moja jesień gra bossanovą...
RSS
niedziela, 15 marca 2009
póki co -złamię zasady...
Póki co złamię zasady... :) i niech mi będzie wybaczone, wyjaśnię zaraz :)

Dwie Indywidualności z bloxa ( Dewaluacja i Ricardo ) nominowały mnie do wyróżnienia czym zrobiły mi niespodziankę oraz zaszczyt :)
Bo miło znaleźć się w doborowym gronie osób,które swoim bajdurzeniem cośtam wykreowały ;)




Poza przyjemnościa przylepienia sobie powyższej "broszki" należy zachować się przyzwoicie ;) i postąpić w/g wskazanych zasad:

1. umieszczamy logo na swoim blogu,
2. wrzucamy namiar na blog osoby, od której otrzymaliśmy nagrodę,
3. nominujemy co najmniej 7 innych blogów,
4. podajemy linki do tych blogów,
5. nominowanym osobom zostawiamy komentarze z informacją o nominacji

Sprawa wygląda tak: o ile punkt 1 i 2 załatwiam w oka mgnieniu...to nominować narazie nie mogę. No...nie mogę! Bo za dużo jest tych blogów"ulubionych", które do kategorii pasują i nie mogę się zdecydować...

Podobnie stało się, kiedy otrzymałam od sad.a.5 nominację do innej nagrody ( Uber Amazing Blog Award) ...po prostu WSZYSCY ,do których zaglądam częściej lub rzadziej...jesteście na swój sposób niezwykli,chocby dlatego,że każde z Was potrafi ubrać w słowa tak wiele .Bo to wcale nie jest proste...


13:58, surfinia
Link Komentarze (10) »
środa, 11 marca 2009
niemożliwe...?
Chwytliwy i błyskotliwy ( choć niestety dość wyświechtany) slogan: "nie ma rzeczy niemożliwych,są tylko mało prawdopodobne" to jest moje motto życiowe.
Czasem wierzę w to głęboko, a czasem ta wiara jest chwiejna i oparta jedynie na "wspomnieniu",że taki slogan sobie istnieje i jest dość wdzięczny w odbiorze, bo pocieszający.
Dodatek do powyższego założenia dość dużej dozy przekory , cierpliwości ("kropla draży skałę nie siłą lecz ciągłym padaniem") oraz (pardon;) upierdliwości- w dużym odsetku bywa skuteczną mieszanką.

Kilka faktów w moim życiu zawodowym potwierdziło tę dość kontrowersyjną prawdę , mimo iż niedowiarkowie usiłowali podciąć mi skrzydełka. Ile też kaktusów miało wyrosnąć na rękach tych co nie wierzyli w powodzenie pewnych przedsięwzięć-to już nawet liczyć mi się nie chce...

Nie wiem dlaczego w sprawach prywatnych z tym jest gorzej.Tak jakby moje życie pozazawodowe opierało się na zupełnie innych regułach.

Ostatnio usiłuje na czyjejś twarzy wywołać uśmiech na dłużej niż na ćwierć sekundy.
Bowiem to, co pojawia się na twarzy tej osoby - jest właściwie jedynie cieniem uśmiechu.
I choćbym wyszła z siebie i stanęła obok -nie widzę możliwości by to zmienić. nie znam sposobu,nie mam klucza.
A ta osoba umie uśmiechać się przepięknie...OK. Choroba i troski potrafią unieczynnić mięśnie mimiczne odpowiadające za uśmiech...jestem w stanie to zrozumieć i uszanować.
Dlatego coraz bardziej wydaje mi się, że wywołanie usmiechu na TEJ twarzy jest niestety tym, co zupełnie wymyka się mojej życiowej dewizie. Czyli jest rzeczą niemożliwą.
Choć w duchu bardzo głośno krzyczę czasem-nie mogąc tego wygłosić, by nie zostać posądzoną o brak wyczucia i delikatności : "Proszę się uśmiechnąć KONIECZNIE"
Nie działa. NO NIE DZIAŁA! jak to jest możliwe???

Na temat: dla Ciebie, dla mnie , dla nas...to co "chodzi" dziś za mną od rana....


21:52, surfinia
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 09 marca 2009
w jak...
Kilka dni  temu  kolega w pracy zmarszczył nos i zapytał:"Su,czujesz wiosnę?" po czym pokazał okno, że niby tam coś...a za oknem to samo co zwykle od wielu tygodni: szaroburo i chmury   ciężkie i przygnębiające.
Nic  nie czułam poza obezwładniającym zmęczeniem,nasilającym się każdego dnia, powodującym,ze przez cały dzień dąży się do jednego: żeby wreszcie dostać się do domu, zrobić tylko to co konieczne i spać...spać.... A może to właśnie syndrom wczesnowiosenny ?...nie wiem, dla mnie to raczej syndrom niedźwiedzia  szykującego się do zimy ;)
 

Dziś  rano wyszłam z domu i mimo szarości -tę wiosnę jednak poczułam...bo ptaki o 6.45   podniosły taki rejwach,  tyle było kląskań, nawoływań,  słodkiego wabienia, radosnego świergotu, treli, pohukiwań, przekornego przedrzeźniania, ...jakby  każde ptaszę chciało,by to właśnie jego  słyszeć można  było  w tłumie najwyraźniej...
To jest najpiękniejsza muzyka świata, najdoskonalsza harmonia kompozycji :) Dobrze, że przyroda nam ją cyklicznie  przypomina, bo sami...sami  pozwalamy sobie często tak wiele stracić... zapatrzeni w jakieś cele(czasem  miałkie  lub mgliste) , które na odległość  zazdrośnie  zamykają nasze uszy, oczy, serca...



19:20, surfinia
Link Komentarze (15) »
niedziela, 15 lutego 2009
opowieść z lekka niesamowita :)
Panią K. znam od roku chyba, zjawiła się u mnie na rutynowe badanie z poczucia obowiązku, bez żadnych poważniejszych objawów, wynik badania dał jednak niezbity dowód ,że jej choroba jest poważna i wymaga interwencji chirurgicznej.
Była bardzo dzielna,kiedy jej to powiedziałam, choć zastrzegłam,że operacja daje jej ogromną szansę na dalsze życie w dobrym zdrowiu, bo choroba jest w niewielkim stopniu zaawansowania i całe szczeęście,że (naprawdę) przypadkowo została wykryta.
Następnego dnia uzupełniłyśmy jeszcze jej badania. Pani K. nie czekała i po kilku tygodniach zjawiła się już zoperowana, uśmiechnięta i pełna nadziei na przyszłość. Ma w sobie tyle pozytywnej energii i przekonania,że będzie dobrze... to wszystko wspomaga jej mechanizmy obronne.
Teraz pojawia sie na kontrole co trzy miesiące i bardzo tego pilnuje.

Nie o tym jednak. Codziennie stykam sie z dużą ilością pacjentów-jak to lekarz pracujący w szpitalu,przychodni jednej, czasem drugiej etc.
Całe mnóstwo osób wraca na kontrole takie czy inne. Niektóre osoby-jak to w mojej pracy-pojawiają sie i znikają. Ci wszyscy pacjenci tworzą ogromny"zbiór"ludzkich indywidualności. Nie wszystkich jestem w stanie zapamietać...bez dokumentacji, część jednak jak najbardziej-zwłaszcza tych , którzy wracają co kilka miesięcy.

Ale również...nie o tym. Albo częściowo o tym, bo ma stanowić to wstęp do sprawy niezwykłej.

Kilka dni temu wieczorem, po pracy - wykonywałam jakieś swoje domowe "syzyfowe prace" i nagle-ni z gruszki ni z pietruszki- po głowie zaczęło mi się tłuc nazwisko Pani.K. Co kilka minut zupełnie bezwiednie  powtarzałam sobie w myślach  to jej nazwisko-coś jak SOS, albo sygnał budzika nastawiony na "przypominanie".
Następnego dnia po obudzeniu-ze trzy razy to samo. Pomyślałam,że nie zdziwiłabym się,gdyby Pani K. pojawiła się u mnie w przychodni dnia następnego...
Kiedy ją zobaczyłam na korytarzu-jako ostatnią już tego dnia pacjentkę-wcale sie nie zdziwiłam , ba , nawet powiedziałam jej o tym:)
Ona tez się nie zdziwiła... i powiedziała mi tak:"Pani doktor, może tak być ,bo ja bardzo intensywnie o pani wczoraj wieczorem myślałam! wie pani,że minęło już trzy miesiące od mojej ostatniej u pani wizyty? Bałam sie,że nie będę mogła sie do pani dziś zarejestrować...a jak widać:udało się :) "

Z pewną obawą przystąpiłam do badania Pani K. bo...myśli myślami,ale dlaczego akurat ona kołatała mi sie po głowie ni z tego ni z owego ? pacjentów mam wielu i od dawna żaden nie spowodował tak intensywnego o nim myślenia przed wizytą u mnie...Miałam więc pewne obawy, że będzie byc może wznowa nowotworu u Pani K.
ALE NIE!
Nic nie było! :)


Swoją drogą...nie ukrywam, że wiele razy doświadczyłam sytuacji, w której można szukać sprawczego działania myśli moich lub cudzych...za każdym razem dziwi mnie to i zachwyca.
Oraz z lekka niepokoi... Pani K. jest jednak jednym z nielicznyh przypadków,kiedy zdarzyło mi sie to TAK WYRAŻNIE na "niwie" zawodowej...

:)

Aż by się chciało-bez zbędnej egzaltacji-sięgnąć po wyświechtane powiedzenie:
"Są takie rzeczy na niebie i ziemi, o których sie filozofom nie śniło... "




15:29, surfinia
Link Komentarze (29) »
czwartek, 05 lutego 2009
Zaginiony słoik międzyplanetarny
Kolega poruszony onegdaj wieścią, iż nie mogę dojść do siebie po ciężkiej grypie-wysłał mi z dobroci serca żurawiny. Nie wiem w jakiej postaci-zapewne w słoiku ;) I jak należało się spodziewać ,przesylka choć bardzo mocno zabezpieczona przed uszkodzeniem-nie doszła do mnie.
Dziś się okazało,że być może odkleiła się z przesyłki"etykietka" z moim adresem (bo takie łatwoodlepialne;) kolega miał ...) i cytuję:

"bezpańskie żurawiny błąkają się gdzieś we Wszechświecie" :)

Zaiste! wizja słoika z żurawinami szybującego gdzieś pomiędzy chmurami a nawet (!)pomiędzy planetami ...unikającego zderzeń z meteorytami...i apetycznym kolorem zawartości swej- wzbudzającego zdziwienie wśród ufoludków, na koniec...
jak sputnik (lub część sputnika) ladujący bez uszczerbku w koszyku na zakupy jakiejś zdumionej Maman albo też ( z uszczerbkiem) na głowie lub pod nogami jakiegoś elegancika z nosem w prasie codziennej ...to ech,co za wizja.
Od razu się uśmiechnęłam. Bo wyobraźnia -owszem, płata czasem nie zawsze miłe figle,ale nade wszystko -ratuje mnie często przed stanem zbliżonym do obłędu po zwariowanym dniu w szpitalu.
Wystarczy chcieć.
Wystarczy...jeden słoik z żurawinami. Międzyplanetarny. A może-a co tam-nawet międzygalaktyczny...
I może przez te "bezpańskie żurawiny błakające się we Wszechświecie ...ten Wszechświat choć na chwilę i choc odrobinę stanie się lepszy. Albo smaczniejszy. Albo...bardziej kolorowy
Bo na przykład
Dziś jadąc do pracy popatrzyłam na niebo koloru morelowego. Być może gdzieś w atmosferze krążą bezpańskie morele...? ;)


23:12, surfinia
Link Komentarze (27) »
piątek, 30 stycznia 2009
zapisane na skrawku ,żeby nie uciekło;)
Wróciłam z dyżuru i postanowiłam napić sie kawy, ale "takiej dobrej,z mlekiem i z cukrem"....jak w reklamie;)
Zaparzyłam kawę w ekspresiku. Rzut oka do lodówki i...
-GDZIE JEST MLEKO?????
-kot wypił...
- %$#@))^%# !!!! Ani tyciej odrobiny nie zostawiliście dla mnie?SAM sobie wziął i wyduldał pół dużej butelki??? KTO w tym domu jest ważniejszy? Kot czy ja????
Nastąpiła chwila ciszy, ale nie dlatego, że domownicy zastanowili się głębiej nad sensem tego pytania, lecz dlatego, że Młody musiał przeżuć efektywnie to ,co właśnie żuł (bowiem jak wiadomo -połykanie nie przeżutych kawałków i to w pośpiechu nie jest zbyt zdrowe dla żołądka)

-Mamo.
-Hę?
-takie pytania zadajesz...a KTO był ważniejszy w Dolinie Rospudy? Ludzie czy zwierzęta?

I tym pytaniem Młody odebrał mi argumenty. Albowiem oficjalnie ustalił priorytety ... ;)


20:20, surfinia
Link Komentarze (9) »
wtorek, 27 stycznia 2009
coś w rodzaju wytłumaczenia, jak zwał tak zwał...
Nie będę ukrywać, że odrzuca mnie ostatnio od komputera. Mam wrażenie,że ten stan narasta od miesięcy. Być może jest to przesyt wynikający z konieczności -praca wymaga również długotrwałego ślęczenia przy monitorach, nie zawsze wysokiej klasy...

Nigdy nie przesadzałam z bytnością w sieci (no może ciut... na poczatku,wiele lat temu,kiedy przekonywałam się,że komputer mnie nie zje,a ja samym włączeniem go nie zepsuję na pewno;),ale teraz prawie w ogóle mnie nie korci komputer w sensie "rozrywkowym".

Odbieram teraz tylko od czasu do czasu maile i czytam wiadomości agencyjne, w których coraz mniej pozytywów-niemal same przygnębiające, katastroficzne doniesienia, albo tragiczne, lub też po prostu...głupie , niesmaczne i bezsensowne , łącznie z grzebaniem się w najbardziej intymnych sprawach ludzi ze świecznika(takiego czy innego).

Czasu nie mam ...to fakt. Doba sie kurczy jak wełniany sweterek przez przypadek wygotowany w praniu i na dodatek odwirowany.
Żeby zrobić w ciągu doby wszystko co bym chciała - musiałabym chyba nie spać. A spać uwielbiam :)
Komputer mi ciągle kaprysi (czyżby był kobietą? ;), a ja nie lubię korzystać z cudzego, lubię swój i już.
A może po prostu coś we mnie się zmieniło-ponoć człowiek zmienia się co kilka lat, tylko nie wiem,co ile-ale co to ma za znaczenie? w sumie -jest to dość logiczne, z pewnych rzeczy się"wyrasta", do pewnych spraw dochodzi z czasem, priorytety pojawiają się i znikają.
Póki co wszystko u mnie jakoś się trzyma ... tylko coraz czujniej rozglądam się dookoła, czy mnie czasem coś z rzeczy niemiłych nie dotknie. Więc trzeba być przygotowanym na wiele wariantów. Czasy idą cięzkie...Może też baczniej przyglądam się ludziom-nauczona doświadczeniami,że nie zawsze są oni jacy są. Co nie znaczy,że źli -po prostu czasem...inni niż sobie wyobrażamy. Co może spowodować nieoczekiwane skutki, a takich nieoczekiwanych sytuacji, które nie wiadomo jak ugryźć- nie lubię.

Szukam równowagi i narazie znajduję (za co Niebiosom dzięki!) Po ciężkim dniu w pracy-najchętniej zaszywam się w domu i niechętnie odbieram telefony. Cisza to jest to co mi jest aktualnie najbardziej potrzebne, no chyba że z dobrą muzyką-ale nieagresywną. Tak mało bowiem czasu zostaje mi,żeby odpocząć , zająć się czymś przyjemnym,żeby nie myśleć o tym,co przykre i przygnębiające, a tyle jest takich spraw...

Odkryłam,że bardzo chętnie oglądam stare filmy. Im starsze-tym lepsze :) Mogą być nawet socrealistyczne gnioty- produkcyjniaki, które swoją naiwnością i hasłami budza uśmiech politowania.ale poza tą otoczką (chiwlami nie do zdzierżenia) -sa jeszcze aktorzy, niektórzy z nich nie żyja już,niektórzy są podeszłym wieku...dobrze jest popatrzeć na nich, jacy byli,kiedy byli młodzi :)
Na przyład ostatnio
na radzieckim starym filmie "Dziewczęta" śmiałam się non stop. Takie to było zabawne w swojej naiwności :) Ale za to kilka dni temu obejrzałam rosyjski film z 2003 r :"Błogosławcie kobietę" i...spodobał mi się swoisty klimat i forma prowadzenia opowieści pozornie banalnej,ale...dobrze to było zagrane, przejmująco "po duszam" :)

Aha i jeszcze - lubię bardzo adaptacje dzieł Szekspira. Ostatnio oglądałam -trzy razy:)
"Jak wam się podoba" w reżyserii Kennetha Branagha. Brawurowe przedstawienie , z dużą dozą dowolności, wręcz szaleństwa i świeżością, a jednak przesiąknieta duchem szekspirowskim do spodu. Chwilami irytujący jest Ganymede , drugie-męskie wcielenie Rosalindy ,ale...przecież tak miało być, on/ona miał/miała irytować i już. To już wina Szekspira- nie reżysera;)
Niesamowicie wpadła mi w ucho muzyka wieńcząca przedstawienie (ze sceny weselnej)-nucę ją sobie od kilku dni po przebudzeniu. I teraz ...też:)
"hej...nonino"


"Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają"
W.Szekspir. "Jak wam się podoba".Akt II




22:38, surfinia
Link Komentarze (9) »
piątek, 16 stycznia 2009
receptki
Jest stara dobra metoda zwalczania bólu zębów albo głowy,albo ucha...a mianowcie: należy nabrać wody w usta...i (wedle starego przepisu!) usiąść na kuchni i tak dlugo siedzieć,aż się woda w ustach zagotuje. W czasach współczesnych- celem osiągnicia temperatury wrzenia w ustach (co ma mieć zbawienny wpływ na rózne bóle poza jednym... ;) można wysiadywać czterema literami na kuchence gazowej lub płycie elektrycznej.

Mam jeszcze kilka różnych zbawiennych recept, oczywicie sama je też praktykuję mniej lub bardziej chętnie(częściej...mniej;)
A mianowicie: celem schudnięcia po świątecznych kulinarnych szaleństwach-skutecznym sposobem jest(choc nie powiem,że zalecanym...) zarażenie się cięzką grypą-a jakże, przez tydzien poza wodą nic się do ust brac nie chce, minus trzy kilo gwarantowane.

Dziś również przekonałam się o tym, jak skuteczny może być syn w przypadku problemów z komputerem. Bo generuje dalsze ;)
Otóż  pożyczyłam dziecięciu swój laptop, który wrócił do domu w stanie nie nadającym się do użytku, to znaczy w skrócie:nie chciał się włączyć. A jeszcze rano się włączał podobno, ja  tam nie wiem, bo nie próbowałam,ale dziecko twierdzi,że tak. Wystarczyło kilka dotknięć palcami Młodzieńca -i komputer jak ...stary,to znaczy nie do uzytku jak wspomniałam.
Dopiero diagnosta taki jak ja ("HA!nikt sie nie spodziewał Hiszpańskiej Inkwizycji!")- stwierdził,że to zapewne totalnie wykończona bateria, bo nie można wykluczyć,że  dziecko włozyło laptop do torby nie sprawdzając,czy był on wyłączony (taki drobiazg...;). I że trzeba podładować z pół godzinki,to może sprzęt ożyje.
I ożył!. Dokładnie po pół godzinnej reanimacji. Tadadam. Gratulacje, pani dr House :)



00:04, surfinia
Link Komentarze (14) »
sobota, 03 stycznia 2009
Początek nowego roku
Pierwszego stycznia, rano-cały dom pogrążony był w ciszy;gdyby przybliżyć ucho do poszczególnych drzwi- usłyszałoby się z każdego pokoju dochodzące równe oddechy lub pochrapywania, bardziej lub mniej intensywne. Tylko ...po co miałabym się ruszać gdziekolwiek? Było mi dobrze.
Siedziałam otulona miekkim szlafrokiem na łożku z wysokimi, puchowymi "góralskimi"poduszkami i ruszając pierwszymi palcami obu stop (bo to oznaka mej zgody na to,co się dzieje naokoło i ukontentowania;) piłam kawę, patrząc z tej pozycji przez okno,gdzie ośnieżone Tatry ostro odcinały się od błękitu nieba. Miałam w sobie niespotykany spokój.
Przemknęła mi przez głowę myśl:"tak wygląda szczęście".
Owszem,przez moment chciała mi się wepchnąc do głowy również inna myśl:"od poniedziałku znów ostra jazda bez trzymanki",ale była ona tak niestosowna w sielskiej scenerii,że bez żalu myśl ową wyprosiłam , stosując dobrą receptę, skutecznie wdrażaną też przez Scarlett O'Hara w "Przeminęlo z wiatrem" :"pomyślę o tym jutro,lub w bardziej odpowiednich okolicznościach".
I dalej kontemplując widoki zaokienne-pozytywe odczucia showałam też do zapasów "na później" (jak wonne,słodkie  truskawki  do słoika) by w momencie- gdy chwile i sprawy ciężkie (ważące zbyt wiele)-przygną mnie   do ziemi... znów oczami wyobrażni przywołać obrazy zapierające swoją urodą dech w piersi. I tę chwilę, w której nic poza pięknem poranka nie miało znaczenia.

Poprzedniego zaś dnia...jeszcze zanim zaczęłam się ubierać w strój odpowiedni do powitania Nowego Roku...siedziałyśmy we trzy z przyjaciólkami nad szklaneczkami grzanego wina,bo jak wiadomo-grzane wino po górskich spacerach czy też po nartach-dobrze robi na głowę i w ogóle na wszystko inne.
I. z właściwym sobie pesymizmem stwierdziła,że nie lubi zabaw sylwestrowych,bo właściwie z czego tu się cieszyć??? Z tego,że znów jesteśmy starsze o rok?
H.popatrzyła na nią swoim mądrym,ciepłym wzrokiem, jak zwykle uśmiechnęla się i powiedziała: "Jak to z czego tu się cieszyć? A choćby z tego,że jesteś...że jesteśmy!"
Jedno zdanie,a takie mądre w swej oczywistości.
I tego,co było w nim zawarte...nijak obalić się nie da.
Zatem-założyłyśmy- i tego zamierzamy się trzymać!że ten rok,który właśnie się zaczął, będzie dla nas bardzo dobry. Choćby nie wiem co!
Ponieważ myślenie jest kreatywne,więc tak się stanie.
Czego życzę również wszystkim bliskim sercu osobom :)


22:45, surfinia
Link Komentarze (23) »
piątek, 12 grudnia 2008
refleksja
Kilkanaście dni przed Nowym Rokiem czas przyspiesza,"nakręca się" jak wirujący bąk-dziecięca zabawka.
Pewnie czas nabiera teraz zawrotnej szybkości poganiany przez myśli wielu ludzi marzących, aby " ten rok się wreszcie skonczył". Bo na przykład czyjś rok nie był dobry, więc wydawać się temu komuś może,iż ze zmianą ostatniej cyfry w liczbie - diametralnie zmieni się i jego życie. To tak- jakby mieć świeżą kartkę, która tylko czeka,aby zaostrzyć ołówek i starannie, z namaszczeniem, bez pośpiechu  kaligrafując wpisywać na niej literę po literze, dokładnie według planu.  Tylko, że nie ma co się łudzić-plany czasem trzeba zmieniać, albo coś(lub ktoś) je nam zmienia, a to ołówek się złamie, wylejemy kawę na nieskazitelną biel, coś nas rozproszy-za plecami usłyszymy czyjś głos,niezidentyfikowany dźwięk, lub też  kątem oka zobaczymy jakąś sylwetkę...i diabli (lub anieli;) biorą misternie przemyślany schemat działań.  Lub  wielkie nadzieje.
Chociaz nie zawsze jest to złe.

Ja jednak nie lubię poganiać, ani nie lubię byc poganiana.
Z niezrozumieniem zatem  i niemal buntem- obserwuję, że ledwie się budzę o poranku... chwilę potem budzę się o poranku znów. I że czas pomiędzy poszczególnymi przebudzeniami jest jakby coraz krótszy. A wydłuża się za to w nieskończoność, kiedy na  coś ważnego czekam.
Ot, robota dla filozofów, fizyków ... i licho wie kogo. Wieczny problem względności czasu.
Nie do pojęcia dla"zwykłego śmiertelnika".
Niech mi więc ktoś powie,czy ten czas przyspiesza pod koniec roku, bo mu sie gdzieś spieszy,czy jak napisałam w pierwszych słowach-nie wytrzymuje ludzkiego poganiania i usiłuje uciec...a może - chce nauczyć nas pokory...pokazując, że bez względu na nasze działania- i tak zrobi po swojemu,czyli przyspieszy w mało odpowiednim dla nas momencie i zwolni dokładnie wtedy, kiedy tego sobie nie życzymy...
?

19:25, surfinia
Link Komentarze (47) »
sobota, 22 listopada 2008
odkrycie;)
Odkrycie niepełne,ale nad nim popracuję. A może to nie ja powinnam?...hm
Mianowicie okazało się dziś po raz enty,iż w moim domu(jak w wielu innych) wszystko robi się samo :) ...gotuje i zmywa, pierze oraz prasuje, zwłaszcza koszule i wiesza w porządku w szafie oraz układa w kosteczkę na półkach...zakupy też przychodza przez cały tydzień do domu same.
Nie wiem,kto to robi...czy rzeczywiscie "samo" sie robi,czy wróżka czy krasnoludki, dokładnie takie jak w ulubionych bajkach z dzieciństwa...;)
Nie wiem tylko dlaczego po całym teoretycznie wolnym dniu nogi mnie bolą -jakbym stała dwie godziny przy desce do prasowania albo kilka godzin przy blacie kuchennym siekając,krojąc, gotując,sprzątając ;)

No cóż...Kolumb-Odkrywca też czuł się zmęczony docierając do kolejnych lądów, a przecież samo odkrycie zaledwie wieńczyło całą wyprawę, która była niezwykłym logistycznym przedsięwzięciem...

Jak widać odkrywanie nowych lądów i tłumaczenie zjawisk niewyjaśnionych...męczy:)
W tym duchu   wspólnoty  z Wielkimi Odkrywcami nowych światów- zapędziłam męża do partycypowania w porządkach sobotnich,żeby tez pomógł mi w rozwikłaniu zagadki- KTO kryje się za tym co samo się robi przez okrągły rok:)


14:12, surfinia
Link Komentarze (32) »
wtorek, 11 listopada 2008
czasem okolicznościowo trzeba...albo się chce
W porze przedpołudniowej,przez otwarte okno słyszę dwa głosy. Ciepły,miły głos kobiecy i szczebiot małej dziewczynki (trzy- czteroletniej chyba)
-Mamusiu a co tu wisi?
-Córeczko to są flagi biało-czerwone, nasze polskie.
- a dlacego wisą?
-Bo dzis jest wielkie święto narodowe i dlatego trzeba flagi wywiesić. U nas na balkonie tez taka flaga wisi -jak wrócimy ze spacerku do domu -to zobaczysz...
W takie święto większość ludzi nie idzie do pracy, o na przykład ja nie muszę i tatus też. Odpoczywamy, w takie święto trzeba się cieszyć, że możemy mieszkać w swoim domku i że jesteśmy wolni
- a co to znacy "wolni" mamusiu?
...
Zastygłam. Byłam ciekawa co odpowie maluchowi młoda Mama. Jednak zaległa chwila milczenia, a kiedy kobieta zaczęła mówić znów-oddaliła się z dzieckiem na tyle, że juz niestety -nie mogłam usłyszeć jej słów.

W listopadzie , co roku-pojęcie patriotyzmu to chwytliwy temat (mnie też "chwycił'" ;)
Myślę, że jeśli się mówi o patriotyzmie-trzeba to czynić prosto, jak najprościej, a z serca. Im bardziej kwieciste wypowiedzi,tym bardziej tchnie to fałszem.
Lepiej czuć, pracować - niż mówić. Najzabawniejsze ( a moze raczej-najprzykrzejsze), że mnóstwo ludzi którzy szkodzą swemu Państwu -bądź z głupoty ,bądź z wyrachowania czy małości swej- potrafi o swym patriotyzmie opowiadać na lewo i prawo i odmieniać to słowo w najróżniejszy sposób, głownie po to,żeby wykazać, iż "TA POLSKA JEST NAJMOJSZA".
Wczoraj  śledziłam  dyskusję na temat patriotyzmu - poza dwoma znanymi dziennikarzami- w dyskusji brali udział : Paweł Kukiz,Piotr Kownacki i Wojciech Olejniczak.
Z tej całej trójki-najbardziej przekonywujący i szczery (chwilami aż ZA szczery) był Kukiz. I to on właśnie sformułował zdanie,że w czasach zagrożenia patriotyzm powinien mieć inny wymiar niż w czasie pokoju czy spokoju,kiedy jego wyrazem powinna być przede wszystkim mrówcza, skuteczna praca - wręcz w ujęciu pozytywistycznym (choć owo odniesienie do pracy od podstaw- u tego i owego"na okoliczność" wywoływała ironiczny uśmieszek...)

Ja bym do tego jeszcze dodała kilka obowiązkowych punktów, z których najważniejszym bodaj byłby -zwłaszcza dla polityków (ale nie tylko)
            Nie czyń Ojczyźnie swej co Jej niemiłe

i dalej

- podejmuj przemyślane decyzje (nawet jeśli nie zawsze owe są słuszne - przynajmniej się staraj...)
-nie kłam
-szanuj Obywateli swojego Kraju, bo to oni cię wybrali. Ty przeminiesz,Naród zostanie. I rozliczy
-szanuj swoich sąsiadów - sztuka dyplomacji jest trudna, ale nie niemożliwa do opanowania...
-patrz dalej niż na koniec swojego nosa
-szanuj bohaterów przeszłości, tych którzy sprawili , że historia potoczyła się tak a nie inaczej, nie opluwaj, przyznaj im wielkość albo przynajmniej okaż zwykłą przyzwoitość w ich ocenie
-jeśli nie masz pomysłu na rządzenie, lepiej pozostań chociaż zwykłym, a uczciwym obywatelem tego Kraju,większy dla Niego będzie wtedy z ciebie pożytek...

..i tak dalej...i tak dalej...



11:59, surfinia
Link Komentarze (27) »
sobota, 08 listopada 2008
z sennika
Mariolka do Mężczyny:

-śniło mi się,że ty i kilku naszych znajomych- tworzyliście sekcję dętą. Ty grałeś na trąbce, Witek na tubie, hm...na jakich instrumentach grała pozostała trójka to nie pamietam, ale: byliście ubrani w granatowe uniformy z błyszczącymi srebrnymi guzikami i staliście na na murze, dośc wysoko ponad publicznością...

Mężczyna do Mariolki:

-no i co? Publiczność klaskała?

-przed występem na pewno, a po koncercie...to nie wiem, bo uciekłam taktycznie, zanim zaczęli w was walić pomidorami... powiedziała Mariolka.

                                               *

-Śnił mi się pan-zupełnie nie wiem dlaczego- powiedziałam  jakiś czas temu  do pewnego pana, też nie wiem dlaczego
On  popatrzył na mnie bez zdziwienia (!) wzrokiem Marka Darcy z "Dumy i Uprzedzenia"

więc dokończyłam szybko i z lekka nerwowo:
- a potem było lepsze (!) bo mi się śnił czerwony, mięsożerny rower,który łasił się do mojej łydki jak pies...

I tu spojrzenie tego pana wyraziło głębokie rozbawienie. Nie powiem,żeby to był efekt, na który liczyłam ;)
Bo tak to jest, że najczęściej wszystko mi jedno co kto o mnie myśli,  ale
jak mi   przypadkiem nie jest wszystko jedno, to zwykle robię z siebie idiotkę ...albo coś na kształt ;)



18:28, surfinia
Link Komentarze (21) »
środa, 29 października 2008
po zmroku
Jako wielbicielka jesieni -jednak"wymiękłam" pod wpływem pogody z ostatnich dni, bo było tak,jakby ktoś sukcesywnie wylewał na wszystko całe cysterny szarej farby i najbardziej dostawało sie temu,co najładniejsze. Bo tak już jest,że jak coś jest z zasady- szaroburo-ponure, to dokładka szarości-już bardziej nie zepsuje tego czegoś . Natomiast,jeśli szarość wyleje się na złoto,purpurę,ciepły brąz, ciepłe myśli, ciepłe uśmiechy...to wszystko staje się brudne albo niewidoczne lub trudne do zdzierżenia. I wtedy najlepiej "to" przespać. Już chyba wiem,dlaczego część zwierząt udaje się na zimowy spoczynek...po prostu nie są w stanie znieść braku kolorów!:)

Spotkały mnie dziś dwie dziwne sytuacje, w których poczułam się jak odizolowana od reszty świata.  Bo ta reszta w tych momentach była nieważna. Ciekawe wrażenie...dawno nie przeżywane.
I aż dwa razy w ciągu jednego dnia!:D
Pierwsza taka sytuaja-trudna do opisania TU. Bo dziwaczna i nieco zbyt osobista...
Natomiast ta druga.
Wracałam z pracy juz po zmroku, nie miałam dziś do dyspozycji samochodu więc gdy uciekł mi autobus-złapałam taksówkę.
Kiedy wsiadłam-po całym pełnym napięć dniu...raptem znalazłam się w INNYM SWIECIE. W taksówce z głosników sączyła się muzyka Mozarta... A potem -to co wielbię: "Concierto de Aranjuez" Joaquina Rodrigo.Oparłam się o wygodne siedzenie. Taksówkarz nie zabawiał mnie rozmową, tylko prowadził pewnie samochód i słuchał.
Patrzyłam przez okno,kiedy jechaliśmy drogą tuż obok parku...złociste liście odzyskały swoja barwę w świetle lamp i nabrały dodatkowej tajemniczości, lekko drżąc na wietrze. Od czasu do czasu...odrywał się jeden z nich- i przez ołowiane niebo-w takt gitarowej muzyki -powoli opadał na ziemię...
Krople deszczu na szybie wystukiwały swoje staccato.
Pomyślałam pod domem, że nawet w zwyczajności może zdarzyć się nam coś niezwykłego. I że jestem szczęśliwym człowiekiem, bo jest mi to dane i  potrafię to docenić , cieszyć się chwilą. Pomimo róznych burz naokoło, wiader z szarą farbą i czasem- zimnych potworów w ciemnych kątach... ;)

22:14, surfinia
Link Komentarze (19) »
środa, 08 października 2008
co słychac...
Media krzyczą o kryzysie finansowym na świecie.
Oczywiscie i ja o tym myślę..zastanawiam się JAK w tak krótkim czasie mogło do niego dojśc i kto na tym wygrywa, bo że KTOŚ wygrywa to pewne...choc tego na pierwszy rzut oka nie widac...I jeszcze - z troską dumam-jak to wpłynie na nasze życie...

Dalszy ciąg przepychanek rząd-PZPN -FIFA, przysłowiowy "piłkarski poker"
i ja mieląc z cicha nieparlamentarne słowa...wyrażam tu i tam swoje zdanie. Bo mam:)
trudno, żeby pozostac w obliczu tego obojetnym,bo ten konflikt tak krzykliwy,tak niesmaczny,pcha się nam namolnie przed oczy i w uszy.

No i heca z koncepcją prywatyzacji szpitali- tak czy nie, pytanie JAK i jeszcze propozycja referendum etc. Też mam swoje zdanie. Znów trwają przygotowania do kampanii wyborczej... i znów dziac się to będzie kosztem pacjentów i pracowników ochrony zdrowia, bo ja nie wierzę, że coś zmieni sie na lepsze. Obym sie myliła.


Ale to wszystko ... NIC bo...dziś po południu,gdy w rachitycznym słońcu wrocławskim czekałam na tramwaj...powiał wiatr i na moim żakiecie przysiadł posłaniec z Krainy Łagodności- maleńki pajączek, który przyniósł mi przesyłkę - delikatną nitkę babiego lata...
Jak dobrze, że Kraina Łagodności jest...i że można się w niej schronic przed zgiełkiem...

                                   "
Wczoraj widziałem babie lato.
                         Wiatr je unosił w moją stronę,
                         bielutką cienką nić skrzydlatą,
                         brałem ją w dłonie..."
19:35, surfinia
Link Komentarze (22) »
środa, 01 października 2008
luźne myśli

Nie mam pojęcia skąd tyle pająków pcha mi się do domu,przecież się sprząta:/
Codziennie pozbywamy się chociaz jednego. Wczoraj wyniosłam na zewnątrz dwa pająki (no przecież nie ubiję...), z czego jeden był jak..niedojrzała tarantula! i chciał mi uciec...Patrzę przed chwilą- i co widzę? przy łózku w sypialni-kolejny, a tu psiakrew nie wolno go tykać,bo "pająk wieczorową porą wieści dobrą nowinę".
Niech szybko wieści, bo ja w obecnej chwili -to owej dobrej nowiny łaknę jak kania dżdżu. Bo jest tak: co sobie wszystko zorganizuję jak trzeba, poukładam, sytuacja się uspokoi na chwilę i uśpi mą czujność- to zaraz jakiś kolejny tajfun albo inne paskudztwo, teraz znów czuję jakbym siedziała zawodowo w oku cyklonu ale jedynie przejściowo i tylko głowa mnie boli z bezsilności, bo poziom absurdu niektórych sytuacji przerasta skłonności pojmowania zwykłego człowieka. Nawet niegłupiego- bo mam nadzieję do takich się zaliczam ... chociaż tak naprawdę to trudno być względem siebie obiektywnym;)
Chciałabym móc pracować spokojnie. I moi koledzy też. Ale nie, nie da się, bo co chwilę ktoś coś genialnego wymyśla. I bądź tu mądry człowieku i pisz wiersze.
Czasem doprawdy... rym łatwiej sklecić (choć sie nie jest poetą) niż dojść o co chodzi Paniom i Panom z odpowiednich Wysokich Urzędów. "Bez vodki nie razbieriosz" ;) a co zrobić..jak się nie pije??? ;)

Staram się nie dawać dołującym myślom,ale nie do końca skutecznie,zwłaszcza że i nocą mnie dopadają w postaci mało śmiesznych snów o głębokiej symbolice, pewnie za jakiś czas się dowiem po fakcie o co szło. Szkoda,że nie szybciej.



20:12, surfinia
Link Komentarze (24) »
czwartek, 25 września 2008
uwaga na złote rybki
Złote rybki się nudzą. Owszem, w czasie kiedy bajkowo zostały powołane do życia-to jeszcze z jaką taką odpowiedzialnością wypełniały swoje zadania.
Z biegiem czasu w każdym zawodzie popada się w rutynę,nawet jesłi ktoś w żaden sposób nie chce się do tego przyznać. Co się więc dziwić złotym rybkom.
Ciągle wysłuchiwać życzeń rybaków czy innych ludzi,którzy wierzą w ich spełnienie.
Ilu osobom marzenia spełniły się w miarę szybko od ich wypowiedzenia? ;)
No zdarza się,ale zwykle trzeba poczekać.
Zorientowałam się,ze trzeba uważać, bo złote rybki być może czają się w miejscach kompletnie dla nich nie przeznaczonych i nudząc się jak mopsy wpadają na głupie pomysły. Z nudów.
Kilka dni temu westchęlam sobie cicho,że... może bym wzięła wolny piątek w pracy by wyspać się wreszcie, pozałatwiać sprawy domowe, odpocząć -bo bardzo tego potrzebowałam.
Byłam bardzo zmęczona fizycznie i psychicznie, zbyt wiele spraw na głowie, mnóstwo różnych zdarzeń, które mnie przytłoczyły swoją ilością i rozległoscią zagadnień do "ugryzienia".

Nie rozejrzałam się bacznie w miejscu gdzie wykonałam westchnienie.
Czasem ludzie KRZYCZĄ o swoich życzeniach i zero efektu, a one (te złote rybki) jak głuche!
Mnie wystarczyło,żebym westchnęła i...dwa tygodnie zwolnienia z powodu kontuzji. Niech ja ją znajdę.
Tę rybkę.
Rzucę kotu na pożarcie... ;)

i niech mi tu nie występuje Liga Ochrony Złotych Rybek, bo i ja  wystąpię:  o odszkodowanie za uszkodzenie ciała:)



ze strony: http://my.opera.com/jacopisze

Pomijając (być może zamierzony) błąd ortograficznych w słowie"życzenia"-
obrazek pasuje jak znalazł ;)

12:27, surfinia
Link Komentarze (39) »
wtorek, 16 września 2008
to,co ma wielu
Dziś był "szewski wtorek" a może gorzej-bo lekarski, w tym ciemniejszym wydaniu. Same złe informacje od rana do popołudnia. Ciężki dzień. 

Kiedy po pracy dotarłam do domu ze zgrabiałymi rękami (strasznie zimno!)-szybko ustawiłam sobie plan działań na jedyne wolne popołudnie w tygodniu,żeby wykorzystać je najlepiej.
O 18-kiedy skończyłam obiadowo-porządkowe "ekscesy"-nastawiłam kawę i wzięłam w ręce fachową ksiązkę, przez którą brnę kiedy tylko mam chwilę czasu.
Kiedy kawa zaczęła pachnieć pięknie w całym mieszkaniu...rozpoczęłą się druga "domowa" część ponurego wtorku.
Mimo,że wyłączyłam telefon komórkowy(czasem muszę...) rozdzwonił się ten stacjonarny:
1.Koleżanka z problemem i własną wizja problemu-która nijak ma się do lekarskiego postępowania w tym przypadku,ale tego nie miała zamiaru przyjąc do wiadomości.

2. Teściowa też z problemem, który JA powinnam rozwiązać (bo niby mam "misję" czy coś...-czyli naprawić kawałek świata, który nie należy do mnie i do tegoż w zwiazku z tym wstępu nie powinnam mieć...kiedy tłumaczyłam (z lekka zniecierpliwiona) że w tym względzie nic zrobić nie mogę - poczułam się w pewnym momencie jak prosię, bo Teściowa poczuła się urażona, co odczułam dość mocno...

3.Telefon z pracy (ważny)

4. Drugi telefon z pracy (równie ważny)
-Oba irytujące-każdy irytujący na inny temat...

Na końcu
5.Telefon od pana,który usiłował mi sprzedac jakieś ubezpieczenie czy coś...

W międzyczasie ja musiałam zadzwonić tu i tam, żeby nawiązać do telefonów
otrzymanych.

Zajęlo mi to ok. 3 godzin
Ucho mi prawie odpadło
A każdy dźwięk w tej chwili boli. Kawa wystygła całkiem , wylałam.
Całe szczęście, że dzień się kończy.
Szkoda,że nie jestem asertywna.
Szkoda,że nie jestem robotem,bo maszyny nie muszą odpoczywać i nie odczuwają boleśnie,kiedy zajmuje im się jedyne wolne popłudnie w tygodniu sprawami, które mogą odrobinę poczekać...

PS. Kiedy postawiłam TU kropkę na końcu wpisu usłyszałam z drugiego pokoju:"Su, garnek spalony,zupa się wygotowała". Strasznie szybko się...wygotowała, poza tym DWIE osoby płci mękiej spędzały czas w pokoju przy kuchni, jak to się mogło stać,że garnek się spalił?;)
hm...strach iśc do łazienki, bo może ...prysznic wypadnie ze ściany? albo...już nic. Abrakadabra, nic,nic.


22:12, surfinia
Link Komentarze (25) »
sobota, 13 września 2008
na opak
Po urlopie już się zaczęłam naprawdę martwić, że nastrój miałam do niczego, sił tez jakby mniej. A powinno być odwrotnie...no fakt,że te wakacje dalekie były od tych wymarzonych, bo proza życia i nieoczekiwane  różne przykre  wydarzenia- docierają nawet w środek lasu, tam gdzie poza śpiewem ptaków niczego innego nie powinno być słychać...a jednak. Wszystko w związku z tym przychodziło mi ostatnio ciężej niż zwykle -skutek niedoładowanych baterii,czy coś...

Stan ducha i ciała zaczęlam tłumaczyć fenomenem niedżwiedzia szykującego się do snu  zimowego ;)
Chociaż z reguły do niedźwiedza to mi daleko- w ogóle i w szczególe.No może do misia (pluszowego) bliżej ;)

A tu nagle. Wczorajszy poranek powitał mnie lekką mgłą...Otworzyłam okno i poczułam się wreszcie dobrze. Tak bez szczegolnej przyczyny. W krzakach pod oknem pająk rozpostarł pokaźną pajęczynę, w które zaplątał się chłodny wiatr, błądzący między budynkami. Wiatr się z pułapki wyplątał,pozostawił tylko po sobie kolorowe drobiny.
Nabrawszy trochę chłodnego porannego powietrza w płuca poczułam przypływ energii.
"kupię kwiaty, mnóstwo kwiatów. Ugotuję zupę grzybową.  Odświeżę swoje myśli, zacznę przygotowywać się do chłodów,żeby było ciepło,przyjemnie,pachnąco, upiekę placek ze śliwkami"/  I tak zrobiłam.
Pod koniec pracy- myślałam już o tej chwili piątkowej,kiedy wyjdę do domu, napotkam "baby w kucki" z kwiatami - bo jak pisałam kilkakrotnie-kwiaty od takich"bab" są piękniejsze , bardziej pachnące , bardziej kolorowe...bo chwytają wszystkie kolory lata i jesieni w przydomowych ogródkach.
Nie wiem,dlaczego ludzie dziwnie patrzą,kiedy kobieta niesie naręcze róznych kwiatów. Przecież w drugiej ręce dźwiga siatkę z zakupami:) Może półuśmiech na twarzy ma w sobie coś zastanawiającego.
Dziś chłód i niskie słońce.Ale ja wolę takie,niż to wysokie, w pełni lata. to.."niższe" słońce-zagląda do mieszkania bardziej przyjaźnie i piękniej maluje ornamenty na ścianie.

Wiele znanych mi osob narzeka na koniec lata, już boi się jesiennych chłodów, mgieł,
ciemności i depresji. ja nie...bo chyba jesień jest moim żywiołem.
Moja jesień przecież gra bossanovą ...
Zrobię tak,żeby ją odczuwać pięknie.
Bo przecież...jak pisał Zabociek o "jabłkowej jesieni": "jesień jest bardzo sympatyczną dziewczyną,pełną uroku".

A więc...witajcie jesienią.




12:57, surfinia
Link Komentarze (30) »
czwartek, 14 sierpnia 2008
są takie
Są miejsca piękne monumentalną urodą wieków, zachwycające kunsztem ludzi lub Natury. Miejsca, które się chce zobaczyć za wszelką cenę lub takie, których przeoczyć,pominąć nijak nie można. Miejsca opisane bardziej lub mniej dokładnie. Podziwia  się je, utrwala na zdjęciach,które obejrzy się raz,może więcej...potem zamyka się album lub wyłącza komputer ze wspomnieniami.
Czasem..wraca się w te miejsca-rzadko"na zawsze", częściej raz lub dwa.

Są też takie miejsca piękne urodą niepozorną, której codzienne odkrywanie jest prawdziwą przygodą. Miejsca które na zawsze przywiązują nas do siebie wspomnieniami...choć nie zawsze są to wrażenia piękne i warte utrwalenia- to jednak prawdziwy optymista stara się zmieszać tak farby malujące jego rzeczywistość, żeby otrzymać ...ŚWIETLISTOŚĆ...






00:00, surfinia
Link Komentarze (26) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes