) Ale skądinąd gdyby siegnąć do ckliwych filmów co to"on i ona" na deszczu, to "oni" wyglądają zwykle całkiem fajnie. Tyle,że mogą się tym swoim zadeszczeniem cieszyć we dwoje, a nie muszą iść prezentować swego rozmoknięcia pacjentom w przychodni...No i drobna różnica wieku: zwykle "ona" z duetu deszczowego ma tak gdzieś o połowę lat mniej niz ja, no czasem jak reżyser jest nieco bardziej  "litościwy"-to nieco mniej niż połowę:)
Na to tez jednakowoż jest jakaś rada, bo można z łatwością podzielić swój wiek na dwa :) i po kłopocie.
Moje buty z całkiem niezłej firmy Bata , które nosiły mnie wygodnie...niestety nie przetrwały tej dziejszej próby wody... Niezbyt często bowiem wlewa się do nich zawartość kilku wiader z każdej strony,niezależnie od umocowanej w nich stopy.
Widok moich stóp, na które nieopatrznie zwróciłam uwage już w przychodni- wprawił mnie w osłupienie. Pięty miałam bowiem brązowe i palce również...
Niezłe buty,które niejeden deszcz przetrwały bez szwanku-zapłakały brązowymi łzami i wytarły te łzy... w moje pięty:)|
Na szczęście " w pogotowiu" były wyżej wspomniane bzdury.
Kontemplując widok "mazów" na moich piętach o nowym kolorze :) - przypomniałam sobie duży biały, lekko krzywy napis, który widziałam na malarskiej, czarnej, wielkiej teczce uwieszonej w deszczu na ramieniu chudego młodziana w sandałach na bosych stopach (niewątpliwie był to student ASP, przecież takiego credo nie pisze sie ot,tak...).
A napis ów brzmiał:
" Gdy życie nic nie warte-Evviva l'Arte! "

Parafraza tetmajerowskiego "Choc życie nasze splunięcia niewarte-Evviva l'arte!"
... bardziej niż dekadencki oryginał - przekonuje mnie jednak ta dowolna wersja na teczce studenta Sztuk, bo tylko zaznacza, że życie czasem ciężkie jest, nawet jeśli to "czasem" jest dość często... ale daje nadzieję.

Mnie za to malarskie "dzieła" deszczu na stopach i ogólne przemoczeniie-wybiły z głowy zaplanowaną wizytę w Muzeum Narodowym , gdzie chciałam sie udać dziś od razu po pracy, bo jest wspaniała wystawa
W sumie oglądanie dzieł sztuki to jakieś mini-święto. Nie można iść z wodą wylewającą się z butów...choć jakby pomyśleć- to jest w sumie lepsze niż na przykład słoma, którą często gęsto rozsiewa ten i ów,nie zdając sobie z tego sprawy ;)





20:41, surfinia
Link Komentarze (9) »
sobota, 06 czerwca 2009
- Bywasz czasami niemożliwie wzniosła-powiedziała Nieznajoma i wstała od stolika, zostawiając na wpół opróżnioną filiżankę z kawą oraz mnie-zdziwioną, bo przeciez nie powiedziałam do niej ani słowa.

Wyszłam po chwili z kawiarni i rozpostarłam ramiona do lotu, bo okazało się,że ktoś właśnie przeniósł Ocean w bezpośrednie sąsiedztwo.

-Przecież boisz się latać! - powiedział Mężczyzna.
-Trudno, raz kozie śmierć- i wziosłam się z łatwością w górę. Lecąc bardzo wysoko-tak wysoko,że widziałam łukowaty  horyzont -pomyślałam trzeźwo,że gdybym spadła z takiej wysokości- to nie byłoby dla mnie żadnych szans. Ale nie spadałam. Właśnie wykonałam efektowną woltę w powietrzu i postanowiłam wracać, kiedy usłyszałam:

-i cóżeś ty uczyniła kobieto? - głos Mężczyzny zatrzymał mnie w locie.
Otworzyłam oczy.
To,co zobaczyłam, przyprawiło mnie o zdziwienie,pomieszane z niezrozumieniem.
Cała pościel umazana była czekoladą. A na szafce obok łóżka leżały 3 sreberka po ulubionych czekoladkach.
Problem w tym,że nie pamiętam,kiedy w ncy zaopatrzyłam się w czekoladki i nie pamiętam też momentu ich spożycia:)))

Wiem za to jedno i to jest dość odkrywcze:) a mianowicie-jednych uskrzydlaja różne zakazane używki, innych miłość, jeszcze innych Red-Bull, a moim osobistym paliwem  bywa czekolada... :D I co by nie mówić- jak widać po takim paliwie nawet wysokie loty nad Oceanem nie są mi straszne...
:)



11:52, surfinia
Link Komentarze (21) »
piątek, 05 czerwca 2009
Dość krótko, przekornie dziś a nie wczoraj
...Im więcej jest "Ojców Wolności", im więcej jest"gadających głów", im częściej mieli się słowo "wolność" w różnych konfiguracjach (często groteskowych), im bardziej politycy kłócą się o to, czyje obchody powinny być tymi ważniejszymi i obowiązującymi oficjalnie, a coraz bardziej widać,że nawet z tak wzniosłej okazji -najważniejsze osoby w państwie nie chcą i nie potrafią się porozumieć i każdy ciągnie kawałek biało-czerwonej flagi w swoją stronę...tym bardziej czuję,że ta prawdziwa Wolność jest po prostu w nas...
Bez frazesów, które często są tylko przedwyborczą farbą.

Cieszę się,że żyję w tych czasach. Bo poprzedni ustrój oczywiscie pamiętam i to w miarę dobrze, choć skończył się kiedy byłam bardzo młodą osobą, ale już o ukształtowanych poglądach, które niewiele zmieniły się do dziś. Szanuję ludzi, którzy są autorami przemian. 
Nie szanuję ludzi,którzy na rocznicy usiłują upiec własną pieczeń podpinając się pod działalność innych.

06.06.09
Czy pójde na wybory? Dziś jest sobota, a ja  do tej pory NIE WIEM.Biję się z myślami.
Ja po prostu...nie mam na kogo głosować.  Patrzę na spoty wyborcze i  jakoś zaden mnie nie przekonuje.


20:25, surfinia
Link Komentarze (5) »
sobota, 23 maja 2009
jeden (mały)niebieski migdał...

Miły pan w wieku ponadśrednim byl chyba ostatnim moim pacjentem w poradni w środę.
-Co Panu dolega? zapytałam-jak zwykle w ramach koniecznego wywiadu lekarskiego .
Popatrzył na mnie całkiem poważnie i powiedział:
-no chyba dolega mi głownie straszne lenistwo... pani doktor-ja już taki leniwy się urodziłem i jakoś to się wlecze za mną i wlecze...
:)

...gdybym miała lekarstwo na lenistwo...po jego opatentowaniu moglabym...
LENIĆ się w pięknych miejscach przez całe dalsze życie... jak np oni :)





15:32, surfinia
Link Komentarze (22) »
piątek, 15 maja 2009
Lemoniada...
Po dyżurze mam dziś chwilę wytchnienia.
Rano uszykowałam tylko śniadania moim dwóm mężczyznom (bo pewnie wyszliby z domu na czczo;) i położyłam się spać... nawet nie wiem,kiedy zrobiła się 11 przed południem...
Pogryzając późne śniadanie i parząc kawę włączyłam na chwilę telewizor.
Akurat na HBO emitowano film, do którego- z niewiadomych przyczyn mam słabość : "Odette Toulemonde" -film lekki, o banalnej fabule, ale po prostu ciepły i miły dla oka.
Od kilku lat staram się nie oglądać horrorów, krwawych filmów akcji czy coraz bardziej drastycznych filmów katastroficznych. Podobnie -jak nie czytam w nadmiarze (bo nie powiem, że się to nie zdarza) krwawych opowieści.
Moja koleżanka-uwięziona na kilka tygodni w łóżku po wypadku-czytała namiętnie powieści, w których (jak sama mówiła) jeśli nie pojawiło sie kilka trupów-to było niezwykłe;) Twierdziła,że takie powieści zalecali jej przyjaciele-bo to ponoć dobrze ją miało odstressować-więc się dostosowała do zaleceń:)

Chyba jednak codzienny stress - dla mnie jest zupełnie wystarczający, nie szukam dodatkowych źródeł adrenaliny , gdyż mam jej nadmiar żyjąc w ciągłym biegu i napięciu, szukam zatem raczej równowagi, ukojenia, spokoju i uśmiechu-słuchając dobrej muzyki ,  oglądając dobre filmy obyczajowe albo - nawet i lekkie -jak ten film o miłej kobietce w średnim wieku:).
Coraz częściej zwracam się też do eleganckiej klasyki literackiej, nie zawsze bowiem toleruję nowe modne powieści, niestety obejmuje to też powieści z gatunku "fantasy"-biję się w piersi, przyznaję,że podczytywałam, teraz jestem tym po prostu z lekka zmęczona.
Wiem, że mnóstwo ludzi w wieku średnim czuje jak ja. Czy dobrze jest być przedstawicielem tak szerokiej rzeszy? TAK.

Sad.a.5 podzieliła się ze mną "Lemoniadową Nagrodą", którą opisała tak:

" chwile wytchnienia ze szklanka lemoniady"

dziękuję za to:) i z duma "przylepiam" sobie tę broszkę.
Bo dobrze jest wiedzieć, że tych kilka słów, które czasem piszę wiedziona zwykłym impulsem (kompletnie bez "poczucia misji"ale z potrzeby serca) co kilka kilkanaście dni - ktoś przeczyta i się najnormalniej w świecie-
uśmiechnie , tak jakby zjadł czekoladkę lub wypił szklankę zimnej lemoniady w gorący dzień.
To jest dla mnie wyjątkowe wyróżnienie... Agnieszko-dziękuję:)
 

12:27, surfinia
Link Komentarze (13) »
niedziela, 10 maja 2009
drobiazg niedzielny
Kiedy usłyszałam dobiegający od drzwi sygnał karetki pogotowia wydawany przez mojego męża-przypomniałam sobie od razu pewnego policjanta z "Akademii Policyjnej"-który to policjant potrafił genialnie imitować niemal każdy dźwięk.
Mój mąż jednak tego zwykle nie robi...więc pomyślałam,że okazja po temu musi być istotna. Wyjrzałam więc z kuchni i zobaczyłam Nieboskie Stworzenie! To był mój ślubny, który wyszedł do piwnicy 5 minut temu w stanie całkiem przyzwoitym, natomiast wrócił cały w kurzu i pajęczynach. Jak z " Balu Wampirów" Polańskiego. Zaznaczam,że w piwnicy mamy porządek, a poza tym nikt z własnej woli raczej w pajęczynach się nie tarza.
Poza zakurzonym odzieniem i pajęczynami we włosach-mąż przyniósł coś malutkiego w ściereczce -i to właśnie tego CZEGOŚ a nie jego, Mężczyzny wyglądu dotyczył "sygnał karetki pogotowia", który był wyartykułowany po to,żeby mnie z kuchni wyciągnąć:) Bo jako lekarz miałam niby pomóc... jak Doktor Doolittle ?;)

TO małe COŚ okazało się być malutkim ptaszęciem, tak małym, że w ciemnawym korytarzu trudno było go zobaczyć w ściereczce podetkanej mi pod nos...Ptasie maleństwo wypadło chyba z gniazda i wpadło dziwnym trafem przez kratki do naszej piwnicy w jakiś najbardziej ukryty kąt, na szczęście akurat mąż tam wlazł, bo inaczej ptasi rejawach,które maleństwo podniosło-nic by nie dał...Po krótkeij walce malenstwo dało się złapać w serwetkę.
Obejrzany niefachowo zdaje się nie mieć żadnych obrażeń, jedyny problem to ten,że ta ptaszynka latać nie potrafi-za małe toto...
Mąz już dwa razy wsadzał go w gęste krzaki,żeby się żaden kot okoliczny nim nie zainteresował...ale raz już ptaszek zwiał, żwawo posuwał po trawniku, a nad nim całe mnóstwo ćwierkającyh wróbli, pewnie chcą pomóc a nie mogą...
Ponieważ nie ma żadnych obrażeń-trudno go trzymać w domu.
Z dzieciństwa skądinąd  pamiętam, że wszelkie próby "domowego"ratowania ptaków, co wypadły z gniazd -kończyły się zwykle źle. Bo i ptak umierał i ja ryczałam jak wół przez trzy dni, co na pewno było trudne do zniesienia dla domowników;)
Mam nadzieję,  że ten mały wróbel  " z dziś"  jakoś sobie da radę...

To jest taki drobiazg niedzielny.



19:19, surfinia
Link Komentarze (14) »
sobota, 02 maja 2009
w drodze
Było tak. Wczoraj postanowiliśmy się wybrać na Wystawę Kwiatów do Książa.
Więc w drogę! ...w drodze okazało sie jednak, że korki na drogach wyjazdowych z miasta w stronę gór są niewyobrażalne... i nie pomogły żadne kombinacje, żeby je  ominąć...Zatem po godzinie stania w korkach -zawróciliśmy do domu.
Jedyne zdjęcie jakie udało mi się  tego dnia zrobić z udziałem roślin -to było właśnie to -przez okno samochodu - i nie szkodzi,że jest to widok dośc banalny, powszechny wiosenną porą- mnie tam zawsze  zachwycają-koloryt , kontrast z niebem i miodowy zapach :)


                                 
             
                "a wszystko przepasane  jakby wstęgą , miedzą..."
                          
10:59, surfinia
Link Komentarze (19) »
środa, 29 kwietnia 2009
a czasem...
Człowiek to jest jednak ciekawa istota. Ciekawa przez swą budowę, myśli, nieprzewidywalność, ale też przez umiejętności - w tym skłonności do wrzucania się w dołek emocjonalny,albo przeciwnie. Niektórzy umieją się z takiego dołka całkiem udatnie wydostać, jakby skrzydła mieli, albo raki-takie jak alpiniści, co to im mało które oblodzone zbocze straszne :)
Nie żebym dołek miała, ale raczej:przewagę myśli ciemniejszych niż zwykle i to wcale nie bez powodu.
Ale jednocześnie instynkt samozachowawczy każe mi szukać odskoczni-jeśli nie ma jakiegoś porządnego punktu uchwytu, to niech będzie mniej stabilny.
I wcale nie trzymam sie kurczowo tego szukania . Oczy, myśli, dusza-same znajdują...prawie jak w piosence :"szukam, szukania mi trzeba".
Przedwczoraj oczy zarejestrowały rogalik na niebie, a myśli instynktownie sformułowały opis.
Dziś wracając do domu -spojrzałam przez okno samochodu dosłownie na sekundę i to już wystarczyło,żeby zobaczyć młodego człowieka, który nieśpiesznie wędrował po zarośniętych zielenią torach kolejowych mało używanej linii. Szedł z fantazją, pełen dobrej energii, czuło się- że nie trzeba mu było w tej chwili nic więcej-to się po prostu widzi po sposobie stawiania kroków, wymachu rąk, ustawieniu głowy, taki zachwyt chwilą - jest zauważalny nawet jeśli obserwuje się go z dość dużej odległości. I ja coś na kształt wewnętrznej radości poczułam-że znów mam powód do myślenia choć przez chwilę o czymś innym niż to, co zaprząta moje myśli ostatnio...

Zatem było tak: on szedł po zielonych torach "ku słońcu" i nie wiedział, że ta pozornie  zwykła sytuacja - na chwilę  pomalowała mi myśli w kolorze wiosennego uśmiechu.
:)

22:03, surfinia
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
zamiast zdjęcia -
"Moje" ciemne niebo o 21.00 okazało się być na dużym obszarze przecięte skośnymi wspomnieniami po samolotach: jaśniejszymi liniami prostymi, które łączyły się ze sobą niemal pod kątem 90  stopni.
Na jednej z tych linii usadowił się rożek księżyca- wklęsłym brzuchem do góry.
Być może spoczął w swojej codobowej drodze przez niebo.

Być może-przypomniał sobie, że kiedy był Młodym Księżycem-w czasach zamierzchłych-zdarzało się, iż zsuwał się po różnych pochyłościach, jak dzieci zjeżdżające po poręczy na łeb na szyję.
A może potraktował jasną linie jak trampolinę, z której wypukłość miała mu się pozwolić odbić do góry. Co zresztą się stało, bo w momencie, kiedy wchodziłam do mojej klatki schodowej-księżyc znajdował się juz ponad korytarzem w chmurach, jak gdyby nigdy nic, pozorując "godne" zachowanie.
Pewnie myślał,że nikt go nie widzi, bo ludzie po męczącym dniu -wolą spoglądać pod stopy.
Być może tak myślał,ale się pomylił. Bo ja go widziałam.
Przez moment bowiem śledząc lecący samolot-napotkałam na niebie również znajomy kształt leniuchującego rogalika...


21:45, surfinia
Link Komentarze (21) »
sobota, 25 kwietnia 2009
gorzkowiosennie
Przedwczoraj jadąc rano do pracy w bardzo chłodny poranek-zdziwiłam się widząc w ręku młodego człowieka idącego po chodniku obok -duży pęk dorodnych filoetowych bzów. Jak to- JUŻ? Czy to baśń o dwunastu miesiącach, w której w późną jesienią Lipiec musiał wyczarować poziomki dla biednej dziewczyny, by ta mogła zanieść je swojej przyrodniej, kapryśnej siostrze?
Po chwili jednak otrząsnęłam się i stwierdziłam,że juz jest pora na bzy.
Na kwitnienie kasztanów-przecież niebawem matury.
I na wiele innych pięknych przyrodniczych zjawisk, w które każda wiosna obfituje.
I na baby w kucki na chodniku,które to baby sprzedają często najpiękniejsze kwiaty ogródkowe.
...
Tylko ja jestem gapa i w tym roku przebiegam obok wszystkiego tego, jakbym miała klapki na oczach:/ Jaka szkoda.
Praca zajęła mi znaczną część życia, dostarcza mi dzień po dniu moc mieszanych emocji.
Zwłaszcza ostatnio, kiedy ruszylo coś, co pod  szumną nazwą "restrukturyzacja" kryje głównie wielki  chaos , niezbyt często rządząc  się zwykłą logiką...dużo by opowiadać:/
Czasem gorzko myślę sobie-jak na przykład po ważnym,ale mało pozytywnym dniu wczorajszym :
I po co mi to wszystko, przecież dużą część tego robię nie dla pieniędzy(bo i kto by a to płacił...), ale często po to,by sobie NICZEGO nie mieć do zarzucenia, bo nie   tylko za siebie odpowiadam.

Kilka dni temu rozmawiałam z pewnym starszym panem-lekarzem już od dawna na emeryturze ( z czego bardzo się cieszył...). Opowiadałam mu o różnych trudnych sprawach zawodowych, o sytuacjach "bez wyjścia", z którymi mam do czynienia dzień po dniu, z wybitnym nasileniem w dniach ostatnich... W pewnym momencie pan doktor zapytał mnie poruszony: "po co pani tu jeszcze siedzi? Ja na pani miejscu dawno wyjechałbym z Polski, po co się tak szarpać?"

Jasne. Ale nie proste. Bo (niestety -albo "stety") ja chcę być tu. Tylko czasem chciałabym wyjechać gdzieś "na zadupie" (nie ujmując niczego uroczym zadupiom...;), bo tam czas płynie wolniej, a człowiek ma oczy szeroko otwarte. I nie przeoczy żadnego wschodu czy zachodu słońca, robaczka czy kiełującej rośliny...
Tylko...czy to jest wyjście z sytuacji dla osoby idiotycznie obdarzonej przez naturę (jakby dla mało wyszukanego żartu) czymś w rodzaju "poczucia misji"?;)
To nawet brzmi głupio. Tylko że to wcale ale to wcale nie jest śmieszne...




11:01, surfinia
Link Komentarze (17) »
środa, 15 kwietnia 2009
poświąteczne hm... ;)
W ambulatorium od razu po świętach -przewaga pacjentów z podrażnionymi pęcherzykami żólciowymi i trzustkami. Wydaje mi się,że chyba dużo więcej takich pacjentów zgłosiło się teraz, niż w zeszłym roku o tej porze...

- czy może popełniła pani jakis błąd dietetyczny?-pytam pacjentkę ze stwiedzoną kilka lat temu kamicą pęcherzyka żółciowego, która to pani nagle w Poniedziałek Wielkanocny zacżęła cierpieć, a przestała to znosić we wtorek , więc w związku z tym zgłosiła się do lekarza.
-zjadłam w Niedzielę Wielkanocną sześć jajek ( w majonezie) naraz...nie mogłam sie oprzeć...

We wtorek co najmniej kilka rozmów było w podobnym tonie. Od większości cierpiących z powodu chorej trzustki panów jednak "zeznanie" na temat płynno-procentowego
umilacza Świąt- trzeba było niemal wyciągac siłą :)

Już Sokrates na pytanie:
" co jest największą cnotą u człowieka młodego", odpowiedział: 'UMIAR"
Nie wiem,dlaczego akurat dotyczyć to miało TYLKO człowieka młodego...
ja tam powtarzam to na przykład również mojemu kotu, kiedy prawie pęka, a jeszcze by jadł (głownie oczami:).


22:48, surfinia
Link Komentarze (13) »
wtorek, 14 kwietnia 2009
i po
Minęły dni odświętności.
Pora na codzienność, na normalne i chwilami ponadnormalne problemy ...
Trochę "strach się bać".
Ale narazie tylko trochę, bo jeszcze na szczęście kilka godzin snu.
Jutro pewnie będzie jeszcze "jakoś" bo wszsytko sie musi rozkręcić ,ale pojutrze na pewno już będzie "ostrzej".
...Wszystkim łagodnego po-świątecznego przebudzenia życzę i miękkich lądowań...

00:21, surfinia
Link Komentarze (3) »
sobota, 11 kwietnia 2009
wielkosobotnio tradycyjnie;)))))
Dziś syn wyraził chęć, by pojechać poświęcić koszyczek. Mieliśmy razem jechać,ale widziałam,że wolał sam (może się z kimś umówił;) zatem odpuściłam, przyszykowałam święconkę i poinstruowałam jak zwykle w takich okazjach,żeby uważał, bo zawartość koszyczka nie jest przylepiona w środku klejem, taśmą mocującą ani przymocowana gwoździami :) co spotkało się ze "świętym oburzeniem", bo przecież on o tym dokonale wie;)

Po powrocie syna zajrzałam do koszyczka. Brakowało jednej pisanki ( czy jak sie tam zwie jajko "skrobane" nożykiem),a cała reszta w nieładzie, baranek miał na głowie jakąś skorupkę, babeczka nie miała spodu, kiełbaska wypaćkana lukrem.
-Upadł ci koszyczek, co?
-skąd wiesz?
-WIDAĆ:)
-yyyyy, no upadł, w samochodzie na podłodze mi się omsknął...
Wiedziona złym przeczuciem pytam:
- upadł PRZED czu PO święceniu
-przed...
-słuchaj ,brakuje jednej pisanki,jak tam nie jestem drobiazgowa,ale poszukaj jej w samochodzie, bo jak jej nie znajdziesz to się zaśmierdnie i będziesz miał za dwa tygodnie albo szybciej cuchnące autko tak,że nie będziesz mógł nim jeździć... ;)

Poszedł. Rzeczywiście rozbita pisanka znaleziona została pod siedzeniem samochodu, zatem zagrożenie smrodem za dni kilka wyeliminowane.

- A teraz cię zjem, powiedział Młody stukając i tak już rozbitą pisanką o swoją
(jak się okazało nadzwyczaj trwardą) głowę.
I zjadł. Potem przyszedł i zapytał ,czy po zjedzenie święconego jajka widzę już nad jego głową aureolę.
Jakoś nie.
Idę poszukać, czy nie zgubiła się i nie pojawi gdzieś ...nad moją głową? ;)

Wesołych Świąt:) idę do kuchni, zresztą byłam tu tylko na minut 5 :)

                                         




14:06, surfinia
Link Komentarze (8) »
piątek, 10 kwietnia 2009
Dowolnie w nawiązaniu, z banałami w tle
Z pewnej znajomości poza niemiłym osadem, pozostała mi głównie  pamięć o następującej humorystycznej maksymie : "In order to understand recursion you must first understand recursion" -
która to "złota myśl" na pierwszy rzut oka nie ma szczególnego sensu,ale już na drugi rzut oka ma tego sensu bardzo dużo. Nie jest istotne,że chętnie jest to cytowane -ponoć jako jedna z ulubionych myśli informatyków. Istotne jest powtórzenie w zdaniu, które można sobie dowolnie np.zwizualizować np. jako
psa goniącego za własnym ogonem...

W kontekście Świąt, w podobnym stylu mogłabym ukuć maksymę mówiącą,że "tylko to ma sens, co ma sens". Na pierwszy rzut oka stwierdzenie to jest banałem, a na drugi rzut oka-wcale nie :)
W dzieciństwie lubiłam różne święta,bo jak każde dziecko "brałam" sobie z nich to co najlepsze, najbardziej "strawne"-i nie chodzi mi tu o pokarm dla ciała,a przynajmniej nie tylko.
Z biegiem czasu moja sympatia dla Świąt nieco opadła-miało to związek z różnymi nie zawsze miłymi sytuacjami rodzinnymi, a przede wszystkim chyba z tym, że moja Mama świąt nie lubiła- miała swoje głębokie i smutne powody, ale pamiętam w związku ze świętami,że ciągle była zmęczona, niezadowolona i podminowana, traktowała je jak zło konieczne, które oby przeszło jak najszybciej... Zaszczepiło się to jakoś i we mnie i tkwiło przez lata jak niepotrzebny balast, ale bardzo przeszkadzało.
Kiedy wyszłam za mąż, urodziłam dziecko, bywałam z okazji Świąt tu i tam-zobaczyłam,że takie okazje mogą być naprawdę miłe, że ludzie potrafią się cieszyć tym,ze mogą się spotkać przy świątecznym, pieknie udekorowanym stole,że nawet jeśli nie jest dostatnio-to Święta mogą być tym,co ładuje baterie. U siebie w domu chciałam żeby było pięknie i miło. Kiedy zaczęła przyjeżdżać do nas na Świeta moja Mama =przypomniała, sobie,że nawet zmęczenie przedświątecznymi przygotowaniami nie musi być przygnębiające.
Że z okazji Świąt - warto postarać się, by smutne sprawy zostały gdzies z boku...
Moja praca lekarza uczy mnie podejścia do życia, kształtuje spojrzenie na jego różne jasne i ciemne strony. A wiek dojrzały dał mi piękny prezent-umiejętność dystansowania się i radości przeżywania każdego dnia, w tym i Świąt jak najlepiej-duchowo. Bo (tu posłużę sie kolejnym banałem)- trzeba żyć tak,jakby dzień , który przeżywamy właśnie-miał być tym ostatnim. A święta...niech cieszą zależnie od wyboru i nastroju : bliskością licznych krewnych i znajomych albo wyczekiwanym spokojem w gronie niewielkim, najbliższym.
Piszę to z pełnym przekonaniem, tak jak głęboko wierzę w wiele rzeczy, którymi dzielę się ze swoimi Pacjentami. Bo prawdą jest, że jeśli się w coś wierzy dostatecznie mocno - to można być bardziej przekonywującym dla innych...a przecież to jest jedna z bardzo ważnych cech, którą powinien podobno charakteryzowac się lekarz.

Dziś w pracy podzieliliśmy się z zespołem jajkiem i złożylismy sobie krótkie, ale bardzo szczere życzenia...Spotkaliśmy się tylko na kilka minut , bo wszyscy intensywnie pracowaliśmy, ale widziałam, że każde z nas czuło, iż chwila składania sobie życzen jest ważna jako uzupełnienie dnia, zanim rezejdziemy się do własnych domów , albo pozostaniemy na dyżurze.
Żyjemy w ciężkich dla nas (pracowników ochrony zdrowia) czasach. Dlatego tak bardzo potrzebne jest czasem odczucie, że jest się cząstką jakiejś całości, która mimo "burz" które nas spotykają i spotykać będą ... po prostu JEST...

Doceniam coraz bardziej takie chwile.
zbieram je do koszyczka wspomnień wartych zachowania.

Wam , moi Wspaniali Goście życzę też pięknych Świąt z sensem, żeby nie były tylko godzinami z wypchanym do niemożliwosci brzuchem, ale czasem autentycznego relaksu i radości.




15:00, surfinia
Link Komentarze (11) »
sobota, 04 kwietnia 2009
jak niemal wszyscy:)
Jak niemal wszyscy w weekendzie przedświątecznym- zabrałam się do porządków,zagoniłam też męską część rodziny do pracy, trzeba było powyganiać "zimowe koty" z kątów (przecież się ciagle sprząta,a jednak gdzieśtam sie chowają:),pomyć okna, wyszorować to i owo, poprać firanki, uporządkować balkon i mikro-ogródek. I usunąć kocie ślady  (łapki-pieczątki z błota, które ujawniły się w pełnym słońcu  i  plamy   wielokrotnego znaczenia czy podsikiwania pod drzwiami balkonu)- w życiu nie sądziłam,że to takie "wżarte" i trzeba będzie usuwać silnie działającymi środkami:)
Nogi mnie bolą, ręce też,ale jestem zadowolona.
W tygodniu wracam bardzo późno do domu z jednej, drugiej pracy i wtedy nie mam siły na takie wyzwania. Warto poświęcić jeden dzień, żeby się z tym uporać.
Zwłaszcza,że wiosna wlała we mnie "nowe życie"-coś jak uzdrawiający eliksir w naczynia krwionośne* :) Dziś jest chyba pierwszy dzień od kilku miesięcy,kiedy wstałam rano z entuzjazmem. Otworzyłam szeroko okno i pomyśłałam, co by na ten temat powiedział "Chris o poranku" z "Przystanku Alaska" :)
Dobrze mieć świadomość, że człowiek nie skapcaniał ze szczętem, a to co usypiało tak,że można było zapadać w sen niemal wszędzie " w pociągu, w przeciągu, na drągu" -było tylko efektem ubocznym długiej ,szarej zimy...
Przynajmniej mam taką nadzieję,że to tylko to :)

* ech, gdybyż komuś udało się opatentować recepturę takiego wiosennego eliksiru przywracającego do życia...
19:39, surfinia
Link Komentarze (22) »
wtorek, 31 marca 2009
przed północą ostatniego dnia marca
Od kiedy przestał mnie bawić pierwszy kwietnia?...o ile kiedykolwiek bawił -poza przyzwyczajeniem do jego zabawowej,tradycyjnej otoczki...?

...Od czasu,kiedy za mało w tym dniu żywiołowości, a żarty jeśli są zwykle "na siłę", bo chyba fantazji ludziom w tym względzie ubywa ... a może zmęczenie wiosenne nie sprzyja psikusom

...Od czasu,kiedy zorientowałam się,że w tym dniu zdarzyło mi się kilka rzeczy zupełnie nie śmiesznych, ale brzemiennych w skutkach...

...Od czasu, kiedy nader  istotny  stał się fakt , iż 1 kwietnia poprzedza bezpośrednio 2 kwietnia...
23:46, surfinia
Link Komentarze (13) »
niedziela, 29 marca 2009
Ludzie się zmieniają:)
Ludzie się zmieniają, ja też, drżę tylko by nie była to zmiana na gorsze (bo jak ze sobą wytrzymam wtedy?;) a  przecież trudno przewidzieć co nasz mózg i nasza natura wykombinują...Pewnie, że mamy na to jakiś wpływ, tyle -że nie zawsze ten wpływ mieć chcemy.

Wyjechałam na dwa dni w niedalekie góry,żeby spotkać się z niemałym gronem znajomych - z którymi jeżdżę w miarę stałym składzie od studiów, zatem jest to kawał czasu. W tym gronie (jak napisałam-licznym!) są tylko dwie lekarki-koleżanka stomatolog i ja. Cała reszta " z różnych bajek" ale dogadujemy się znakomicie. Są w tym gronie osoby, które przez kilkanaście lat nie utrzymywały z całą resztą kontaktów, a teraz raptem poczuły, że chcą te kontakty odnowić (i to czynią :) Czy to nie jakaś przemiana? na mój gust-pozytywna :)
I tak np. W. - biznesmen i globtroter. Po wielu latach-znów "przylgnął" o starych znajomych.
W. znam od...podstawówki! Kiedy o tym pomyślę...nie, nie jeży mi się skóra na karku, że to tyle lat...ale zaczynam się śmiać. Bo jak mawiają niektórzy :"ludzie tak długo nie żyją"- a jednak żyją i mają się nieźle:)
W. to był kumpel do rany przyłóż i to przez lata. Pamiętam, że usiłował nauczyć mnie pływać.
Potem wycyganił samochód ojca, żeby uczyć mnie jeździć. Potem -za jakiś czas-usiłował nauczyć mnie grać w brydża:))) Oczywiście byłam mało pojętna, grałam jak noga stołowa,ale W. twierdził,że mam potencjał. Jednak chyba mnie przecenił...przyznaję ze skruchą, że potencjał był tyciutki w tym względzie :)
Teraz W. usiłuje namówić mnie na morskie żeglowanie.
Od kilku lat skutecznie opieram się morskim jachtowym wyprawom w różnym gronie, choć na Magicznym Jeziorze kiedyś udało mi się łodzi nie zatopić... :)
Tłumaczę W. , że jestem (chyba) Jonaszem i byłby naprawdę wielkim ryzykantem,gdyby wziął mnie na pokład,ale on się śmieje i nie wierzy.
A ja chwilami zastanawiam się,dlaczego jestm taka uparta. I...
Jeśli jeszcze trochę mnie ponamawia, to kto wie? Może i ja wymięknę i popłynę gdzieś na jakieś morze...? Oczywiście (narazie) to jest bardzo mało prawdopodobne, ale nie niemożlwie:) albowiem...ludzie się zmieniają. Ja też. I oby nie na gorsze.
A najgorsze byłoby usiąść na tyłku i już niczego "mało prawdopodobnego" nie mieć ochoty dokonać :)

23:12, surfinia
Link Komentarze (14) »
środa, 25 marca 2009
rozmowa przez kilka km
Taksówkarz,który wiózł mnie dziś przez kawałek Wrocławia zdawał się mieć monopol na mądrość całego narodu i dzielił się tym ze mną bez oporów...;)
Trochę byłam juz nawet tym zmęczona, bo po całym dniu pracy stojąc w korku miałam ochotę posłuchać np. delikatnej muzyki (jak to juz kiedyś się zdarzyło-bajkowo).
Dowiedziałam się od tego pana między innymi :

- że on to ma pomysł na to, jak wybudować autostrady w Polsce
- że najpierw trzeba było wybudować obwodnicę Wrocławia niż jakieś" głupie nikomu niepotrzebne mosty" ;)
-że ma gdzieś prawo zamówień publicznych i procedury przetargowe, bo wszsytko się przecież "da jakoś obejść" :) ale gdy znudzona słowotokiem zapytałam,czy wie,jak to zrobić,powiedział,że w tej chwili nie, ale za to wie, że można:)


Kiedy mu usiłowałam uświadomić,że byli już tacy,co usiłowali to i owo "obejść" ze skutkiem kiepskim, o czym donosiły później gazety, w kontekście sprawy posługujące się imieniem delikwenta i pierwszą literą jego nazwiska -nie bardzo słuchał, a potem znów swoje: "to ja pani wytłumaczę" etc

Wreszcie z przekąsem stwierdziłam,że widzę iż ma wiele pomysłów, szkoda zatem by taka skarbnica się marnowała i że w takim razie może wystartuje w wyborach, ot,choćby postara się zostać radnym miasta W. ?;)
Uuuuu, to zupełnie inna sprawa :) a dlaczego? ano dlatego-stwierdził mój rozmówca-że on jako kandydat niezależny, nie miałby głosu, nie miałby możliwości przebić się z żadnym pomysłem bez poparcia jakiejs partii, a do żadnej zapisywać się nie chce (ja też nie swoją drogą...)

Monopol na mądrość mamy niemal wszyscy. Na swoim maleńkim podwórku, w swojej wąskiej lub szerszej specjalności, którą się zajmujemy...pomysły mamy "genialne";)
Dawniej mówiło sie,że najwięcej w Polsce mamy lekarzy:)
a teraz jednak chyba lekarzy doganiają znający się na wszystkim co dotyczy budowy dróg ... :)

...Taki mały okruszek dnia,..niewiele znaczący-co odnotowuję z "kronikarskiego obowiązku" a po trosze z rozbawienia... acz bez zjadliwej złośliwości :)

20:44, surfinia
Link Komentarze (13) »
czwartek, 19 marca 2009
Będąc ( raczej średnio) młodą lekarką...
Ładna młodziutka dziewczyna,lat 24 niecierpliwie kręciła się przy badaniu i nagle zapytała:
" długo to potrwa,bo chce mi się szczać"

Poczułam odorek. Nie od dziewczyny,tylko od słowa, które nijak nie pasowało do młodzieńczej, niemal anielskiej urody mojej pacjentki.
-proszę?-zapytałam
-no chciałam powiedzieć,że chcę siusiu-odpowiedziała ona
i wtedy nie wytrzymałam:
-aha, teraz rozumiem, bo nie jestem przyzwyczajona do użytego przez panią uprzednio słowa...

Innym razem pacjentka wyznała mi, że ciągle "pierdzi". Znam znaczenie określenia,jednak są inne-może bardziej stosowne;)
Jeszcze innym razem młody pacjent opowiadał mi o okolicznościach wystąpienia dolegliwości bólowych i cały czas używał słów powszechnie uznanych za mało eleganckie, najwyraźniej miał kłopoty ze znalezieniem innych... ;) ale i tak był dość z siebie zadowolony, a po wizycie wychodząc  pożegnał się ze mną słowami: "no to NARA !"
;)

Sytuacje takie mnożą się.


Nie jestem staroświecka (chyba?) i nie jestem święta, od czasu do czasu i ja przeklnę(ale musze być doprowadzona do ostateczności) jednak w pewnych sytuacjach uważam , że należy starannie dobierać słowa...
Taka lekarka (która miała być polonistką ;) to pewnie przekleństwo dla lubiących słowny luz ;)



23:39, surfinia
Link Komentarze (40) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes