moja jesień gra bossanovą...
RSS
wtorek, 15 lipca 2008
a jutro...jutro co?;)
-To kiedy? dziś czy jutro? A może...pojutrze?-zapytał Mężczyzna ze zjadliwym uśmiechem
-mógłbyś się nauczyć przez taki kawał wspólnego życia...KIEDY...!
-pamiętam,ale nie wiedziałem,czy ty pamiętasz?
-pamietam :)
- i? :D
-nie rwę włosów z głowy,jeśli o to ci chodzi...dzień,jak dzień
-ściemniasz...!

Mężczyzna nie rozumie,że do kwestii kolejnych urodzin można podchodzić z filozoficznym spokojem, mimo,że metrykę tu i ówdzie trzeba by było wygładzić i odkurzyć:DDDD

-jakbyś miałą jednym tchem powiedzieć czego byś chciała na "już"(nie ode mnie,tylko tak w ogóle) to ...?
-jednym tchem: pięc kilo mniej i pięc lat mniej
-eeee, dziesięć kilo mniej i dwadzieścia lat mniej!-powiedział on
-o pardon. To nie moje życzenia tylko Twoje. Jak będziesz miał swoje urodziny,to możesz sobie życzyć niedożywionej dwudziestokilkulatki :)
a mnie zostaw życzenia,takimi jakimi są.
Mogę coś drugim tchem?
-jak musisz...

Nie muszę. Powiedziałam sobie sama cichutko te życzenia :"dziś na jutro"(bo jutro-to tak zwane święto uczczę pracą do wieczora i pewnie dzień przeleci zanim się obejrzę,a dnia następnego obudze się już z inną cyferka po 4 ;)

-żebym za szybko nie oślepła i nie ogłuchła, chodzi tu i ciało i ducha
-żeby mi się chciało chcieć
-żeby mi zdrowie dopisywało na tyle, by móc z podniesionym czołem zmagać się z przeciwnościami
-żeby był ze mnie jakitaki pożytek dla innych
-żebym miała dużo wyrozumiałości dla siebie i dla innych,bo czasem mi się chce gryźć i to mnie niepokoi;)
-żeby mnie czasem doceniono nie tylko za pracę...;)
-żeby...świat nie stracił kolorów i zapachów
-żebym nigdy nie miała okazji,by czuć sie boleśnie samotną
-żebym nadal  miała świadomość tej cennej równowagi,która udało mi się wypracować, a nie jest o łatwe w naszym świecie...
i
-żeby mi przestały wyskakiwac pryszcze na policzku,bo w moim wieku to już naprawdę przesada-trądzik mieć ;)
itakdalej...itakdalej... :)







19:08, surfinia
Link Komentarze (37) »
sobota, 21 czerwca 2008
Przesyłka z Afryką
Kilka tygodni temu otrzymałam pocztą przesyłkę-paczuszkę w szarej, porządnie naddartej z jednej strony kopercie. Zezłościłam się na Pocztę Polską,bo to już nie był pierwszy raz,że dostałam coś w opakowaniu uszkodzonym.
Jednak zanim dałam upust złości;) zajrzałam - co jest w tej kopercie i czy jest o co robić awanturę, byłam ciekawa, bo nie spodziewałam się wtedy znikąd niczego... W kopercie była książka oraz list. I folder reklamowy. I wizytówka ze znanym mi nazwiskiem:)
Wtedy się uśmiechnęłam z radością. Przypomniałam sobie,że jakieś dwa lata temu (może trzy?) M.wspomniał mi jakby od niechcenia,że zamierza przetłumaczyć ksiązkę o Afryce. Potem ten temat kilkakrotnie powracał w bardzo oszczędnej formie, w naszych nieczęstych acz miłych i cennych kontaktach. Wspominał o trudnościach i o niemal benedyktyńskiej pracy nad tłumaczeniem. Szczerze mówiąc-nie do końca wierzyłam, że tę książkę przetłumaczy,szybciej byłabym w stanie uwierzyć,że M. rozgrzebaną robotę rzuci...
M. to pasjonat, zabiera się za rózne przedsięwzięcia nie dlatego, że liczy na sukces wymierny,ale dlatego, że chce i ze tak mu sie podoba:) I do tego kocha Afrykę miłością niezwykłą (raczej...nieodwzajemnioną...) a napisał o tym kiedyś to, co już raz czytałam, a teraz odnalazłam, bo cytat jest przepiękny...o tej trudnej miłości właśnie:

"Łatwo się zakochać w pięknej kobiecie. Łatwo jest się zakochać w Norwegii czy Nowej Zelandii; łatwo w Indiach i w Maroku. Łatwo. Ale zakochać się w Środkowej Afryce nie jest łatwo. Miłość nie ma powodu, a jeśli jest powód to już nie ma miłości tylko przyjaźń; może wielka przyjaźń, ale jednak nie miłość. I Afryka Środkowa to jest taka stara brzydka baba, której lubić nie ma powodu i można ją tylko kochać, albo od niej odejść; lubić jej nie ma za co".
Reszta TU
(warto przeczytać całość)

Czytając dołączony list, poczułam się jak dziewiętnastowieczna dama dość jak na owe czasy wykształcona, pretendująca do bycia powierniczką myśli i planów znajomych intelektualistów :) lub czekająca na wieści od przyjaciół, którzy wędrowali po świecie z wiekszym lub mniejszym sensem, a głównie w poszukiwaniu przygód. Jak na filmach z epoki- prawie ubrałam się w krynolinę :) i w świetle kandelabru czytałam z uśmiechem:
"Surfinio, po rozmaitych kłopotach udało mi się wydać Mungo Parka.Jestem z niego dość zadowolony i podekscytowany. Włozyłem w tę ksiązkę kupę roboty,nawet okładkę zrobiłem i wstęp napisałem [...]. teraz myślę nad następną ksiązką. Mam nadzieję,że książkę przyjemnie będzie Ci się czytać i że sprawi ci przyjemnośc"

Dostałam nawet dedykację :)


"Autor zaniemógł" ;)
dobre sobie...
Typowe dla M. Autor bowiem po prostu nie żyje od 200 lat...

Lubię książki mające jakąś historię. Można kupić książkę w księgarni, nic nie wiedząc o Autorze,ale jeśli się Autora ( w tym wypadku Tłumacza) zna i lubi oraz zna jego słabości i wertepy,na jakie natrafiał zanim wydał książkę...podchodzi się do niej zupełnie inaczej:poważniej, obowiązkowo ale i krytyczniej.
Ta ksiązka zasługuje na to, by ją przeczytać i wcale nie dlatego,że tłumaczył ją mój kolega:)
Piszę o tym, bo jestem dumna, że dostałam te książkę w imię niezrozumiałej dla mnie sympatii autora tłumaczenia:)

Autor książki -Mungo Park-lekarz(!) ze Szkocji i podróżnik-wybrał sie do Afryki dwukrotnie, owocem pierwszej wyprawy są "Podróze we wnętrzu Afryki", z drugiej wyprawy nie wrocił. Niezwykłe są jego spostrzeżenia, wręcz z benedyktyńską dokładnością spisane, obserwacje dotyczące wszystkiego,z czym się w Afryce Środkowej zetknął. Chciał być pewnie obiektywny,ale nie zawsze mu to wychodziło-patrzył przecież z perspektywy białego człowieka, wędrującego po Czarnym Lądzie w epoce kolonizacji.

"Kultury nieco tylko różniące się korzystają na wzajemnych kontaktach. Kontakt z Europejczykami nie dał wiele dobrego Afryce. I odwrotnie. No może Europejczycy nauczyli się, że są inne Światy na świecie" (przyp.Tłumacza, moim zdaniem -daje to do myślenia...)




Kiedy otwieram te książkę,żeby poczytać dalszy ciąg...widzę tego młodego mężczyznę (przeżył zaledwie 34 lata), który w kiepskim świetle, siedząc przy drewnianym,sękatym stole -sporządza swoje zapiski piórem maczanym w inkauście...i pozwala mi popatrzeć na nieznane mi miejsca i ludzi-jego oczami.




19:27, surfinia
Link Komentarze (35) »
poniedziałek, 16 czerwca 2008
mowa-trawa;)
Muszę się pogodzić z tym,że to leń i brudas.
Znów przychodzi tylko na posiłki,traktując dom jak jadłodajnię i jeszcze wybrzydza!A czułości ma za nic.
Ten kot:)
W ogóle ostatnio przestał się myć! Więc wygłosiłam do niego mowę tronową,że jak się nie umyje z tego błota co mu przyschło tam i owam ,to do domu nie wpuszczę. I będzie spał na wycieraczce. Zlekceważył i rozwala się na wycieraczce balkonowej,ciepło mu, a pchły swoje wciera w nią równie skutecznie-jak w jasny dywan w jadalni.
Młody ma koncepcję,że jak kot pozna jakąs ponętną kotkę- to może zacznie bardziej dbać o swój wygląd, narazie się kocisko tłucze z innymi kotami, wiedzie sobie kawalerski żywot.
Jest jakiś sposób na kociego nieroba, który już nawet nie poluje???
Jest! :D
Opowiedziałam mu dowcip, o tym jak baca prał kota, tylko zapomniał,że sie kota nie wykręca...a wygłosiłam to głosem złowróżbnym !
I ten łachmyta Zielonooki chyba zrozumiał :)))) i o dziwo zabrał się do mycia, narazie tylko od d...strony,ale zawsze... :)



23:52, surfinia
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 02 czerwca 2008
Rappersvil: możemy ocalić okruch naszej narodowej historii...

Wczoraj przeczytałam na temat możliwej likwidacji Polskiego Muzeum w Rappersvilu, w Szwajcarii. I mogę powiedzieć bez przesady: krew we mnie zawrzała...


Proszę,przeczytaj petycję..., bo napisane jest w niej wszystko,o czym powinniśmy wiedzieć i podpisz TUTAJ . To naprawdę nie kosztuje wiele...tylko chwilę z Twojego cennego czasu. Ratujmy Muzeum, to bardzo ważne miejsce dla naszej historii.
"Ideały sprawiają,że żyjemy"-powtórzę a Wiktorem Hugo...

Apel do Władz Szwajcarii,
Kantonu Sankt Gallen, Gminy Rapperswil,
Miasta Rapperswil-Jona i Wszystkich Ludzi Dobrej Woli!

Nieprzyjazna akcja trzech obywateli z Rapperswilu zagraża istnieniu Muzeum Polskiego chlubiącego się 138-letnią działalnością, będącego świadectwem szwajcarskiej tolerancji i pokojowego współistnienia kultur.

"Magna Res Libertas"

...te słowa wykute w roku 1868 na Kolumnie Barskiej witają gości przed zamkiem w Rapperswilu, gdzie mieści się muzeum.

Założone w 1870 roku przez hrabiego Władysława Platera, przy aktywnym udziale i wsparciu Dr Teodora Curti - wieloletniego członka Parlamentu Szwajcarskiego i Prezydenta miasta Rapperswil, Muzeum Polskie jest świadectwem wielowiekowej przyjaźni polsko-szwajcarskiej i żywym przykładem współpracy w szerzeniu dorobku kulturalnego obu narodów.

Dzięki tej inicjatywie zostało utworzone Centrum promieniujące kulturą, które przyniosło sławę miastu Rapperswil. Hrabia Władysław Plater z wdzięcznością przyjął słynną szwajcarską gościnność, ale dodał do niej polski kulturalny akcent ozdabiając miasto Rapperswil i jego mieszkańców promieniem chwały.

Muzeum mieści się w zamku, który został odrestaurowany i uchroniony od zniszczenia dzięki Polakom, którzy pokryli koszty całościowej renowacji, rozbudowali zamek i przez następne 82 lata w całości ponosili koszty utrzymania i zarządzania. Muzeum, pozbawione subwencji rządowych, przez kolejne lata pokrywało, dzięki hojności Polaków z całego świata, koszty czynszu i utrzymania obiektu, partycypowało w finansowaniu remontów.

Muzeum jest wizytówką Polski w Szwajcarii. Jest symbolem żywotnej, twórczej siły Polaków skazanych na Emigrację, którzy znaleźli schronienie i swój dom na ziemi Helwetów. Jest ono miejscem promocji kultury polskiej, wielu międzynarodowych konferencji, seminariów, koncertów muzycznych i wystaw. Instytucja ta pięknie wpisała się w historię i najlepsze tradycje obu narodów – jest dowodem na pokojowe współistnienie i dialog kultur.

Tutaj, na zamku w Rapperswilu po tułaczce żołnierskiej spoczęło serce Genarała Tadeusza Kościuszki. Stało się ono celem pielgrzymek wielu pokoleń Polaków. Po odebraniu zamku Polakom, gmina Rapperswil zgodziła się na zamurowanie wejścia do wieży, gdzie w latach 1895 -1927 spoczywało serce bohatera Polski i USA.

Tutaj znaleźli miejsce spoczynku Władysław hr. Plater i jego żona oraz współtwórca muzeum, antykwariusz sztokholmski, powstaniec z roku 1863 - Henryk Bukowski.

Obecnie w muzeum zgromadzone są cenne zbiory malarstwa, rzeźby, grafiki, kartografii, starodruków i książek, które są przedmiotem wielu badań naukowych.

Zamknięcie tak zasłużonej dla kultury i historii obu narodów instytucji, przekreśli dorobek wielu pokoleń oddanych sprawie Polaków i Szwajcarów, będzie wyrazem braku szacunku dla trudu i wyrzeczeń setek wolontariuszy i pracowników muzeum, wyrazem ignorancji i pogardy dla wyższych wartości wobec kultu pieniądza i komercjalizmu.

Niniejszym zwracamy się o pomoc w utrzymaniu Muzeum Polskiego w Rapperswilu, Muzeum pielęgnującego pamięć walk o wolność, o którą domaga się ciągle wiele narodów!

Podpisz petycję do władz Szwajcarii, Kantonu Sankt Gallen i miasta Rapperswil- Jona. Liczymy na Twoją pomoc!

Informacje o Muzeum Polskim można uzyskać na stronie internetowej:
www.muzeum-polskie.org lub telefonicznie 00 41/ (0)55 210 18 62

18:03, surfinia
Link Komentarze (31) »
niedziela, 25 maja 2008
pomiędzy twarożkiem a plasterkiem pomidora
Zwykle staram się nie oglądać telewizji w trakcie posiłków.Zwłaszcza ,że rodzinnie , spokojnie- posiłki rzadko udaje się spożyć. No ale dziś tylko my dwoje- Młody i ja. Tatusia poniosło "na jeziora" już kilka dni temu:)
Włączyliśmy sobie telewizor na chwilę, licząc na jakiś program krajoznawczy albo przyrodniczy. No i obejrzeliśmy reportaż o Japonii, bardzo ciekawy.
Japonia jest dla mnie... zbyt daleka. Nie chodzi mi o odległość...teraz świat się skurczył do rozmiarów piąstki dziecka niemal;)
Odrębność kulturowa Japonii (którą szanuję, ale Japończykom nic z tego przecież;) jest dla mnie obca,niepojęta choć...fascynująca, zwłaszcza pod względem szczególnej estetyki...
Kiedyś czytałam kilka książek na temat Japonii(nawiasem mówiąc nie mogę znaleźć ksiązki Eli Andrzeja Banachów o Japonii,dałabym sobie głowę obciąć, że gdzieś w domu jest...) a zainteresowałam się tym krajem z powodu ..ceramiki.
Bo jest szlachetna, często bardzo prosta i jak ktoś gdzieś napisał:"wyciszona".
Co nie zmienia postaci rzeczy-iż o kulturze japońskiej czyta mi się(czy ogląda mi się) jak bajki z mchu i paproci...niemal.

Trochę mi wstyd,że umysł mam (chyba) zbyt ciasny,żeby zrozumieć to,co dla Japończyków jest tak oczywiste, zwykłe,codzienne ,nad czym w ogóle zastanawiac się nie trzeba, a dla Europejczyka...czymś dziwacznym.
Rozbawiła mnie pewna pokazana sytuacja, a następnie refleksja:
-piękna kobieta (Japonka) w wieku nieokreślonym, w idealnie skrojonym stalowym kostiumie i białej bluzce (znów ta ujmująca prostota i elegancja )
prowadząca szkołę czegoś w rodzaju dobrych manier i obyczaju - wspomniała,że Japończycy ciągle obdarowują się prezentami.
Narrator zapytał zdziwiony :"dlaczego?" ( w naszym świecie to nie jest zbyt częste zjawisko, a nawet jeśli to nie mozna określić,że wręcza sie komuś prezenty "ciągle" ;)
Japonka z nieprzeniknionym,uprzejmym uśmiechem odpowiedziała:
"obdarowujemy się prezentami aby podtrzymać dobre stosunki".
...

Gdyby na przykład u nas w Polsce rozdawało się prezenty "jak leci" dla podtrzymania dobrych stosunków- część z takich gestów możnaby nazwać działaniami korupcyjnymi!
Z drugiej zaś strony...widać, że Japończycy chyba jednak dużą wagę przywiązują do pozorów...Za pomocą prezentów podtrzymywać ludzką życzliwość...hm...



12:39, surfinia
Link Komentarze (18) »
sobota, 24 maja 2008
Zielonooki bandyta
Po południu przydreptał po raz któryś - Zielonooki Kot, na  kolejną porcję papu.
Patrzył na mnie i kulał, myśłałam ,że się znowu wygłupia, bo jak chce ode mnie wydębić dodatkowe jedzenie ( a apetycik to on ma...) to udaje,że kuleje- a już po jedzeniu wybiega prężnym krokiem ;) taki egzemplarz,no.
Obejrzałam ma wszelki wypadek tę nogę.A jednak to nie wygłupy. Na całym ciele Zielonookiego widoczne są ślady walki. Zadrapanie pod okiem. Wyszarpana sierć z boku. Zadrapanie nogi,która całkiem niedawno była uszkodzona.
Zanim dałam mu jeść-wygłosiłam "mowę tronową" na temat szlajania się i kociego mordobicia -udawał,że słucha, bo gdyby zlekceważył- i s t n i a ł o  pewnie według niego prawdopodobieństwo,że jeść nie dostanie:DDD więc "wysłuchał" a potem dostał co trzeba. I dokładkę. I jeszcze raz dokładkę. jak widać kocie walki nie stępiły mu apetytu;) Potem położył się na dywanie i spokojnie usnął.
Syn z lekka spanikował,że może do weterynarza. No ale to dziki kot jest, śladowo udomowiony, wyleczysz jedno zadrapanie,zaraz będzie miał pięc nastepnych. Nie chce być w domu, chce od nas tylko jedzenia.Bo nawet czułości nie. Więc jeśli na zewnątrz chce przeżyć-musi walczyć i wygrywać...prawo buszu.
Zresztą już znowu zwiał i noga mu nie przeszkadzała w tym ani trochę ;)






21:45, surfinia
Link Komentarze (12) »
czwartek, 22 maja 2008
z kategorii "codzienność"

Czasem trzeba zajrzeć do miejsc "mało używanych" a więc na przykład do głębokiej szuflady , której zwykle się nie penetruje, a tylko np. bierze ścierki z wierzchu nie wnikając co pod spodem. Dziś właśnie w poszukiwaniu zeszytu z przepisami (który to zeszyt zaginął w czasach niepamiętnych) zabawiłam się niemal w Indianę Jonesa :) Podróż w głąb pojemnej szuflady nie jest wprawdzie tak niebezpieczna, jak w przypadku poszukiwania zaginionej arki czy czegoś w tym guście,nie wyłażą ze wsząd węże, jadowite pająki oraz kościotrupy, ale też ma w sobie "coś". No, można na przykład spotkać się z zabłakanym molem...ale mnie to akurat się nie przydarzyło;)
Znalazłam bowiem ku mojej radości kilka przedmiotów, które uważałam za zaginione ...takie typowe "skarby" pani domu ;) a więc np.komplet nieużywanych ścierek lnianych, trzy woreczki płócienne, trzy kolorowe obrusiki wakacyjne, poszukiwany-zeszyt z przepisami i kilka wolnych, z lekka pożółkłych kartek z przepisami kompletnie niepowtarzalnymi (mojej mamy i babci) , "łapkę" do chwytania uchwytów gorących garnków wykonaną w podstawówce przez syna dla mnie (na Dzień Matki:) ,  nasiona  bazylii (niestey przeterminowane )
komplet świeczek urodzinowych (no tych to nie przewiduję używać:), kolorowe rurki do napojów, z czasów kinderbali wreszcie przedmiot mojego wzruszenia
zawsze, kiedy do niego zaglądam: trochę zniszczony zeszyt w kratkę, w którym od momentu urodzenia mojegp syna przez pół roku-zapisywałam w specjalnej tabelce-ile dziecko zjadło i co spożyło, ile wypiło, czy była kupka i jaka:) Zeszyt był prowadzony na zlecenie pediatry, bo dziecko było wcześniakiem i słabo przybierało na wadze...konieczna była kontrola.
Pokazałam zeszyt Młodemu. "Fajna pamiątka, Mamo".
No może nie jakoś bardzo "fajna" ale szczególna :)

...Jest jeszcze trochę szuflad w moim domu do spenetrowania,celem przypomnienia sobie co w nich mieszka... przyznaję, że zwykle zabieram się do tego jak "pies do jeża".
Jednak od jakiegoś czasu czuję potrzebę uporządkowania tego co na zewnątrz, żeby mieć lepsze uporządkowanie "wewnątrz" -czyli w sobie, nie żebym jakoś się szczególnie przejmowała feng-shui, ale przyznaję, że te zasady a przede wszystkim - idea tej sztuki"organizowania" sobie otoczenia ma w sobie dużo mądrości...
Zatem na przykład : trzeba zamykać zawsze klapę od sedesu , bo jeśli nie...to"tamtędy" uciekną pieniądze z domu :)



14:27, surfinia
Link Komentarze (20) »
sobota, 10 maja 2008
telefon :)
Mężczyna wyjechał,a mnie o dziś o świcie niemal z lekkiego półsnu (bo zbierałam się do przebudzenia) wyrwał telefon.
-Dzień dobry, śpiochu! Otwórz oczy,wstawaj,dzionek taki piekny! Witam cię w te słoneczny dzień,ptaki śpiewają,o, szpaki i wróble kąpią się w sadzawce, za płotem słyszę głosy kobiet podążających na targ, kot mi się łasi do nóg w oczekiwaniu na śniadanie, kwiaty mi kwitną, ukochana moja żona cię podrawia i teściowa też:)

W taki poetyczny sposób postanowił obudzic mnie Przyjaciel Rodziny, który wyjechał już wczoraj na 'włości"poza nasze miasto.

Zaczęłam się smiac,bo ten telefon wprowadził mnie w doskonały nastrój:)

-Piotruś, a tobie co? zapytałam
-a nic.Obudziłem się,świat mi się jawił zaiste bajkowy i postanowiłem się tym z kimś podzielic :D a kto to lepiej zrozumie jak nie ty?

..podejrzewam,że Przyjaciel Rodziny już popróbował wina wlasnej roboty,nie tylko kawy...o poranku:)
bo kontynuował:
-a więc roztaczaj aromaty, chłoń aromaty,piekno,powietrze, a jak zobaczysz coś niezwykłego to dzwoń, dzwoń...

...a ja właśnie dziś myślałam,że jakichś olśnień mi trzeba. A inni nie myślą o olśnieniach,inni je po prostu mają wstajaco 5 rano w sobotę... :)


09:14, surfinia
Link Komentarze (21) »
wtorek, 06 maja 2008
Zielonooki
Zielonookiemu coś się stało w łapkę, oszczędza i powłóczy nią. Ogólnie futrzak ma wygląd mocno sfatygowany. Tak to jest,jak się kocisko szlaja całymi dniami i walczy z innymi, bo sądzę,że to "coś" z łapą to order zdobyty w walce.
Kocisko ostatnio nawiedza nas często,wylegując się na dywanie ,na wycieraczce balkonowej, a od wczorajeszego wieczora wypił pół litra mleka 3,2%, zjadł pół lodówki...i wzrokiem mnie kocha. Oraz daje się pogłaskać,nawet po jedzeniu!
To wszystko jest dość jest dziwne, bo on mało wylewny jest, a już po jedzeniu to zwykle gna, bo sobie przypomina,że ma tysiąc kocich sprawd do załatwienia.
-Co się stało z tym kotem,że taki miły?-zapytał Mężczyzna
-jak to CO. Coś mu jest,boli go to i się garnie do dobrych ludzi , bo wie,że mu zginąc nie damy.-powiedziałam.
Zwierzę rozumne i czujące-tak jak człowiek: potrzebuje czułości ,opieki i uwagi
kiedy mu coś dolega...
To było powiedziane głosem znaczącym... na wszelki wypadek.

21:16, surfinia
Link Komentarze (12) »
klasyka
Za górami za lasami...albo nie.
Dawno ,dawno temu...może wieki,może lata a może dziś rano i to- nie za bardzo wcześnie...
Ktoś zapukał,wszedł ...zsunął z nosa okulary ruchem niedbałym...i powiedział:
-Dzień dobry, mam prośbę: zdejmij okulary...
Porażona śmiałością prośby
zdjęłam je odsłaniając całkiem bezbronne oczy
...Żeby go lepiej widzieć
*


* Bajka o Czerwonym Kapturku wdziera się jak widać w życie raz po raz w różnych kombinacjach, cóż, jest coś w klasyce,że niemal każdy (chcąc-nie chcąc) wraca do niej myślą, mową i uczynkiem...często uważając , że odkrywa nowe lądy jak Kolumb (co za banał;)...lub nowe prawdy,czy twierdzenia jak nie przymierzając Archimedes wyskakujący nago z wanny z okrzykiem "Eureka!".
A tu jak świat światem...to samo, tylko ludzie inni...I modele okularów też.


A klasyka? Klasyka jest po to,by ją szanować i czasem wielbić ( czasem-bo nie zawsze się da)
I żyć bez niej nie sposób. Piszę to na pohybel prześmiewcom ;) 



17:26, surfinia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 maja 2008
tak
"Nawet jeśli się bardzo starasz być z życiem za pan brat...powiadam Ci,nie zawsze można światu (i sobie) prezentować twarz jasną, oczywistą jak słonecznik co ustawia się "frontem do słońca".
I nawet świadomość tego faktu męczy. A sam (ów) fakt zaistniały -po prostu boli z powodu przyczyny ,jak i powodów obocznych, które są albo o zgrozo -których czasem po prostu nie ma. I nie można się o nie oprzeć myślą, wzrokiem i kątami ust, które bez pomocy- wcale nie chcą wygiąć się w uśmiechu. O sercu to już w ogóle nie mówię..."

/ Z listu niewysłanego, bo ...bo nie jest to list oczekiwany /

A to...  pewnie przez burzę co przemknęła...  poza tym..zachwiania,niepewności czy odczucia interpretowane(lub nadinterpretowane szumnie)jako ból istnienia...są konieczne dla uzupełnienia gamy barw ludzkiej natury.  Jeśłi ktoś twierdzi,że jest od nich wolny-zapewne kłamie...
22:38, surfinia
Link Komentarze (5) »
niedziela, 04 maja 2008
koniec weekendu,uff
Wieczorem dostałam od siostry sms-a: "Niestety koniec tego dobrego(weekendu znaczy) ,mam nadzieję,że ci się te wolne dni udały"
Hm. Z czterech wolnych dni,tak naprawdę odpoczywałam w dwa, bo pozostałe dwa przeznaczyłam na podróż. Czyli dwa dni "do tyłu". O ile w czwartek podróż zajęła mi osiem godzin,to dziś trzynaście, bo wpakowaliśmy się w najdłuższy korek w Polsce, ponoć z ok.250 tys. turystów odpoczywających w Zakopanem,Beskidach itp.-większość wybrała chytrze alternatywną drogę powrotną, która miała omjać korek naokoło Krakowa i na Śląsku i...dopiero powstał KOREK OGROMNY.
I myśmy w tymże korku utknęli...
Jak więc opisać moją drogę powrotną z wymarzonego ale niestety deszczowego i zimnego przedłużonego weekendu?
Korki i jazda z szyb kością 10-20 km/godzinę
deszcz
złość z bezsilnością
i...znów
korki
deszcz...
"A może byśmy pojechali posiedzieć "przy piwie w karczmie w Limanowej"?
...Figa, Limanowa bez karczmy, o piwie nie mówiąc...

...Wadowice bez kremówek, na które miałam ochotę nieziemską...przywołując w pamięci Dobrą Twarz Człowieka, który śmiejąc się mówił zasłuchanym i wpatrzonym w Niego tłumom:"A po lekcjach szliśmy na kremówki" ...
Więc nie udało się, bo nie można było uciec...z korka.

Po czwartej godzinie stania w korku szukając jakiejś sensownej muzki w radiu usłyszałam "rozkoszny"głos pana z radia ZET :" no dzwońcie do mnie, mówcie,co wam w duszy gra"
-Nie chciałby pan wiedzieć co mi gra-zaszemrałam zgryżliwie .
Przesłałabym bowiem moc "pozdrowień" drogowcom z Małopolski,którzy jednocześnie remontują wszystkie przelotówki w tym rejonie ...

Trafiłam wreszcie na "Sjestę" Marcina Kydryńskiego i dałam się ukoić portugalskiej tęsknej muzyce. Nagle (na jakiś czas)  wszystko przestało mnie denerwować.
Zwinęłam swoją irytację razem z kilkoma mocnymi słowami- w kulkę i odrzuciłam daleko a siebie. Spadła niestety na tylne siedzenie samochodu i od czasu do czasu jak galaretowata, moblina masa  niby  "Obcy Pasażer";) właziła mi do głowy.
Ale póki co patrzyłam na zielone pagórki beskidzkie, takie piękne... choć takie mokre i w chmurach. Na drzewa- świeżo zielone i ukwiecone. Na bez, o którego kwiaty deszcz ocierał się pieszczotliwie w rytmie piosenek wykonawców z Wysp Zielonego Przylądka. Tu zieleń, tam zieleń.

Mężczyzna niestety nie dał się ukoić i od czasu do czasu klął szpetnie,pobielały ze złości.
Mariolka wyciągnęła palec wskazujący do góry i głosem bardzo poważnym powiedziała:
-A Hannibal jak wędrował przez Alpy w 218 roku przed naszą erą...wyobrażasz sobie JAK DŁUGO szedł z armią? I jak zmarzł w tyłek, łydki etc?
Podobnie Aleksander Wielki, co wędrował przez Pamir i Hindukusz do doliny Indusu...wiesz,ilu ludzi tam zginęło i jak długo to trwało?
a ty? masz ciepło w pupę i kopytka, muzyka ci gra, żona mało marudzi, siedzisz w samochodzie jak panisko...no trudno,odwrotu nie ma!

O ile Mariolka miała przekonanie, że ma niezaprzeczalną rację -bo przecież zapisy historyczne nie kłamią-to i Mężczyna i ja...zastanawialiśmy się,czy aby ten piernik i wiatrak mają ze sobą coś wspólnego...
Przy okazji wylałam na siebie:
-sok
-herbaty (mocnej) kilka kropel
-oraz kawę, na ulubioną bluzkę ala Gelsomina z "La Strady"
No całe szczęście,że po 13 niemal godzinach udało się dotrzeć do domu, gdzie jest "inteligentny"  proszek do prania;)





23:55, surfinia
Link Komentarze (12) »
piątek, 25 kwietnia 2008
nieuświadomione życzenie i...
Dziś dalszy ciąg walki ze ściśniętym sercem,co znalazło sobie niekomfortowe miejsce w gardle. Skończyłam pracę i wyszłam z niej z ulgą. Niebo przedburzowo-przeddeszczowe nie nastrajało pozytywnie, sprawiało,że to serce w gardle zaczęło się wiercić i rozpychać.
Byle do domu, zdjąć z siebie ciężar ostatnich tygodni.
Ktoś- w nawiązaniu do ostatniego wpisu-w mailu poradził mi," a popłacz sobie jak masz ochotę, dlaczego wszyscy muszą widzieć,że jesteś silna".Otóz i nie. Płacz to ja bowiem rezerwuję na okazje specjalne- z głeboką przyczyną. Wyczerpanie,przepracowanie nie jest taką przyczyną...zapewne? A bez powodu... panicznie boję się,żeby ktoś nie powiedział:"histeryczka" :)

Wczoraj pólnoc zamknęłam cudownym gitarowym brzmieniem sączącym się z radia. Nie mam..nie miałam pojęcia kto TAK gra,ale wiedziałam z całą pewnością w swoim zachwycie,że mam niedostyt tej muzyki. Z niedosytem i myślą: "jakby tu się dowiedzieć, kto to gra" zasnęlam głęboko,a dziś już o tym nie pamietałam po przebudzeniu,bo były inne zadania , inne myśłi, inne tempo...
Po powrocie do domu postanowiłam włączyć dobrą płytę,żeby się wyciszyć, zebrać myśli, przestawić na tryb wolniejszy, bardziej"przyjazny" mojemu rozklekotaniu.
Jakaś płyta leżała wyciągnięta ze stojaka, niedbale rzucona obok.Wzięłam ją w rękę. Na obwolucie sylwetka młodego mężczyny opartego o ścianę. Jesse Cook. "Frontiers".
-nie znam tej płyty, nie kupiłam jej, nikt w domu poza mną bez okazji płyt nie kupuje, a z okazji to tez zwykle spada na mnie...
Więc skąd? sprobujmy...
Pierwsze dźwięki nie powiedziały mi zbyt wiele...choć nastawiłam bacznie uszy na muzykę w rytmie flamenco... Ale już drugi utwór uświadomił mi,że mam do czynienia z TYM właśnie artystą, którego kunszt gitarowy podziwiałam wczorajszej nocy...
To wspaniała,magiczna dla mnie płyta...Jeszcze wspanialsza dlatego,że zupełnie nie wiem skąd i dlaczego wzięła się w moim domu i jak na zamowienie wpadła w moje ręce W NAJBARDZIEJ odpowiedniej chwili. Tak jakbym wypowiedziała wczoraj życzenie...które być może jakaś złota rybka w dniu życzliwości dla ludzi- postanowiła spełnić...
Albo jak w bajce "Stoliczku nakryj się"-mówisz..masz.
Ciekawe kto w to uwierzy. Bo ja jakoś nie mogę... :)

W tej muzyce jest taniec o zmierzchu, gdy nie widać gitarzysty, jedynie z mroku dobiega skoczny rytm, a czasem nostalgiczne łkanie instrumentu...
Dżwięki są jak rozgrzany owoc na wietrze, jeśli zostanie strącony z gałęzi- rozpryśnie się aromatycznym sokiem,którego kropla być może spadnie jakimś przypadkiem na wargi zdziwonego przechodnia...

Moje...U wyciąga oba ramiona w górę,tym razem nie muszą one obejmować powietrza,lecz obracają nadgarstki w wystudiowanym ruchu flamenco. Skądś wzięła się ciemnoczerwona wirująca spódnica, wacharz i kastaniety...
Na rozgrzanych kamiennych schodach siedzi stary człowiek w słomianym kapeluszu, obok niego wielki kosz z kwiatami, a może z dojrzałymi owocami...jeszcze nie wiem...widzę uśmiech. On nie patrzy na mnie,lecz słucha muzyki ... wspomina.

Dzięki za taką muzykę...i za to,że mogę pisać takie banały:)

17:31, surfinia
Link Komentarze (19) »
środa, 23 kwietnia 2008
bieg po...po co właściwie?
Jakim cudem już jest środa? W pośpiechu , w godzinach wystukiwanych obcasami na podłogach, schodach , ulicach niepostrzeżenie straciłam poczucie czasu?
I żeby to chociaż przyjemne było, z głową w chmurach ...ale nic z tego, tylko stuk,stuk,stuk,coraz szybsze,coraz szybsze, do tego serce coraz szybciej...coraz szybciej. Głęboki oddech nie zawsze pomaga. Kiedy ja się zatrzymam?
Kolega powiedział: "po pierwszym zawale". Przyjemniaczek:/

Moje wirtualne alter-ego też jakby straciło wyrazistość. To znaczy "u" w Su - przestało tak zdecydowanie radośnie wyciągać ramiona ku górze, bo ma przykurcz mięśni ze stressu ;) a nie ma jak się go pozbyć...
Cały czas myślę o kimś : o domownikach, współpracownikach, pacjentach-bo to oczywiste. O przyjaciołach -bo chcą,żebym jakoś partycypowała w ich przeżyciach, ba, ja sama też tego chcę, jestem nawet ..hm...zaszczycona.
O bliskich mi ludziach myślę, bo inaczej sie nie da przecież,no jak inaczej?
Czas ucieka, wypełnioną mam prawie każdą godzinę w stu procentach.
Chwilami jednak tak bardzo mi czegoś brak. Wiem czego. Żeby ktoś się mną zajął. Tylko mną i za to, że ja to właśnie ja. To nie jest kwestia chęci bycia pępkiem świata. To po prostu chęć przypomnienia sobie...że moje potrzeby też są ważne.
Na długi weekend pojadę do rodziny. Pozwolę się rozpieszczać...z całą radością...bo juz nie pamietam JAK to jest...
-------------------------------------------------------------------------------------------
Dochodzi północ. Z radia sączy się niezwykły, porcelanowy głos pięknej Natalii Grosiak

Żegnając cię odganiam motyle wplątane trzepotem w moje palce
tulę się w twój ciepły sweter i nie chce myleć, że
samotnie spędzę resztę nocy, pijąc kawę aż do rana
zamknę oczy i znikną białe skrzydła nocnych owadów

Żegnając cię zamykam oczy, by zapamiętać ciebie lepiej
chowam twarz w twoich dłoniach i znowu mówię, że
samotnie spędzę resztę nocy, pijąc kawę aż do rana
gdy odejdziesz, zabierzesz moje białe skrzydła ze sobą

to nie żadne a'propos. To  nastrojowa, kojąca muzyką -piosenka o północy.







23:27, surfinia
Link Komentarze (12) »
niedziela, 20 kwietnia 2008
"okazy przyrodnicze";)
Mężczyna od rana ma muchy w nosie. Muchy owe nie wiedzieć skąd się wzięły.
Może z wiosną je przygnało, albo co...
Nic złego się nie zdarzyło,a to dobre,co miało się zdarzyć, to było a jakże.
Zatem-jakby kto pytał- posiadam aktualnie w domu okaz rozpieszczonego, nabzdyczonego nietoperza z pokaźną hodowlą much w nosie. Pod ochroną nietoperze są, chociaż muchy nie,ale i tak trzeba ostrożnie. Bo jak nie,to się okaz "rozpuknąć"może:D
Oglądaliśmy "Rancho" i Pietrek ze swą atencją i chęcią rzucenia Joli nieba pod stopy - skłonił mnie do wnikliwego spojrzenia na Mężczyznę.
-no powiedz mi coś miłego
Spojrzenie Nietoperza nie wróżyło to nic dobrego,zaiste..,oczywiscie miłego słowa też nie było. Ten okaz tak ma.
Więc sobie poszłam do drugiego pokoju. Przylazło.
-GDZIE WSADZIŁAŚ LUPĘ???
ano gdzieś wsadziłam,diabli wiedzą...z trudem powstrzymałam sie od zastosowania w odpowiedzi  cisnącego się na usta rymu... prawda- powód do niezadowolenia mamy znów...poszukałam więc lupy, o jest.
-CZYLI JEST, A MÓWIŁAŚ, ŻE ZGUBIŁAŚ!
..i tak sobie rozmawiamy ...rozmawiamy...

*

Usłyszane-konkretnie od koleżanki, która wkurzona tym,że dwa okazy domowe nie robią nic, a ona się nosem podpiera:
- do diabła,od czego ja tu jestem??????
-żonko, ty jak Westalka jesteś od rozpalania i podtrzymywania domowego ogniska...
- a TY OD CZEGO jesteś????
- a ja...droga żonko jestem od tego, by się przy tym ognisku ogrzewać...

*

Czy ktoś jeszcze ma jakieś wątpliwości?
ja mam: jak ogrzać zdehumorowanego Nietoperza? ...i nie przypalić mu...kupra ( z całą satysfakcją? ;)



22:03, surfinia
Link Komentarze (22) »
środa, 16 kwietnia 2008
jak ludzie patrzą nie patrząc,słuchają nie słuchając...ale nie zawsze na szczęście:)
Kilka lat temu miałam ciężki dla siebie czas, najpierw umarła moja Mama, śmierć najbliżych osób to jak wiadomo jest coś, z czym najsilniejsi nie zawsze mogą sobie poradzić...

Potem-wydarzyły się jeszcze inne rzeczy, które przyjęły dla mnie zaskakująco niemiły obrót. Prawo serii. To był okres, kiedy za dużo się martwiłam, zastanawiałam się na przykład nad tym,jak bardzo można się pomylić i nie znać kogoś kompletnie-znając go (niby) dobrze lub bardzo dobrze.
Kto nie miał takich przeżyć chociaż raz w życiu? Kogo nie zawiódł ktoś zaufany?
Myślę,że mnie to życie i tak oszczędziło, bo to było jedno z nielicznych takich doświadczeń...i czegoś mnie ono nauczyło. Zatem-było potrzebne, choć straciłam na myślenie o tym i smutek-za dużo czasu, którego NIKT i NIC mi nie zwróci.
Było tak jak było...ale trzeba było żyć,pracować, wychowywać dziecko, prowadzić dom, czuwać nad domowym ogniskiem.
Starałam się swoje ciemne myśli okiełznać i prezentować światu pogodną twarz, choć w duszy było o wiele mroczniej.
I kiedy było całkiem źle, przyszedł znajomy i opowiadał o swoich problemach,o tym,że nie może się pozbierać...z monologu zaczął robić się szczery dialog, powiedziałam,że ja też mam problemy...wtedy on popatrzył na mnie z niedowierzaniem i powiedział: "TY??? TY jesteś smutna? masz problemy?
ależ nie wierzę ci,ty się przecież ciągle śmiejesz, bo ty jesteś dzieckiem szczęścia"
Wtedy pomyślałam,że albo ja się tak dobrze "kamufluję" albo...otoczenie zwykle nie zadaje sobie trudu,żeby POPATRZEĆ komuś wnikliwie w oczy...a przecież patrząc w źrenice,można zobaczyć ludzką duszę w postaci małej dziewczynki:) jak uważali Grecy, co odkrył przede mną prof.Szczeklik w swojej książce "Kore".

Wczoraj znów z kimś rozmawiałam, zupełnie to inny czas, zupełnie mam inne problemy, emocje też inne,bogatsze,ale nie traumatyczne...
- no mów do mnie
-tym razem może TY mów do mnie,co?
-ależ, to TY jesteś gaduła,nie ja
-i tu cię zdziwię. Ja tak naprawdę jestem milczkiem...uwierzysz? Muszę mówić dużo w pracy, dużo mówię do ludzi,których lubię i cenię,ale w domu mówię bardzo niewiele,najchętniej milczę
- teraz ja cię zdziwię. Wierzę ci. To co robisz to najprawdziwsze wsłuchiwanie się w siebie,rozmowa ze sobą w milczeniu

I tym mnie "kupił" bo nie spodziewałam się, że człowiek,którego znam od kilku miesięcy potrafi zobaczyć to,co skrywam za maską gadatliwości... :)

23:20, surfinia
Link Komentarze (15) »
niedziela, 13 kwietnia 2008
"znajdę cię"
Wspomniałam  niebacznie o jakimś swoim wpisie bloxowym przy obiedzie wczorajszym.
Mężczyna chytrze popatrzył na mnie i zapytał:
- no przyznaj się,jaki masz pseudonim?
- no wiesz,że ci nie powiem,prawda? Musze mieć jakieś małe,malutkie miejsce tylko dla siebie, to taka mała kieszonka, do której nikt z domowników prócz mnie NIE POWINIEN zaglądać...
-znajdę cię. To nie powinno być trudne...popatrzył na mnie z rozbawieniem
-wtedy zamknę stronkę. Nie to,że piszę jakies wymyślone rzeczy,lub też cię oczerniam,ale nie potrzebuję,żebyś w razie sprzeczki małżeńskiej uciekał się o argumentów, do których materiał znalazłbyś na mojej stronce...

Znam go. Skręca się czasem z ciekawości , ale jest zbyt leniwy na"szukanie"
choć znając moje powiedzonka i poglądy...prędzej czy później trafiłby i tu.
No ale do tego jeszcze JEDNAK szanuje moją prywatność.Przynajmniej mam taką nadzieję...


15:02, surfinia
Link Komentarze (17) »
środa, 09 kwietnia 2008
:DDD było tak
Kiedy ten pan wszedł dziś do mego gabinetu późnym popołudniem i zaczął mówić- zaraz wiedziałam że będzie problem, to znaczy,że ów pan ma swoje wizje niekonwencjonalnego diagnozowania i leczenia rozlicznych dolegliwości prawdziwych a częściej wyimaginowanych...i że wyprostować te wizje bęzie dość ciężko. Zniosłam cierpliwie jednak wszystko,nawet wpływ..nanobakterii na jego zdrowie. Zniosłam, bo taki mój zawód i rola. Poza tym ja naprawdę jestem dość cierpliwa, no chyba,że mnie ktoś... ;)
Zbadałam Pana, uczyniwszy dalsze zalecenia, wytłumaczywszy naturę kilku niepokojących go objawów i znalezisk, interpretując interesujące go wyniki laboratoryjne.
Wizyta trwała już ok. 40 min ( a jeszcze miałam pacjentkę czekającą na korytarzu) uzupełniałam kartę chorobową owego pana i raptem widzę,że on zaczyna na mnie jakoś dziwnie"kukać".

-O,nie widzę obrączki! Czy w związku z tym zechciałaby pani poświęcić mi kilka godzin swojego prywatnego czasu?
Potem było kilka słów na temat moich walorów;) heheh, oj raczej bardzo pochlebiony był mój obraz w oczach owego pana sądzę, że wadę wzroku miał ów niewąską;)

-Niestety, obrączki nie mam, bo zapomniałam, nie mam wolnego czasu, jestem żoną ,matką i mam bardzo napięty czas, jeśli pan ma ochotę na rozmowę o swoim stanie zdrowia-zapraszam na kolejną wizytę:)

-ale tak w gabinecie to nie to...-zaczął marudzić rozczarowany pan, jednak byłam nieugięta:)

No cóż. Widać to,iż przejęłam się "nie na żarty" stanem fizycznym i psyche mojego nowego pacjenta - dało mu jakąś nadzieję,że pywatnie również z ogromną pasją i wielką przyjemnością porozmawiam z nim o ...chorobach :)



23:00, surfinia
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 07 kwietnia 2008
Nosi mnie
Nosi mnie. Ciągle coś układam w głowie, kalkuluję, przestawiam,układam znów...
i znów usiłuję kalkulować...wróć. Aby nie zapomnieć. Rzeczy ważne i mniej ważne wymieszały mi się w głowie jak zawartośc mojej szafy o poranku , kiedy szukam bluzki -tej jednej właśnie,co na dnie, "bo inna być nie może".
Czy tak ma wyglądać moja wiosna? Ciągły galimatias w biegu? gdzie czas na wiosenne zachwycenia?
Zezłościłam się sama na siebie.
Mężczyna tego nie zobaczył,a może wolał przemilczeć .
J., któremu przekazałam to przez telefon ( "uważaj, dziś gryzę i kopię") zbagatelizował, bo nie uwierzył- lub też "osłonięty" przede mną bezpieczną odległością jak tarczą- stwierdził,że nie warto się wgłębiać w temat, bo zbyt trudny. "W piatek ma być gorąco, może ci zły nastrój przejdzie".
Szkoda,że ich to nie obeszło. Ale swoją drogą- GDYBY któregoś z nich to akurat obeszło to...co? czy byłabym w stanie składnie to wszystko opowiedzieć, żeby zrozumieli? Powyciągać myśli jak bluzki z szafy i poukładać je tak,żeby wszystko było jasne , proste, w rządku.

Poszłam na spacer po 21. Że niby śmieci wyrzucić. Nie było mnie 40 minut. Zimno, wilgotno, wietrznie ale " nic to, Baśka ". Twarz na chłód , włosy na wiatr. Tylko ja łaziłam po deszczu, dookoła żywej duszy.  Jedynie  gałęzie drzew  zdawały się pochylać  nad moją pionową zmarszczką na czole i ściągnietymi brwiami. Na pewno nie w pieszczocie, ale być może-aby stuknąć mnie w czoło i przywrócić konieczny mi logiczny, uporządkowany sposób myślenia, bo bez niego sie gubię.

Chyba czas obudzić moje alter ego :) niech weźmie się i za porządkowanie mojej głowy:)



23:18, surfinia
Link Komentarze (8) »
sobota, 05 kwietnia 2008
"on mi bukłaczkiem, a ja mu ..."
O poranku Mężczyzna otworzył oczy i westchnął,że:
-czas płynie
-on siwieje i traci włosy
-boli go kolano
-dziecko mamy dorosłe


Zatem ja Mężczyżnie cierpliwie "w łeb przeciwwagą" ;) ŻE
- tak naprawdę to:
-czas rzeczywiscie płynie dla wszystkich, nie powiem że tak samo - bo przecież ponoć upływ czasu jest względny
-Mężczyżnie dość ładnie w srebrnym lekkim  przyprószeniu a włosy to traci od kiedy go znam i jeszcze ma!
-kolano boli go na własne życzenie (liczne urazy sportowe)
-a dziecko wiekowo mamy dorosłe, ale to...dziecko jeszcze;) bo nie jakoś nie czuje potrzeby ,żeby szczególnie wydorośleć ;)
Poza tym:
-niech się Mężczyzna cieszy,że może się obudzić, bo niektórzy tego szczęścia nie mieli i nie mają
-niech się cieszy, że jak już się obudzi, to może wstać i ruszać kończynami, a jak boli,to znaczy że żyje i niech się w związku z tym cieszy znów
-ludzie mają o wiele więcej problemów niż kilka wypadających codziennie włosów, a on jest szczęściarzem, że TAKICH problemów nie ma, a jeśli TO jeszzcze nie trafia, to zapraszam do szpitala, niech sobie Mężczyzna na ludzkie nieszczęście popatrzy
- a dziecko-dorosłe fakt,ale jak patrzę,że po tych setkach kłopotów zdrowotnych
które sprawiały, że pierwsze kilka lat jego żywota było pasmem udręk dla niego i dla mnie (bo żalowałąm dziecka,że takie biedne) to codziennie dziękuję "Gdzie Trzeba", że tak pięknie z tych problemów mi wyrósł i oto mam w domu młodego sprawnego, silnego i niegłupiego mężczyznę :)

I tak sobie gadałam, gadałam z cierpliwością na jaką stać mnie głownie w odniesieniu do stażystów w pracy- a tu nagle wtrąca się Mariolka i mówi do
Mężczyzny:
-co byś nie myślał, masz mnóstwo szczęścia,że masz kobietę,która cię lubi i potrafi twoje smętne myśłi naprostować oraz zasiać ci w głowie nieco optymizmu.
Pogłaska po głowie, poda papu i tabletkę jak coś boli.
A teraz dość gadania, do roboty, wiosna, czas na roboty balkonowe!
I poszli(śmy)

Bo rzeczywiscie nadszedł czas. Ptaszęta kwilą za oknem, zieleń pcha się na świat, a tu nieład i pozimowe pozostałości. Tak być nie może :)
Dzien dobry wiosną :)





15:05, surfinia
Link Komentarze (20) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes