moja jesień gra bossanovą...
RSS
poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Mariolka rządzi,czyli...odsłona trzecia;)
Wpis stworzył się sam -dzisiejszej nocy.

O trzeciej rano Mężczyzna zakończył Misję* -to znaczy wyłączył telewizor i odłożył pilota na należne miejsce. Potem poszedł do sypialni. Tapczan skrzypnął, bo Mężczyzna elfem nie jest.
Mariolka otworzyła oczy i wbiła poważny wzrok w Mężczyznę.
- Od kilku godzin jestem Prezydentem Polski. Właśnie wygłaszałam płomienne przemówienie na spotkaniu z Prezydentem Putinem, celem poprawienia stosunków między naszymi państwami. I on mnie słuchał w odróżnieniu od ciebie,ba -nawet nie przerywałI I w chwili,kiedy wzniosłam się na wyżyny erudycji-ty wszedłeś do sypialni,zacząłeś trzeszczeć i ugniatać poduszkę.
Czy ty wiesz, jak brzemienne w skutki może byc moje przebudzenie? Jak wiele może stracić polska polityka zagraniczna???
No i czemu nic nie mówisz? ( zapytała Mariolka- niczym sławetna Hela zwracająca się do męza Mariana w skeczu kabaretu "Koń Polski")

Mężczyzna nic nie mówił , bowiem uciekł w sen. Bo to przecież jest wstrząs-rzekłabym-straszliwa trauma-o północy mruknąć do żony - "oddaj pilota,zaraz idę spać" , a o trzeciej rano-kłaść się do spać obok Prezydenta Kraju...

* w naszym kraju każde najgłupsze lub mało znaczące (a czasami plugawe) zajęcie zwykło się ostatnio górnolotnie nazywać "misją".Zatem czemu nie mogę użyć tego słowa TU? Mogę, a jakże;)

17:13, surfinia
Link Komentarze (18) »
piątek, 24 sierpnia 2007
Mariolka:odsłona druga;)
Jak już ustaliłam uprzednio-Mariolka-to moje drugie "ja", uczestniczka "dialogów na cztery nogi" (albo na wielokrotność liczby 4) która jest pyskata i narowista-co stoi w zupełnej sprzeczności z łagodną naturą Surfinii...Taka Mrs Hyde w przeciwieństwie do dr Jekyll ;)

Mariolka tym razem hobbystycznie ;) walczy z przesądem babć, prababć, matek i sąsiadek.
Przesądem lub "przesądem" który ma pewne podstawy fizjologiczno-biochemiczne i nie trzeba być wielkim naukowcem, żeby się do tego ustosunkować.
Zatem prawie każda kobieta wie, że " w pewne dni" - nie należy robić przetworów, bo się zepsują, nie należy też się porywac na pieczenie ciast, bo nie wyrośnie albo zwieńczy się wręcz zakalcem.
Mariolka zaś w "te dni" uparcie piecze, aby stanąć okoniem i powalczyć z przesądem (?),choć walka z góry skazana jest na przegraną...
Nie inaczej dziś- w drugiej odsłonie.
Mianowicie biszkopt, który zawsze rewelacyjnie rośnie Surfinii- Mariolce padł w niezrozumiały sposób.
Zrobił się z niego cienki placek, na tyle cienki i kruchy, że nie było go jak przekroić,żeby przełożyć kremem budyniowym, napchać w krem brzoskwiń i malin.
Mariolka niczym pomysłowy Dobromir -chodziła koło pożałowania godnego placka , chodziła z coraz większym niesmakiem i wymyśliła. Na placek nałożyła krem budyniowy, na to pokrojone w plasterki brzoskwicie, na to znów cienką warstwę kremu a na wierzch - drobniutkie bezy i całe mnóstwo malin.
Ładnie wyglądało.
Mężczyzna się ucieszył.
-ooo,torcik!
-no. Torcik powinien się nazywać "Dobre chęci" -powiedziała z westchnieniem Mariolka
-a ty wiesz,że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami?- zapytał a właściwie wybełkotał mężczyna (w błyskawicznym tempie pochłaniając kawałek owego anty-dzieła kulinarnego " bo przecież owoce szybko się psują";)
-w twoim przypadku, to Dobre Chęci nie brukują piekła, tylko wyścielają twój żołądek...

Komentarza nie było. Trudno bowiem mówić z pełnymi ustami.

Za jakiś czas Mariolka pewnie znów coś upiecze dokładnie wtedy,kiedy nie trzeba i znów się zdziwi, że jej "nie urosło" :)




21:13, surfinia
Link Komentarze (33) »
wtorek, 21 sierpnia 2007
mity pryskają;)
Ktoś napisał w pewnym szacownym miejscu ( w odniesieniu  do mojej pisaniny),
iż dla mnie (najprawdopodobniej) cudem jest wszystko.To tak w nawiązaniu do tego cytatu Einsteina:) Byłam zaszczycona uwagą,zachwycona i nieco onieśmielona tak ogólnie.

No ale nie o tym:)
Dziś bowiem zorientowałam się,że zdecydowanie nie sa dla mnie cudem
-muszki owocowe
-makabryczny hałas za oknem
-nieświeże ("tygodniowe") skarpetki niektórych Panów spotykanych na niwie zawodowej

Tak więc mit o Surfinii, która każdy dzień przeżywa jakby był cudem-pryska niniejszym niestety,albowiem

-muszek owocowych nie cierpię już od moemntu kiedy w zamierzchłych czasach kazano mi się uczyć o jej cyklu rozrodczym,a ponieważ wyroiły się one trzy dni temu prawdopodobnie przyniesione z kwiatkami kupionymi na bazarku-obsiadają mi nie tylko owoce, ale chleb(nawet w pojemniku), a nawet chciały zeżreć kawałek kiełbasy.Nie mówiąc o ochoczym upstrzeniu świeżo umytego okna w kuchni:/

-od pewnego czasu hałas przeszkadza mi bardziej,może to jeszcze uboczny skutek ciszy urlopowej,ale dźwięki budowy nieopodal niegdy nie należały do moich ulubionych;)

-o skarpetkach tygidniowych pisac nie będę, każdy wie jak to pachnie ;)

Jest jeszcze zapewne kilka rzeczy, które nie są dla mnie cudem, ale na dzień dzisiejszy wymienione -to zdecydowanie TOP 3 ;)


15:13, surfinia
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2007
Dziś
Dziś nie mogłam odrzucić od siebie pewnej myśli...
Kiedy patrzyłam na korytarzu poradni na rozjuszoną i nie przebierającą w słowach kobietę po 60-tce, która nie rozumiała,że najpierw muszę przyjąć pacjenta na wózku (przywiezionego na konsultację przez karetkę) w cięższym niż ona stanie, podczas gdy ona czekała "STRASZNIE DŁUGO" -bo ok. 15 minut od przyjścia. Na kobietę,która nie potrafiła wykrzesać z siebie odrobiny współczucia i życzliwości -nie,nie dla mnie-ale dla tego cięzko chorego człowieka na krawędzi jego życia. O ile przez moment cierpliwie wysłuchiwałam jej krzyków licząc na to,że dopuści mnie do głosu -to jej nienawistne: "ja was w prasie opiszę!!!" spowodowało ,że uśmiechnęłam się i powiedziałam:"prosze bardzo , nich pani opisuje ", obróciłam sie na pięcie i zamknęłam drzwi od gabinetu za sobą...Nie miałam sobie bowiem nic do zarzucenia.

Nie mogłam jednak odrzucić od siebie tej myśli... :

... OBYM NIGDY NIE BYŁA TAKA JAK ONA...
wrzaskliwa,nienawistna,nie rozumiejąca...
Przeciez to niemożliwe,że ludzie tacy są od urodzenia,coś ich kształtuje...ale tak naprawdę CO???
Znam ludzi naprawdę wspaniałych,którzy swoimi nieszczęściami mogliby obdzielić pułk wojska. Im bardziej są doświadczani przez los, tym bardziej są dla innych życzliwi...

19:39, surfinia
Link Komentarze (22) »
niedziela, 19 sierpnia 2007
z rozmowy(kaliber ..lekki)
Znajomy wybiera się turystycznie na krótki  rejs morski. Nieważne gdzie,niedaleko w każdym razie:)
- Na morzu bywają piękne syreny...rozmarza się
Jego szacowna małżonka patrzy na niego z ukosa
-tylko mi jakiejś do domu nie przywieź!
-hm...znajomy nadal ma rozmarzone oczy
a szacowna małżonka znajomego kontynuuje:
- masz rybki w akwarium? masz. Co robisz jak taka rybka zdycha? Najpierw patrzysz z obrzydzeniem a potem bierzesz w wybierak i wyrzucasz rybkę do ubikacji, spuszczasz wodę.
Przypuśćmy wieziesz taką syrenę wiele kilometrów do domu. OK. Warunki transportowe trzeba jej zapewnić odpowiednie, jakiś basen przewoźny,akwarium..masz? Bo jak nie-to ci...syrena zdechnie, o przepraszam:umrze. I co z nią zrobisz? Pochowasz na cmentarzu? Bo w ubikacji z wodą jej nijak spuścić się nie da!
Mąż oprzytomniał.
-no faktycznie. A poza tym co za pożytek z syreny? Ma tylko biust. Obiadu nie zrobi,gaci nie upierze, wyje po całych nocach. Wiesz co ,Mariolko?
Kocham Cię:)



19:52, surfinia
Link Komentarze (28) »
sobota, 18 sierpnia 2007
a niebo
Tak jak błędne jest według mnie przekonanie  tzw."czynników ", iż defilada* w Warszawie obudzi uczucia patriotyczne w Polakach - żenujące jest też  postrzegnie
propozycji, by stopień z religii nie był wliczany do średniej -jako próby wywołania "wojny religijnej" w naszym kraju.
A niebo?
Niebo daje znaki. Pewnie ma dość...jak wielu z nas
.



* Uśimiałam się ,kiedy Minister Obony rozmarzony powiedział do kamery,że brakuje mu (do tej defilady) Łuku Triumfalnego...

23:45, surfinia
Link Komentarze (18) »
zdarzyło sie w piątek czyli...
...jak odnaleźć natchnienie...kulinarne:) (przed wizytą gości)

Oto kolejność nieprzypadkowa, bo dokładnie taka, jaka miała miejsce w piątek po południu.
Po zakończeniu pracy zrobić zakupy -te bardziej finezyjne , bo "grube" kupiono już poprzedniego dnia ściśle według napisanej przeze mnie kartki ( ja byłam na dyżurze).
Przemyśleć, czy aby na pewno są wszystkie potrzebne ingrediencje:)
Wrócić do domu i rozłożyć zakupy na blacie kuchennym, z zadowoleniem stwierdzając,że chyba o niczym się nie zapomniało.
Zabrać się za krojenie jarzyn do sałatki.
Policzyć palce u rąk. Na wszelki wypadek, bo potem czasem bywa za późno;)
Ponieważ trzeba "ducha" -więc włączyć muzykę -na dzień piątkowy składankę z ulubionych standardów muzyki poważnej.
Kroić dalej, wpadając co chwila na coraz lepsze pomysły,żeby na przykład wrzucić do świetnej do grillowanych potraw -sałatki ziemniaczanej ( z ogórkami małosolnymi,koprem, czosnkiem, jogurtem ) sporą ilośc kaparów.
Umieścić swój mózg na chwilę na jakiejś chmurce.Albo wyruszyć myslą na poszukiwanie niebieskich migdałów.
W związku z tym- po tej operacji ziemia-niebo-ziemia-policzyć znów palce, bo nóż cały czas pracuje :)
Zachwycić się Bachem i jednocześnie zrobić kieszonki w grubych na półtora centymetra plastrach bakłażana (uprzednio nasolonych i skropionych sokiem z cytryny a następnie wytartych po 30 min do sucha papierowymi ręcznikami).
Rzucić okiem na zachmurzone niebo po raz pierwszy w PRZECZUCIU.
Następnie- w przygotowane kieszonki bakłażanowe włożyć po plastrze pomidora, plastrze mozarelli i po jednym fileciku anchois oraz posypać to wszystko-w środku i na wierzchu- oregano oraz posmarować oliwa z oliwek.
Ułożyć na tacce, żeby bakłażanowe "kanapki" poczekały na rozpalenie grilla,co miało nastąpić ok. godziny 17.30.
Rzucić okiem na zachmurzone niebo za oknem po raz drugi, a z płyty akurat rozlegają się dźwięki "Kanonu w tonacji B" Johanna Pachelbella-co jest ważne w świetle tego co się zobaczy za oknem
Wrzasnąć głośno z zachwytu, bo za oknem widzi się cudny biały STEROWIEC, przesuwający się po niebie majetatycznie, dokładnie jakby  w rytm słyszanej muzyki
Rzucić w diabły kulinaria ! i niestety zostawić otwarte drzwi do kuchni (co się mogło okazać brzemienne w skutkach, bo to co stało na blatach mogło paść ofiarą kota, który właśnie po tygodniu postanowił odwiedzić zaprzyjaźniony dom.
Złapać następnie aparat fotograficzny i obserwować przez 15 minut ów sterowiec, a następnie krzyknąć do sąsiada:" widział pan???" ...i uzyskać twierdząco odpowiedź,albowiem tylko ślepy by nie zauważył.
Przejrzeć zdjęcia i zorientowac się,że bez "telerury" efekty są bardzo mierne:/
Wrócić do kuchni, bo czas płynie i ... wyrzucić z kuchni kota, który właśnie ma zamiar wleźć na blat.

Jak widac jestem ekspertem :DDD Jeśli ktoś chce podobnych porad kulinarnych-zapraszam;)




18:55, surfinia
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
okruchy gwiazd
Mała Agnieszka przywieziona przez tatę nad Jezioro bardzo się nudziła.
Była na początku bardzo nieufna, odpowiadała półsylabami, spuszczając głowę.
Jakimś cudem udało mi się sforsować lody:) I Agnieszka przylgnęła do mnie chyba bardziej niż do innych.
Wieczorem stałyśmy razem nad jeziorem i wgapiałyśmy się w niebo.
Trzymałam małą łapkę w swojej dłoni i chyba wiedziałam, jak mógłby się czuć narrator w "Małym Księciu"

-Ciociu...czy to prawda,że kiedy spada gwiazda szybko trzeba wypowiedzieć życzenie, to się spełni? -zapytała mnie mała z przejęciem przerywając obserwację- gwiazd było bardzo dużo, a Mleczna Droga była jak na wyciągnięcie ręki.
- Tak to prawda, trzeba wypowiedzieć życzenie-chocby na wszelki wypadek, bo nawet jeśli się nie spełni, to nie będziemy mogły sobie zarzucić,że nie zrobiyśmy tego co trzeba-uśmiechnęłam się.
-Ciociu, a ty wypowiadasz takie życzenia patrząc na spadającą gwiazdę?
-zawsze, Agnieszko.
-A skąd wiesz,że trzeba?
-Mama mi mówiła, kiedy byłam w Twoim wieku
-Ciociu...czy Tobie się spełniło kiedyś jakies wypowiedziane do spadającej gwiazdy życzenie?
Bez wahania odpowiedziałam
-Wierzę,że tak.

Podobno można teraz obserwowac deszcze asteroidów.
Mam nadzieję,że gwiazdy nie zapamietają się na tyle w swoim spadniu
aby przeoczyć zasadniczy cel :spełnianie marzeń-dużych i małych.

Zatem moi drodzy-głowy do góry. Niech gwiazdy nie będą bezrobotne:)

                                          





22:52, surfinia
Link Komentarze (37) »
sobota, 11 sierpnia 2007
jak A.E
Einstein to był jednak mądry gość. Na takie jego zdanie trafiłam onegdaj:
"Życie można przeżyć tylko na dwa sposoby
albo tak, jakby nic nie było cudem
albo tak, jakby cudem było wszystko"

W takich miejscach jak te na zdjęciach (kolorystyka niezmieniona, naturalna),kochanych przeze mnie miością mieszczucha -pięknoducha-
o te cuda łatwo...




Takie zachody słońca to zwykła rzecz...Tambylcy nawet już na nie nie patrzą, mieszczuchy łapią za aparaty fotograficzne:)

Całkowity spokój wieczorny. Tylko ptak poderwał się w ciszę



W przeddzień wyjazdu-po wietrznym i bardzo deszczowym dniu-  na całe 7 mnut ;) niebo zabarwiło się intensywnym kolorem , wypełniając wodę w jeziorze sokiem malinowym.
Poczułam się przez chwilę jak eksplorator Marsa.
Pomysłałam:"Jutro będzie wiatr".
I był.


Jak na obrazie impresjonisty.
Przedwieczorną porą zobaczyłam tego człowieka- w archaicznym kapeluszu, białej,płóciennej  koszuli z podwinietymi rękawami, w szelkach...jak z początków wieku XX:)
Nie miał mi za złe,że go obserwowałam.Może nie widział? Użyłam w końcu...funkcji zoom, wcale nie był tak blisko, jakby się mogło wydawać...


Gryka...wcale nie jak śnieg biała:)
12:00, surfinia
Link Komentarze (52) »
piątek, 10 sierpnia 2007
jasne ,że można.
O jak mi było dobrze na wakacjach. Nie tylko z racji powietrza,widoków, ludzi,ciekawych albo zabawnych zajęć.
Dobrze mi było,bo nie miałam dostepu do ogłupiaczy: telewizora, radia ( no w samochodzie radio jest,ale kto by tam włączał, cisza leśna nie znosi radia:)
i gazet, bo w odległej o kilka km wsi tylko w poniedziałki była prasa a i to szczególnie dobrana do gustów mieszkańców;) czyli- lokalna i rozrywkowa, a o prasie "politycznej"mowy nie było. Od paru lat usiłuję tam na przykład w poniedziałek kupic Newsweeka i od paru lat pani w sklepie wytrzeszcza na mnie oczy. Taka ...stała tradycja:)
Jasne,że można wyrzucić telewizor i radio, gazet nie kupować etc.
O ile z gazetami jest to najprostsze (choć jednak Newsweek i Zwierciadło musze kupić, inne mogę ominąć zgrabnym łukiem- co nie zawsze się udaje;) to wyrzucenie telewizora przez okno albo wstawienie go bodaj do piwnicy-skończyłoby się wojną domową, bo przecież nie o sam program w TV chodzi a o tego pilota-usypiacza ;) którym w fazie aktywności (czyli jeszcze przed zaśnięciem Posiadacza Pilota) można jeszcze kilkadziesiąt razy zmienić program z częstotliwościa co sekundę;)
Radia słucham,ale mam swoją wybrana lokalną stację z piękną muzyką. No niestety i tam wkradła się polityka i reklamy.
Reklamy dobijające i irytujące !!! w typie (cytuję prawie dokładnie)
"-Kochanie, jedźmy na wakacje-mówi ona
-za pół roku-mówi on
-dlaczego za pół roku?-mówi ona
-bo nabyłem w promocji pakiet telewizyjny (nie powiem jaki, co ja będę im reklame robić!) w którym sa takie i takie atrakcje-no takiej okazji nie mogłem przepuścić, przz najbliższe pół roku będę siedział i oglądał telewizję!
-a..praca??? -pyta ona
-są rzeczy ważne i ważniejsze-odpowiada on"
...
Czy naprawdę niektórym twórcom reklam wydaje się,że jesteśmy takimi debilami??? :/


10:07, surfinia
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2007
1 czyli stała-zmienna;)

Jakiś czas temu córka znajomych, która od maleńkości wraz z rodzicami wyjeżdża na wakacje nad Jezioro przeglądając starsze zdjęcia z wakacji poukładane w albumach i te nowsze- cyfrowe, w komputerze- prychnęła i zaśmiała się : " Przecież te zdjęcia z wielu lat niemal takie same: te same zachody słońca, chmury, woda , pola, scenki z obozowiska...tylko wy ( i my -poprawiła się) coraz starsi".
I tak i nie. To znaczy z tym,że my ( i oni-dzieci) coraz starsi nie ma co polemizować, bo to pewnik.
Natomiast kwestia takich samych scenek czy widoczków na zdjęciach jest bardziej złożona;)

Miejsce naszych wakacji od kilkunastu lat jest...stałą zmienną wiem, niejeden matematyk dałby mi po uszach za takie połączenie, a jednak...skrótowo dla słuszności owego dwuczłonowego mego okreśłenia("stała zmienna") przytoczę przykład buta Małego Krzysia, który teraz jest już Większym Krzysiem (bo 16-letnim).

Mały Krzyś jakiś czas temu przyszedł do obozowiska z wiadomością,że gdzieś w lesie zgubił buta. Po prostu zgubił. To się dzieciom zdarza jak wiele innych ciekawych rzeczy. Jakoś nikt wtedy tego buta nie szukał, bo drugi był sfatygowany, więc kupiono nowe buty, a o sprawie zguby zapomniano. W zeszłym roku tata już Większego Krzysia znalazł tego buta w lesie i dokładnie obfotografował, nie ruszał go jednak ponieważ ów but stał się niebacznie częścią krajobrazu i jego zabranie stamtąd stałoby sie ingerencją w przyrodę:)

W tym roku-ja wędrując po lesie znalazłam owego buta i śmiem stwierdzić,że stał się on jeszcze bardzisj wtopiony w przyrodę:D


But od kilku lat stoi w tym samym miejscu (to ta "stała") jednak zmienił się niemal nie do poznania ("zmienna") , przestał służyć człowiekowi, a zaczął służyć żyjątkom leśnym jako schronienie. Stało się z nim, to co z pustelnikiem od dziesiątek lat żyjącym w swoim odosobnieniu, który to pustelnik nie ma ochoty się golić bo i po co, a jego twarz zarasta coraz bardziej - niemal zacierając naturalne rysy.

To właśnie kocham w tym miejscu, w które mnie ( i nie tylko, bo jest nas więcej) GONI co roku. Zmienna stałość...i to ,że w przyrodzie nic nie ginie, najwyżej zmienia właściciela, ot,jak ten but...



09:51, surfinia
Link Komentarze (46) »
piątek, 20 lipca 2007
Nazywam się...
Zapewne wyjadę choćby na parę dni-jak napisałam w komentarzach do wątka poniżej- czekać na telefon z decyzją syna-"wraca czy nie" mogę też nad jeziorem. Jedyne co mogłam ustalić to to mianowicie,że chyba nie jest tak źle,jak mi się wydawało,a może te kciuki zaciśnięte pomogły:D

Tak czy siak- powoli,acz z pewną niesmiałością-przystępuję do pakowania.

A ponieważ doszły mnie słuchy,że nad naszym jeziorem jest w tym roku duzo kleszczy, więc postanowiłam dokonać zakupu kapelutka i w tym celu zajrzałam do sklepu po drodze do domu,bo coś mnie tknęło,że bez nadmiernego łażenia nabędę nakrycie na głowę tamże -w celu ochrony przed kleszczami, no... może się któryś...widoku przestraszy:)

I tak się  stało, ba! złapałam w ręce ów kapelutek i zaraz się zaczęłam śmiać,
bo w kapelusikach to ja zwykle wyglądałam jak grzybek-prawdziwek, a w tym
nowo kupionym będę wyglądać niemal jak inżynierowa Mamoniowa z "Rejsu":))) zatem kapelutka juz nie oddam , o nie :)

Wasza Mamoniowa żegna zatem na dni kilka lub może więcej-z żalem , że ostatnio odwiedzanie blogów mi nie wychodzi-bo a to dyżur,a to zgryzoty, a to pakowanie...
Za to zostawiam perełkę z "Rejsu" :)

Cudownie tu jest. Cudownie.
- Przepraszam państwa - to państwa?
- Tak. A o co chodzi?
- Zachował się bardzo nieprzyzwoicie! Pozbawił mnie posiłku!
- To wykluczone.
- Bardzo mi przykro. Inżynier Mamoń jestem
- Bardzo mi przykro - Sidorowski.
- Coś ty tam zrobił Wojtusiu?
- W tak pięknych okolicznościach przyrody... I tego... I niepowtarzalnej... Pani pozwoli. I pan również... Że skoczę po swoją żonę.
- O! Jest! Widzę! Droga... Chyba na Ostrołękę. Jak się nazywał ten facet? Na Si? Si... Si...
- Ja państwa bardzo przepraszam... Ale moja żona przeprasza bo śpi. Zaniemogło biedactwo. Ona w ogóle ma jakąś ogólną tendencję: kolka, wątroba, śledziona, noga...
- A ty gdzie się obijasz?
- O podźwignęło się biedactwo. Pozwól... Przedstawię cię państwu...
- A bardzo mi przyjemnie. Sidorowska jestem
- Mamoniowa. A to nasz synek...Romek!
!


19:27, surfinia
Link Komentarze (33) »
wtorek, 17 lipca 2007
stary film
Ten film oglądałam kilka razy , za pierwszym razem wiele lat temu zrobił na mnie wielkie wrażenie, swoją "mrocznością".
Okazało się,że dziś będzie wyemitowany znów- w TVP2 w  ramach cyklu"Kocham Kino".

'451 stopni Fahrenheita', oryg. 'Fahrenheit 451' - film z 1966 r. wg powieści Raya Bradbury z roku 1953, antyutopia.  Fabuła rozgrywa się w świecie, gdzie czytanie książek i krytyczne myślenie są zakazane.

Tytuł książki (i filmu) oznacza temperaturę 451 stopni Fahrenheita (233° Celsjusza) - temperaturę, w której papier zaczyna się palić (za Wikipedią) .
Film mimo iz stary...nie trąci szczególnie  myszką-jest naprawdę dobrze , przejmująco zagrany...choć to prawda ,że ma w sobie nieco ...komiksowe pierwiastki.
 
                                                     

Jakie to szczęcie, że przy kominku nikomu nie przychodzi do głowy,by książkę spalić...raczej chce się umościć w wygodnym fotelu i chłonąć każde zdanie, z namaszczeniem przewracając kartkę po kartce...oczywiscie,jeśli ksiązka jest tego warta:)



21:20, surfinia
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 16 lipca 2007
można...
Można jednym spojrzeniem obiecać raj.
Można jednym dotknięciem spełnić tę obietnicę.
Mozna jednym krótkim zdaniem unieść do góry i sprawić,że stopy nie dotykają ziemi
choć można też innym krótkim zdaniem-wypowiedzianym lub nie- wrzucić w otchłań pozornie bez dna
Można jedną myślą - impulsem energetycznym wysłanym w przestrzeń- sprawić, że osoba odległa uśmiechnie się
Można też wysłać całą łąkę maków, która niekoniecznie trafi tam gdzie trzeba,ale jeśli znajdzie się osoba życzliwa,do której przez przypadek ta łąka zawitała - to przesyłka trafi do adresata mimo zagmatwanej drogi,bo przecież takie jest jej przeznaczenie:)


                                
Piękna karta z całym mnóstwem ciepłych słów od Dianulki :)
... maki nie pachną, ale te pachniały-przysięgam!
Zanurzyłam w nich ręce aż po ramiona a delikatne płatki dotknęły moich policzków...

A potem -zamiast mąki ziemniaczanej-do kotletów mielonych wsypałam łyżkę
CUKRU PUDRU ! :)
jak widac MAKI -WĘDROWNE  mają wielką moc sprawczą - potrafią zmieniać również recepturę dań...na "niekonwencjonalną" ;)


22:55, surfinia
Link Komentarze (16) »
niedziela, 15 lipca 2007
"zapytajcie Artura,daję słowo -nie kłamię" czyli- wyglądam na wykształciucha ;)
Dziś wczesnym popołudniem -spotkałam się z Dawno Niewidzianymi - miłą sercu rodzinką z miasta B., która w ilości 5 sztuk przejeżdżała przez moje miasto. Pogadaliśmy miło i... w gorącej atmosferze-coś około 36 stopni na rozgrzanym Rynku,dziwne,że nam się nie odkleiły podeszwy od butów i nie zlepiały słowa :)
Gadu-gadu, a tu jeszcze do kawiarni wleciał wróbel dwa razy i wydziobywał cukier z cukierniczki:) widział kto takie cuda? :)

Wracałam ze spotkania pustawą ulicą Oławską, niosąc ze sobą kwiat słonecznika, który niestety upału nie wytrzymał, zwiesił smutno żółtą głowę zemdlony (bom go odratowała w domu, więc wiem,że nie umarł ;)
Gorąco było i mnie, pot lał mi się po plecach mimo najbardziej przewiewnej kiecki jaką na grzbiecie miałam -no i ...bardzo chciało mi się siusiu;) co może nie jest istotne w całokształcie,ale wyjaśnia,że daleko mi było do uniesień, raczej...trzeba było się matwić ,żeby "donieść" czyli przeżyć jeszcze podróż do domu tramwajem. Kiedy omiotłam wzrokiem plakat Marianne Faithfull, probując ustalić kiedy do miasta przyjeżdża z koncertem i nagle słyszę głos o niezykłym brzmieniu:
"Przepraszam Panią,czy lubi Pani poezję?"

Przebudzenie. Przede mną stoi młody mężczyzna o miłym uśmiechu, wygląda porządnie, więc chyba nie naciągacz i na pewno nie usiłuje zabrać mi torebki:)

"Tak, lubię poezję" -odpowiadam...

"Tak myślałem " -mówi
(rety, wyglądam na wykształciucha,"przede mną bieży baranek, nade mną leci motylek?" ? ;)
Hm....ciekawe jaki będzie dalszy ciąg? Będzie chciał mi cos sprzedać? No ale nic. Niech kontynuuje,zwłaszcza że mówił piękną klasyczną polszczyną, nawet zahaczając o staropolszczyznę a uśmiech miał ujmujący:)

Więc powiedział mi,że jest poetą z miasta, w którym co najmniej dwóch poetów jest według mnie( Zabociek i on, ten spotkany;) Że wydał tomik wierszy własnym sumptem i że jeżdzi po kraju, sprzedając za symboliczne kilka złotych ten tomik, bo w sumie nie o pieniądze tu chodzi, a o to, by rozpropagować , by "poruszyć czułe struny". Idealista ;) No to wysupłałam grosz jakiś,akurat ostatnie drobne.
rzeczywiscie sprawiał wrażenie,że nie o pieniądze chodzi,lecz o Poezję :)
Wpisał mi dedykację :)
Ucałował dłoń...i powiedział: "Kiedy będę sławny, będzie Pani miała pamiatkę"
:) i jeszcze: "Kiedy pani przeczyta te wiersze...proszę mi napisać mailem, jaką strunę w Pani poruszyły. Adres mailowy z tyłu książeczki".
No coż...Nikifora obrazy tez kupowano swego czasu bez przekonania, potem przekonanie się pojawiło,kedy się okazało, że na Nikifora nastała moda:)
W epoce impresjonizmu i nie tylko-często gęsto nawet sławni (lub pukający do drzwi sławy) artyści (malarze i poeci) płacili za chleb i wino-właśnie swymi dziełkami, dzięki czemu trochę tych dziełek pozostało dla potomności, bo kuci na cztery nogi restauratorzy wiedzieli, że to żyła złota...
Ja temu młodemu człowiekowi życzę sławy najserdeczniej i tego, by nie musiał żywić się poezją tylko.. :)
Być może ...kiedy będzie sławny...usmiechnę się zglądając do tej małej książeczki z wierszami i wspomnę,że...

Wracałam ze spotkania pustawą ulicą Oławską, niosąc ze sobą kwiat słonecznika, który niestety upału nie wytrzymał, zwiesił smutno żółtą głowę zemdlony (bom go odratowała w domu, więc wiem,że nie umarł ;)
Gorąco było i mnie, pot lał mi się po plecach mimo najbardziej przewiewnej kiecki jaką na grzbiecie miałam -no i ...bardzo chciało mi się siusiu;) co może nie jest istotne w całokształcie,ale wyjaśnia,że daleko mi było do uniesień, raczej...trzeba było się matwić ,żeby "donieść" czyli przeżyć jeszcze podróż do domu tramwajem. Kiedy omiotłam wzrokiem plakat Marianne Faithfull, probując ustalić kiedy do miasta przyjeżdża z koncertem i nagle słyszę głos o niezykłym brzmieniu:
"Przepraszam Panią,czy lubi Pani poezję?"


na przykład taką...

A dnia szóstego Bóg stworzył kobietę...
Więc oto jesteś z piersi mej wyrwana
poezjo krwawa, na moją podnietę
i utrapienie - męką zapisana...
Muzo jedyna, gołębiego ciała
życiodajna Królowo, której piętnem
historia zdobna, morzem głów spływała
w ślepym bestialstwie, choć jakże namiętnem...
Ty, której zastępy aniołów, serca
złożywszy, niebios uchodzić poczęły.
Ty, z którą szatan ślubnego kobierca
dostąpić gotów, choćby piekła jęły
wnet dogasać. Dla Ciebie świata losy
w jednym skinieniu złożone; o Pani!
Władaj więc, lecz nim uśmiercisz kolosy
pomnij w czas, niech żebro serca nie rani...

                                                          -Eremiasz Stanisławski-


19:37, surfinia
Link Komentarze (37) »
sobota, 14 lipca 2007
...
Obejrzałam dwa sety meczu Polska-Brazylia.
teraz wyszłam, bo za bardzo się denerwuję :)
Nie wiem,czy mam tam siedzieć przed telewizorem i klapać zdrowaśki,czy lepiej wyjść?;) - w sensie: co IM pomoże (hehe,akurat jakbym ja coś mogła pomóc;)
No nic..wracam ściskać kciuki zaklinać wynik:) bo przegrywają Niebożątka.
No ale kto powiedział,że z Brazylią będzie łatwo?

...strasznie "rasowy" jest ten
Gilberto Godoy Filho- "Giba".
Ja wiem,nie powinno się wychwalać konkurencji:)



21:36, surfinia
Link Komentarze (21) »
czwartek, 12 lipca 2007
luksus-cokolwiek miałby on oznaczać;)
"Orient-Ekspressem to bym pojechała"-westchnęłam sobie szorując przypalony garnek i patrząc jak to cudo (pociąg-nie garnek;) mknie skądśtam-gdzieśtam, dziś przez Polskę także ( bo właściciel miał taką fantazję) i ma firaneczki udrapowane na oknach, lampki na stolikach i pieknie ubraną obsługę...a pasażerowie wysiadają z tego cuda np. do dorożek i wożą się nimi po mieście, a potem wracają do wagonów, którymi po królewski posiłku wędrują sobie dalej.
A przedziały-jak saloniki, z szafami,sejfami etc, wazonami kwiatów. Wiem,bo widziałam. Na filmie, jakimś strasznie sentymentalnym ,ale ładnie nakręconym,gdzie się wszystko dobrze kończy, a w tle Florencja i piękny motyw muzyczny , kiedy kamera omiata dachy miasta. No i oczywiście-ten Orient-Ekspress.
Choć właściwie...do Orient Ekspressu (bilet za 6000 euro) trzeba mieć jakieś naturalne futro i perły albo i inny naszyjnik z prawdziwych kamieni oraz na każdą porę dnia elegancką kreację, coś cennego -żeby do sejfu wsadzić etc.
a ja nie mam i mieć nie będę. Naturalnych futer nie lubię. Jak ja bym w futrze wyglądała? jak Bubu-przyjaciela (czy synka?) Misia Yogi-nie oszukujmy się ;).
Do sejfu-to mogę sobie najwyżej wsadzić głowę ;)
Nigdy nie chciałam mieć pereł-ponoć nie niosą ze sobą szczęścia.
Klejnoty mi na nic.
Nie pasuję zatem do do Orient Ekspressu. ta myśl mnie uspokoiła.
Orient-Ekspress sobie "odfajkowałam":)

Za to już za tydzień jadę do hotelu pod gwiazdami :) "niebo gwiaździste nade mną" (cześć, Immanuel, ;)- każdego wieczora i tak do świtu -nawet jak w środku nocy szczękając zębami wygramolę się z namiotu "na siku" :)
Ptaszyska mnie będą budzić ze słońcem , bo tam są u siebie i właśnie o świcie mają sobie najwięcej do powiedzenia. Kiedy rankiem z uśmiechem wylezę z namiotu-znów usłyszę od kolegów:"Z czego ty się tak śmiejesz? patrzyłaś dziś w lustro?" ;) i oczywiście będę udawać, że się obraziłam, może nawet rzucę zgniłym jabłkiem w kierunku tych co wstali razem z ptakami, żeby"szybciej odpoczywać" ;)
Od kilku dni zbieram sobie lektury na ten czas, o w hamaku oganiając się przed komarami i osami czyta się świetnie. Takie małe świeto czytelniczki:)
Narazie naszykowaam sobie 4 ksiązki-nie za cięzkie-wszak w wakacje"cegieł" czytać sie nie powinno
-Salman Rushdie -"Grimus"
-Kelly Jones -"Siódmy jednorożec"
-Hrabal - "Obsługiwałem angielskiego króla"
-Kundera-"Nieznośna lekkość bytu"
Ta ostatnia ksiązka- jako przypomnienie-czytałam dawno temu...
jeszcze ze trzy ksiązki by sie przydały :)


21:59, surfinia
Link Komentarze (30) »
wtorek, 10 lipca 2007
przyleciały elfy
W pierwszych godzinach tego dnia (prawie jak: "w pierwszych słowach mego listu";) muszę powiedzieć, że mam gdzieś polityczne zawirowania wczorajsze i przedwczorajsze,bowiem dziś mój syn wyjeżdża do Anglii. I o ile kilka dni temu byłam tym faktem poddenerwowana, to dziś spłynął na mnie spokój.
Wszystko mam wrażenie dopięte jest na ostatni guzik...

Lizzardo postarał się o mój szeroki uśmiech :D w tym pochmurnym dniu.
Przed chwią panienka-listonoszka przyniosła mi wielką kopertę, musiałam się upewnić...czy to a by napewno do mnie-nikt jednak o takim nazwisku w okolicy nie mieszka o ile wiem. Zawartość mnie zachwyciła. I formą i treścią. Wielkie kartki pocztowe w Walii sprzedają :)
podobnie jak we Frankfircie u margi 77 )


To jak znak. A ja wierzę w znaki, to znaczy c h c ę w nie wierzyć:)
Elfy przyfrunęły do mnie właśnie
dziś z kraju, do którego również dziś wędruje moje dziecko może nie"za chlebem" ale za czymś w tym rodzaju:) Piękna reprodukcja mostu w Newport też spowodowała mój głęboki oddech... Lizzardo-dziękuję:)




12:45, surfinia
Link Komentarze (28) »
niedziela, 08 lipca 2007
zlepek niedzielnowieczorny
Miałam pojechać pogapić się na loty balonowe, przecież śniłam kiedyś o kolorowych balonach, więc chciałam się dziś pogapić , nie żeby od razu wsiadać, o nie. Widok by wystarczył. Taką potrzebę miałam.
                                                      

                                                 
No ale nie wyszło, zapowiedziała się siostra na obiad,to się zawsze przedłuża do godzin wieczornych, jak przychodzi staram się zrobić cos ekstra, żebyśmy posiedzieli,pogadali. Okazja tym bardziej,że Młody wyrusza niebawem w świat na dwa miesiące , a mnie już serce boli i jak o tym pomyślę, to łza mi się w oku szkli,co ja poradzę. Wczoraj poprosił mnie,żebym pojechała z nim na zakupy, nie chodziło tylko o kasę, ale równiez o radę. W zeszłym roku był to nie do pomyślenia-wiedział "lepiej", zrobili zakupy z kolegami, efekt taki,że połowy tych zakupionych rzeczy nie wzięli, po pierwsze-nie mieli jak wpakować, po drugie- po jakiego czorta targać ze sobą do Anglii np. mleko zagęszczone w kilku dużych opakowaniach? Całą wielką pakę takich samych zupek chińskich?;)
Kupiliśmy co trzeba,niegłupio chyba.
Młody jest rozdarty, bo z jednej strony "pachnie mu" angielska kasa, a z drugiej strony...chętnie pojechałby ze swoja paczką nad nasze "magiczne" jezioro , póki jeszcze "starych" tam nie będzie.
Też bym wolała, żeby korzystał z wakacji,ale z drugiej strony- dobrze,jeśli zarobi coś na swoje rozliczne potrzeby:)

Kiedy posprzatałam po obiedzie, kolacji etc. przycupnęłam przy telewizorze na chwilę bo był film o 4 bardzo zaprzyjaźnionych kobietach i wsiąkłam. Film był dobry na dzisiejszy wieczór, ale potem zdjął mnie żal, że właściwie ...przydałaby mi się taka babska pogaducha, a narazie jest to niemożliwe.

Może za dwa tygodnie uda się, jak pojdziemy nad jezioro, w to dobre,dośc odludne,znajome miejsce. Wieczorem, walcząc z komarami, patrząc na taflę wody i zachód słońca- a potem w gwiazdy, otulona w ciepłe rzeczy, z kieliszkiem wina. Może uda się, ale...czy na pewno?
Chyba mam chwilę słabości.
Do jutra przejdzie,tylko jeszcze jedno "bolesne" poniedziałkowe przebudzenie
 i znów... będę opanowana, uśmiechnięta, zdecydowana.

PS. Jakieś kocie bydlę nasikało w okolicy mojego ulubionego miejsca na balkonie. Pewnie kawaler startujący do NIE-mojej Mlekopijki. Włoczy się taki czarny kot. To mnie dobiło. Śmierdzi jak w przedwojennej, zaniedbanej kamienicy czynszowej:/






23:04, surfinia
Link Komentarze (19) »
środa, 04 lipca 2007
ta chmura
Ta chmura na "moim niebie" przypominała mi tę z ostatnich dni nad Łodzią,a przede wszystkim dno spodka kosmicznego z "Dnia Niepodległości".
Owa chmura-poza tym,że właśnie mi przypominała to,co powyżej-postanowiła mnie przygnieść. Udało się przygnieść moje powieki, wprawdzie walczyłam i nadal walczę dzielnie (jak to ja) ale chyba zaraz polegnę. Z poduszką pod głową :)

PS. Nie-mój kot Mlekopij usiłuje na mnie wypróbowywac różne techniki oswajania, swoja drogą KTO tu KOGO ma oswajać-ja- kota,czy kot mnie?;)
Ja-kota oswajać na pewno nie będę, bo sam włazi mi do domu i gdzie tylko chce, oraz wychodzi kiedy chce,nie podoba mi się tylko,że patrząc mi w oczy drze pazurami sofę. Czuje się jak u siebie to i po co go mam oswajać? ;)
Za to on z roszczeniowej, rozmiauczonej purchawy zmienił się w delikatne,niemal subtelne zwierzę, które układa się na moim (lekarskim-to dla cito1:DDDD ) dywanie w pozach zaiste uroczych, patrząc mi miłośnie w oczy.
Faceci tak patrzeć nie umieją(o ile pamiętam...;) No...może poza niektórymi:)

                            na życzenie oplutka : jedna z typowych kocich póz Mlekopija ;)
                                                             

                                             
20:28, surfinia
Link Komentarze (41) »
Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes