moja jesień gra bossanovą...
RSS
czwartek, 27 marca 2008
zdarza się.
Będąc studentką pierwszego roku medycyny jadałam czasem obiady w stołówce Politechniki. Po prostu miałam blisko i po prostu te obiady były całkiem zjadliwe.
Czasem widywałam tam chłopaka, który przypadł moim oczom do gustu. Pewnego dnia wiedząc,że pewnie go tam spotkam, założyłam powiewną spódnicę do ręcznie dzierganego,eleganckiego(jak na owe czasy sweterka).
O dziwo, przysiadł się do mojego stolika z zachęcającym uśmiechem. Byłam (chyba?) ucieszona. No dobra,nie chyba-a na pewno.
Po kilki miłych zagajeniach zapytał:
-gdzie studiujesz?
-zgadnij...
Popatrzył na tę moją zwiewną spódnicę i powiedział:
-wydaje mi się,że na jakiejś uczelni artystycznej? ( w jego głosie brzmiała nadzieja, a może się myliłam)
-poniekąd...bo na Akademii Medycznej
Reakcja mnie zaskoczyła, bo chłopak zesztywniał. Tak,jakby się przestraszył.
Jeszcze chwilę porozmawialiśmy jedząc, a potem ...potem już nic nie było, bo nie umówiliśmy się. Mnie za jakiś czas zmieniono rozkład zajęć, więc nie miałąm okazji bywac w tej stołówce, ale zastanawiałam mnie długo reakcja na prawdę o moich studiach.

Zdarzało mi się w życiu wiele razy "bywać" w tak zwanych mieszanych towarzystwach -głównie była to mieszanina profesji. Jakoś tak mnie często los rzuca poza skupiska ludzi zajmujących się tym samym co ja...ba, ja chyba podświadomie... celowo takich skupisk unikam.
Zawsze znajdzie się ktoś,kto zapyta, czym się zajmuję.
I często reakcja jest podobna jak u chłopaka ze stołowki. Albo ktoś sztywnieje
i przestaje okazywać zainteresowanie należne osobie zajmującej się "bardziej finezyjnymi" sprawami niż medycyna, albo uważa,że jedyną interesującą mnie sprawą są jego dolegliwości rozliczne, co na przykład przy ognisku, kominku i przy butelce dobrego wina nie jest moim marzeniem...nie mówiąc o tym,że mało gdzie szukać bardziej finezyjnego zawodu niż zawód lekarza... Bo przecież medycyna jak wiadomo zajmuje się ludzkim organizmem-ciałem i duszą, a często i tym co naokoło...a gdzież szukać bardziej róznorodnej, złożonej istoty niż człowiek? Ogarnięcie tego,co w człowieku, składanie skomplikowanych puzzli różnych- często nietypowych dolegliwości symptomów- żeby w ostateczności uzyskać obraz, dla każdego pacjenta niemal inny -oto jest wyzwanie! Lekarz potrafi patrzeć czasem niejako "na wylot", pewne spostrzeżenia czyni niemal machinalnie, z przyzwyczajenia.
Jednak wrażenie niektórych ludzi,że patrząc na innych -lekarz widzi jedynie PACJENTA i OBJAWY czyjejś choroby (bo przecież ponoć nie ma ludzi zdrowych,są tylko niezdiagnozowani) jest mylne. Patrząc na chorego potrzebującego pomocy, rzeczywiscie skupiam się na jego chorobie lub możliwych chorobach i głownie to mnie zajmuje.
Wszsytko inne jest "z boku".
Gdy jestem w towarzystwie rozbawionych ludzi albo na przykład widzę w jakimś miejscu kogoś,kto w jakiś sposób przykuwa moją uwagę-nie "skanuję" jego organizmu szukając choroby ani nie "prześwietlam" go oczami na wylot. To mi jest niepotrzebne, tę funkcję wyłączam, no chyba że coś zmusi mnie do tego, by ją włączyć znów.
Patrzę, chłonę, słucham,cieszę się dyskusją, zgrabnymi sformułowaniami, czasem walczę o swoje racje.
Wsłuchuję się w timbre głosu i patrzę w czyjeś serce, duszę, umysł. Jeśłi ów Ktoś mi na to pozwoli.
Nie jestem wtedy "tylko" medykiem. Jestem kobietą. Dyskutantem. Wielbicielem piękna. Chwalcą mądrości i intelektu, którego (być może) czasem mnie samej zbywa ;) ale doceniam mądrość innych.
Zatem nie trzeba się mnie bać...

ale sama czasem mam w sobie ciekawość: czy na przykład chirurg-plastyk patrząc na kobietę...ogarnia całość  owego obrazu jak mężczyzna i nie skupia się na niedoskonałościach, czy taksuje  z przyzwyczajenia profesjonalnie,  automatycznie niejako kombinując  CO by można w tej kobiecie poprawić, co usunąć i co dodać ? :)


23:43, surfinia
Link Komentarze (30) »
wtorek, 25 marca 2008
a mnie proszę ja kogo...
a mnie... "apetyt rośnie wilczy na poezję co byc może drzemie...w nas " jak to napisał onegdaj Mistrz Kofta...
Ale cóż...czas "nie ten", a wrodzone (paradoksalne czasem) poczucie humoru przewrotnie przestawia zwrotnicę mych myśli w kierunku anegdotek a nie-tak jakbym czasem chciała- w stronę mglistych, subtelnych ulotności...ale one są , tkwią głęboko w sercu Su stojącej na szczycie góry, poddającej się wiatrowi, rozwiewającemu jej długie włosy, które wcale długie nie są... co obfitą jedwabną kiecką trzepocze jak w "Wichrowych Wzgórzach". Pełnia poetycznej,przejmującej kobiecości ;) Nawet porywającej. Przy kilku stopniach w skali Beauforta- o to porywający wygląd akurat nie jest trudno;)

:DDDD

No i co. I znów się śmieję sama z siebie !
Raczej mi czapkę z dzwoneczkami dajcie niż jedwabne szaty  "z epoki"... ;)
Z taką NIC poważnie nie można. No nic a nic.
:)
22:05, surfinia
Link Komentarze (24) »
Poświąteczna Mariolka i reszta
Mariolka sprzątała w kuchni, wszedł Mężczyzna i  z powagą malującą się na twarzy-oparł się ciężko o framugę (bo jak tu nie oprzeć się ciężko po świętach?;)
-Myślę o tym cały dzień..-zaczął
Mariolka...zastygła z nożem w dłoniach i spojrzała z przestrachem na  Mężczyznę
-Apokalipsa!-zawtórował jej osłupieniu Młody-głosem nauczycielki z pewnego kontrowersyjnego acz chętnie oglądanego polskiego serialu rysunkowego;)
Mężczyzna najwyraźniej zachęcony wielką uwagą domowników porażonych wyznaniem o pracy jego mózgu dokończył:
-...myślę i  myślę...o tej reszcie tortu bezowego co został w lodówce...BO ZOSTAŁ, prawda? -dokończył już  z wyraźnym niepokojem...po czym potruchtał ochoczo do owej lodówki, w której-o ulgo-odnalazł przedmiot swego całodziennego pożądania...bynajmniej nie mroczny on był- ale bardzo,bardzo słodki...ten tort oczywiście a nie Mężczyzna. Choć właściwie-jeśli ktoś pochłania tony słodyczy-to chyba przynajmniej na pewnym etapie słodki jest. Ale to to już raczej ..stanowiłoby wartość dla wampira :)
Zastanawia za to JAK  WIELKĄ siłę sprawczą w procesie myślenia ma rzeczony tort.
Co tam Muzy...co tam (przypuśćmy) kuszące kobiece ciało...co tam szczyty realne czy intelektualne do zdobycia. On, sama słodycz na spodzie makaronikowym...z kremem kawowym...sprawia, że myśli się o nim cały dzień.
Póki tort bezowy w lodówce...wszelkie inne pokusy stają się mało ważne.
:)


20:41, surfinia
Link Komentarze (18) »
sobota, 22 marca 2008
Wielka Sobota
Marudzenie,marudzeniem, ale Mariolka miała rację-dała mi przysłowiowego kopa, wczoraj włączyła mi płytę z pozytywną kubańską muzyką, co sprawiło,że zapaliłam wewnętrzny motorek i niemal tanecznie wzięłam się do roboty ,choć kończąc pracę w szpitalu w piątek myślałam,że wyzionę ducha ze zmęczenia.
Zwłaszcza iż nieopatrznie przyznałam się koleżance, że jak nigdy jestem "w lesie z przygotowaniami, a ona mi powiedziała : "Być to nie może, ja piekę już od tygodnia":)
W sumie przecież nie o samo żarcie tu chodzi, ale o to, co Święta ludziom niosą i czy człowiek potrafi z tego wyciągnąc jakieś refleksje dla siebie...żeby się zatrzymać, pomyśleć...
Ale jednak cośtam zrobić świątecznie do rodzinnego spożywania-trzeba.
Póki co-efekt : dwie lukrowane baby drożdżowe(nie chciały wyrosnąć za bardzo...) dwie baby biszkoptowe z rodzynkami(te wyrosły,cale nie miały ochoty dopiec się od spodu, musiałam"poprawiać"-jak nigdy!
Jeszcze mam do zrobienia tort. To ze słodkości. No i konkrety.
Trzeba będzie znów włączyć kubańską muzykę :D , bo"Gorzkie żale" czy coś w tym guście to niestety nie jest kategoria mobilizująca;)
Świeci piękne słońce.
Niemal o świcie zadzwoniła moja kochana(naprawdę:) Teściowa z zapytaniem,czy świętujemy:) a jakże poświetowałabym sobie jeszcze podsypiając,gdyby nie telefon:)
Potem znów zadzwoniła,żeby zapytać,czy wszystko juz mam gotowe- tłumaczę jej od kilku dni, że w tygodniu PRACUJĘ i do przygotowań mogę się zabrać w piątek,no ale chyba zapomniała, zresztą Ona sama jest tak szybka jak Struś Pędziwiatr, czasem trudno mi Jej dorównać, choć sama też wolna nie jestem:)
Godzinę później był telefon ze szpitala, na szczęście nie musialam jechać, bo to jakiś drobiazg był, ale wymagający mego współudziału przynajmniej słownego:)
Pół godziny potem-wpadli sąsiedzi z życzeniami-bardzo eleganccy, a ja w negliżu i właśnie "walczyłam" ze śledziami:))
W międzyczasie ubrałam koszyczek, udało się też zjeść śniadanie:)
Bardzo bym chciała pozaglądać TU do Miłych Znajomych, ale to zostawię chyba na czas wolny jutro czy pojutrze...

I życzenia: żeby dla nas wszystkich -niezależnie od przekonań- Święta Wielkanocne były dobrym czasem, wypełnionym ciepłem, miłością, wzajemną życzliwością, radością i koniecznym w tym zwariowanym świecie odpoczynkiem...Tego Wam i sobie życzę. Su z Mariolką :)



11:23, surfinia
Link Komentarze (14) »
czwartek, 20 marca 2008
pierwszy dzień wiosny
Pewnie nie tylko w moim mieście pierwszy dzień wiosny zrobił psikusa gęsto padającym śniegiem i przenikliwym zimnem.
Wczoraj wracając wieczorem z pracy ( i nie tylko) po wielu godzinach spędzonych w zamkniętych pomieszczeniach -specjalnie przewędrowałam kilka przystanków na piechotę, pozwalając ,żeby śnieg co "na całej połaci"- padał i mnie na głowę oraz resztę -czyli odzież wierzchnią. Było to zabawne i sympatyczne, a nawet jakoś tam inspirowało do ciekawych myśli, aż do tego momentu, kiedy poczułam,że zmarzłam jak diabli, którzy za zbyt dobre zachowanie- zostali wyrzuceni za karę z piekła (od ciepłego kociołka z duszyczkami) na Alaskę ;)

Jakoś nie czuję bliskości świąt. Czegoś mi brak. Wszystko zostawiłam na jutro i kawałek soboty, bo wracając z pracy po nocy-trudno wziąć się za coś konkretnie i jeszcze przespać chociaz kilka nocnych godzin.
No może stwierdzenie"nie czuję świąt" nie jest precyzyjne ;) bo jednak costam czuję: na przykład w pracy pacjenci złagodnieli...i jakoś częsciej się usmiechają, są życzliwsi i nawet z (!) składają życzenia. Po prostu jest spokojniej choć bardzo pracowicie. Zaszokowana tym koleżanka powiedziała dziś : "słuchaj ,coś z tym śniegiem chyba rozpylono? czy co?"
No jeśli rzeczywiście "coś"rozpylono...to ja proszę o więcej:)

Marzy mi się od ZARAZ(!) ciepły wiatr smagający policzki i rozwiewający włosy,przestrzeń otwarta aż po horyzont, słońce grzejące dłonie ,serce i myśli...jakiś ( a niechby i..tandetny;) zachód słońca nad morzem ...mnóstwo czasu tylko dla siebie... oraz świadomość,że nigdzie nie muszę biec...z niczym się spieszyć...nikomu podstawiać niczego pod nos...nikogo nie musieć uczyć...nie robić niczego wbrew sobie...Ba, kontynuując: zadaję sobie pytanie (kręcąc głową z niedowierzaniem i dezaprobatą) jak mogłam się sama wmanewrować w taką karuzelę, która się coraz bardziej rozkręca?
Gdzie ta "mądrość" moja i przeświadczenie, że zawsze można znaleźć złoty środek i konieczną równowagę?
Chyba muszę znów zacząć szukać...wiosna(nawet zimowa) powinna być na to nienajgorszym czasem...




23:12, surfinia
Link Komentarze (7) »
niedziela, 16 marca 2008
co to jest...nuda?
Dzisiaj sprzątając po wczorajszym (udanym) przyjęciu rodzinnym -jednym uchem słuchalam radia, między innymi miła pani rozdzielała bilety na jakąś imprezę kulturalną w naszym mieście wygłaszając przy tym (sympatyczny w swej wymowie;) tekst:" Jeśli komuś sypnęły się plany na niedzielne popołudnie i nie ma co zrobić z czasem to..."
Zastanowiłam się: KIEDY ja się ostatnio nudziłam? KIEDY nawet jeśli "sypnęły"
mi się plany...nie miałam co zrobić z czasem? Nie potrafiłam odpowiedzieć.
Tak daleko bowiem moja pamięc nie sięga ;)
Nie mam w moim życiu takiej opcji jak nuda. Raczej dobre warunki do odczuwania wyrzutów sumienia, że nie mam zbyt wiele czasu na to co powinnam. I na to co chcę.
I nie ma to nic wspólnego ze złą organizacją czasu-co to, to nie. Pewnych umiejetności nie posiadam (np.nie gram w szachy- i nad tym boleję) ale w godzinie potrafię upchać merytoryczną zawartość godzin trzech:)
Czy mi z tym jakoś szczególnie dobrze? ;) No, w dniach wzmożonej samoakceptacji bywa,
że jestem zadowolona :)
Ale (na szczęście? ;) takie dni nie zdarzają się zbyt często ;) więc spokojnie mogę sobie porobić wyrzuty , że np. ważna ksiązka już trzeci tydzień leży nieprzeczytana...że właściwie zamiast zajmować się banalnymi sprawami domu ("Nie kończąca się opowieść" ;) powinnam postarać się zrobić coś dla własnego rozwoju duchowego...

Na szczęście nie sa to dylematy spędzające mi sen z powiek.
Niejedna osoba oddałaby królestwo, żeby tylko takie problemy mieć...i ja mam tego świadomość.

23:04, surfinia
Link Komentarze (12) »
wtorek, 11 marca 2008
w biegu o tym 1%

Prawda jest taka,że na nic nie mam czasu, jutro wyjeżdżam służbowo,a mam jeszcze masę rzeczy do zrobienia.
Ale lecząc obolałe stopy wlazłam na chwilę w jedno miejsce, bo byłam ciekawa, czym zaowocują męki tworzenia , których byłam odległym świadkiem:)
I...powiem tak: myślałam,że o 1% na Synka Reiwsz, naszego Lalutka -powiedziano już bardzo wiele
Ale to , co znalazłam tu...

"Jak ptaki na niebie..."
ścisnęło mnie za gardło z dużą mocą, bo ja sentymentalna kobietka jestem:)
Niech i was pościska :)
Krogulec14 , jesteś wielki:)


20:23, surfinia
Link Komentarze (31) »
niedziela, 09 marca 2008
ciepłe dotknięcie serca
Wczoraj spotkałam się z moimi odwiecznymi przyjaciółkami na babskich pogaduszkach w miłej kawiarni, trzy z "dziewczyn" zabrały ze sobą pełnoletnie córki,które poszły z nami wcale nie z musu, tylko dla przyjemności -wszak są już dorosłe :) i też chciały pogadać. Dystansu między nami nie ma, chociaż znamy się od pieluch...od ICH pieluch:) A może właśnie dlatego tego dystansu nie ma? Pięknie popatrzeć, jak z dziewczynek wyrosły urodziwe, zdolne panny...

Było wesoło i poważnie,czasem rzewnie, czasem pękałyśmy wszystkie ze śmiechu-np. kontrolując telefonicznie naszych mężczyzn, którzy urządzili sobie męską -konkurencyjną imprezę.
Nagle zeszło na  wspólne wspomnienia z czasów studenckich i po-  , kiedy nasze dzieci były całkiem małe- wydaje i się,że ta nasza młodzież uwielbia o tym słuchać:)
W pewnym momencie córka jednej z koleżanek powiedziała:
"bo my zawsze na imprezach (wspólnych imprezach naszych dzieci-przyp.mój)
pijemy taki toast:"oby nasze dzieci miały takich dobrych rodziców jak my mamy"
Pomyślałam,że młoda dama chciała być miła, ale poczułam ciepłe dotknięcie na sercu.
Dziś rano rozmawiałam z Młodym.
-Podobno...czasem pijecie taki toast : "żeby Wasze dzieci miały takich dobrych rodziców jak my"?
-To standart , Mamo, zawsze taki toast jest! Co w tym dziwnego?

...a ja poczułam już nie tylko ciepłe dotknięcie, ale tak, jakby ktoś to moje ostatnio dość rozdygotane serce wziął w obie dłonie i grzał...grzał...
Chyba warto mieć dzieci,żeby usłyszeć kiedyś coś takiego...
Owszem, to wygląda ZBYT idealnie,ale to naprawdę nie jest bajka. To się działo naprawdę :)


20:00, surfinia
Link Komentarze (15) »
piątek, 07 marca 2008
hm
-Zobaczymy się za pół roku na badaniu kontrolnym-powiedziałam do pacjentki, którą znam od lat. A ona zna mnie :)
- o ile...oczywiście BĘDĘ ;)
- wybiera się pani do pracy za granicą?-zapytała (chyba zaniepokojona)
- Skądże. Ale sama pani wie: pstryk i nie ma człowieka,jak komuś jest dane to spadnie mu na głowę dachówka w bezwietrzny dzień.
-Pani doktor, to jakby co...znajdę panią w Niebie , żeby się poradzić!
-hm...pod warunkiem ża TAM trafię ? ;)

"...grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne-gdzie chcą?" tak to szło?
Narazie tu na ziemi mam swoje małe miejsce...i oby wystarczająco długo... a potem? ...zapewne  zależy od tego, co jeszcze narozrabiam :)
To prawda, że czasem i za własne " myśli nieuczesane "-chyba powinnam się pokornie, na ochotnika udać w czeluście piekielne... ;)
 
-Jedno jest pewne: to właśnie niegrzeczne dziewczynki zostają na dyżurze! -powiedział z całą satysfakcją kolega na widok mojej nieszczęsliwej miny wczoraj, bo z tym dyzurem to właśnie na mnie padło. Hm. :)

20:56, surfinia
Link Komentarze (11) »
sobota, 01 marca 2008
poprzedni tydzień
Tydzień temu - w sobotę rano-zamknęły się drzwi za męską częścią mieszkańców domu mego, albowiem pognało ich na południe-na narty, co ja się zresztą na ten temat nie nasłuchałam od kilku tygodni, to moje;) W związku z tym mając ochotę już nie słuchać na okrągło o białym szaleństwie , ośnieżonych szczytach i urlopie (nie moim;) MARZYŁAM,żeby te drzwi się zamknęły za nimi...a ja :miałam sie rozrywać towarzysko i kulturalnie,nie gotować, wracać do domu późną nocą i nie mieć zaległych prac domowych. Miało tak być i było... przez dwa dni.
Potem musiałam zweryfikować swoje plany :( bo dorwało mnie to,co pojawia się raz na kilka lat - migrena trwająca niemal tydzień  (funkcjonowałam jedynie na środkach przeciwbólowych) , w konsekwencji- pojawiła się też niemożność zrobienia czegokolwiek po powrocie z pracy, ze szczególnym uwzględnieniem wpatrywania się w monitor komputera czy ekran telewizyjny. Większośc wolnego czasu spędziłam pod kocem z poduszką pod obolałą głową modląc się niemal,żeby nikt niczego ode mnie nie chciał.
Jakoś dotrwałam do piątkowego popołudnia i wtedy mnie ktoś "dobił" skutecznie psując mi nastrój aż do dziś. Przez czyjąś lekkomyślność mogę mieć kłopoty, choć raczej niewielka jest w tym moja wina. 
Dlatego mieliłam wczoraj w głowie temat w tę i w tę...i do niczego sensownego nie doszłam :/ W efekcie pojawił się znów silny ból głowy, ktory trwa.Typowe błędne koło.
W tej sytuacji nawet fakt, iż miałam kłopoty z siecią stracił na znaczeniu-i tak nie mogłam pisać czy czytać. Ale sieć się "naprawiła" sama, chyba po zresetowaniu routera (?) na skutek wyłączeń prądu? ;) Dziwactwo jakieś.

No i co jeszcze. Dziś staram się "nie dawać" złym myślom (co się czają)
panice z powodu orkanu, co rozrabia, dziś kończy się też ten mój "wolny" tydzień, w czasie którego tak radośnie miałam odpoczywać...ale cieszę się,że faceci wracają.
Byle bezpiecznie.
Swoją drogą ten wiatr ma swoje pozytywy,choć czuję się w związku z nim potwornie rozklekoatana. Ludzie zamiast gonić gdzieś...siedzieli w domu i dzięki temu kilka fajnych osób do mnie zadzwoniło, co wydatnie poprawiło mój nastrój.
I to by było na tyle...tytułem wytłumaczenia się z nieobecności :)




18:11, surfinia
Link Komentarze (31) »
niedziela, 17 lutego 2008
zapomniałam o tym co w zeszłą sobotę
Było tak: sobotnie przedpołudnie, samochód jedzie piękną drogą otwartą z wszystkich stron na niebo. Nie bezchmurne, ale wyraźnie... bez kresu-jakoś tak bardziej bowiem jest to widoczne niż pomiędzy budynkami, którędy zwykle człowiek się szybko  przemieszcza i czasem brak mu powietrza, by oddychać. A tam nie. Gdyby nie to, że droga i dużo samochodów naokoło-aż chciałoby się samochód zatrzymać, wysiąść z rozpostartymi ramionami i zaśpiewać jak Grażyna Łobaszewska(choć może bardziej fałszywie, nie każdy Łobaszewską może być;) :
A droga jak brzeg nieznany
Wśród pól i łąk skoszonych
A konie szczęśliwe gdzieś gonią,jak ja... ..

...albo chociaż pełną piersią , głośno westchąć...

No ale trzeba jechać i to w celach przyziemnych ...więc przynajmniej radio włączam.
A tam..dwóch błyskotliwych mężczyzn. Marek Niedźwiecki prowadzi
wywiad z Rafałem Olbińskim. Ech, Olbiński...jego twórczośc ukradła mi serce już dawno, jakiś czas temu zorientowałam się też (niestety tylko ze zdjęć) jak bardzo interesujący jest to mężczyzna:) I do tego okazuje się , że Artysta ma zniewalający głos, którego brzmienie jest ponoć efektem leczenia gardła...koniaczkiem od lat:D
Ale nie o głos chodzi, lecz o książkę, w której napisaniu partycypował też Rafał Olbiński, a o której byc może-nie dowiedziałabym się, gdyby nie ten wywiad...

" 42 listy miłosne " pięknie wydane przez Prószyńskiego i S-ka.

                                                

Jeden z owych 42 listów czy też właściwie -historię dotyczącą listu miłosnego napisał właśnie Olbiński.
I to był pierwszy list, który odszukałam w książce (bo niezwłocznie ją zamówiłam ) a następny ...to list Leonarda Cohena... a następne 40 są jeszcze nie przeczytane.
Nie kupiłam tego w związku z Walentynkami, bo tak..samej sobie? Żadnemu z moich mężczyzn nawet  nie wpadłoby to do głowy. Kupiłam tę książkę nie dlatego, że jestem niemiosiernie sentymentalna(choć i owszem,jestem,ale walczę z tym!:). Po prostu czasem warto popatrzeć na miłosć, namiętność oczami innych...żeby sobie uświadomić, że nie jest się z Marsa. Albo dla odmiany z Wenus...czy innego Saturna :)
I że  warto pisać piękne listy.



14:51, surfinia
Link Komentarze (33) »
sobota, 16 lutego 2008
Mariolka uaktywnia się w sobotę
Mężczyzna powstał- był z łóżka rankiem i popatrzył w lustro, bo czym niezbyt pięknie ten widok podsumował słownie,bo nie udało mu się wciągnąć powietrza na tyle, by wypukłości na brzuchu się zmniejszyły...
Na to Mariolka wymieniła mu pięć punktów, określających idealny sobotni poranek. I tym rozjaśniła mężczyźnie świat:) Przynajmniej jej sie tak wydawało, bo przecież tylko głupi by się tym nie cieszył... :)

***
Młody wrócił o świcie z zakrapianej imprezki koleżeńskiej, więc muzyka poważna z płyty wybranej na poranek przez Mariolkę-choćby najpiękniejszą była-przytłaczała go, ba-wręcz była katorgą, czego efektem stała się poduszka owinięta dookoła głowy, ze szczególną pieczołowitością zatykająca uszy.

-Mamo, błagam,tylko nie te skrzypeczki...zajęczał anty-konser
- a czy musisz tu leżeć? Wracaj do swojego pokoju może?
-tu mam większą przestrzeń i czuję sie mniej " przytłoczony przez życie" a ty mi tu ze smyczkami...o....kotek przyszedł...Chodź Zielonooki...niech cię mama też ukulturalni...co tylko ja się mam męczyć...?
Zielonooki wszedł, nie zwracając uwagę na dżwięki muzyki-podbiegł prosto do miski, zjadłszy popatrzył na Mariolkę(że" może jeszcze by się coś znalazło,jakiś frykas?") ale Mariloka zrobiła "duże oczy" -więc Zielonooki tylko podkulił ogon,miauknął i uciekł... :)
Takie...czarymary Mariolki, uwieńczone sukcesem. Szkoda,że nie na wszystkich taki wytrzeszcz działa ;)
ale w nawiązaniu:
...jaka jest różnica pomiędzy czarodziejką a czarownicą? Jakieś...dwadzieścia lat:)
..to najłagodniej. Niestety wychodzi mi z rachunków, że jakby co to "załapuję się" do grona czarownic:)
Co z tego wynika? Nic specjalnego...świadomość? Nie ma to jak trzeźwe spojrzenie...[sic!]
:)
11:43, surfinia
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 11 lutego 2008
wyzwania... ;)
-Pani doktor, zostały mi tylko DWA mopy! Gdzie się reszta podziała??? -poskarżyła się salowa potrząsając jednym z owych
-Pani Lusiu, a dlaczego pani z tym do mnie? czy to czasem nie trzeba napisać o brakach do zaopatrzenia? no niech pani z tym idzie do oddziałowej,nie do mnie, bardzo proszę!
Pani Lusia sapnęła:
- Musiałam TO po prostu komuś powiedzieć. Od razu mi lżej, bo szlag mnie trafia od wczoraj!!!

:)

Praca lekarza niesie w sobie różne niespodzianki. Trzeba być przygotowanym również na leczenie dusz ;) Albo na wczucie się w emocje Konserwatorki Powierzchni Płaskich...

:)


21:40, surfinia
Link Komentarze (13) »
niedziela, 10 lutego 2008
z cyklu: osobiste
Nadal dzieje się trochę...i nie do końca tak, jak bym chciała.
A to ponoć ma być dla mnie dobry rok,jak dla wszystkich zodiakalnych Raków, z pewnymi zastrzeżeniami,żeby...żeby pewnych rzeczy NIE robić,to wszystko będzie dobrze,albo lepiej. Więc to BĘDZIE dobry rok,choćbym miała stanąć na głowie. Ale są takie chwile...że trzeba postawić przysłowiową kropkę nad "i"
...i nie tchórzyć. Nie jestem typem tchórza,ale nie lubię ranić ludzi. Więc to co muszę zrobić...nie jeest dla mnie bułeczką z masłem, którą się zjada i zapomina.

Mam do przeprowadzenia pewną poważną rozmowę osobistą na tematy ważne, zahaczające o ludzką godnośc,szacunek. To konieczne, nie można przed tym uciec,choć..bardzo bym chciała.
Nie wyobrażam sobie przeprowadzenia tej rozmowy przez telefon albo mailem, bo to zahacza o tchórzostwo.
A ja-chciałabym elegancko, z klasą...tak jak może to załatwić tylko dama.
Mam wrażenie,że osoba, której chcę pewne rzeczy powiedzieć -zasługuje na to,żebym porozmawiała z nią oko w oko. Mam również wrażenie,że i ja zasługuję na to,by mnie ta osoba wysłuchała z  uwagą , przyjęła do wiadomości i uszanowała moje przesłanie, moją decyzję podjętą jednoosobowo.
To co mam do powiedzenia ...nie będzie miłe ani oczekiwane przez tego kogoś. Dotyczy również mnie.Najchętniej wzięłabym tę osobę za rękę i patrząc w oczy, uśmiechając się łagodnie-powiedziała to co chcę. Po można powiedzieć coś w sposób bolesny, uwłaczający,ale można też niekorzystną wiadomoc osłodzić...i tak właśnie ja chcę.
Spotkanie odbędzie się, bo chować glowy w piasek nie mogę.
I tym razem będzie bardzo,bardzo przemyślane...Chciałabym,żeby nie pozostał po tym osad...i żebyśmu nadal mogli myśłeć o sobie z szacunkiem i sympatią...czy się uda?...





14:05, surfinia
Link Komentarze (18) »
czwartek, 07 lutego 2008
komplement
-śmiejesz się jak Krecik z kreskówki!

To zdecydowanie ładny komplement.

-Yooooooo .... :)

                                                   
23:42, surfinia
Link Komentarze (14) »
środa, 06 lutego 2008
Jak Marek po piekle
Tłukę się jak Marek po piekle. Nie obrażając Marków . A może i piekła ;)
Minął miesiąc z kawałkiem nowego roku ,a wrażeń mam ...za dwa lata co najmniej. Wykonuję pół na pół-ruchy mądre i całkiem bezsensowne. O wiele bardziej wolałabym,żeby szala przeważyła się na stronę tych mądrzejszych ruchów. Ale nie ma tak dobrze;) To samokrytyka, gdyby ktoś nie zauważył;)
Dziś był dzień ruchu nieprzemyśłanego. ...Albo może..przemyślanego nie do końca.
...A może przemyśłanego do końca, tylko z wyłączoną wyobraźnią... A może z wyobraźnią tylko bez użycia całości mózgu...
Teraz się tłukę właśnie z tego powodu, a przecież miałam iśc spac, przecież jestem śpiochem! Po powrocie do domu zrobiłam dwa prania, porządek w szafie,ugotowałam o północy (!) dwudaniowy obiad "na jutro",oglądając "Chirurgów"-bo uwielbiam ten film, za nic go sobie nie daruję . Jest 1 w nocy. Jeśli mnie nie przestanie"nosic" to upiekę ciasto (aha,na szczęście z ostatnich jajek zrobiłam dziecku jajecznicę , no to piec nie będę).
Już wiem, wezmę najnudniejszą ksiązkę fachową i zacznę ją czytac. Zawsze skutkowało..więc może? Wszystko byłoby dobrze,gdyby jutro nie trzeba było iśc do pracy na cały niemal dzień. Mogłabym do świtu przeglądac zawartośc swojej głowy, wytrzasając to co bezsensowne, błędne, szkodliwe, zapełniając puste miejsca samymi mądrymi,szczytnymi sprawami i odpowiedzialnością ponad wszystko;) Do tego przydałoby się wino i zaprzyjaźniona dusza do towarzystwa. Dziecku bym wina nie dała...bo woli piwo. Mężczyzna wyjechał ...zresztą tej akurat sprawy z nim wolałabym nie omawiac...chyba by nie zrozumiał,albo zrozumiał opacznie.
Reszta zaprzyjaźnionych dusz śpi i niech im się pięknie śni...
Radzic innym łatwiej niż sobie, po raz kolejny się o tym przekonuję.
OK. Idę się napic syropu na kaszel i postawi krótkiego pasjansa.Co ja do cholery mam zrobic z tym fantem, którego mam na myśli? ...

                    
"Może to tylko złudzenie, ale pomaga mi żyć: każdy nasz gest ma znaczenie, ruch głową i słowa, milczenie i myśl.
Może mam tylko nadzieję na inny, wrażliwy świat. Może jest miejsce, gdzie wszystko, cokolwiek istnieje zostawia swój ślad.
    Próbuję znów opisać to, co tak lęka się nazw i wciąż jeszcze śpi głęboko w nas.
    Historia to mgła- a jutro nieważne- więc sens tylko ma dziś, teraz i tu. Szczęśliwy ten z nas kto żyje uważnie, bo dotrze do prawd za granicą słów"

                                            Anna Maria Jopek




01:12, surfinia
Link Komentarze (16) »
niedziela, 03 lutego 2008
wiosna dostała przyspieszenia,albo coś.
O godzinie przebudzenia -gdzieś koło 9 rano-z nienacka wpadła do domu wiosna przez otwarte okno-jak u Grechuty:
Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało wiosna, ach to ty
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty
Roztargniona chyba ta wiosna,albo ze snem ma kłopoty,przeciez jeszcze nie czas...

A w związku z tą wiosną : coś dla mnie i dla innych Pań-
Kobieta flirtując minutę traci 90 kalorii!!!

Mariolka usłyszawszy to i przeliczywszy błyskawicznie na trzy kilogramy do stracenia przed wiosną powiedziała do Mężczyzny:
-no poflirtuj ze mną w takim razie , będę miała z głowy gimnastykę:)
Mężczyzna zdumiony popatrzył na Mariolkę nie kryjąc czegoś w rodzaju niesmaku(???)
-Flirtować z własną żoną?? Być to nie może.
I odwrócił się do ekranu komputera, na którym...właśnie oglądał najnowsze cyfrowe aparaty fotograficzne.
-Hm. Z własną żoną się poflirtować nie da? A to ciekawostka.Może jest to rzeczywiscie większa sztuka, niż flirować z cudzą żoną lub nie-żoną, ale przecież wszystko się zgadza- flirt to sztuka, i to sztuka piękna może warto się więc doskonalić,trening czyni mistrza -pomyślała i powiedziała Mariolka.
Nie mogła sobie darować. Albowiem-jest przekonana o swojej racji. Jak zwykle.
:)

Poza tym Mariolka wierzy w cuda.
:)




14:06, surfinia
Link Komentarze (28) »
sobota, 02 lutego 2008
a życie toczy się dalej:)
Wczoraj po południu zadzwonił do mnie kolega po fachu, że ma do mnie sprawę nietelefoniczną, ale nie ma czasu,żeby do mnie wpaść do domu, więc czy bym mogła wybiec przed osiedle, on będzie na mnie czekał w samochodzie,pokaże mi pewne papiery i już.
Otrzepałm się więc z mąki ( bo właśnie lepiłam pierogi) i niemal jak stałam- prawie"kuchennie" tylko z kurtką na grzbiecie wybiegłam.
Wsiadłam do samochodu kolegi a on po przyjacielsku cmoknął mnie w policzek na "dzień dobry" i z wdzięczności, że zgodziłam się dać mu radę w biegu.
Kiedy zaczęłam przeglądać przywiezione papiery - zadzwonił mój syn.

-MAMO, CO TO ZA OBCY FACET z którym siedzisz w samochodzie,widziałem cię- wsiadłaś do kilkuletniego wiśniowego Opla Vectry rejestracja DWR...(tu nastąpiło bezbłedne wyliczenie cyfr rejestracji samochodu kolegi;)
A cichutko i na zakończenie :"...ale wrócisz dziś, dokończysz te pierogi?..."

Dostałam ataku śmiechu. Jak widać mogę czuć się bezpieczna-zawsze mnie gdzieś wyczają. No i porwać mnie bezkarnie nie można...
..."zresztą kto by chciał porywać taki Mały -Duży Kłopot?;) " -podsumował mnie Męzczyzna,któremu opowiedziałam o synowskiej "inwigilacji" na straży mej moralności :)

Swoją drogą jednak...wzmianka o pierogach na samym końcu interwencyjnego telefonu...z lekka zachwiała moją pewnością,że to chodziło właśnie o mnie :)



12:09, surfinia
Link Komentarze (17) »
czwartek, 24 stycznia 2008
w prostych słowach z niewielką domieszką egzaltacji:)
Moja przyjaciólka przyszła pod wieczór i powiedziała,że byla na onkologii i zawsze kiedy tam musi iść, to ją to"prostuje" czyli ustawia w sposób prawidłowy spojrzenie na jej własne życie. Odpowiedziałam jej,że mam tak samo codziennie w pracy,że do własnych problemów łatwiej mieć dystans,kiedy widzi się bezmiar ludzkiego nieszczęścia...

Nie jest łatwo wrzucić mnie w dół. Umiejętność omijania dołów i dołków nabyłam dzięki pracy nad sobą i oberwacjom życia tu i tam, w szpitalu też, a może przede wszystkim.
Tym razem jednak...dół wykopał się sam , skrycie, był sobie... i czekał na dogodną chwilę, która nastąpiła. Wpadłam weń niczego się nie spodziewając, prawie skręciłam kark. Przyczyna nie była wymyślona i błaha, była to sprawa bardzo,bardzo poważna. Po raz pierwszy od kilku lat nie wiedziałam co mam począć, czy mam zostać w tym dole i dać się zakopać razem z nieszczęśliwym wydarzeniem czy postarać się jednak wyleźć. Nie miałam dużo czasu na zastanowienie, bo nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wokoło mnie zaroiło się od ludzi. Każdy wrzucił do dołu trochę czegoś, po czym mogłam się wspiąć troszkę wyżej. Wreszcie ktoś przyniósł drabinkę i delikatnie wsadził ją do dołu, ale tak-żeby mnie czasem nie uderzyć,a żebym wyszła o własnych siłach.
Mam szczęście do ludzi. I do Aniołów. Wszycy oni jakby"zwarli szyki" żebym przez przykre dla mnie zdarzenie przeszła jak najłagodniej...
Minęło zaledwie kilka dni. Dół został zasypany, ja mam tylko kilka niegroźnych siniaków...za to jestem silniejsza i mam w sobie dużo wdzięczności dla ... czy słowo"dziękuję" dobrze wyrazi to co mam w sercu? :)



23:09, surfinia
Link Komentarze (30) »
sobota, 19 stycznia 2008
długi wpis wspomnieniowo-emocjonalny;)
Chuda jedenastolatka z podrapanymi łydkami, ogorzała jak Indianka, z wplecionymi w warkoczyli rzemykami- siedzi na piasku nad brzegiem morza.
-Księznicko! Księznicko! - odzywa się ZNÓW z tyłu (to ten Maciek z trzeciego zastępu co seplenił bo sobie wybił przednią górną jedynkę - znalazł dla Chudej taką ksywkę, od tygodnia ją męczy,nie wiadomo czy się obrażać czy być dumną)
-Księznicko!
Na wszelki wypadek opalony nos podniósł się wysoko do góry, a warkoczyki wygięły w pałąk -jak u Pippi Langstrumpf.
-Księznicko!
No trzeba się odwrócić. Więc Chuda się odwraca z dumną miną pod tytułem: "nie chce mi się z tobą gadać"
I tu następuje katastrofa.
Maciek z wybitym zębem krzyczy głośno na całą plażę:
-Księznicko! w którym zamku straszysz?
Jak by to napisał Młynarski? "Co to się działo, co się działo,uzdrowisko wręcz ze śmiechu się skręcało".
Chuda z warkoczykami jednak wybucha śmiechem. Co twórcę ksywy zbija z pantałyku,a plaża pełna małoletnich harcerzy milknie.
O tej sytuacji pamięta przez następne trzydzieści lat -mimo ,że z chudej stała się pełniejsza i już dawno wyrosła z wieku Księżniczek...

Choć czasem...a właściwie to cały czas tak jest:
5 godzin snu. Wstaję o świcie.
Mam godzinę do wyjścia. Trzeba zrobić sniadanie,czasem dokończyć obiad ,żeby mieli co jeśc jak wrócą,wywiesić pranie, opróżnić zmywarkę, jeszcze zapakować teczkę do pracy, boże,musze jeszcze wydrukować pismo( w pracy drukarka padła),aha- co dziś?dwie prace, ach i leki trzeba kupić,na pocztę pobiec, zebranie jeszcze,sto tysięcy niezaplanowanych spraw, które wypadają właśnie wtedy jak czas się filcuje,Święci Pańscy,kiedy ja zdążę ze wszystkim...dzwoni J. a ja: "niestety, znów nie mogę się z tobą spotkać,nie dam rady,innym razem". J. nie rozumie,czasem się złości,bo ma ważną sprawę-a sam ma inny system pracy,"Zaorzesz się"...owszem,spinam się. Wieczorem wracam do domu. Odgrzewam sobie obiad,którego nie jestem w stanie przełknąć. Męzczyzna patrzy i nic nie mówi,odwraca się do komputera.
Na moje:"zmęczona jestem jak pies" pada pytanie:" a czy czasem nie na własne życzenie?" I nistety Męzczyzna ma trochę racji.
Ale we mnie narasta wtedy bunt.
Bo połowę rzeczy robię DLA NICH,żeby wiedzieli,że o nich myślę,dbam nawet jak jestem poza domem.

I wtedy ...zaczynam myśleć,że chciałabym być Księzniczką. Żeby leżeć i pachnieć.
Ale ja częsciej czuję się zaklęta w żabę.
Drę rajstopy o biurko (ukłon dla Odwodnika), wyglądam różnie(jak każda kobieta), w piatek rano ledwo zwlekam się z łóżka,marząc-żeby zdarzył się cud i żebym mogła pospać jeszcze trochę...na imprezie nie mam siły wysiedzieć dłużej jak do 1 w nocy,bo zasypiam,marzę o tym,żeby doba  rozciągnęła się do 30 godzin i zamiast odpoczywać ,to myślę co zrobić na obiad oraz co zrobić,żeby zdążyć ze wszystkim zanim zwariuję...
...być Księzniczką, odpłynąć...

Sylwester. Zeszłoroczna długa spódnica i dokupiona przypadkiem bluzka w kolorze czekolady,zwiazana szeroką taftową wstązką w pasie.
- Kiedy byłem mały i mama czytała mi książki o księżniczkach, to nie potrafiłem sobie wyobrazić jakie one są. Dzisiaj już wiem -powiedział nieoczekiwanie.

A ja słysząc coś,co mogłoby byc poczatkiem spełnienia marzeń kury domowej(którą bywam, a może w ktorą się wcielam przez ileśtam godzin dziennie,jak każda z nas)...nie potrafiłam przyjąć tego za dobrą monetę. Zapachniło mi fałszem.

-lubisz z lekka przykościste "księzniczki" po 40-tce? przeciez to się kupy nie trzyma.

A jemu ręce opadły.
----

Uwaga na spełniające się marzenia, czasem kompletnie nie wiadomo jak je ugryźć...albo spełniają się nie w porę.



13:32, surfinia
Link Komentarze (26) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes